Tałes, pióro i patelnia. Rozmowa z Andrzejem S. Jagodzińskim o trzech czeskich książkach [okiem tłumacza]

Andrzej S. Jagodziński w trakcie Kina na Granicy w 2018 roku w cieszyńskiej księgarni Kornel i Przyjaciele.
Fot. Wojciech Wandzel / Kino na Granicy

Choć roku 2020 większość z nas nie będzie wspominać ciepło, dla tłumacza Andrzeja S. Jagodzińskiego okazał się owocny – udało mu się spełnić kilka przekładowych marzeń. Rozmawiamy o trzech czeskich książkach, które ukazały się tej jesieni w jego tłumaczeniu – Na ratunek Tałesowicz Karola Sidona, Czescy ekspresjoniści Jindřicha Chalupeckiego i Havel od kuchni Michaela Žantovskiego. 

Ten materiał mógł powstać dzięki Waszemu wsparciu na Patronite. Dziękuję!
Na ratunek Tałesowicz – baśniowo o kulturze żydowskiej 

Anna Maślanka: Zacznijmy od Karola Sidona. W Polsce, inaczej niż w Czechach, nie należy on do autorów znanych. Skąd myśl, by właśnie jego twórczość przybliżyć polskim czytelnikom? Czym cię ujęła? 

Andrzej S. Jagodziński: To prawda, w Polsce nie jest specjalnie znany. W 1970 roku w prestiżowej serii prozy współczesnej PIW-u wyszedł jego Sen o moim ojcu – świetna zresztą rzecz – ale przez wiele lat to była jedyna dostępna po polsku książka tego autora. Co ciekawe, ukazała się w Polsce, kiedy już Sidon był na indeksie – po 1968 trafił na listę autorów zakazanych jako jeden z pierwszych. I to jest niewątpliwie główna przyczyna nieobecności książek Sidona w naszym kraju – skoro był zakazany w Czechosłowacji, to także u nas. 

Śledzę jednak jego twórczość od dawna, czytałem wiele jego książek i takie utwory jak Polské uši [Polskie uszy], Boží osten [Boski cierń] czy Brány mrazu [Bramy mrozu] zrobiły na mnie duże wrażenie. Znamy się też osobiście i nawet przyjaźnimy. Dlatego do tłumaczenia jego twórczości przymierzałem się już kilkukrotnie, ale zawsze coś mnie odciągało. On zresztą też nie pomagał, bo gdy został rabinem, na wiele lat przestał pisać. 

Wrócił, z tego co wiem, w pięknym stylu – i pod pseudonimem. 

Tak, tetralogią Kde lišky dávají dobrou noc [Gdzie diabeł mówi dobranoc]. Dostałem pierwszą jej część, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że to jego dzieło. Zapowiadało się jako kompletnie nie moja literacka bajka, ale polecił mi ją jeden ze znajomych, któremu ufam w kwestii gustu literackiego. Spróbowałem więc i niesamowicie mnie wciągnęło. To jest niezwykła literatura, coś z pogranicza Umberto Eco i fantasy, niebywale erudycyjna, naszpikowana wiedzą historyczną – choć Sidon twierdzi też, że wiele rzeczy w niej zmyślił, ale ja mu nie do końca wierzę. 

Ta tetralogia była chyba w Czechach sporym wydarzeniem. Zastanawiałam się, czy nie kusiło cię, by to ją przetłumaczyć. 

Oczywiście jest to dzieło, z którym chciałbym się jako tłumacz zmierzyć, tym bardziej że jest czymś literacko zupełnie innym niż książki, które na ogół tłumaczę. Ale to na razie zbyt ryzykowne – nie znam wydawcy, który odważyłby się wprowadzić na rynek dzieło mało znanego czeskiego pisarza liczące w sumie trzy tysiące stron – zwłaszcza w obecnej sytuacji. Jednak nie składam jeszcze broni. 

