czwartek, 19 stycznia 2017

Mięsko, absynt i śmierć starej Pragi – „Lord Mord”, Miloš Urban

W tej książce Miloš Urban porusza wiele tematów i łączy całe mnóstwo wątków, ale akurat te, które wydawałyby się najciekawsze – kryminalny i horrorowy – liczą się tu najmniej. Wciąga za to jego klimatyczna opowieść o Pradze przełomu XIX i XX wieku, o mieście, które bezpowrotnie odchodziło wraz z żydowskim gettem ginącym pod łopatami koparek.

Tyle myśli wywołała u mnie ta książka, tyle uśmiechów, mniejszych i większych zachwytów, że sama nie wiem, od czego zacząć. Niech będzie na początek – kreacja głównego bohatera.

To jedna z mocnych stron tej książki. Hrabia Arco, dla przyjaciół Adi – znudzony życiem i pozbawiony ambicji szlachcic, „leń i sybaryta”, gruźlik, smakosz absyntu, narkoman, stały bywalec praskich burdeli. Okazjonalnie utrzymuje „na własność” jakąś panią lekkich obyczajów, a w razie niedotrzymania przez nią wierności w ramach seksualnego kontraktu, posuwa się do brutalnych rękoczynów. Nie lubimy go na początku.

Z czasem jednak okazuje się, że to nie tylko obibok i damski bokser, ale i miłośnik starej, dziwacznej architektury oraz człowiek gotów walczyć o słuszną sprawę. Ledwie się obejrzymy, już kibicujemy jego walce z bezdusznymi urzędasami, aż po iście westernowe zakończenie, i z zapałem śledzimy jego próby rozwiązania zagadki tajemniczego mordercy prostytutek (zastanawiając się, czy rzeczywiście za krwawymi mordami stoi… żydowski demon Mięsko). Hrabia Arco to bardzo niejednoznaczna postać. Tak naprawdę do końca powieści nie wiemy, co o nim myśleć. I to jest fajne.

Pogodny horror

Miloš Urban
Dalej – wątek kryminalny. Owszem, jest, ale wypada stosunkowo blado. I to nie jest niedoróbka autora, po prostu wątek ten jest w powieści niespecjalnie istotny, raczej rozgrywa się gdzieś w tle. Lord Mord zawiedzie też prawdopodobnie miłośników grozy – oprócz jednej sceny (ale, przyznaję, mocnej; upiorny szept Mięska w środku nocy w pustej uliczce w sercu getta, a potem jego „Lubisz mnie?”, zapach surowego mięsa i krwi… ja się bałam!) nie ma tu specjalnie horrorowego klimatu, i to też nie jest nieudolność autora. Znów – on nawet nie stara się specjalnie tego klimatu budować.

Zaskakująco dużo za to tutaj humoru. Cała opowieść utrzymana jest w – zaryzykuję to stwierdzenie – pogodnym wręcz tonie. Adi to trzeźwy (nie zawsze dosłownie), ironiczny i z lekka cyniczny narrator, dlatego czytając jego opowieść trudno czasem powstrzymać się od uśmiechu, a już wraz z bawidamkiem Solim, wiecznie z kąśliwą, nieraz wulgarną uwagą na ustach, tworzą naprawdę zabawny duet.
„Wybacz, Adi, ale ty, mimo że masz naprawdę szerokie horyzonty, i tak zachowujesz się jak osiołek, przed którym na sznurku kołysze się marchewka, a on nic nie widzi, nic nie słyszy, tylko idzie za nią, a i tak nigdy jej nie dogoni. Tyle że tobie przed oczyma nie unosi się marchew, ale jędrny kawał pizdy” (s. 141).
Humorem zaprawione są także wątki polityczne w Lordzie Mordzie. Mamy końcówkę XIX wieku, Czesi aktywnie dążą do zwiększenia swojej niezależności pod panowaniem Austro-Węgier, m.in. forsując użycie języka czeskiego w urzędach. Powstają podziemne organizacje radykałów o dążeniach niepodległościowych, na co władze odpowiadają wzmożoną aktywnością tajnej policji. Motywy te, bardzo zresztą ciekawe, nieoczekiwanie przenikają do wątku „burdelowego” – w czasie przyjęcia urodzinowego kuzyna Maniego trzy prostytutki odgrywają coś, co określają jako „widowisko dla patriotów”. Z grubsza polega to na tym, że odziana w czerwono-białe (barwy Czech!) pończochy Eva wdaje się w bójkę z czarno-żółtą (Austria!) Francką; po dłuższej szarpaninie zwycięża czerwono-biała Eva, a widzowie zostają zaproszeni do przetrzepania biczykiem pupy pokonanej czarno-żółtej Francki.

