czwartek, 4 maja 2017

Austriacka sielanka – „Marsz Radetzky’ego”, Joseph Roth

Wilhelm Gause, Hofball in Wien, 1900.

Marsz Radetzky'ego to chyba najgłośniejsze dzieło jednego z najwybitniejszych pisarzy austriackich pierwszej połowy XX wieku, Josepha Rotha. Powszechnie zaliczane do kanonu literatury niemieckojęzycznej, cenione przez innych wielkich pisarzy, przez noblistę Maria Vargasa Llosę określone jako „najlepsza powieść polityczna, jaką kiedykolwiek napisano”.

Tytuł jest trochę przewrotny. Skomponowany bowiem przez Johanna Straussa Marsz Radetzky’ego to symbol dawnej świetności i potęgi C. K. Monarchii, tymczasem głównym tematem powieści jest upadek austriackiego imperium, ze wszystkimi jego pięknymi formami.

„Znał imiona wszystkich członków domu cesarskiego. Kochał ich szczerze, dziecięco oddanym sercem – przede wszystkim cesarza, który był dobry i wielki (…). Najlepiej umrzeć za niego przy dźwiękach muzyki, najłatwiej – w takt marsza Radetzky’ego” (s. 42).

Pierwsze wydanie Marszu, 1932 r.
Punktem wyjścia opowiedzianej przez Rotha historii jest rok 1859 i bitwa pod Solferino, podczas której młody podporucznik Józef Trotta, potomek słoweńskich chłopów, ratuje życie samemu cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Jego bohaterski czyn staje się ciężarem dla jego syna i wnuka, głównych bohaterów tej książki, którzy przez całe życie starają się dorosnąć do swego wielkiego nazwiska. Z różnym skutkiem.

Syn, starosta, jest jeszcze w stanie unieść ten ciężar – robi to zawsze i wszędzie chwaląc imię cesarza, rzetelnie sprawując swoją służbę i przestrzegając form. To człowiek pryncypialny, honorowy i bardzo powściągliwy, na czym cierpi jego jedyny syn, Karol Józef. Zgodnie z wolą ojca wyszkolony na żołnierza, próbuje on sobie znaleźć miejsce w tym świecie, który tak hołubi starosta, ale nie potrafi. Choć kocha cesarza i jest gotów go bronić tak jak jego dziadek, a Marsz Radetzky’ego wygrywany na placu przed starostwem budzi w nim głębokie patriotyczne uczucia, nie potrafi też ściśle przestrzegać form narzuconych mu przez ojca. Wrażliwy i nieco zagubiony, przypominał mi pod tym względem Hanno, najmłodszą latorośl rodu Buddenbrooków, i cała historia upadku rodziny, tu ściśle splecionego z upadkiem państwa, jest nieco podobna jak u Tomasza Manna – choć w obu przypadkach chodzi oczywiście o zupełnie inne wartości.
„Żył w cieniu dziadka. W tym tkwił sęk! Był jedynym wnukiem bohatera spod Solferino, jedynym wnukiem! Czuł ustawicznie na karku tajemniczy, ciemny wzrok dziadka. Był wnukiem bohatera spod Solferino” (s. 107).
Młody Joseph Roth, ok. 1914.
Wikła się więc młody Trotta w coraz to nowe afery, nawiązuje romanse, wpada w długi, przyczynia się niechcący do tragedii – a wszystko to jeszcze bardziej pogłębia jego niepewność i rozpacz. Otoczenie, w którym przebywa, również nie sprzyja pielęgnowaniu ojczyźnianych ideałów – ówczesna armia austriacka, składająca się z opijusów i hazardzistów, przypomina bardziej bandę szwejkowskich indywiduów, niż przykładnych, przejętych miłością do cesarza wojskowych. „Już nie byli członkami armii, tylko niedbałymi nosicielami jej mundurów” (s. 323).

Karol Józef zastanawia się: „Gdzie właściwie przynależę? Nie do tych, którzy siedzą tam w karczmie! Może do Sipolje? Do ojców moich ojców? Może powinienem trzymać w rękach pług zamiast szabli?” (s. 340). Chciałby porzucić karierę wojskową i zaszyć się na jakimś małym skrawku pola, uprawiając ziemię, jak jego przodkowie, lecz powstrzymuje go lęk przed ojcem. To nie tak, że starosta nie kocha syna – przeciwnie, co pokazuje raz po raz wyciągając go z tarapatów lub przymykając oko na jego występki – ale ma ściśle sprecyzowaną wizję tego, co jest słuszne, i w nią usiłuje wpisać życie swej latorośli.

