niedziela, 17 kwietnia 2011

Dziecięcy świat brutalnie odebrany - "Lucy Crown", Irwin Shaw

„Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – napisał Lew Tołstoj, przystępując do opowieści o rozbitej rodzinie Kareninów na czele z nieszczęsną Anną. Od tego słynnego zdania równie dobrze mogłaby zaczynać się Lucy Crown. Wbrew bowiem temu, co sugeruje tytuł, to nie tylko historia jednej kobiety, lecz przede wszystkim całej rodziny – historia, w której każdy odegrał niemal równorzędną rolę i nikt nie został potraktowany przez autora w jego analizie po macoszemu.


Punktem wyjścia jest lato roku 1937, które tytułowa Lucy Crown, przykładna żona i kochająca – wręcz przesadnie – matka, spędza wraz z trzynastoletnim synem Tonym w domku Crownów nad jeziorem. Olivera, jej męża, wzywają z powrotem do miasta obowiązki służbowe, jednak zostawia rodzinę w towarzystwie dwudziestoletniego studenta, Jeffa Bunnera, który ma pełnić rolę opiekuna i męskiego towarzysza dla chorowitego i nieco zbyt – zdaniem ojca – zniewieściałego przez ciągłą kompanię matki Tony'ego. Te kilka letnich tygodni wywraca całe życie Crownów do góry nogami, doprowadza do całkowitego rozłamu rodziny, tragedii, do wspomnienia której wszyscy będą jeszcze przez lata wracać z goryczą i smutkiem – Lucy bowiem nawiązuje z Jeffem romans.

Ktoś by spytał – co w tym wielkiego? Czy to pierwszy skok w bok, którego dopuszcza się zniewolona przez męża bądź znudzona małżeńskim żywotem kobieta? Od razu tragedia? Podobnie zresztą myślała z początku sama Lucy. I pewnie sprawa rzeczywiście „rozeszłaby się po kościach”, gdyby nie fakt, że świadkiem niedwuznacznej sytuacji z matką i opiekunem w rolach głównych stał się sam Tony.

Jeśli miałabym oceniać, kto został tą historią dotknięty najbardziej, powiedziałabym, że nie była to wcale Lucy. Nie ona, choć zdarzenie to okazało się dla niej później początkiem długiej serii życiowych błędów, nie zdradzony mąż, którego uporządkowany świat, w którym nie było opcji pod tytułem „zdrada żony”, runął w gruzy, i nie Bunner – nietypowy model kochanka, zakochany z całą siłą młodzieńczego serca, skrzywdzony przez Lucy, która odpiera jego gorące wyznania kpiącym śmiechem. To Tony poniósł największą ofiarę. Najpierw – gwałtownie i bez uprzedzenia wrzucony w świat seksualności, o której nie wiedział nic. W jednej chwili ma matkę, najukochańszą na świecie istotę, z godnością pełniącą rolę strażniczki domowego ogniska, a zaraz w następnej – matka zmienia się w nieznaną mu, dziką, nagą istotę z uśmiechem egoistycznej rozkoszy na twarzy. Obraz, który zostaje na całe życie.

Przyszła mi tu do głowy Pokuta McEwana – film, książki bowiem nie czytałam. Podczas gdy na głowę małej Briony sypie się grad oskarżeń i potępienia, ja byłam w stanie ją usprawiedliwić. Myślę, że ten moment wejścia w świat erotyzmu jest dla dziecka niesamowicie istotny – jeśli nastąpi zbyt szybko, zbyt gwałtownie, w nieodpowiednim momencie, może mieć dla psychiki takiego małego człowieka katastrofalne skutki. Nie dziwię się, że Briony zareagowała w ten sposób – nic jeszcze nie rozumiejąc, zetknęła się z czymś w jej rozumieniu plugawym, ohydnym, godnym najwyższego potępienia, co należy ukarać bez względu na wszystko.

Podobnie jest z Tonym – nie ma jeszcze rozsądku i wyrozumiałości dorosłego człowieka, więc w jego sercu rodzi się bunt i gniew. To jednak nie koniec krzywd. Osaczona przez nienawiść syna Lucy stawia mężowi – który, po pierwszym szoku, gotów jest jej wybaczyć – ultimatum: albo ich rodzina zupełnie się rozpadnie, albo to Tony musi być z niej wykluczony, ona nie jest bowiem w stanie żyć pod jednym dachem ze swym sędzią i wrogiem. Oliver kocha syna, ale nie potrafi też żyć bez żony, godzi się więc na opcję drugą. Chłopiec zostaje skazany na tułaczkę – szkoła z internatem, święta poza domem, jedynie obiadki z ojcem raz na jakiś czas. „Jak można?!” – myślałam wciąż, rozgorączkowana. Nic dziwnego, że Tony wyrasta na cynicznego, zimnego, zamkniętego na świat mężczyznę. Jednocześnie ze wstrętem odsuwa od siebie wszystko, co swawolne, rubaszne, wulgarne. Jakby przez całe życie starał się na nowo odnaleźć i wrócić do dziecięcego, niewinnego świata, tak brutalnie mu wydartego.

