sobota, 15 lipca 2017

Żółty i skośny kryminał – „Roznegliżowane”, Iva Procházková

Druga książka z serii Ivy Procházkovej o podinspektorze Holinie, a jednocześnie druga publikacja z serii Czeskie Krymi wydawnictwa Afera, to dobry, solidny kryminał. Trochę jednak brakuje mu humoru i lekkości pierwszej części serii, Mężczyzny na dnie – zdecydowanie mniej tu rogalików i astrologii.

Czytałam sobie tę książkę nieśpiesznie, po raz pierwszy też bawiłam się w typowanie zabójcy, bo ponoć jest większa frajda (trochę jest, to fakt!). Wynotowałam sporo uwag, mam dużo obserwacji, niektóre rzeczy mi się podobały, inne nie. I tak…

Na minus – Holina. Jakoś się tu zmienił. Melancholii po utraconej miłości nie zagryza rogalikami, jego uwielbienie dla nich schodzi na dalszy plan, a miejsce pierwszego obżartucha powieści przejmuje po nim Mrštík; podinspektor traci swój humorystyczny rys, robi za to wrażenie bardzo stanowczego i profesjonalnego – przypomina mi bardziej tego serialowego. Jest jednak przez to mniej oryginalny, staje się takim „zwykłym” kryminalnym z filmów i seriali.

Okładka czeskiego wydania.
Bardziej przewidywalna niż polska
(patrz: przedostatni akapit) :).
Na plus – postaci drugoplanowe. Rozczarowanie z powodu Holiny wynagradzają mi tu inne postaci, takie jak pan Holopírek, emeryt, który w jednej z pierwszych scen powieści znajduje ofiarę, czy pan w pasiastej czapce z kamienicy na Nuslach. Żałuję, że pojawiają się one tylko na chwilę i szybko znikają.

Na duży plus – intryga. Śledziłam ją tym razem wyjątkowo uważnie, i choć poprawnie udało mi się wytypować zabójcę, muszę przyznać, że kilka razy autorka mocno mota czytelnikowi w głowie, aby sprowadzić go na niewłaściwy trop. Podejrzanych jest wielu, żaden typ nie jest oczywisty, rozwój śledztwa obserwuje się z dużym zainteresowaniem.

Na minus – mało astrologii. Jest tylko kilka wzmianek, Holina wybiera się niby na jakiś wykład poświęcony astrologii, ale w końcu na niego nie dociera. Nie wiem, czy wszyscy czytają te książki i oglądają serial w podobny sposób, podejrzewam, że – zwłaszcza w Czechach – nie, ale dla mnie obraz kryminalnych rozwiązujących sprawę posiłkując się wiedzą astrologiczną to naprawdę wielka sranda :). Dlatego żałuję, że w tej odsłonie cyklu jest takich praktyk mniej, i to też sprawia, że kryminał Procházkovej nie jest już tak oryginalny.

Na plus – tło społeczne. Autorka zapędza się w tej powieści na Libuš, praską dzielnicę Azjatów – wraz z bohaterami wędrujemy m.in. po ogromnym wietnamskim targowisku i poznajemy mieszkańców tej dzielnicy Pragi, o której milczą przewodniki. Trąca też takie kwestie jak tożsamość narodowa („Siedziała na krześle barowym jak jaskółka na drutach. Dziś Praga, jutro Zurych, za pół roku – kto to wie? (…) Nigdy nie zastanawiała się nad tym, gdzie jest u siebie” – myśli Holina o Hanie Ovečce) czy szerzące się wśród młodych dziewczyn zjawisko zarabiania na studia i życie w mieście swoim ciałem. Ku refleksji.

Na minus, ale mały – język. Miałam momenty irytacji, bo wydawał mi się tak płaski, zwyczajny, zupełnie nic ciekawego się w nim nie dzieje. Nie wiem jednak, na ile to moje narzekanie jest uprawnione, bo przecież w literaturze tego typu nie chodzi o język, ale treść, sposób opowiadania wręcz nie powinien odwracać uwagi od opisywanych wydarzeń. A druga rzecz, że chyba jestem też przyzwyczajona do prozy bardziej artystycznej. Więc minus, ale trochę niepewny.

Na plus – okładka. Ten słonecznie żółty kolor jest bardzo nieoczywisty – z początku mnie dziwił, bo tu przecież grudzień, mróz, Praga, jakaś śnieżna biel albo bury szary byłyby bardziej na miejscu. Kiedy jednak okazało się, że cała sprawa jest związana z praskim środowiskiem Wietnamczyków, „żółta i skośna”, jak mówi Karoch – wybór okazuje się jasny. A dodatkowo żółty wyróżnia tę książkę na półce z kryminałami (które właśnie szare, bure i ponure, ewentualnie czerwone, bo krew).

Ostatecznie bilans wychodzi na plus, i mimo że w tej odsłonie proza Procházkovej straciła trochę swoich smaczków, wciąż warto ją czytać. Zwłaszcza, jeśli ktoś po prostu lubi wciągające kryminały.

***
I. Procházková, Roznegliżowane, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Paseka / www. paseka.cz,
[3] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl. 

Polecam ciekawe recenzje tej książki na:

wtorek, 4 lipca 2017

Góry i doliny – relacja z Big Book Festival 2017


Tegoroczny Big Book Festival nie zachwycił mnie tak, jak edycja 2015. Choć organizatorzy zadbali o moc atrakcji, takich jak mecz koszykówki pisarze kontra dziennikarze, bicie rekordów, spotkania w prywatnych mieszkaniach, debaty przy okrągłym stole, leżaczki, gofry i tańce, poziom merytoryczny spotkań i dyskusji nie był tak wysoki, jak dwa lata temu. Znalazło się jednak kilka rozmów, których wysłuchałam z dużym zainteresowaniem, poniżej więc krótka relacja, z naciskiem na te najciekawsze.

Grégoire Delacourt: „Zinédine Zidane literatury”

Wejście było mocne – pierwsze spotkanie, w którym wzięłam udział, z Grégoirem Delacourtem z okazji premiery jego książki Na pierwszy rzut oka w ramach prowadzonego przez Annę Sańczuk i Macieja Ulewicza cyklu „Uwaga: Premiera!” (więcej na temat cyklu i samej książki tutaj), okazało się ostatecznie najlepszym, w moim odczuciu, wydarzeniem całego festiwalu. Aż szkoda, że debata przy okrągłym stole, która odbyła się w tym samym czasie na dziedzińcu, skradła większość publiczności.

Sam Delacourt dał się poznać jako dowcipniś i przesympatyczna gaduła. Oprócz tego ujął mnie również jego sposób postrzegania literatury, ukształtowany już przez pierwszą świadomą lekturę. Była to książka Marcela Pagnola, podarowana mu w wieku 10 lat przez ojca, i zapamiętał ją jako opowieść o rodzinie, której członkowie się kochają i mówią sobie o tym; dzięki temu literatura stała się dla niego perspektywą piękniejszego życia. Dziś uważa, że powinna ona przede wszystkim trafiać do serc i głów zwykłych ludzi, wnikać w ich ból i pokazywać, jak niezwykłą rzeczą jest miłość.

W tym duchu powstała także jego najnowsza wydana w Polsce powieść Na pierwszy rzut oka. Jak mówił Delacourt, mamy dziś do czynienia z pierwszym pokoleniem chłopców i dziewcząt, które odkryło ciało w kontekście przemocy występującej w pornografii. Postanowił więc napisać książkę przesiąkniętą szacunkiem do ciała, rodzaj instruktażu dla młodych, jak się z nim obchodzić. Na pierwszy rzut oka to również krytyka fascynacji życiem innych osób, celebrytów – autor chciał pokazać, że życie każdego z nas jest piękne, nie musimy zazdrościć go sławnym ludziom. Tymczasem zamiast je doceniać, polujemy na lajki i z samotności robimy zdjęcia tego, co jemy; to nowy rodzaj niewolnictwa.


Dlaczego w swojej powieści zdecydował się wykorzystać akurat postać Scarlett Johansson? To proste – bo miała być zmysłowa, a we Francji nie znalazł aktorki w odpowiednim wieku i o odpowiedniej urodzie. Potrzebował kogoś, kto jest ikoną zarówno dla chłopców, jak i dziewcząt, choć dla niego osobiście Scarlett nie jest specjalnie pociągająca. „Pewnie nie powinienem był jej wybierać”, skwitował dowcipnie, nawiązując do sprawy w sądzie, wytoczonej mu po publikacji książki przez aktorkę.

I choć cała rozmowa utrzymana była raczej w lekkim, żartobliwym tonie, w niektórych momentach robiło się bardzo poważnie. Delacourt wyznał – ze szczerością, która mi zaimponowała – że był dzieckiem rodziców, którzy się nie kochali, co było dla niego bardzo bolesne i pisze m.in. po to, by zapanować nad tym bólem. Opowiedział również, jak pewien dziennikarz zwrócił uwagę na powtarzający się w jego twórczości motyw martwego dziecka i zdiagnozował, że to dziecko to on, sam autor; „kiedy to przeczytałem, rozpłakałem się”, przyznał pisarz, uświadomił sobie bowiem, że to prawda.

Gość spotkania usłyszał wiele miłych słów pod swoim adresem od pewnego pana z publiczności; nazwał on Delacourta „Zinédinem Zidanem literatury” i zapytał, dlaczego literatura francuska jest u nas tak mało popularna. Delacourt odciął się jednak od innych twórców z Francji; stwierdził, że wielu z nich pisze tylko po to, by być na salonach, nie lubi czytelników, a kiedy ich książka się nie sprzedaje, tłumaczą to prosto: „Czytelnicy są głupi”.

Wnętrze dawnego Gimnazjum Żeńskiego im. Klementyny Hoffmanowej, gdzie w tym roku odbył się Big Book Festival. Co roku organizatorzy wybierają na festiwal inne, klimatyczne miejsce, i to jest piękne. A na ścianie szczegółowy program, z godzinami i salami wydarzeń – rewelacyjny pomysł!

Prof. Magdalena Fikus: Nauka jest jak chodzenie po górach

Oprócz spotkań poświęconych stricte literaturze, w ramach tegorocznego Big Book Festivalu zorganizowano również cykl wykładów popularnonaukowych „Antywykłady”. Naukowcy (i jeden ojciec dominikanin) opowiadali na nich m.in. o genetyce, mózgu, Darwinie i jego epokowym dziele O powstawaniu gatunków, a także o ludzkiej duszy.