Jego wizja bywa przerażająca, oparta jest bowiem na bezdyskusyjnym posłuszeństwie i oddaniu cesarzowi. W podobny sposób swojemu panu, czyli staroście, oddany jest służący Jacques, który dla służby poświęca całe swe życie – nie żeni się, ponieważ nie spodobałoby się to jego chlebodawcy. Jego przybrane imię „Jacques”, do którego nieprawdziwości przyznaje się dopiero na łożu śmierci, wydaje się jakimś symbolem wyzbycia się własnego życia na rzecz pana. Taka postawa, przywodząca mi na myśl Stevensa, służącego sportretowanego w Okruchach dnia Ishiguro, jest trudna do oceny – człowiek aż do tego stopnia oddany służbie wydaje się niespełna rozumu, ale w powieści Rotha to przecież również element tej dawnej tradycji, poświęcenia cesarstwu i obowiązującemu w nim systemowi, na swój sposób piękny.

Richard Moser, Elisabethbrücke, 1911.

Starosta żyje więc w przeświadczeniu, że wie, jak należy postępować. Ale przecież nie idzie w ślady ojca – bohater spod Solferino, choć ocalił życie Franciszkowi Józefowi, nie czcił cesarza i jego imperium bezkrytycznie. Wydaje mi się, że znamienny jest już fakt, w jaki sposób dokonał swego czynu – by ochronić młodego wodza przed pociskiem, nie dbając o ceremoniał ośmielił się złapać go za rękę i pociągnąć na ziemię.

Zamiast dumać, woli działać, bardziej niż formy, piękne gesty i słowa ceni prawdę – nie bez powodu Roth nazywa go „rycerzem prawdy”. Dlatego też, kiedy prosi o sprostowanie ubarwionej historyjki opisującej jego czyn w szkolnej czytance i słyszy od cesarza, że „kłamie się nieraz”, bohater ostentacyjnie odchodzi z armii i oddaje się pracy na roli, „wygnany z raju naiwnej wiary w cesarza, w cnotę, prawdę i sprawiedliwość” (s. 23). Jego historią, która otwiera całą powieść, autor już na wstępie kwestionuje więc ideały starosty; wydaje się ona ponurą zapowiedzią późniejszych wydarzeń, a zarazem tworzy klamrę z losami innego młodego podporucznika – jego wnuka, Karola Józefa.

Cesarz Franciszek Józef w 1905 r.
Głos Rotha jest więc krytyczny, już na wstępie kwestionuje on potęgę i nieomylność Monarchii, ale równocześnie pisze o niej i o jej czasach z ogromną nostalgią. Rozumie, czemu austriacki kolos upadł, dostrzega jego wady, ale nie zmienia to faktu, że żałuje tego świata, który był również światem jego dzieciństwa, i po którego rozpadzie nigdzie już nie czuł się „u siebie”. Z drobiazgową czułością pisze o małych rytuałach starosty, o posiłkach, które trafiały na stół w jego domu, o Marszu Radetzky’ego rozbrzmiewającym po obiedzie na placu przed starostwem.
„Twarze słuchaczy rozjaśniał zachwycony uśmiech, stopy same odrywały się od ziemi. Stali jeszcze, a zdawało im się, że już maszerują. Dziewczęta wstrzymywały oddech i otwierały usta, dojrzali mężczyźni zwieszali głowy i wspominali czasy manewrów. Stare babinki siedziały w pobliskim parku, ich małe, siwe główki trzęsły się. Było lato” (s. 36).
Podobnie jak swój rodak Stefan Zweig, Roth jest prócz tego niesamowitym opowiadaczem – obydwaj, po prostu poprzez zajmującą narrację, potrafili z niezwykłą siłą wciągnąć czytelnika w przedstawiony świat. (Niecierpliwość serca łączy zresztą z Marszem Radetzky’ego również sceneria i czas – obydwie powieści opisują czasy schyłku imperium i kończą się wybuchem I wojny światowej; a i życiorysy ich autorów pod pewnymi względami są zadziwiająco podobne…). Ostatecznie zaś o tym, że mam do czynienia z prawdziwym mistrzem pióra, przekonuje mnie kilka wspaniałych scen – śmierć Jacquesa, wyprawa starosty do Wiednia i audiencja u cesarza w obronie honoru syna, przyjęcie u Chojnickiego, w trakcie którego obsypani jeszcze confetti goście na wieść o zamordowaniu księcia Ferdynanda maszerują dookoła sali w takt Marszu Żałobnego Szopena. I koniec – koniec rodu Trottów, koniec cesarza Franciszka Józefa… koniec świata.