Co za smakowita scena! I taka czeska, pomyślałam sobie, tu – wielkie sprawy narodowe, a tu obijane tyłeczki dziwek w pasiastych gatkach… Po czym zaczęłam przeglądać opinie na temat książki na czeskich stronach i z wielkim zdumieniem stwierdziłam, że absolutnie nikt nie zwraca uwagi na tę uroczą scenkę, a wielu czytelników jest wręcz zniesmaczonych burdelowymi przygodami Adiego. I wtedy zrozumiałam – przecież dla Czechów nie ma żadnego „To takie czeskie!”. Dla nich to norma, tylko polski czytelnik dostrzega rozkoszną lekkość tej sceny, tak odmienną od naszego polskiego podejścia do „wielkich spraw”. Stąd wniosek – dla polskich czytelników ta lektura kryje jeszcze dodatkowe smaczki.

Josefov przed rokiem 1896.
Walka z systemem w XIX wieku

Najciekawszy w tej powieści, jak wspomniałam już na wstępie, jest jednak moim zdaniem obraz Pragi przełomu wieków. Miasta zmęczonego swoją wielkością, szarego, spowitego chmurą duszących pyłów, przechodzącego właśnie transformację z pełnej legend, magicznej Złotej Pragi w nowoczesną metropolię na wzór Wiednia czy Paryża.
„A Praga chętnie dawała się obgryzać tym dwóm żelaznym bestiom, pozwoliła im nawet przeniknąć do swojego starego, żywego serca i cieszyła się, że dostanie organ nowy, że tylko dzięki temu może przeżyć i pozostać w Europie XX wieku. Niewielu z nas patrzyło na to inaczej i dostrzegało inne rzeczy – że Żydowskie Miasto nigdy dotąd tak nie cierpiało i nigdy nie przyjmowało swojej zagłady z takim spokojem i pokorą” (s. 18).
Ten obraz, a zwłaszcza wizja miejskiej biedoty, stłoczonej w rozpadających się domkach czy wręcz dziurach w ścianie, tak bardzo nie pasującej do projektowanej świetlanej przyszłości miasta, bardzo przypomina mi inne europejskie stolice, opisywane przez XIX-wiecznych pisarzy – jak Londyn Dickensa czy Paryż Hugo.

O samej praskiej asanacji, czyli podjętej ze względów sanitarnych przebudowie miasta i niemal całkowitej likwidacji żydowskiego getta, napiszę więcej za chwilę, ale chciałabym jeszcze zauważyć, że ta nierówna walka o zachowanie tradycyjnego kształtu miasta, i w ogóle problemy, z którymi mierzyć musiała się Praga końcówki XIX wieku, pod wieloma względami przypomina mi czasy nam współczesne. Bo przecież dziś też wkurzamy się, gdy kosztem terenów zielonych stawia się w centrum miasta kolejny biurowiec lub handlowy moloch. A wszystko za sprawą wszechwładnych banków – jak w powieści Urbana. Problem „jednostka kontra postęp” jest wciąż aktualny. No i dziś też mamy na głowie smog :).