Sama wzięłam udział w spotkaniu z prof. Magdaleną Fikus, genetyczką, i byłam mile zaskoczona frekwencją – sala pękała w szwach. Sam wykład natomiast trochę mnie rozczarował – pani profesor mówiła o bardzo ciekawych rzeczach, ale w sposób trochę chaotyczny. Zrobiła na mnie jednak wrażenie bardzo sympatycznej, ciepłej osoby i z pewnością rozejrzę się za wydaną kilka dni temu przez Czarne książką Pani inżynier od życia – wywiadem z nią, przeprowadzonym przez Irenę Cieślińską.

Prof. Fikus w trakcie swojego wykładu mówiła o tym, że nauka jest jak chodzenie po górach (już, już ci się wydaje, że jesteś blisko wierzchołka, ale nagle widzisz zejście i okazuje się, że jeszcze wiele zejść i podejść przed tobą), o potrzebie rozmowy między naukowcami, oraz oczywiście o swojej specjalizacji, czyli genetyce – o tym, jak wiele jeszcze nie wiemy, o mądrej ewolucji, która pewne fragmenty materiału genetycznego wyrzuca, inne zostawia, i o tym, że nie ma genów inteligencji czy piękna. Niewiele za to powiedziała o głównym temacie wydarzenia, „Czy musimy umierać?”; jak wyjaśniła, cały jej wykład miał być odpowiedzią na to pytanie – tak, musimy, genetyka nie pozwoli bowiem tak łatwo się „oszukać”. Mimo wszystko jednak liczyłam na to, że temat zostanie trochę rozwinięty.

Marcin Kącki, Ignacy Karpowicz, Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Kryzys męskości

Wahałam się, czy pójść na kolejny antywykład, o tym, co dzieje się w naszym mózgu, gdy czytamy, czy wybrać debatę „Bądź mężczyzną” z udziałem trzech polskich pisarzy, prowadzoną przez Magdę Mołek. Ostatecznie poszłam za tłumem – na debatę, i to była bardzo zła decyzja.

Krótko, bo nawet nie ma sensu się nad tym rozwodzić – było to najgorsze spotkanie, na jakim kiedykolwiek byłam na festiwalu literackim. Jedynie Klimko-Dobrzaniecki trzymał fason, panowie Kącki i Karpowicz natomiast zachowywali się jak niesforne dzieciaki, zupełnie nie zwracali uwagi na pytania i uwagi prowadzącej, co rusz przekrzykiwali się i wymieniali prymitywne docinki i niesmaczne dowcipy. To była rozmowa rodem z zakrapianej imprezki, nie z festiwalu tego typu. Wytrwałam do końca, trochę z ciekawości, jak zareaguje publiczność, i razem z połową sali (publika się podzieliła) biłam brawo dwóm czy trzem paniom, które odważyły się powiedzieć gościom, że ich występ był żenujący. Pozostał niesmak.


Daniel Odija, Wojciech Stefaniec: Równoległość wrażeń

Ostatnim spotkaniem, w którym wzięłam udział w festiwalową sobotę, była rozmowa z twórcami komiksu Stolp – Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem, czyli kolejne wydarzenie z serii „Uwaga: Premiera!”. Obydwaj panowie są związani ze Słupskiem, i już sam tytuł ich dzieła (będący też imieniem głównego bohatera) jest w pewien sposób wyrazem lokalnego patriotyzmu – „Stolp” to po prostu przedwojenna nazwa Słupska. W związku z tym ponoć wielu słupszczan przekonanych jest, że komiks Odiji i Stefańca to opowieść o Słupsku. I w pewnym sensie tak – rysownik Wojciech Stefaniec wykorzystał w swojej wizji rzeczywiste elementy słupskiego krajobrazu, pojawiają się również ogromne mewy (które w Słupsku ponoć zjadają gołębie i małe koty) – ale biorąc pod uwagę, że całe dzieło to mroczna, dystopijna wizja, raczej nie nadaje się ono do folderu reklamującego miasto :).

Zapytani o to, czy boją się przyszłości, autorzy odpowiedzieli, że nie. Są „facetami po przejściach”, podobnie jak ich Stolp, dlatego w ten a nie inny sposób widzą rzeczywistość, w gruncie rzeczy sądzą jednak, że nie ma sensu za wiele się nad przyszłością zastanawiać. Zmiany bowiem nastąpią, czy tego chcemy czy nie, „t tak nic nie zmienimy, i ten komiks pewnie też nie”, skwitował Odija.

Autorzy Stolpa opowiedzieli także o tym, jak wygląda współpraca między scenarzystą a rysownikiem. Obaj przyznali, że są wyjątkowo zgodni, nie kłócą się i nie wcinają się we własne wizje, a raczej wzajemnie je poszerzają i uzupełniają. Praca nad komiksem jest jednak dla nich bardzo absorbująca – Stefaniec przez 15 miesięcy pracował nad rysunkami po 8 godzin dziennie, zaś Odija żył niemal przez cały czas tą historią. Na koniec powiedzieli także kilka słów o tym, dlaczego warto czytać komiksy – podkreślili, że ich zaletą jest równoległość wrażeń, ale nie tak przytłaczająca jak na przykład w filmach.

Magdalena Parys, Olaf Kühl: Rozlewna literatura

Lubię rozmowy o tym, jak wygląda sytuacja literatury w innych krajach, dlatego w niedzielę w samo południe wybrałam się na debatę „Polska-Niemcy 1:1. Opowieść równoległa”, w której udział wzięli mieszkająca od lat w Berlinie polska pisarka Magdalena Parys oraz niemiecki pisarz, slawista, tłumacz z języka polskiego, Olaf Kühl. W roli prowadzącego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki.

Zapytani na wstępie o najnowszą literaturę niemiecką, goście nie mieli zbyt wiele do powiedzenia – Magdalena Parys stwierdziła, że kiedy pisze, niewiele czyta, Olafa Kühla natomiast bardziej interesuje najnowsza literatura polska. Przyznał jednak, że wiele rzeczy mu się nie podoba, i jako recenzent pisze więcej tekstów krytycznych niż pochwalnych. Jako że jest tłumaczem Szczepana Twardocha, wspomniał jednak o jego książkach :). Jego zdaniem Twardoch to przede wszystkim mistrz narracji, pod kątem języka jego powieści nie są wybitne, ale potrafi zaskoczyć – Morfina była bowiem napisana językiem wyjątkowo pięknym.

Na pytanie o zainteresowanie wydawców literaturą polską w Niemczech Kühl odpowiedział, że jest ono ogromne, dużo większe niż na przykład rosyjską czy czeską, ale nie do końca wiadomo dlaczego, dzieła polskich pisarzy sprzedają się bowiem stosunkowo słabo. Większość z nich osiąga sprzedaż na poziomie 3-4 tys. egzemplarzy, i dotyczy to także autorów znanych i cytowanych w prasie, jak Stasiuk. Ekstremalnym przypadkiem była biografia Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego, której w Niemczech sprzedało się dokładnie… 18 sztuk.


Z kolei polscy czytelnicy niechętnie sięgają po dzieła niemieckich pisarzy. Magdalena Parys uważa, że problemem jest brak osoby, która „prowadziłaby” niemieckiego autora w Polsce, zajmowała się jego promocją. Zdaniem pisarki nie jest tak, że literatura niemiecka się u nas nie sprzedaje tylko z tego powodu, że jest niemiecka; jest bowiem garstka autorów, których czytamy chętnie (np. Charlotte Link).

Nie tylko o samej literaturze i jej sytuacji w obu krajach była mowa, ale również o językach niemieckim i polskim – czym się różnią, jakie dają możliwości. Rozmówcy zgodnie stwierdzili, że język polski jest bardziej „rozlewny”, świetnie nadaje się do opisywania emocji, podczas gdy niemiecki jest bardziej konkretny i rytmiczny. „Dobry chyba tylko do opisywania części rowerów”, jak stwierdził dowicpnie Olaf. A przy okazji tematu przekładów Magdalena Parys wyznała, że jest trudnym autorem dla tłumacza – jedna z jej tłumaczek zrezygnowała z przekładania jej książek na niemiecki, prawdopodobnie z powodu ciągłego wtrącania się pisarki :).

Pod koniec pojawił się również ciekawy wątek tego, jak polityka wpływa dziś na postrzeganie polskiej literatury. Olaf Kühl przyznał, że niestety media niemieckie kreują negatywny wizerunek naszego kraju, zniechęcając też pośrednio do naszej literatury. O samej sytuacji politycznej w Polsce tłumacz wypowiedział się jednak z uśmiechem – stwierdził, że te dzisiejsze walki polityczne u nas są wręcz szekspirowskie, i może być z tego za jakiś czas piękna literatura :).

Leonie Swann, Gaja Grzegorzewska: Poważne też może być śmieszne

Ostatnim wydarzeniem, w którym wzięłam udział w ramach tegorocznego festiwalu, było spotkanie „Outsiderki” z Gają Grzegorzewską i Leonie Swann, prowadzone przez Łukasza Wojtusika. Prowadzący, aby wpisać się w „outsiderski” charakter spotkania, wykazał się inwencją i przyniósł ze sobą, w gustownej czapeczce, zestaw pytań do losowania – dla osób z publiczności, które same nie miały pomysłu, o co zapytać.

„Outsiderstwo” pojawiające się w tytule spotkania przejawia się u obu zaproszonych autorek na różne sposoby; zdaniem prowadzącego u Gai Grzegorzewskiej przede wszystkim chodzi o przerysowanie, u Leonie Swann – o spojrzenie z boku, z innej perspektywy, często zwierzęcej. Równocześnie pisarki zostały chyba dobrane trochę na zasadzie przeciwieństwa, twórczość Grzegorzewskiej jest bowiem bardzo mroczna i drastyczna, podczas gdy u Swann powaga kryminału zostaje przełamana humorem i absurdem (zwierzęta w roli detektywów).

