wtorek, 2 lutego 2016

Getto (przewrotnie) na wesoło
– „Towarzystwo opieki nad zwierzętami”, Jiří Robert Pick

Żydowski chłopiec z gwiazdą Dawida, Radom, 1940.

Wydaje się, że humor i holokaust nie mogą iść w parze. Byli jednak tacy, którym udało się pożenić te dwie tak odległe sfery; najbardziej wyrazisty przykład, jaki przychodzi mi tu do głowy, to Życie jest piękne – film Roberta Benigniego opowiadający historię uwięzionego w obozie koncentracyjnym Żyda Guido, który usiłuje oswoić swojego kilkuletniego synka z obozową rzeczywistością wmawiając mu, że wszystko jest tylko grą.

Książka Jiřiego Roberta Picka Towarzystwo opieki nad zwierzętami wydana po czesku po raz pierwszy w roku 1969 przenosi nas co prawda nie do obozu koncentracyjnego, lecz do żydowskiego getta, a jej główny bohater Toni jest już stosunkowo dużym chłopcem, ma bowiem lat czternaście. Autor jednak stosuje podobny zabieg jak Benigni w swoim oscarowym dziele – łagodzi okrutne wojenne realia poprzez śmiech.

Rozbawienie budzą przede wszystkim towarzysze małego Toniego ze szpitalnej sali, gdzie chłopiec przebywa lecząc się z gruźlicy. Wiecznie lamentujący pan Abeles, pan Brisch – Żyd z Berlina, który uwielbia śpiewać czeskie piosenki ludowe, kłótliwy pan Glaser (i synowie), właściciel sklepu kolonialnego pan Löwy, snobistyczny pan profesor Steinbach, wiecznie pogrążony w modlitwie pan Adamson – ich nieustanne przekomarzania, dąsy i komiczne uwagi dostarczają naprawdę mnóstwa śmiechu. I przenoszą nas w dawne czasy, kiedy jeszcze przy ulicach miast roiło się od żydowskich sklepików, a w drzwiach raz po raz pojawiały się kędzierzawe głowy właścicieli.
Pan Glaser (i synowie) nie lubił bowiem Hitlera i pana Brischa. Nie było w tym nic dziwnego. Pan Glaser (i synowie) nikogo nie lubił.
Ale pan Brisch również nie lubił Hitlera. – Hitler – powiedział – jest dla mnie szaden święty, tylko agent imperializmu.
Pan Brisch był w partii komunistycznej i przy każdej okazji to przypominał.
Toni jednak i tak miał do niego więcej sympatii niż do innych panów. Nie sądził wprawdzie, że Hitler jest agentem, bo jak na agenta Hitler zbyt głośno krzyczał (…). Całkowicie jednak zgadzał się z nim, że pan Glaser (i synowie) jest zadufanym w sobie kapitalistą, i powinien być usunięty jako klasa (s. 14).
- Ale panu nie podobać się manualna praca, w tym widać klasowe spojszenie.
- Proszę pana, jakie klasowe spojrzenie? – powiedział pan Glaser (i synowie). – Wszyscyśmy tacy sami gruźlicy.
- Jest wielki klasowa rósznica taksze między gruślicy – powiedział pan Brisch – na przykład między pan a ja. Ja dostać gruślicy jako proletariacki skrzypek za Weimarska Republik, a pan ją dostać dopiero za Hitler jako Szyd. Poniewasz nosić worki i się spocić, a spocić się, poniewasz być rozpuszczona kapitalist (s. 17).
- Żydzi – zauważył pan Kohn – są strasznym narodem. Wcale się nie dziwię Hitlerowi. Przeciwnie, dziwiłbym się, gdyby ich zostawił w spokoju. Musiałby na głowę upaść. Niech pan zabierze tę książkę, co mi posłał pan Löwy. Czy poważny kupiec może sobie wziąć pięć tygodni urlopu i latać balonem?
- Ale Hitler – powiedział Toni – przecież nie lubi też innych narodów, nie tylko Żydów. (…)
- Hitler – zaznaczył pan Kohn – nie lubi tych narodów, ponieważ są jeszcze gorsze niż Żydzi.
- A pan myśli, że Niemcy są lepsi? – zapytał Toni.
- Niemcy są w ogóle najgorszym narodem – pouczył go pan Kohn – zaraz po Węgrach (s. 24).
Rodzina Glaserów (choć raczej nie krewnych kłótliwego pana Glasera, towarzysza Toniego ze szpitalnej sali), rok 1938.
Matka wraz z trójką młodszych dzieci zginęła w obozie zagłady w Bełżcu, ojciec – w Auschwitz.
Wojnę przeżył tylko najstarszy syn, Willie Glaser (stojący z tyłu po lewej).   