A jak w twoje ręce trafił Tałesowicz

Dostałem egzemplarz od samego autora i zachwyciłem się tą książką. To zbiór midraszów, legend, mocno osadzonych w tradycji żydowskiej. Podobny świat z pogranicza realizmu i magii, kojarzący mi się mocno z literaturą żydowską, znałem już z prozy Viktora Fischla. Na ratunek Tałesowicz to jednak trochę inna książka, urocza, baśniowa, poetycka, ale i pouczająca, bo można się z niej wiele dowiedzieć na temat żydowskich tradycji i rytuałów. To baśnie dla dorosłych, a człowiek czasem lubi wracać do takiego świata, w którym wszystko ma jasne reguły. 


Jak ci się ją tłumaczyło? 

To była duża frajda, ale i wyzwanie. Nie znam się specjalnie na tradycji żydowskiej, właściwie nie licząc Fischla z tego typu literaturą miałem do czynienia po raz pierwszy. Przekład zajął mi sporo czasu i wymagał wielu poprawek, duże są więc w tym wypadku zasługi redaktorki i zarazem szefowej Wydawnictwa Nisza [Krystyny Bratkowskiej]. Pomógł też Piotr Paziński, który napisał do tej książki piękną przedmowę. Więc w sumie była to trochę praca zbiorowa. 

Planujesz tłumaczyć kolejne utwory Sidona? 

Jeśli tylko nic nie stanie na przeszkodzie, to tak. Wydawczyni Na ratunek Tałesowicz bardzo chciałaby wydać raz jeszcze Sen o moim ojcu, a oprócz tego także Sen o mnie, który powstał w podobnym okresie. To bardzo dobra książka, ale nie doczekała się polskiego przekładu. Chciałbym też przełożyć przynajmniej jedną z wcześniej wymienionych powieści i przyjrzeć się sztukom teatralnym Sidona. Jeśli tylko uda mi się znaleźć wydawców, na pewno nie będzie to moja ostatnia przygoda tłumaczeniowa z jego twórczością. 

Czescy ekspresjoniści – esej jak kryminał 

Kolejna czeska nowość, którą (po części) tłumaczyłeś, to Czescy ekspresjoniści Jindřicha Chalupeckiego. Książka doskonała, ale chyba skazana na niszowość – bo raz, że eseje, dwa, że poświęcone pisarzom niezbyt w Polsce popularnym. Zastanawia mnie, jaka była historia jej wydania. Czy to zasługa Twojej determinacji? 

Tak, to była wyłącznie moja inicjatywa. I zdaję sobie sprawę, że pewnie po tę książkę sięgnie niezbyt wiele osób, także dlatego, że wymaga pewnej znajomości czeskiej literatury… Ale nie liczyłem na bestseller, podobnie jak wydawca – któremu jestem zresztą bardzo wdzięczny, że nie skupił się wyłącznie na wartości komercyjnej książki, ale dał jej szansę ze względu na wartość artystyczną. słowo/obraz terytoria to jedno z niewielu takich wydawnictw. 

A wdzięczny jestem także dlatego, że podobnie jak powrót do twórczości Sidona, jest to spełnienie kolejnego mojego tłumaczeniowego marzenia. Chalupecký chodził mi po głowie od wielu lat. Pomysł, by jego eseje wydać po polsku, pojawił się właściwie jeszcze zanim ukazały się one w formie książkowej w Czechach. 

Jak na nie trafiłeś? 

Przez Józefa Waczkowa. Znałem wcześniej Chalupeckiego jako teoretyka sztuki, ale nie kojarzyłem go zupełnie z eseistyką literacką. A Waczków jeszcze na początku lat 80. przetłumaczył tekst Chalupeckiego o Richardzie Weinerze. Potem zaproponował mi eseje o Jakubie Demlu i Jaroslavie Hašku i wszystkie trzy ukazały się w latach 80. w „Literaturze na Świecie”. Był to zresztą pewien akt odwagi ze strony redakcji, bo Chalupecký był w Czechosłowacji na indeksie. Właśnie wtedy Waczków powiedział mi, że spróbuje namówić autora, by napisał także esej o Ladislavie Klímie, żeby mogła z tego powstać książka. 


Co tak cię przyciągnęło do esejów Chalupeckiego? 

Byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak ujawniają one kolejne tajemnice, odkrywają kolejne pokłady znaczeń w twórczości danego pisarza. Nie jestem ekspertem od eseistyki, ale wydaje mi się, że to szczyt wirtuozerii, jaki można osiągnąć w tego typu tekstach o charakterze biograficznym – bo to, co robi Chalupecký, jest ścisłym połączeniem biografii pisarza i interpretacji jego twórczości. Moim zdaniem to świetnie napisane eseje, które trzymają w napięciu niczym kryminał, ale i zostawiają czytelnikowi pole do własnych domysłów. 

Poza tym ta książka pokazuje zupełnie inne oblicze literatury czeskiej. Nawet Hašek jest tu kimś zupełnie innym niż ten, którego znamy z opracowań Radka Pytlíka czy naszych haszkologów, oczywiście przy całym szacunku dla nich. Chalupecký pokazuje pewien paradoks, tragizm tej postaci, jej szaleństwo. To wszystko jest dla mnie fascynujące, dlatego marzyłem, by ta książka ukazała się również w Polsce. Z mojej strony jest ona też jakimś hołdem dla Józefa Waczkowa, którego zawsze podziwiałem i od którego wiele się nauczyłem. 

Czy któryś z autorów zaprezentowanych przez Chalupeckiego jest ci szczególnie bliski? 

Myślę, że Jakub Deml. Trochę go nawet tłumaczyłem. Przed wielu laty, po ukazaniu się polskiego wydania Zapomnianego światła byłem nawet wstępnie umówiony z wydawnictwem Czarne na wybór jego opowiadań, ale plany się zmieniły, gdy Zapomniane światło poniosło zdumiewającą klęskę komercyjną – sprzedało się jedynie z 200 czy 300 egzemplarzy. Zdumiewającą, bo to przecież dzieło wybitne, być może wręcz najwybitniejsza czeska książka XX wieku. W dodatku twórczość Demla zupełnie wybija czytelnika ze stereotypów czeskiej literatury, które niestety my-tłumacze sami stworzyliśmy (więc książka esejów Chalupeckiego może mnie trochę rozgrzesza). 

A Hašek? Jaki masz do niego stosunek? 

Niezbyt lubię. Jestem w tym niewielkim gronie bohemistów, którzy nie przepadają za jego twórczością, choć aż się boję do tego przyznać. Oczywiście doceniam Szwejka, ale nie przemawia do mnie. Być może nie umiem go oddzielić od tego bardzo kiepskiego – choć również zręcznego – przekładu Hulki-Laskowskiego. 

Skoro już jesteśmy przy Szwejku – Chalupecký przywołuje opinię Maxa Broda, z którą się zresztą zgadza, że Józef Szwejk jest uosobieniem czeskiego charakteru narodowego. Jakie jest twoje zdanie? 

Nie, to chyba przesada. Oczywiście krążą takie opinie i wiem, że Czechów to okropnie irytuje. Być może właśnie dlatego w samych Czechach Szwejk nie jest żadnym wielkim bestsellerem. Na pewno coś udało się Haškowi uchwycić, jednak myślę, że było to bardziej intuicyjne niż świadome. Ale ja nie jestem znawcą charakterów narodowych. 

Chalupecký porusza też kwestię tego, czy opisywani przez niego autorzy to bardziej pisarze czescy, środkowoeuropejscy czy światowi. U niego nie jest to jednoznaczne – co prawda określa Demla, Klímę i Weinera jako „samotne głazy czeskiej literatury”, ale też w eseju o Weinerze pisze, że był autorem na wskroś czeskim. Co ty o tym sądzisz? 

Myślę, że jedno drugiemu nie przeczy. Wszyscy oni są bardzo czescy w kontekście doświadczenia i tematyki ich twórczości. Ale stosowane przez nich środki wyrazu, ich awangardowość i mniej lub bardziej świadome związki z kulturą europejską sprawiają, że to bardzo nowoczesna literatura na tle tamtych czasów. Najwyraźniej widać to u Weinera, bo z artystami francuskimi, z modernistami i ekspresjonistami, łączyły go wręcz personalne więzi. U pozostałych te powiązania są mniej ewidentne, ale przejawiają się w sposób intuicyjny – weźmy choćby motyw zapisywania snów czy automatyzm pisania u Demla, dzięki czemu Nezval uznawał go za prekursora surrealizmu. Ich twórczość pokazuje, że związki czeskiej literatury ze światową czy europejską naprawdę istniały. 