Dlaczego humor? Pisarka wychodzi z założenia, że śmiech i powaga się nie wykluczają, że mimo kryminalnego tła życie toczy się dalej i bywa śmieszne. Fakt, że te dwa bieguny nie są sobie tak odległe, widać również u osób wykonujących stresujące zawody, takich jak ratownicy medyczni czy żołnierze – to zwykle ludzie o świetnym poczuciu humoru, muszą bowiem umieć odreagować.


„Czy film na podstawie twoich książek mógłby nakręcić Quentin Tarantino?”, zapytał dowcipnie prowadzący Gaję Grzegorzewską. „Leonie – Guy Ritchie?”. Obie propozycje spodobały się, choć w przypadku Leonie Swann z zastrzeżeniem, że musiałby to być Ritchie wczesny, z czasów Przekrętu :). Przy okazji autorka stwierdziła, że filmy mogą wiele nauczyć, jeśli chodzi o pisanie książek – inspirujące są zwłaszcza ich tempo i zwięzłość.

Pojawił się także – z oczywistych względów dla mnie interesujący – temat recenzji. Leonie Swann stwierdziła, że krytycy to „another type of animal”, że recenzje to fikcja, podobnie jak literatura, a ich pisanie polega często na kreowaniu siebie na osobę inteligentną, za taką natomiast łatwiej zostać uznanym, gdy się coś skrytykuje. Gaja Grzegorzewska, która sama przez pewien czas recenzowała kryminały, dodała zaś, że przyjemność z czytania, kiedy się musi później o książce napisać, jest dużo mniejsza, stale bowiem analizuje się tekst od strony technicznej i na bieżąco wymyśla zdania do recenzji. Do tego dochodzą terminy, które dla osoby czytającej powoli, jak ona, są męką. Wnioski? W byciu krytykiem / recenzentem nie ma nic fajnego :).

Na koniec autorki opowiedziały trochę o swoich zwyczajach czytelniczych (Gaja – namiętnie kreśli po książkach, Leonie – czytelnik hedonistyczny, czyta tylko to na co ma ochotę) i pisarskich (Gaja – typ chomika, obserwuje otoczenie i „zdrapuje inwektywy ze ścian kibli”, Leonie – wiecznie przekracza terminy, bo jej zdaniem nie powinno się pisać na siłę). Na pytanie czytelniczki o pierwsze zdanie książki padła zaś odpowiedź, że nieważne, jak się zacznie – ważne, by w ogóle zacząć. I to stwierdzenie ładnie mi się wpisuje w hasło tegorocznego Big Book Festivalu („Back to beginning”), a zarazem będzie świetnym zamknięciem relacji.

A ciekawych edycji 2015, którą tak zachwycam się na wstępie mojego tekstu, odsyłam do relacji z tamtego Big Book Festivalu: tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Ilustracje: zdjęcia własne

czwartek, 29 czerwca 2017

Przeszłość, która pali – „Palinka. Prozy z Banatu”, Matěj Hořava

Ta książka to dla recenzenta duże wyzwanie. Bo jak oddać te wszystkie zapachy i barwy, smak palinki, dojmujący smutek, tęsknotę, żal? Podjęłam jednak próbę. Odetchnęłam głęboko wieczornym powietrzem, wsłuchałam się w piski jerzyków, powspominałam; pomyślałam o nieszczęśliwych ludziach, zamkniętych w swoich samotniach. Wreszcie usiadłam i zaczęłam pisać.

Już sama aura tajemnicy wokół autora sprawia, że to debiut niezwykły. Nie wiemy, jak naprawdę nazywa się Matěj Hořava i jak wygląda; nagrodę Magnesia Litera, którą przyznano mu za Palinkę, odebrał jego wydawca. Z czeskiej i niemieckiej rzeczywistości uciekł najpierw w góry Banatu, a teraz podobno zaszył się gdzieś w Gruzji. Pasują mu te dzikie, surowe, malownicze scenerie. I są też pięknym tłem dla tych krótkich utworków, obrazków bardziej niż opowiadań, wyimków z jego życia w Banacie, które składają się na Palinkę.

Jak w życiu, tak w literaturze, Hořava (bo nie mam żadnych wątpliwości, że przeżycia narratora to przeżycia samego autora) bezustannie ucieka. Od ludzi, od przeszłości, ale, jak pisał Ivan Binar, od siebie uciec nie można. I dlatego mimo swojej szarpaniny bohater Palinki jak bezbronny owad bezustannie wpada w pajęczą sieć wspomnień i opowieści, a banacki krajobraz, choć tak odmienny od tych znanych z przeszłości, nagle wydaje mu się zdradziecko podobny. „Ludzkie wnętrze jest bezbronne nawet wobec paru kamieni i kwiatów” (s. 69) – pisze. Gdziekolwiek jest, przeszłość snuje się za nim jak cień, który w jednej z dziecięcych fantazji udało mu się zgubić. Do nozdrzy zakradają się znane zapachy, na języku czuć zapamiętane smaki, z rozoranych pól patrzą brneńskie i bawarskie twarze, i już tu są, obrazy z przeszłości, niczym dżin z lampy.

Magdalenka o smaku palinki

Trochę jak u Prousta – ale Proust się tymi powrotami upajał, magdalenka była mu słodszą niż wszystkie łakocie świata, a zapach głogów wprawiał w radosne oszołomienie, podczas gdy dla narratora opowieści Hořavy wszystkie te aromaty mają ostry zapach i gorzki posmak palinki. Bo jego wspomnienia nie są dobre – są wstydliwe i przykre, to historie zmarnowanych szans, zawiedzionych nadziei, zaprzepaszczonych miłości. Dlatego jest sam, „jałowy”, dlatego tak garnie się do banackich rodzin, do dzieci, do miejsc, które można nazwać domem.

Brzmi to jak głos starca, przywołującego w samotny wieczór chwile z całego życia, dlatego zaskoczeniem było dla mnie, gdy się upewniłam, że Hořava – to akurat o nim wiemy – ma zaledwie 37 lat. Jak silne jednak musi już teraz być dla niego poczucie życiowej porażki, skoro pisze: „Błąd nad błędami: całe moje życie...” (s. 47). Przede wszystkim – jest niesamowicie samotny. Tęskni za ciepłem, tym fizycznym i tym ludzkim, i ten niemy krzyk, ta łza, która znienacka pada na grzbiet jego dłoni, chwyta za serce. Nie wiedzieć kiedy, nie wiedzieć jak – dzielimy jego smutek.

Poezja sadzy, brudu, potu i kresu

I choć narrator mówi przede wszystkim o sobie, udaje mu się również oddać ducha krainy, z którą związał swoje życie. Wieczorne fale Dunaju, zapach kwiatów robinii, pasące się krowy i owce, smak „palinki z morwy, słońca i zielonego cienia”, niebo pełne gwiazd, „oczy przywykłe do cudów”. Ostre, bezlitosne zimy, w czasie których trzeba samemu dbać o ogień, by przeżyć. I gorączka, w której nie ma „prozy apteki i kilku dni wylegiwania się”, ale „poezja sadzy, brudu, potu i kresu, możliwego końca” (s. 173). To życie trudne, tak inne od wygody miejskiej codzienności, ale piękne w swoim trudzie.

Te klimaty z kolei na mojej literackiej mapie lokują Hořavę gdzieś w pobliżu Stasiuka. Podobnie jak pewien monotonny rytm tych tekstów, który sprawia, że w małych dawkach smakują, ale w większych – usypiają. Jak palinka. Siła oddziaływania pióra Hořavy jest jednak dużo większa – ono nie wprowadza tylko w melancholijny nastrój, ono boli i pali do żywego. I jako takie jest dla mnie zjawiskiem niepowtarzalnym.

Na koniec brawa dla tłumaczki! Niełatwe to chyba zadanie, tłumaczyć prozę, w której tak ważne jest brzmienie i rytm, a tu jest to pięknie zrobione.

***
M. Hořava, Palinka. Prozy z Banatu, tłum. Anna Radwan-Żbikowska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] (krajobraz Banatu) Jiří Bernard / Wikimedia Commons,
[2] okładka czeskiego wydania ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno/cz,
[3] okładka polskiego wydania ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl.

Polecam też poczytać, co na temat Palinki mają do powiedzenia:

wtorek, 27 czerwca 2017

Nabokoviada po raz szósty: „Przemiana”, Franz Kafka

Zacznę od wstydliwego wyznania – nigdy nie potrafiłam dostrzec geniuszu w pisarstwie Kafki. Owszem, budziło ono u mnie zawsze pewien dreszcz niepokoju, doceniałam opresyjność stworzonego przez niego świata, ale dopiero po przyswojeniu sterty opracowań, wstępów, posłowi i artykułów jakoś dochodziłam do tego, dlaczego wielkim pisarzem był. Olśnień i zachwytów nigdy nie było.

I dlatego, choć Przemiana to dla mnie zdecydowanie coś więcej niż „entomologiczna fantazja”, obawiam się, że nie zasłużyłabym w oczach Nabokova na przynależność do „elitarnego grona dobrych, wspaniałych czytelników”. Od pierwszych niemal zdań pieje on bowiem z zachwytu nad Kafką. Najpierw – porównując jego pięcio- lub sześciowymiarowe opowiadanie z Doktorem Jekyllem i panem Hydem, który ma „tylko dwa wymiary” (biedny Stevenson!), a następnie nadając słynnemu Prażaninowi miano „największego niemieckiego pisarza naszych czasów” i degradując przy okazji bezlitośnie Manna i Rilkego do rangi „karłów albo gipsowych świętych”.

Okładka niemieckiego wydania
z roku 1916.
Z tą samą werwą Nabokov przechodzi do pojawiających się w przeszłości, bezsensownych jego zdaniem interpretacji Przemiany. Krótko rozprawia się z sugestią Maxa Broda, że pisarstwo Kafki należy rozpatrywać w kategoriach świętości („choć można się upierać, że każdy artysta jest kimś w rodzaju świętego (ja sam zdecydowanie się tak czuję), nie sądzę, żeby można było wpisywać w geniusz Kafki jakiekolwiek implikacje religijne” [1]), a następnie wyśmiewa pomysły entuzjastów psychoanalizy, którzy porównują robaka z opowiadania do samego Kafki, niedocenianego przez własnego ojca („Jako zainteresowany insektami, a nie insynuacjami, odrzucam ten nonsens” [2]).