Humor w książce Picka bywa jednak czarny i wisielczy, niezwykle gorzki. Scena z ratlerkiem esesmana, Fifinką, choć zabawna, jest również na swój sposób wstrząsająca. Na swojej stronie tłumaczka książki, pani prof. Zofia Tarajło-Lipowska, zwraca uwagę, że motyw ten przypomina historię polowania na sarny w Śmierci pięknych saren Oty Pavla – i tu i tu bohaterowie zabijają niewinne zwierzę, by najeść się przed wyjazdem do obozu koncentracyjnego i zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Jest jednak różnica między potrawką z sarny, zwierzęcia łownego, a potrawką z psa (zwłaszcza jeśli jego zabicie ma po części charakter złośliwej igraszki – wszak to pupil sturmbannführera SS). Opowieść Picka pozostaje więc zdecydowanie bardziej drastyczna w wymowie.
Protestowano też na inne sposoby. Na przykład, jak mówił pan Löwy, niejaki pan Karl Weiss z Wiednia, w proteście przeciw małym porcjom jedzenia dla starszych ludzi, zdecydował się na głodówkę. W ciągu tygodnia jednak umarł. Skoro jednak w tym tygodniu zmarło w getcie z głodu jeszcze sto sześćdziesiąt innych osób, które głodówki nie prowadziły, więc nikt tego nie zauważył (s. 86).
Jest również coś upiornego w tej trosce Toniego o zwierzęta, przewyższającej momentami, ma się wrażenie, troskę o ludzi. Owszem, chłopiec martwi się o swoich przyjaciół, owszem, cierpi po ich stracie, ale w pewien pozbawiony większych emocji, nieco znudzony wręcz sposób, podczas gdy zwierzęta, jak choćby podarowana mu przez Ledeckiego mysz Helga, budzą w nim więcej entuzjazmu. Na zwierzęce cierpienie i śmierć jest jeszcze wrażliwy, na ludzkie już mniej – w getcie jest to przecież na porządku dziennym. A może to rodzaj ucieczki od rzeczywistości? Może to taka mała misja Toniego – ocalić Helgę, to kruche zwierzęce jestestwo, w małym i skazanym na zagładę żydowskim światku?

Podtytuł nie kłamie – jest to „humorystyczna opowieść z getta”. Ale jest to też historia zmagań się z obozową rzeczywistością, walki o zachowanie resztek wolności osobistej i człowieczeństwa, również poprzez troskę o własne ciało, które hitlerowcy tak pragną unicestwić. Dotyczy to przede wszystkim kręgu Erny, mamy Lizy i reszty starszych przyjaciół Toniego, którzy tak chętnie oddają się rozpuście, szukając tej odrobiny ludzkiego ciepła. Sam chłopiec wchodzi w ten świat w końcówce powieści i trzeba przyznać, że kontrast obecny w tej scenie jest naprawdę poruszający. Trochę jak w Pociągach pod specjalnym nadzorem – niech grzmią dokoła nas wystrzały, niech wojna przetacza się nam nad głowami, ale my zostajemy na łóżku (tudzież na kanapie zawiadowcy) i robimy swoje. Kochamy się na przekór wszystkiemu.

***
J.R. Pick, Towarzystwo opieki nad zwierzętami. Humorystyczna – jeśli to możliwe – opowieść z getta w Terezinie, tłum. Zofia Tarajło-Lipowska, wyd. Lech i Czech, Katowice 2015.

 
Za tę mieszankę śmiechu i łez z gettem w tle dziękuję pani prof. Zofii Tarajło-Lipowskiej i wydawnictwu Lech i Czech. Zainteresowanym polecam również wizytę na blogu tłumaczki, gdzie pojawiają się m.in. informacje i ciekawostki o książce J.R. Picka.

I jeszcze coś na koniec – jak zauważa w posłowiu pani profesor, Towarzystwo opieki nad zwierzętami jest przykładem utworu wpisującego się w silny nurt w literaturze czeskiej, który opowiada o świecie z perspektywy dziecka. Tłumaczka wymienia przy tej okazji powieść Było nas pięciu Karla Poláčka, ja natomiast dorzucę jeszcze kapitalną książeczkę Dumny Bądźżeś Ireny Douskovej – epoka normalizacji oczyma ośmioletniej Helenki – i przypominam się przy tej okazji ze swoją recenzją.


Fotografie:
[1] Bundesarchiv, Wisniewski / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0
[2] Willie Glaser, Alexander Mayer / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0
[3] Okładka polskiego wydania książki / bohemistyka.bloog.pl

4 komentarze:

  1. Trafna interpretacja, przeziera przez nią prawdziwe przeżycie. Jako tłumaczka wspomnę, że ta książka już dawno "przyrosła mi do serca" (pozwalam sobie zaktualizować czeskie powiedzenia), kilkakrotnie przymierzałam się do przetłumaczenia, w końcu się udało. Toni ma w sobie mentalność dziecka, być może bardziej niż miewają czternastolatki, ale dzięki temu pozostaje większe pole dla humoru. Wyznam, że znam tę opowieść na wylot, ale ta kompozycja płaczu, śmiechu i artyzmu wciąż mną wstrząsa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja z reguły mocno swoje lektury przeżywam, ale myślę że ta książka na każdego tak działa, ze względu właśnie na ten kontrast, na to, o czym Pani pisze. Zgadzam się też, że Toni nie sprawia wrażenia czternastolatka tylko kogoś młodszego, bardziej naiwnego, a z drugiej strony widział już w getcie naprawdę wiele i jego doświadczeniem można by było obdarować kilka dorosłych osób. To w gruncie rzeczy straszne. Nie dziwię się, że wciąż tak emocjonalnie podchodzi Pani do tej opowieści – i że właśnie ją postanowiła Pani zaprezentować polskim czytelnikom. Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
  2. Ależ oczywiście, że ZNOWU muszę to dopisać do mojej listy lektur obowiązkowych. Coś czuję, że to jest ten klimacik czeski, który lubię najbardziej.

    OdpowiedzUsuń