Na okładce mojego wydania tej książki widnieje hasło „Barwny portret szukającej uczucia kobiety”. Uważam je za nietrafione – po pierwsze dlatego, że Lucy w gruncie rzeczy nie szukała uczucia, co sama zresztą wprost przyznaje podczas swej spowiedzi przed Tonym, pod koniec, już we Francji. Po drugie – i będę się przy tym upierać – to nie historia Lucy, ale przede wszystkim całej rodziny Crownów. Dużo tu i ogólnych refleksji na temat tego, czym jest rodzina, jaki jest jej sens, co znaczy, że jest naprawdę szczęśliwa. Piękny fragment na temat dziecka pozwolę sobie zacytować:
Człowiek ma syna po to, żeby móc w sobie odrodzić optymizm. Facet dochodzi do pewnego wieku, powiedzmy – dwadzieścia pięć, trzydzieści lat, to zależy od inteligencji, i wtedy zaczyna sobie mówić: „To wszystko jest do kitu!”. Zaczyna rozumieć, że każdy następny dzień przynosi nową porcję tego samego, tyle że właśnie z każdym dniem trochę gorszą. (...) I wtedy przychodzi dziecko. Mały chłopczyk nie wie, co to pesymizm. Człowiek patrzy na niego, przysłuchuje mu się, a on w każdej sekundzie dyszy pasją. Pasją wyrastania, czucia, poznawania. Ma w sobie coś takiego, co mu daje pewność, że warto rosnąć, warto się uczyć porozumiewania się z ludźmi, uczyć się jeść łyżką, uczyć się korzystać z ustępu, uczyć się czytać, walczyć na pięści, kochać... Jest na grzbiecie fali, która go niesie naprzód. (...) Człowiek patrzy na syna i zaczyna rozumieć, że w ludzkiej rasie jest coś, co każe jej wierzyć ślepo w życie.
To jest prawdziwe. Dlatego tak usilnie próbujemy wrócić do swojego dzieciństwa, do tej pasji i zadziwienia cudownością świata. Każde dziecko to największy cud, jaki zrodzić może ziemia, i cudem jest to, co dzieje się w jego małej główce. Jakże smutno brzmią te słowa w ustach pijanego, zmęczonego życiem, nazajutrz wyruszającego w podróż do Europy, z której ma już nie wrócić, Olivera, człowieka, którego nic już w życiu nie czeka, a od syna jest obecnie bardziej oddalony niż kiedykolwiek!

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z Irwinem Shawem – kilka lat temu czytałam Młode lwy, byłam jednak wtedy jeszcze na tyle młodociana, że największe wrażenie zrobiły na mnie brutalne opisy okrucieństw wojny – sceny torturowania, wyrywania paznokci itd. Nie zwróciłam zupełnie uwagi na subtelności psychologiczne, a szkoda, bo po lekturze Lucy Crown stwierdzam, że to najciekawsza warstwa twórczości Shawa. Lucy Crown jest psychologicznie cudownie głęboka, postaci są wielowymiarowe i opisane w najdrobniejszych szczegółach, a każda reakcja, każda myśl, słowo, stymulują do zastanowienia. To po prostu książka z gatunku tych, o których można dyskutować godzinami, analizować najdrobniejsze zdarzenia i zastanawiać się nad ich interpretacją. Wspaniała. Polecam gorąco.

***
Cytat: I. Shaw, Lucy Crown, wyd. Książnica, Katowice 1994.

11 komentarzy:

  1. Mój szacunek...Napisałaś tak pięknie że mi dech zapiera...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak piękna książka, to i piękne słowa się cisną :) bardzo mi miło, dziękuję za uznanie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecudnie opisałaś tę książkę, nie chciałam, aby recenzja się skończyła.
    Książkę na pewno przeczytam, bo uwielbiam analizować.

    P.S. Czy to nie straszne, że za błędy dorosłych najwięcej płacą dzieci ...?

    OdpowiedzUsuń
  4. Maya, bardzo się cieszę, że ta recenzja tak Ci się spodobała :) i, przede wszystkim, że skutecznie zainteresowała książką, która na to zdecydowanie zasługuje. Masz rację, to jest straszne, że wybryki rodziców odbijają się tak często na dzieciach, w końcu to one powinny być najbardziej chronione i odseparowane od tego co złe i niedoskonałe. Tutaj wprost nie mogłam uwierzyć w to, co czytam - niby kochająca matka, a świadomie niemalże wypędza syna z domu. Przez swój wybryk! Oczywiście, sytuacja była trudna, ale dla mnie to i tak było pójście na łatwiznę - jeśli człowiek się postara, kompromis zawsze się znajdzie i nie ma potrzeby stosować tak drastycznych środków.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam nic Shaw'a, choć mam dwa tytuły na półce (gdzieś). Może dlatego, że nikt do tej pory go przy nie nie zachwalał, a innych i owszem? Zaciekawiłaś mnie w każdym razie. Obym nie zapomniała o tym, wybierając coś z własnych zasobów następnym razem :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Maiooffko, daj mu szansę :) zauważyłam też teraz, przy okazji szukania informacji o "Lucy Crown", że faktycznie Shaw nie cieszy się dużą popularnością. "Młode lwy" ktoś jeszcze czasem kojarzy, bo była ekranizacja z Marlonem Brando, ale o innych jego książkach - cisza. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szansę dostanie na pewno: na półce odnotowałam i "Lucy Crown" i "Pogodę dla bogaczy", więc nawet mam w czym wybierać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytałam kilka książek Shawa , tych bardziej sensacyjnych, mam Młode lwy, ale ich jeszcze nie czytałam. A "Lucy Crowe" to była moja ulubiona książka więc nie mogłam przeboleć, gdy mi jej nie oddano. To jedna z jego lepszych książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś Ci ją gdzieś zapodział? Co za przykrość! Ja się ogromnie przywiązuję do książek, a „Lucy Crown” należy i do moich najmilszych wspomnień czytelniczych, więc pewnie mocno bym to przeżyła.

      Usuń
  9. Dzięki urodzinowemu wpisowi A.D. 2017 wrzucam tą pozycję do schowka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę! Nie pożałujesz, naprawdę świetna książka.

      Usuń