„Jako zainteresowany insektami” poświęca też w swojej własnej analizie bardzo dużo miejsca owadziej charakterystyce Gregora – karaluch, nie karaluch, ze skrzydłami czy bez, pojawiają się oczywiście nawet rysunki… Karolina Wigura [3] krytykuje go za tak dosłowną interpretację przemiany, zwracając uwagę na ludzką „głowę”, „usta” i „oczy” robaka i ze szczególnym wyrzutem pisząc o uwadze Nabokova o skrzydłach. Trochę jednak przesadza, bo wykładowca doskonale zdawał sobie sprawę z tych „ludzkich” elementów (w swoich notatkach pisał o oczach Gregora, które zamykają się, mimo że owady nie mają powiek), a skrzydła, o których pisze, są przecież metaforą, w dodatku bardzo ładną.

Mniejsza jednak o nóżki i skrzydełka, przejdźmy do najważniejszego – relacji Gregora z rodziną. Według Nabokova młody Samsa jest geniuszem otoczonym przez przeciętniaków, zaś jego bliscy to robaki w skórze ludzi, „mieszczuchy”, „kretyni”, którzy zasługują na potępienie.

Myślałam o tym długo, zastanawiając się nad słowami Johna Updike’a ze wstępu do wykładów. Twierdzi on, właśnie na przykładzie analizy Przemiany, że interpretacje Nabokova bywają niepełne i naznaczone uprzedzeniami – wykładowca jest bezlitosny wobec rodziny Gregora, nie biorąc pod uwagę, że sam młody Samsa „potrzebuje i uwielbia tych być może tępych, ale także obdarzonych witalnością i prostolinijnych mieszkańców ziemskiego padołu” [4]. Uwierało mnie też określenie „geniusz”, które do podatnego na wpływy, bądź co bądź naiwnego Gregora jakoś nie pasuje. To trochę typ księcia Myszkina z Idioty, ale jednak Myszkin bardziej pozostaje świadom, większy wykazuje rozsądek i opór wobec złych wpływów otoczenia.

Franz Kafka w roku 1910,
dwa lata przed napisaniem Przemiany.
Pomyślałam jednak, pomyślałam, i uznałam, że geniusz młodego Samsy tkwi właśnie w tej naiwnej miłości do ludzi i skłonności do poświęceń, w jego „ujmującej i subtelnej ludzkiej naturze” [5]. A fakt, że kocha swoją rodzinę, wcale jej nie wybiela, przeciwnie – pogłębia ich winę, odpowiadają bowiem grubiaństwem nie na grubiaństwo, lecz na same ciepłe, szlachetne uczucia. Ja więc interpretację Nabokova kupuję. (Nie do końca za to kupuję wielką wagę, jaką według niego w opowiadaniu odgrywa cyfra trzy…).

Na koniec jedna rzecz, której nie wyczytałam u Nabokova, ale która jest dla mnie silnym argumentem za tym, że Kafka jednak wielkim pisarzem był. Uniwersalność. Wiem, eureki nie odkrywam, ale pozwolę sobie na ten oczywisty wniosek – w kontekście szerszym niż rodzinny ta historia jest dziś chyba nawet bardziej aktualna niż w czasach Kafki. Bo w jeszcze większym stopniu jesteśmy zniewoleni przez oczekiwania innych, zmanipulowani przez media, wciskani w swoje role przez szefujące nam wielkie korporacje. I też mamy problem z porozumieniem się z innymi, jakby z naszych ust, zamiast słów, wychodziły tylko owadzie piski.

***
Bibliografia:
[1] Nabokov V., Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 331.
[2] Tamże, s. 332.
[3] Wigura K., Zrozumieć przemianę w „Przemianie” Kafki, kulturaliberalna.salon24.pl [http://kulturaliberalna.salon24.pl/164563,wigura-zrozumiec-przemiane-w-przemianie-kafki]
[4] Updike J., Wstęp [w:] Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 29.
[5] Nabokov V., dz. cyt., s. 348.

***
Zobaczcie też, co o Przemianie i wykładzie Nabokova piszą Pyza na Pierogach Pruskich, Olga na Wielkim Buku, Piotr na Literatura sautée i Karolina na Niekoniecznie Papierowe!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. Obecnie został nam już do omówienia jedynie „straszny” Ulisses Joyce'a, a ponieważ to będzie większa przeprawa, zapraszamy na dyskusję 27 listopada!

Poprzednie moje teksty w ramach Nabokoviady:
Robert Louis Stevenson, Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a
Marcel Proust, W stronę Swanna

Ilustracje:
[1] pompi / pixabay.com,
[2], [3] Wikimedia Commons,
[4] grafika autorstwa Pyzy :).  

czwartek, 22 czerwca 2017

Trzy książki na Big Book Festival

Już w najbliższy weekend w Warszawie Big Book Festival! Częścią tegorocznego programu jest seria Uwaga: Premiera!, w ramach której odbędą się spotkania z autorami sześciu wybranych przez organizatorów czerwcowych premier. Skusiłam się na trzy z nich, i przedfestiwalowo śpieszę z kilkoma słowami na ich temat.

W pakiecie również informacja o spotkaniach z autorami. Wszystkie z cyklu poprowadzą Anna Sańczuk i Maciej Ulewicz, a tegoroczny festiwal odbywa się w dawnym kompleksie szkół im. Klementyny Hofmanowej przy ul. Emilii Plater 31.

Stolp – Daniel Odija, Wojciech Stefaniec, wyd. Wydawnictwo Komiksowe

Komiks. Antyutopijny komiks o życiu w mieście Bardo gdzieś pośrodku morza – jedynym, które ocalało z wielkiego potopu. Odbudowanym po katastrofie, na pozór normalnie dziś funkcjonującym, ale jednak stopniowo się wyludniającym – bo dzieci rodzi się coraz mniej, zwierzęta i rośliny giną, a zdesperowani, których przybywa, kończą na Molo Samobójców.

Rzeczywiście przerażająca to wizja, zbudowana z motywów, które z literatury znamy, ale i nowych, świeżych. Bardo to świat, w którym króluje propaganda, w którym roi się od nadmiaru reklam, kolorów, dźwięków, bodźców („epileptyczne migotanie oka, tęczowe refleksy obietnic, mających przyćmić strach przed przyszłością”), w którym każdy chce być oryginalny, więc powstaje społeczeństwo dziwolągów. W którym sport polega na faszerowaniu się stymulantami, w którym w zakładach bukmacherskich typować można ilości śmierci i gwałtów w danym dniu, i w którym osoby dwupłciowe myślą o samozapłodnieniu, marząc o uratowaniu w ten sposób ludzkości. Świat, w którym wszyscy mówią, ale nikt nie ma nic do powiedzenia.

W świecie Stolpa nie ma czasu na refleksję, ale za to gdy czytamy o nim w scenariuszu Daniela Odiji i oglądając go na grafikach Wojciecha Stefańca refleksji przychodzi mnóstwo – bo to przecież nie jest rzeczywistość wzięta z powietrza, to wszystko powstało z wyjaskrawienia pewnych obserwacji dzisiejszego świata. Czy w takim kierunku zmierzamy? Niepokojąca rzecz!

I tylko jedno zaburzało mi trochę odbiór opowieści Odiji i Stefańca – duża ilość literówek w tekście. Szkoda, że nie przeszedł on dokładniejszej korekty. Więcej rysunków obejrzeć można na stronie wydawnictwa.

Spotkanie z Danielem Odiją i Wojciechem Stefańcem odbędzie się w sobotę o godz. 18:00 w Sali od polskiego.

Na pierwszy rzut oka – Grégoire Delacourt, wyd. Drzewo Babel

Książka, o której zrobiło się głośno po procesie, wytoczonym autorowi przez Scarlett Johansson. W skrócie: amerykańska aktorka przybywa na francuską prowincję, by spędzić sześć uroczych dni w towarzystwie Ryana Goslinga.

Tylko że to wcale nie tak. Ten chłopak o urodzie Ryana Goslinga to młody mechanik Arthur Dreyfuss, a do drzwi jego domku w mieścinie Long puka nie Scarlett Johansson, a łudząco do niej podobna Francuzka, Jeanine Foucamprez. Wyczerpana już ciężarem swojej filmowej urody, ściągającej na nią lubieżne spojrzenia i niewybredne komentarze, pożądana przez mężczyzn, znienawidzona przez kobiety, zobaczyła pewnego razu Arthura, jak reperuje rower małej dziewczynce. Pomyślała, że jeśli ktoś może ją naprawić, to tylko on. Pytanie, czy Arthur będzie w stanie zapomnieć o jej ciele i zobaczyć w nim prawdziwą Jeanine?

Delacourt serwuje czytelnikowi wiele zaskoczeń. Bo dowcipny ton pierwszych stron książki zdaje się zapowiadać zupełnie inną opowieść niż ta, którą ostatecznie dostajemy. W pewnym momencie gwałtownie wychodzimy ze świata celebrytów i ich gorących ciał, o których marzą zwykli śmiertelnicy, a wpadamy w sam środek ludzkich tragedii, utraconych dzieci, zaginionych ojców, obłąkanych matek, seksualnych traum z przeszłości. Gdzieś po drodze mamy uroczą fazę zauroczenia i rodzącej się między dwójką młodych ludzi miłości, wspólne delektowanie się kawą, marzenia o żółtej kuchni, córeczce Louise i psie.
Grégoire Delacourt. Fot. Emmanuelle Hauguel
„Szli powoli, lekko się zataczając z powodu różnicy wzrostu, a także dlatego, że na początku historii miłosnej niełatwo jest się idealnie zgrać. Trzeba nauczyć się słuchać, nie tylko swoich słów, ale również swojego ciała, jego prędkości, siły, jego słabości i milczenia, które wytrącają z równowagi; trzeba stracić odrobinę siebie, aby odnaleźć się w drugiej osobie” (s. 113).
I choć Delacourt momentami pisze z przesadną moim zdaniem emfazą, opowiedziana przez niego historia porusza, wzrusza i skłania do myślenia. Z jednej strony – każe się zastanowić, czy nie przepadliśmy już za bardzo w świecie bohaterów filmów i seriali, czy postaci z ekranu, ideały, o których skrycie marzymy, nie są dla nas ważniejsze niż ludzie wokół nas. A z drugiej piętnuje kult ciała. Pomysł na powieść, jak zdradza autor, zrodził się u niego po lekturze wyników pewnego sondażu, w których mowa była o tym, że jedna na dwie kobiety we Francji w wieku 15-25 lat przewiduje, że w przyszłości skorzysta z operacji plastycznej. Zaczął się zastanawiać, dlaczego. I postanowił coś z tym zrobić. „Chciałem napisać historię, w której fizyczna doskonałość byłaby tylko iluzją. Może wywołać pożądanie, ale w żadnym razie nie miłość” [źródło].