Havel od kuchni – książka nie tylko kucharska 

Havel od kuchni to publikacja zupełnie inna niż poprzednie dwie, o których rozmawialiśmy. Od razu więc nasuwa mi się pytanie, czy pracowałeś nad nimi w podobnym okresie i jak udało ci się w krótkim czasie przestawić między tak różnymi światami? 

Rzadko zdarza mi się pracować nad dwoma przekładami w tym samym czasie i tym razem też tłumaczyłem jedno po drugim – najpierw był Chalupecký, potem Sidon, na końcu, całkiem niedawno, Havel. Oczywiście to trzy zupełnie różne książki, ale Havel od kuchni także jest trochę spełnieniem moich marzeń – bo wiem, jak ważne dla Havla było gotowanie i jak bardzo go bawiło eksperymentowanie w kuchni. 

Czym właściwie jest twoim zdaniem ta książka? Bo przecież nie zwykłą książką kucharską. 

Można ją oczywiście traktować wyłącznie jako zbiór przepisów, ale myślę, że byłoby to duże uproszczenie. Jest tu też masa zabawnych historyjek, anegdotek, zdjęć, a wszystko to tworzy niepowtarzalny nastrój. I pokazuje Havla jako człowieka, przybliża go w sposób zupełnie niepomnikowy. Myślę, że i jemu ta książka by się spodobała. Bo są tu co prawda historie, które pokazują go nie zawsze na poważnie, czasem w nie do końca dobrym świetle, ale za to z wyraźną sympatią, miłością i podziwem. 


Tłumaczenie przepisów kulinarnych to chyba dla ciebie nowość. Domyślam się, że to też było pewne wyzwanie? 

To właściwie mój debiut w tej dziedzinie i Jula Różewicz mocno natrudziła się jako redaktorka. Początkowo był nawet pomysł, żebyśmy to zrobili na spółkę, ona miała się zająć przepisami, ja resztą. Lecz kiedy książkę przeczytałem – bo zawsze najpierw czytam to, co mam przetłumaczyć – i zobaczyłem, jak jest skonstruowana, doszedłem do wniosku, że to chyba niewykonalne. „Skoro jednak Jula tak zaproponowała, pewnie ma jakiś pomysł, jak to zrobić” – pomyślałem. Ale w końcu zadzwoniła, powiedziała, że chyba się nie da i dostałem do tłumaczenia całość. 

Jak wybieraliście tytuł? Braliście choć przez chwilę pod uwagę, by zostawić ten oryginalny [Kančí na dančím – dosł. Dzik na danielu]? 

Nie, od początku wiedzieliśmy, że trzeba wymyślić coś nowego. Czeska wersja po polsku po prostu nie brzmi zabawnie. Ostatecznie tytuł wymyśliła Jula i od razu mi się spodobał – jest krótki, trafny, jest w nim zabawa dwuznacznością. Uważam, że to świetny wybór. 

Miałeś okazję jeść któreś z dań zaprezentowanych w książce? Może sam próbowałeś coś ugotować? 

Nie, jeszcze nie. Miałem nadzieję, że uda się zjeść na Kinie na Granicy, gdzie planowaliśmy w tym roku „Kolację według Havla”. Być może jednak dojdzie ona do skutku na festiwalu w przyszłym roku – i będzie wreszcie okazja spróbować tych specjałów. 

Fot. Wojciech Wandzel / Kino na Granicy

Zdradzisz nam na koniec, nad czym pracujesz teraz? Co tłumaczysz? 

Obecnie kończę kolejną książkę Egona Hostovskiego, w której połączyłem dwie prozy – Cizinec hledá byt [Cudzoziemiec poszukuje mieszkania] i mniejszy utwór Listy z vyhnanství [Listy wygnańca]. Obydwie powstały na emigracji w okresie wojennym, ale dziś, w czasach kryzysów migracyjnych, brzmią wciąż bardzo aktualnie. Ta książka miała się pierwotnie ukazać już w tym roku, jednak przeceniłem swoją wydajność i wyjdzie prawdopodobnie w marcu lub w kwietniu. 