Karl Pippich, Carlsplatz, Wien, 1908.

A książkę zdjęłam z bibliotecznej półki dzięki rekomendacjom Sheyna Owieczkina oraz Marlowa z Galerii Kongo. Za te rekomendacje składam teraz oficjalnie stokrotne dzięki!

***
J. Roth, Marsz Radetzky’ego, przeł. Wanda Kragen, wyd. Czytelnik, Warszawa 1977.

Ilustracje:
[1] Historisches Museum der Stadt Wien / Wikimedia Commons
[2] H.-P.Haack / Wikimedia Commons
[3] Center for Jewish History / Wikimedia Commons
[4] www.dorotheum.com / Wikimedia Commons
[5] Koller Tanár Utódai / Wikimedia Commons
[6] www.imkinsky.com / Wikimedia Commons

8 komentarzy:

  1. Domniemuję po lekturze wpisu, że książka się podobała, uff! :-) Co do imienia Jacques to też stawiam na to, że ma być ono synonimem służącego - w końcu Jacques le fataliste był dostatecznie znany, gdy Roth pisał "Marsz...", choć osobiście nie snułbym jednak paraleli pomiędzy bohaterem Rotha i Ishiguro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, podobała się ;). Przejmująca opowieść w starym stylu, z Wielką Historią w tle. Dzięki za Kubusia Fatalistę, rzeczywiście, teraz wydaje mi się to oczywiste, ale nie wpadłam na to! A bohater Ishiguro pojawił się na zasadzie luźnego skojarzenia, przywiódł mi go na myśl ten motyw wyrzeczenia się własnego życia, osobistego szczęścia, na rzecz służby. Myślisz, że to zbyt różne postawy, by je porównywać?

      Usuń
    2. Stevens z "Okruchów..." jest w drodze, tak jak Odys i tylu innych po nim (przychodzi mi jeszcze na myśl Yoric z "Podróży sentymentalnej") i ten motyw drogi czymś co służy jego poznaniu - u Jacquesa z "Marsza..." tego nie ma, tak jak nie ma świadomości przegranego życia (jeśli dobrze pamiętam).

      Usuń
    3. To prawda, drogi u Jacquesa nie ma, ale ja się tam u niego dopatruję jakieś świadomości przegranego czy też straconego życia – w tym jego dwukrotnie wypowiedzianym „Nie ożeniłem się”, drugi raz znacząco. A z kolei u Stevensa, mam wrażenie, to zrozumienie też nie jest pełne – może źle pamiętam, ale wydaje mi się, że on tam sobie w tej końcówce, mimo żalu, wciąż tłucze do głowy jak papuga te swoje utarte formułki. W takim wypadku gdzieś się w pół drogi spotykają w tym swoim „częściowym zrozumieniu” ;).

      Usuń
  2. To jest doskonała książka, zgadzam się w stu procentach. Czytałam ją jeszcze z taką interpretacją, że bitwa pod Solferino to była taka ostatnia faktyczna bitwa, w której jeszcze monarchia stawała w polu, potem to już była armia, która przegrała wszystko, co mogła przegrać. I tym znamienniejsze wydaje mi się, że właśnie stamtąd wzięła się chwała von Trottów; potomkowie zwyczajnie nie mogli temu dorównać, bo taki był i dość pesymistyczny dla c.k. monarchii duch historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mhm, czyli taki przełomowy moment w historii państwa? To by miało sens – w końcu cały ten rozpad zaczyna się potem. Czyli że nie wiadomo jak bardzo by się biedak Karol Józef starał, i tak jego wysiłki spełzłyby na niczym :). Strasznie smutne, urodzić się na takiej straconej pozycji!

      Usuń
  3. Czasem myślę, że wielu z nas jest na straconej pozycji, niezależnie od swoich wysiłków i każdemu gra jakiś utwór, niekoniecznie akurat marsz Radetzky’ego. Nie musi być cesarstw (choć rży jeszcze w polu jakaś kasztanka). Bardzo dobra recenzja. Przyjemnie poczytać coś napisanego z głową i dobrym językiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe :). Każdy z nas ma w końcu na karku czyjeś wygórowane nadzieje i oczekiwania, choćby swoje własne. W tym kontekście ta książka nabiera uniwersalności. Dzięki za miłe słowo!

      Usuń