Spotkanie z Grégoirem Delacourtem odbędzie się w sobotę o godz. 12:00 w Audytorium Maximum.

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz – Anna Kamińska, wyd. Wydawnictwo Literackie

To również jedna z premier zaprezentowanych w ramach wspomnianego cyklu. Ale tutaj już nie będę się rozpisywać, tylko odeślę Was do recenzji. I przypomnę – spotkanie z Anną Kamińską w niedzielę o godz. 18:00 w Sali od polskiego.

Ilustracje: 
[1] materiały prasowe Big Book Festivalu,
[2], [3] www.wydawnictwokomiksowe.pl,
[4] www.drzewobabel.pl,
[5] Gdelacourt / Wikimedia Commons,
[6] www.wydawnictwoliterackie.pl.

niedziela, 18 czerwca 2017

Twarde dłonie i miękkie serce – „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”, Anna Kamińska

„Zakochałam się w alpinizmie (…). Punktem wyjścia jest miłość, a dopiero później człowiek zastanawia się, czy to wszystko ma sens” (s. 416).

Choć książka Anny Kamińskiej to opowieść o słynnej himalaistce, góry i wspinaczka schodzą tu gdzieś na dalszy plan. Ważniejsze jest to, skąd wzięła się jej pasja, i ważniejsza jest sama Wanda – jej skomplikowana osobowość, przykre doświadczenia z przeszłości, samotność i zagubienie, skrywające się pod maską twardej i nieustraszonej.

I choć osobiście bardzo lubię tematykę górską, a wspinaczkę uważam za fascynującą dyscyplinę, nie ubolewam wcale nad tym, że pozostają tu one w tle. Autorka bowiem z wnikliwością, ale i ogromną dozą kobiecej delikatności analizuje psychologiczny portret Wandy Rutkiewicz, ukazując nam jej nowy obraz – taki, jakiego nie znamy z artykułów prasowych i tytułów poświęconych polskiemu himalaizmowi.

Klucze do życia

Kluczową postacią dla jej życia i osobowości jest jej ojciec, Zbigniew Błaszkiewicz. Nie bez przyczyny książkę otwiera informacja o zabójstwie, którego ofiarą padł w 1972 roku. Wysportowany, tak samo ambitny i niezależny, jak później jego córka – był dla niej wzorem; od najmłodszych lat była z nim mocno związana i bardzo przeżyła jego odejście od matki po tragicznej śmierci ich najstarszego syna. Skutkiem tej dziecięcej traumy mogła być późniejsza wielka ambicja Wandy, skłonność do rywalizacji i chęć pokazania wszystkim, że jest najlepsza – sugeruje, w oparciu o opinie bliskich im osób, autorka książki. Brutalne zabójstwo ojca, dokonane przez lokatorów jego domu w Łańcucie, miało zaś jeszcze bardziej zdystansować himalaistkę od śmierci.

Początki wspinaczki. Na Krzywej Turni, lata 60.
Fot. Seweryn Bidziński.
Drugi klucz to polskie środowisko alpinistyczne i jego stosunek do Wandy. Z książki wyłania się niezbyt korzystny obraz tego towarzystwa. Początkowo koledzy wspinacze nie doceniają jej i rzucają jej kłody pod nogi (stąd decyzja o wyprowadzce z Wrocławia i związaniu się z warszawskim środowiskiem alpinistycznym). Później, gdy już odnosi swoje pierwsze wielkie sukcesy – na czele ze zdobyciem Mount Everestu jako pierwsza osoba z Polski – wyrażają wobec niej podziw i szacunek, ale podszyte zawiścią. Bardzo powierzchowne wydają się ich relacje, niby wszyscy ją lubią i chwalą, mówią o niej „nasza Wanda”, ale za jej plecami sączą jad, nie mogąc pogodzić się z tym, że kobieta jest lepsza od nich.

Nic więc dziwnego, że z czasem czuje się wśród nich coraz gorzej. Tomasz Szostak, przyjaciel poznany w okresie jej fascynacji rajdami samochodowymi, a więc osoba spoza środowiska alpinistycznego, wspomina, jak Wanda zazdrościła mu „otaczania się życzliwymi ludźmi”. Sugeruje również, że to właśnie wrogie podejście innych polskich wspinaczy, próby umniejszania jej sukcesów, powodowały u niej poczucie nieustannego niedosytu. Gorycz, którą przez to zaprawione były jej zwycięstwa, próbowała zmazać kolejnymi, coraz trudniejszymi do zrealizowania przedsięwzięciami – aż do tej ostatniej wyprawy na Kanczendzongę. A równocześnie w góry ucieka przed ludzką złośliwością i małostkowością. Bo, jak mówi Bogdan Stefko:
„Gdy schodzę z gór, płaczę (…). Wiem, że zbliżam się do ludzi i od razu zaczynam odczuwać złą energię. W górach się oczyszczam, a teraz znowu zaczynam wchłaniać całe zło tego świata, wiem, że wejdę w świat, w którym obowiązuje prawo dżungli” (s. 416).
Despotka i kokietka

Anna Kamińska nie pokazuje jednak jednoznacznie Wandy jako niewinnej sierotki zamęczonej przez złych kolegów. Przytacza również głosy, według których jej bohaterka była osobą bardzo autorytarną, despotką wręcz, co z pewnością wpływało na jej relacje z innymi. Wiele osób twierdzi również, że nie potrafiła myśleć zespołowo, wykorzystywała innych do swoich celów, wszystko podporządkowywała własnej woli.

Pojawiają się tu przykłady z wypraw – kiedy kazała komuś wrócić się niebezpiecznym wejściem po zostawioną przez siebie kamerę albo wciskała dodatkowy bagaż koleżankom, które ledwie szły – ale również z życia osobistego, bo w końcu jej drugie małżeństwo, z zakochanym w niej po uszy austriackim lekarzem Helmutem Scharfetterem, było wyłącznie manewrem ze strachu, że po wprowadzeniu stanu wojennego nie będzie mogła wyjeżdżać na Zachód. Wiele osób twierdzi, że Wanda miała poważne problemy z nawiązywaniem głębszych relacji:
„Zawsze było z nią tak jak z kimś poznanym w pociągu. Najpierw jest krótka i miła pogawędka, ale potem każdy wysiada na swojej stacji i idzie w swoim kierunku. Tak było ze strony Wandy. Zupełnie jakby ta krótka pogawędka jej wystarczała” (s. 119).
Z wypowiedzi niektórych osób wynika jednak, że Wanda miała również drugą twarz. Krzysztof Wielicki podkreśla, że była jedyną osobą spośród starszych alpinistów, która interesowała się młodymi adeptami wspinaczki i pomagała im. W opowieściach jest często tą, która jako pierwsza śpieszy z pomocą. Wiele jej przyjaciółek i przyjaciół zapewnia również, że była doskonałą słuchaczką, potrafiła zmotywować i dodać otuchy.

Przy tym, jak podkreślają niemal wszyscy, miała klasę. W przeciwieństwie do wielu jej wspinających się koleżanek, które klęły jak szewc i zachowywały się bardzo „po męsku”, ona była schludną dziewczynką w białym kołnierzyku, grzeczną, elegancką, nawet w bazie na wysokości 7000 metrów dbającą o swój wygląd. Przy całej swojej determinacji i męskiej sile, mimo szorstkich, twardych dłoni, miała w sobie kobiecą delikatność, a także urodę, uroczy uśmiech i wdzięk, które świadomie wykorzystywała. Nic więc dziwnego, że tak wielu mężczyzn (i kobiet!) z jej otoczenia szalało na jej punkcie.

Tęsknota za makowcem

W miłości nie miała jednak szczęścia. Choć wiecznie otoczona amantami, nie zdołała z nikim zbudować trwałej relacji. Pierwsze małżeństwo, z Wojciechem „Kiciusiem” Rutkiewiczem, zawarła zdaniem Janusza Fereńskiego „dlatego, że tak robiły inne dziewczyny, które się wspinały” (s. 187). Nie potrafiła się odnaleźć jako mężatka, nie umiała się podporządkować, nie chciała jeszcze, w odróżnieniu od jej męża, zakładać rodziny, dlatego związek szybko się rozpadł. „Nie potrafiłam ugiąć się ani zagrać przeznaczonej mi roli. Podejrzewam, że bardzo często kobiety grają, nawet jeśli robią to z miłości”, przyznaje po latach (s. 188).

Jej drugim mężem był wspomniany Helmut Scharfetter, było to jednak „modelowe małżeństwo z rozsądku” i znaczyło dla niej jeszcze mniej. „To było na zasadzie: «Wyszłam za mąż, zaraz wracam»”, mówi jej przyjaciółka Barbara Grabowska. I choć o drugim małżonku Wandy jej znajomi wypowiadają się z dużą sympatią, nazywając go „austriacką wersją świętego Franciszka”, szybko zaczyna ją doprowadzać do szału życie u jego boku, w domu pełnym zwierząt.