W przyszłym roku w Pograniczu ma się też ukazać kolejna książka Škvoreckiego, tłumaczona przeze mnie i Janka Stachowskiego. To będą trzy nowele: Saksofon basowy – piękna rzecz o jazzie w okresie okupacji, Neuilly – pierwszy większy tekst Škvoreckiego po wyjeździe z kraju, i Obyčejné životy [Zwyczajne życia] – ostatni większy jego utwór, należący do cyklu o Danielu Smiřickim. Opowiada o tym, jak Daniel wraca do ojczyzny już po upadku komunizmu. Bardzo przejmujący, chyba jeden z najsmutniejszych utworów Škvoreckiego, bo to tekst o odchodzeniu i przemijaniu, ale również o trudnych i pokrętnych losach przyjaciół, z czego przebywający za granicą bohater często nie zdawał sobie sprawy. 

I do trzech razy sztuka – kończę również przekład czegoś z zupełnie innej bajki, słowackiej książki non-fiction Tomáša Forró o Donbasie. Ten świetny reportaż wyjdzie w przyszłym roku w wydawnictwie Czarne.

Książki, o których mowa:

K. Sidon, Na ratunek Tałesowicz, przeł. A. Jagodziński, wyd. Nisza, Warszawa 2020.
J. Chalupecký, Czescy ekspresjoniści, przeł J. Goszczyńska, A. Jagodziński, J. Waczków, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2020.
M. Žantovský, Havel od kuchni, przeł. A. Jagodziński, wyd. Afera, Wrocław 2020.

***
Powyższym wywiadem rozpoczynam na Skarbach cykl Okiem Tłumacza, w którym o nowych książkach rozmawiać będę z ich tłumaczami. Bo, z wyjątkiem (być może) autora, nikt nie zna książki tak dobrze jak jej tłumacz. :)

Komentarze

  1. Dotychczas przeczytałam tylko jedną książkę przetłumaczoną przez pana Andrzeja Jagodzińskiego, czyli Scherzo capriccioso Skvorecky'ego, a domyślać się mogę, jak wielkim wyzwaniem było przetłumaczenie tej powieści. Cieszę się, że od kilku lat wychodzą na polskim rynku kolejne książki tego pisarza w tłumaczeniu pana Jagodzińskiego; mam je w planach, w tym kultowe "Przypadki inżyniera ludzkich dusz".

    "Na ratunek Tałesowicz" jest już na mojej czeskiej półce. Ciekawe, że proza Sidona budzi skojarzenia z Viktorem Fischlem. Jego "Pieśń koguta" należy do moich ukochanych powieści, kojących wszelkie smutki, i ją właśnie rozdawałabym wszystkim, których lubię.

    Czuję natomiast respekt i pewne onieśmielenie (z uwagi na własny dyletantyzm) przed "Czeskimi ekspresjonistami" - ogromnie ciekawie o nich rozmawiacie, ja natomiast mam poczucie, że trzeba znać (choćby cokolwiek) z twórczości pisarzy - ekspresjonistów, żeby móc w pełni docenić tę książkę, te eseje. Może przeczytać np. "Zapomniane światło" Jakuba Demla?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, „Scherzo capriccioso” jest niełatwe nawet w lekturze, więc wyobrażam sobie, jak trudne musiało być jego tłumaczenie. A „Przypadki” to było na pewno jeszcze większe wyzwanie – byłam na kilku spotkaniach, na których Andrzej opowiadał, jak z tym przekładem walczył, i czapki z głów.

      Jeśli chodzi o „Ekspresjonistów” – dzięki znajomości ich dzieł będzie może odrobinę łatwiej, ale mam takie poczucie, że żeby naprawdę się to przydało, trzeba by było przeczytać wszystko. Bo Chalupecký rozbiera na czynniki pierwsze wiele ich dzieł. Moim zdaniem jednak po fragmentach, gdy wchodzi w tekst na tyle głęboko, że przestajesz wiedzieć, o czym mówi, można się po prostu prześlizgnąć i skupić bardziej na wątkach biograficznych. Nie bój się, czytaj. :) I zacznij może od eseju o Hašku, bo jest najkrótszy i chyba najbardziej przystępny, a „Szwejka” pewnie znasz, choćby ze słyszenia. :)

      Usuń

Publikowanie komentarza