Wydawało się, że Wanda zbyt ceni sobie swoją niezależność, by zakładać rodzinę. W ostatnich latach życia żałuje jednak tej straconej szansy. Chętnie przebywa w „mieszczańskich” domach swoich zamężnych, dzieciatych koleżanek, wypytuje o ich życie rodzinne, a po alkoholu wpada w nastrój sentymentalny i mówi wprost, jak bardzo jej tego brakuje. Zdaje sobie sprawę, jak trudno byłoby pogodzić jej pasję z życiem rodzinnym, ale widzi też koleżanki alpinistki, którym się to udaje – i jest jej przykro.
„Mówiła, że ma momenty, że wraca do Polski i nie chce jechać do pustego domu, ale nie rozklejała się, była twarda. Powtarzała mi: «Słuchaj, ja chciałabym być taką kobietą w domu i pójść z mężem i dziećmi w niedzielę do parku czy do Konstancina do restauracji, ale nie pogodzę tego z moim stylem życia, a nie mogę zrezygnować z gór». Miała takie krótkie chwile załamań, że nie założyła rodziny i nie siedzi w domu i nie robi makowca” (s. 322).
Kanczendzonga, święta góra buddystów.
To tam zaginęła Wanda Rutkiewicz.
Niektórzy alpiniści twierdzą, że rodzina nie przeszkadza, a wręcz pomaga we wspinaczce. Jeden ze znajomych Wandy uważa, że gdyby miała najbliższych, których wspomnienie towarzyszyłoby jej podczas wypraw, nie wspinałaby się tak straceńczo i miałaby więcej siły, by przeżyć.
„Gdyby miała rodzinę, to może by to się inaczej skończyło. Tak było w przypadku Jurka Kukuczki. Jurek opowiadał, że w strefie śmierci, chyba na Lhotse, zaczął przemarzać i zasypiać, tak był zmęczony, że nie mógł się podnieść. To było silniejsze od niego. Przyśnił mu się jednak dom w Istebnej, który wyremontował po swoich przodkach, i cała jego rodzina (…). I kiedy Jurek usłyszał w tym śnie głos Celiny, wstał i się ruszył. Gdyby Wanda miała rodzinę i miała do czego wracać, to może też by się podniosła na tej Kanczendzondze” (s. 344).
Jeden z jej bliskich przyjaciół, którego tożsamość nie została w książce ujawniona, wyznaje, że Wanda chciała mieć z nim dziecko. Dziś żałuje, że się na to nie zdobył, bo być może w ten sposób by ją ocalił.

Kobieta z krwi i kości

Książka Anny Kamińskiej to udana biografia Wandy Rutkiewicz, skoncentrowana na jej życiu osobistym. Autorka dotarła do wielu osób z otoczenia himalaistki, przestudiowała imponującą liczbę źródeł i stworzyła w ten sposób wiarygodny obraz swojej bohaterki. Zamiast żywego pomnika himalaizmu zaserwowała czytelnikom skomplikowaną kobiecą osobowość, poważny ton przełamując od czasu do czasu akcentami humorystycznymi – na przykład opowieściami o tym, jak to Wanda dogoniła złodzieja, który wyrwał jej w parku torebkę, i obiła go butem, aż przerażony porzucił łup, albo o tym, jak podczas jednej z wypraw wykorzystywała w roli nocnika pojemnik, w którym później inne wspinaczki gotowały kompot. Do tego książkę świetnie się czyta.

I tylko do jednego drobiazgu się przyczepię; jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi! Autorka pisze, że Wanda wyruszyła na Mount Everest z anemią sierpowatokrwinkową. Tymczasem ten rodzaj anemii to schorzenie genetyczne, które uprzykrzałoby życie himalaistki nie tylko w trakcie jednej wyprawy, ale i przez całe życie. Myślę, że to pomyłka i chodziło o „zwykłą” niedokrwistość niedoborową.

***
Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Z okazji premiery książki w najbliższym czasie zaplanowano spotkania z autorką. Najbliższe, w ramach Big Book Festivalu, odbędzie się w niedzielę 25 czerwca o godz. 18 w centrum festiwalowym przy ul. Emilii Plater 31 w Warszawie. 28 czerwca natomiast Annę Kamińską gościć będzie Księgarnia pod Globusem w Krakowie, start również o godz. 18. 

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne,
[4] Siegmund Stiehler / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / www.wydawnictwoliterackie.pl. 

czwartek, 8 czerwca 2017

W ramionach pięknego drapieżnika – „Miłość to piekielny pies”, Charles Bukowski

Wiersze ze zbioru Miłość to piekielny pies, powstałe w latach 70., opisują m.in. doświadczenia Bukowskiego jako znanego już pisarza, ale głównym tematem jego twórczości pozostaje miłość i wielka, wielka samotność. Praktycznie każdy z tych utworów jest jak bolesna szpila smutku, „jakby ktoś wbił włócznie w moje wnętrzności” – cytując go.

Jak to u Bukowskiego, sceneria dla tego smutku bywa różna, a tematem stają się luźne rozmowy i codzienne incydenty, poranna posiadówka w kibelku, gapienie się w sufit, psikanie sprejem na karaluchy. Wiersze przypominają żywe obrazy z jego życia. Jak napisał w posłowiu Leszek Engelking: „Chce w swych utworach ukazywać rzeczywistość, zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną, psychiczną, niechętnie zaś ją komentuje czy wartościuje” (s. 365).

Bywa przy tym, że jednym tchem pisze o robieniu kupy i poezji: „zachowałem zdolność wyrzucania / z siebie odpadków. / i wierszy” (s. 30). Poświęca mnóstwo uwagi „śladom gówna na gaciach” i nie stroni od dosadnych opisów seksu, ale potrafi również zaskoczyć nieoczekiwaną pośród tej brzydoty poetycką metaforą: „robiła się wilgotna i otwarta / jak kwiat na deszczu” (s. 198).

Fragment wiersza ja.

Trochę seksu i tylko małą miłość

Świat Bukowskiego to tradycyjnie świat wyrzutków społeczeństwa i kobiet wątpliwej reputacji, nad czym zdarza mu się ubolewać. Z pewną tęsknotą pisze o „spokojnych ludziach” spotykanych na ulicy, o czystych dziewczętach w kraciastych sukienkach z bawełny, częściej jednak gardzi szaraczkami – według niego brakuje w nich życia, są jak łażące po stole muchy, bezrefleksyjne, bezmyślne. „To są trupy” (s. 120), pisze wprost.

Ludzie bezustannie go rozczarowują. Tym, że „nie są dobrzy wzajem dla siebie” (s. 186), tym, że „związki pomiędzy ludźmi po prostu nie są trwałe” (s. 39). Sam, choć dostrzega problem, nie do końca uważa siebie za wyjątek – w utworze o znamiennym tytule zima opowiada o umierającym przy drodze psie, którego nie bierze w ramiona, bo krew przesiąkłaby mu ubranie i „wyglądałoby to głupio”. „nigdy nie uważajcie się za lepszych i/lub / szlachetnych / ani nigdy nie próbujcie takimi być” (s. 274) – pisze w innym wierszu. Czasem w atmosferze smutku i samotności pojawiają się obrazy wręcz okrutne: „koraliki będą się kołysać / chmury będą się chmurzyć / a morderca będzie odcinał głowę dziecku / jakby zlizywał kawał lodów z wafla” (s. 186). Taka rzeczywistość musi przygnębiać.

Przychodzi więc bezradność i rozpacz, której Bukowski nie kryje. Potrafi pisać niesamowicie przejmujące wiersze o samotności (jak choćby sam ze wszystkimi: „ciało opina / kości i / ciało szuka / czegoś więcej niż / ciało”, s. 105), o naszym codziennym umieraniu „na duszoną w sobie miłość”, o „samobójstwach, które nie są rejestrowane”. Stale myśli o śmierci – tej fizycznej i tej duchowej. I od życia nie oczekuje już niczego, chce „tylko trochę pociechy / i trochę seksu / i tylko małą / miłość” (s. 149).

Przysysanie i wysysanie

No właśnie, miłość. Czytając te wiersze po raz kolejny dostrzegam, że pod skórą twardziela kryje się niesamowicie wrażliwy, zdolny do wielkiego uczucia facet („twardość / nic nie ma ostatecznie / do miłości”, s. 91). Stale otoczony kobietami, a mimo to samotny, wiecznie cierpiący z miłości, dręczony tęsknotą, jeżdżący po mieście za dawną kochanką i wytrwale wtykający liściki w drzwi jej mieszkania – taki jest w tym zbiorze.

Ta miłość nigdy go nie rozpieszcza. Jest nie tylko jak „piekielny pies”, ale i jak wzajemne pożeranie się, przysysanie i wysysanie, jak wpadanie w sidła czarnej wdowy. Kobiety w utworach Bukowskiego to drapieżniki, mają „usta jak paszcza rekina” (s. 205) i „twarze jak pysk rosomaka albo drapieżnej bestii” (s. 77). Miłość to wojna i wzajemne niszczenie się, miłość to łzy („teraz jej z kolei już nie ma, a ja tu siedzę i chleję / i moje oczy wydają się mokre od łez”, s. 66).

Ból istnienia. Fragment wiersza 462-06-14.
Ale jest tu również podziw dla kobiecej urody oraz jedno z najpiękniejszych wyznań miłosnych, jakie czytałam – prawie całkiem zmyślony wiersz:

„(…) byłaś jedną z najlepszych
poetek i powtarzałem wydawcom,
redaktorom: «drukujcie ją, drukujcie, jest szalona, ale ma w sobie
magię. w jej pasji nie ma kłamstwa». kochałem cię
jak mężczyzna kocha kobietę, której nigdy nie dotknął, z którą
tylko koresponduje i trzyma jej fotografie. kochałbym cię
bardziej, gdybym siedział kiedyś w jakimś pokoiku, robił sobie
skręta i słuchał jak sikasz w łazience,
ale nic takiego się nie stało.
(…) gdybym cię spotkał pewnie bym cię skrzywdził albo ty byś skrzywdziła
mnie. tak było najlepiej” (s. 50).

Tylko czy to wiersz do kobiety z krwi i kości? Czy adresatka, podobnie jak wiersz, nie jest (prawie całkiem) zmyślona? Myślę, że tak – to pewna figura kobiety, wymarzonej i wytęsknionej, którą można kochać właśnie dlatego, że jej nie ma. Bo „gdyby ją spotkał pewnie by ją skrzywdził albo ona skrzywdziłaby / jego. tak było najlepiej”.

Myślę jeszcze nad tytułem tego tomu. W przypadku poszczególnych wierszy tytuły są raczej luźno związane z treścią, więc klucza szukam gdzie indziej, nie w tytułowym utworze. Inny wiersz, szyba ze szkła taflowego, otwierają słowa „psy i anioły nie różnią się specjalnie / od siebie” (s. 178). W wielu innych miejscach Bukowski opisuje psy (i ogólnie zwierzęta) jako stworzenia boskie lub anielskie. W tytule miłość to piekielny pies mamy więc lekki paradoks. I może właśnie o to chodzi? Że miłość jest pełna paradoksów, albo wręcz, jak w prawie całkiem zmyślonym wierszu – że jej po prostu nie ma?

Smakowało słodko… z kropelką goryczy

Ale są też momenty, gdy życie jest znośne. Na przykład wtedy, gdy siedzi z córką w aucie i zajada frytki, lub gdy wspomina, jak znienawidzony ojciec pochwalił jego opowiadanie. I kiedy obcy człowiek spontanicznie wyświadczy mu uprzejmość, przywracając, choćby na chwilę, wiarę w ludzkość: „właśnie to pomaga wierzyć / że jest coś oprócz śmierci: / ktoś w samochodzie jadącym zbyt wąską ulicą. / kto zjeżdża na bok, żebyś mógł przejechać”. W tym ostatnim, bardzo ważnym wierszu z jakimś rozbrajającym ciepłem smutny człowiek oświadcza: „najlepszych z was / lubię bardziej niż myślicie. / inni się nie liczą”. I przyznaje:

„bywam zgorzkniały
ale czasem życie smakowało
słodko. boję się tylko
to powiedzieć. to tak
jak kiedy twoja dziewczyna mówi:
«powiedz, że mnie kochasz», a ty
nie możesz” (s. 355).

Czasem życie smakowało słodko… ale pozostaje posmak goryczy, i gorzka jest końcówka tego utworu. Nie potrafi się powstrzymać. Bo świat go skrzywdził i on nie może mu tego wybaczyć. Bo czegokolwiek by w życiu nie robił, jak bardzo nie byłby szczęśliwy, zawsze w tle pobrzmiewać będzie to wielkie rozczarowanie, z jakim zmierzyć się musiał wrażliwy młody chłopak – i z jakim mierzył się do końca swoich dni.

***
Ch. Bukowski, Miłość to piekielny pies. Wiersze z lat 1974-1977, przeł. Leszek Engelking, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2017.

Polecam też posłowie do tego wydania, napisane przez Leszka Engelkinga. Stanowi ono nieco bardziej naukową – ale nie pozbawioną wyczucia i wrażliwości – próbę opisu twórczości poetyckiej Bukowskiego i jej usytuowania w XX-wiecznej literaturze amerykańskiej (m.in. w odniesieniu do dzieł twórców Beat Generation).

Ilustracje:
[1], [2], [3] zdjęcie własne,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / noir.pl.

Na Literackich skarbach możecie również poczytać o tomiku Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu. Wiersze z lat 1955-1973. Wszystkie moje teksty o twórczości Bukowskiego znajdziecie tutaj.

piątek, 2 czerwca 2017

Spotkanie z Zośką Papużanką – Kraków, 31.05.2017

Jeszcze do niedawna Zośkę Papużankę kojarzyłam tylko jako obiecujące ponoć nazwisko młodej polskiej prozy oraz panią o bardzo wyrazistym, barwnym wizerunku. Po lekturze Onego i Świat dla ciebie zrobiłem oraz środowym spotkaniu w Krakowie wiem już, że o „obiecującym nazwisku” mówi się nie bez przyczyny, a Zośka Papużanka jest nie tylko świetną pisarką i niesamowicie wrażliwą obserwatorką, ale i bardzo sympatyczną osobą. O wspomnianych książkach autorki napiszę niedługo, a na razie – słów kilka o spotkaniu.

Odbyło się ono w krakowskiej Księgarni pod Globusem, a w roli przepytującego wystąpił Marcin Wilk z Wyliczanki. Tematem rozmowy był głównie zbiór Świat dla ciebie zrobiłem, który niedawno miał swoją premierę. Po dwóch powieściowych książkach autorka tym razem zmierzyła się z krótką formą, co stało się pretekstem do rozmowy o gatunku opowiadania.

Pisarka przyznała, że bardzo lubi tę formę, ponieważ stanowi pewien wycinek świata; mimo wysokiego poziomu skodyfikowania, przy tak wielu zasadach rządzących opowiadaniem, daje ono niesamowicie dużo przestrzeni – także interpretacyjnej, dla czytelnika. Tymczasem ona sama jako czytelniczka najbardziej lubi właśnie utwory, w których królują niedopowiedzenia, w których trudno jest samemu dojść do sedna, łatwo zbłądzić. Bo tak naprawdę ważne jest to, co każdy czytelnik samemu z historii wyciągnie, do czego sam dojdzie.

Nic więc dziwnego, że do jej ulubionych autorów opowiadań należą Vladimir Nabokov, mistrz literackich zagadek i ukrytych motywów, oraz Julio Cortázar, ekspert od mieszania w jednym utworze wielu różnych światów. Nie przepada za to za Alice Munro :). Cieszy ją jednak Nagroda Nobla dla niej oraz renesans opowiadania, jaki dzięki temu obserwujemy.

Sama Zośka Papużanka oczywiście również tworzy opowiadania według powyższego przepisu; na pytanie prowadzącego, czy ona sama wie, co znajduje się w miejscach niedopowiedzeń w jej utworach, odpowiedziała z uśmiechem: „Oczywiście, że nie! Gdybym wiedziała, to bym napisała”. Bo ważne jest to, co każdy samemu z historii wyciągnie…

Sporo jeszcze innych zakulisowych szczegółów zdradziła autorka podczas rozmowy. Opowiedziała, skąd wzięły się pomysły na niektóre opowiadania za zbioru (na przykład Cykada zainspirowana została pewnym autentycznym starożytnym grobowcem, Ursa maior – opowieścią starego Włocha, do którego jeździła na wakacje, a Spotkałem opowiadanie to scenka opowiedziana jej przez męża), a na pytanie, czy nie ma poczucia, że zdradza w swojej twórczości za wiele z własnego życia, odparła, że nie – że czerpie „z tego, co jest”, ponieważ najlepsze historie to zawsze te, które wydarzyły się naprawdę; nie ma w nich fałszu ani papierowości, nawet jeśli są kompletnie nieprawdopodobne.

Zapytana, czy jest coś, o czym z zasady nie pisze, odparła, że o seksie – bo nie wymyśliła dla niego języka. Jej zdaniem język polski jest za tę sferę kompletnie nieodpowiedzialny :) i trudno o niej pisać jako o sprawie poważnej. Na koniec prowadzący uraczył pisarkę serią krótkich pytań: – Czy do literatury można się przytulić? – Nie, wolę przytulać się do ludzi. – Czy może stanowić remedium na samotność? – Tak, to dobre remedium, jeśli już jesteśmy w sytuacji, kiedy go potrzebujemy. – Czy potrafi krzywdzić? – Chyba nie (choć kilka minut rozmówcy poświęcili kwestii okrutnych, przesiąkniętych przemocą obrazów, literackich i filmowych), co najwyżej tym, że książka jest wybitna, „a to nie ja ją napisałam” :).

Dla mnie spotkanie zakończyło się jeszcze jednym bardzo sympatycznym akcentem. Mając informację z okładki, że autorka ogląda westerny, zapytałam ją o jej ulubiony. Rozpromieniona, odpowiedziała, że tak, uwielbia, że zachwyca się tymi lekko przybrudzonymi, męskimi bohaterami, i że jej ulubiony to „oczywiście Dobry, zły i brzydki”, w którym podobało jej się wszystko, na czele z Clintem Eastwoodem. Dodała, że poważny dylemat przeżywała oglądając Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida, bo Robert Redford i Paul Newman w jednym filmie – i naprawdę już nie wiadomo, na kogo patrzeć.

A na koniec – słoneczny podpis oraz słoneczny uśmiech autorki. To było miłe popołudnie!

wtorek, 30 maja 2017

Motyle gniecione kiełbasianą łapą – „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata”, Ivan Binar

Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila otwiera cytat ze Szwejka, w którym pewien stuknięty profesor upiera się, że wewnątrz kuli ziemskiej znajduje się druga, dużo większa niż zewnętrzna. Taką drugą kulą ziemską, równoległym wszechświatem, do którego można uciec, jest w historii Binara szafka, w której Václav Netušil chowa się przed rzeczywistością. Ale i świat za żelazną kurtyną, o którym marzą udręczeni komunistycznym reżimem bohaterowie – wszak w tamtych czasach wydawał się bardziej odległy niż Księżyc. O ucieczkach do tych wyśnionych krain, a także o próbach ucieczki od samego siebie, jest właśnie ta książka.

Ciekawy to twór. Trzech głównych bohaterów – sam Ivan Binar, jego kolega Václav Netušil oraz alter ego Netušila, Wieńczysław Paw. Trzy światy – ten rzeczywisty, ten bajkowy ukryty za drzwiami roboczej szafy oraz zagranica, ten emigracyjny „raj”. I jeszcze do tego wiele różnych płaszczyzn czasowych. Łatwo się pogubić, więc po kolei.

Zrolowane prześcieradło, pokrzywy i rzepy

Tytułowy Václav Netušil to człowiek z góry skazany na życiową porażkę. Siłą wydarty na świat, siłą od małego wciskany w niechciane wdzianka i role, pasjonat motyli (którą to pasją jednak nikt się nie interesuje), wychowywany bez ojca (zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym), wyrasta na przeciętniaka, który chciałby po prostu mieć w życiu odrobinę spokoju. Nie jest mu to jednak dane.
„Niektórym ludziom los zmiata pyłki spod stóp, odgania od nich komary i osy, podsuwa im pod nos smakołyki na złoconych talerzach, srebrną łyżką wkłada do ust delicje, pod materacami nigdy im się nie trafi ziarnko grochu! Ale nie Václavowi Netušilowi. W łóżku prześcieradło zawsze mu się roluje i ściąga, a kołdra sama wysuwa z powłoczki i spada na podłogę, a potem dręczą go koszmary i budzi się przemarznięty. Jego ścieżki porastają pokrzywy i wszelakie zielsko, rzepy czepiają się nogawek, cierniste gałęzie smagają po twarzy” (s. 147).
Myśl przewodnia powieści
Po tym, jak nie do końca z własnej winy trafia do więzienia, staje się trybikiem komunistycznej maszyny. Nie robi tego jednak z chciwości czy żądzy władzy, więc nie przykłada się specjalnie do swych obowiązków – po prostu zgadza się na wszystko, bo nie chce, by już więcej ktoś go gwałcił, nie chce spędzić kolejnego tygodnia nago w betonowej celi, o chlebie i wodzie. Potulny szaraczek, mały człowiek pozbawiony wielkiej sprawy, zupełnie nie rozumie, czego chcą od niego komuniści. Cieszy się, kiedy uśmiechnięty estebak częstuje go kawą i papierosami, marzy tylko o tym, by znów było mu ciepło, by miał co jeść, by mógł układać swoje łamigłówki i był znowu bezpieczny.

Komuniści w Nowej Fajdlandii

Nigdy jednak już nie będzie. Nawet w swoim alternatywnym, fikcyjnym świecie, w swojej Narni, którą przemierza jako pisarz i podróżnik Wieńczysław Paw. Nie jest to bynajmniej kraina sielska i anielska, w której odpocząć można od opresyjności rzeczywistego świata – przeciwnie, ma w sobie coś z drapieżnych światów Michala Ajvaza, bo na niewinnego przybysza czyhają tu nie tylko agresywni tubylcy i spragnione krwi pantery, ale również nieznane w naszym świecie bestie, takie jak pszczowy – krowy wyposażone w śmiercionośne żądło, oraz głodne cielesnych uciech damy, których mężowie całe dnie i nocy spędzają na produkowaniu bąków do napędzania elektrowni wiatrowych. No i jest jeszcze Główny Urząd Wewnętrznej Naprawy Obywateli – w skrócie GUWNO.

Jasne, jest zabawnie, absurdalnie aż do bólu, ale za tym śmiechem kryje się rozpacz – bo ostatecznie biedny Netušil/Paw przekonuje się, że lepkie macki komunistów sięgają nawet tu, do Nowej Fajdlandii, do jego sekretnego świata. A to dlatego, że choćbyśmy bardzo chcieli, nie da się uciec swoich najgłębszych lęków – od samego siebie.
„Potrzebował jej [szafki] głównie po to, żeby schować się w niej przed światem, który bynajmniej nie był dla niego placem zabaw i beztroskich swawoli. Uciekał przed czymś, przed czym nie można uciec – wszak to wszystko, przed czym się kryje, sam sobie zafundował, a przed sobą nie można się schować” (s. 18).
Skuszony obietnicami komunistów Netušil godzi się na współpracę z nimi, ale mimo to nie oceniamy go jako bohatera negatywnego. Słowa „zdrajca” czy „kapuś” w odniesieniu do niego brzmią śmiesznie, bo przez cały czas zdajemy sobie sprawę, że to „tylko” (i zarazem „aż”) poczciwy człowieczek zniszczony przez system – co zostaje dobitnie pokazane w ostatniej scenie z jego udziałem, gdy jako motyl zostaje zgnieciony przez tłustą od kiełbasy łapę Jaryna, swojego dawnego komunistycznego prześladowcy.

Choć Ivan Binar, sam zaangażowany w walkę z systemem, mógłby patrzeć z góry na takich jak biedny Vašek, nie robi tego – staje raczej w pozycji ich adwokata, ukazuje ich dramat, tłumaczy ich motywy. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak podłymi metodami posługiwało się StB, i że nie każdy, a wręcz bardzo niewielu, zostało stworzonych, by być bohaterami. Wydaje mi się zresztą, że postać Netušila ma tu jeszcze głębsze znaczenie – w pewnym sensie jest on lustrzanym odbiciem narratora/autora, ukrytą częścią jego osobowości, której się boi i przed którą ucieka. Bo przecież ci walczący z systemem wbrew pozorom wcale nie byli wolni od obaw i wątpliwości.

Ucieczki od kłamstwa i ucieczki od prawdy

Przejdę teraz do nich – do tych, którzy odważyli się postawić, którzy słowem pisanym i mówionym walczyli z reżimem. Obok artystycznej wizji życia Netušila mamy tu rzeczową relację narratora, którego nazwisko oraz biografia dają nam podstawy, by utożsamić go z autorem. Związany z czasopismem „Tramp”, na początku lat 70. zamknięty w więzieniu za udział w musicalu Syn pułku (choć tutaj wyczytałam, że nie chodziło nawet o sam musical, a o śpiewanie pochodzących z niego piosenek na prywatnym przyjęciu), kilka lat później emigruje do Austrii, a potem Niemiec – wszystko to zgadza się z życiorysem pisarza. Ze swojej obecności w książce narrator/autor tłumaczy się:
„Mówię o Václavie Netušilu, ale także o sobie, o naocznym świadku. Nie potrafię wyeliminować siebie z gry. Nawet najbardziej obiektywny obserwator przemyci do swojej wypowiedzi część siebie, własną interpretację, swój punkt widzenia” (s. 47).
Wątek ten, w którym Binar opisuje okres od lat 70. aż do upadku komunizmu i swojego powrotu do ojczyzny, jest obrazem ciężkiego losu dysydentów, którzy żyli w strachu, podejmowali trudną decyzję o emigracji i w końcu wyjeżdżali, z myślą, że „teraz już wszystko będzie dobrze”. Tymczasem życie emigranta wcale nie było usłane różami – wypędzeni artyści nie byli ciepło witani, czuli się za granicą obco, nie mogli znaleźć źródła utrzymania, bali się o swoje rodziny. Jedyną ich nadzieją byli przyjaciele…

…ale i oni, jak się okazało, w wielu przypadkach pomagali nie bez powodu. W tych czasach szpiegami bywali nawet najbliżsi. Mimo tego wszystkiego, co przeżył w komunistycznej ojczyźnie, najcięższe chwile bohater (i autor) zdaje się przeżywać już po aksamitnej rewolucji, gdy poznaje prawdę o swoich donosicielach. Znów chce uciekać – tym razem przed prawdą. I choć wciąż powtarza sobie, że nie wolno mu ich sądzić, nie znając okoliczności, są tacy, którym wybaczyć nie potrafi. Należy do nich m.in. inny emigracyjny pisarz, Ota Filip, który wprowadził początkującego wówczas Binara w świat twórczości samizdatowej. (Filip drogo zapłacił za grzechy przeszłości - gdy w roku 1998 na jaw wyszło, że donosił na swoich przyjaciół, jego syn popełnił samobójstwo).

Potrzeba rozliczenia

Ivan Binar
Ta powieść to rozliczenie się autora z tymi, którzy nadużyli jego zaufania, ale również, jak pisze wprost – z całym komunistycznym reżimem. Nie miał innej możliwości wyrównania rachunków, nie mógł walczyć o odszkodowanie na drodze sądowej, ponieważ jego teczka została zniszczona, a po latach prześladowań nie został ślad. „Usiadłem i zacząłem pisać o tym książkę. Co innego mi pozostało?” (s. 369) – pisze.

Silne emocje czuć nawet w sposobie opowiadania. Głos narratora, gdy opowiada o Netušilu i gdy opowiada o sobie, bardzo się różni. W historii Netušila pojawiają się elementy humorystyczne, a ton opowieści, dzięki licznym absurdom, jest lżejszy; od czasu do czasu w formie przerywnika występują wpisy z encyklopedii, wyjaśniające na przykład, czym jest rozwolnienie. Wątek narratora przytłacza za to ponurymi komunistycznymi realiami, których nie jest w stanie wyjaśnić żaden słownik, bolesną szczerością, złością i niemocą:
„Działa tu absurdalny system: władzę mają skurwysyny, zdeprawowani łajdacy, którzy boją się nawet brzmienia słowa wolność, nadzorcy, zakompleksieni dewianci o naturze niewolników i inteligencji zwyrodnialców (…). Pozbawiają nas kultury, zamiast niej narzucają prymitywną ideologię, deformują każdą prawdę, zmieniając ją w półprawdę albo kłamstwo. Kłamią rano, w południe, wieczorem i w każdej innej chwili” (s. 194).
Tak, ta rzeczywistość również bywała absurdalna, ale te absurdy nie były wytworem pisarskiej wyobraźni, dotykały ludzi bezpośrednio, dlatego Binar pisze o nich z goryczą – jak o wystąpieniu Stowarzyszenia Prawników CSRS w obronie praw obywatelskich w Chile. „Nie jest nam (…) znany żaden przypadek, by wasze stowarzyszenie wystąpiło w obronie praw człowieka, swobód obywatelskich bądź praworządności w naszej ojczyźnie – w Czechosłowacji” (s. 57) – cytuje autor otwarty list więźniów politycznych, pod którym sam się podpisał.

Binar pisze o strachu. O siebie i o swoją rodzinę, o lęku przed fizycznymi torturami, o wątpliwościach, na jakie skazani byli wszyscy dysydenci. O pokusie poddania się. On też, jak Netušil, próbuje od siebie uciec – bo najgorszy jest strach przed samym sobą…
„Bałem się, że moje dzieci będą wyrastać bez ojca, że nie będę mógł się cieszyć nimi ani z nimi, nie będę mógł uczyć ich życia. Bałem się, że co wieczór będę kładł się spać sam, bez żony, że będę oddychać pierdnięciami złoczyńców i mimo woli słuchać przyśpieszonego oddechu onanistów, mlaskania ciot (…). Ale najbardziej bałem się własnej słabości. Że w którejś kancelarii StB wymyślą na mnie sposób, wpadną na pomysł, jak mnie zmiękczyć i zmusić do mówienia. Nie wiedziałem, czy wytrzymałbym bicie i kopniaki, co bym zrobił, gdybym zobaczył własne wybite zęby (…). Nie, nie mogłem być pewny, że mnie nie złamią. Dlatego wybrałem trzecie wyjście. Możliwość, którą dano mi pod rozwagę: wygnanie” (s. 201).
Czytam to, czytam wyznania Ivana Binara, czytam o nieszczęsnym Vašku Netušilu, i znów przychodzą mi do głowy motyle, które łapał jako chłopiec. Jeszcze zanim nauczył się je odpowiednio preparować i przytwierdzać do deseczki, motyle miażdżone, masakrowane, i ten ostatni, przygnieciony ciężką kiełbasianą łapą. Oni wszyscy byli jak te motyle.

***
I. Binar, Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Amaltea, Wrocław 2016.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Amaltea / amaltea.az.pl,
[3] joffi / pixabay.com,
[4] wydawnictwo Amaltea / amaltea.az.pl,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / amaltea.az.pl.