Przebudowa getta oznaczała także śmierć urokliwych ulicznych straganów, na których można było kupić... wszystko :).
Poza tym bardzo aktualny wydał mi się również bój, który doktor Hofman toczy z koncernem chemicznym Bayer, swoim byłym pracodawcą. Preparat doktora nie został dopuszczony do sprzedaży, „nie ma bowiem pieczęci” (s. 86). O zdominowaniu rynku farmaceutycznego przez ogromne koncerny oraz problemach z wprowadzaniem do obrotu nowych leków mówi się dziś i pisze tak wiele, że analogia jest oczywista.

I jeszcze jedna rzecz, która spodobała mi się w świecie przedstawionym powieści. Dowcipny sposób, w jaki Urban pisze o przedmiotach i urządzeniach, jakie dziś są na porządku dziennym, a w końcówce XIX wieku były absolutną nowinką. Hrabia Arco długo zastanawia się, czy kupić zegarek na rękę, bo choć jest wygodny, „wygląda jak podwiązki” (s. 171), i zachwyca się zamontowaną u Gity mechanicznie spłukiwaną deską klozetową (s. 39). Ale absolutnym mistrzostwem jest opis przejazdu automobilu wąskimi uliczkami Pragi:
„Ozdobiony proporczykami Slavii, kluczył uliczkami z prędkością przechodnia, śmierdział i ryczał, i na zlikwidowanym rynku wywoływał wrzask dzieci i przeżegnywanie się dam (...). W gazecie wieczornej pisano później, że szofer zabłądził jak kompletny prowincjusz, skręcił w wąską uliczkę, którą mu doradzono jako skrót, i stanął przed stromymi średniowiecznymi schodami. Obstąpili go gapie, a kiedy policja rozpędziła zbiegowisko, żeby automobil mógł z powrotem wyjechać z praskiej pułapki, okazało się, że z silnika ktoś wykręcił i zabrał jakiś błyszczący mosiężny czop. Przyprowadzono więc dwa państwowe konie, żeby samochód ze Starego Miasta odciągnąć z powrotem na prowincję” (s. 371).
A teraz słów kilka o asanacji...

Nie da się ukryć – w drugiej połowie XX wieku praski Josefov był przeludniony, zaniedbany i brudny. Radni, powołując się na fatalne warunki życia mieszkańców, ryzyko wybuchu epidemii oraz warunki sprzyjające przestępczości, zastosowali drastyczne środki – w lutym 1893 roku podjęli decyzję o zrównaniu z ziemią żydowskiej dzielnicy i praktycznie wybudowaniu jej na nowo.

Mieszkańcy jednego z domów na Josefovie. Zdjęcie daje dobry obraz tego, jak bardzo przeludnione było getto.
Angelo Maria Ripellino pisze o tym w swojej Pradze magicznej: „Choć przyczyny rozbiórki były istotne, faktem jest, że z przesadną zaciekłością i bezmyślnością zniszczono wyjątkowo malowniczy kompleks” [1]. Wraz z Żydowskim Miasteczkiem z Pragi odchodził pewien świat – świat ulicznych straganów, ciemnych uliczek, mistycznej atmosfery. Wielu protestowało przeciwko takim działaniom, nie chcąc, aby Praga straciła swój niepowtarzalny charakter. Jednym z nich był Vilém Mrštík, który pojawia się nawet osobiście w jednej ze scen powieści Urbana (s. 386), a cytat z jego dzieła, manifestu Bestia Triumphans, otwiera książkę.

Vilém Mrštík w roku 1897.
Bestia Triumphans to postać z Jutrzenki Nietzschego, uosobienie ignorancji i braku poszanowania dla wieloletniej historii i kultury. W swoim płomiennym manifeście Mrštík twierdził, że kieruje ona poczynaniami bezdusznych urzędników i szaleje w Pradze, „burząc i równając z ziemią pełne uroku, dziwaczne budynki, by zastąpić je ponurymi Wohnmaschinen” [2]. Dokładnie takie, jak Dom Na Galerii, uratowany – niestety tylko chwilowo – przez hrabiego Arco. Dla Mrštíka bezmyślne niszczenie żydowskiej dzielnicy było jednoznaczne z wyrzeczeniem się własnej kultury narodowej, tradycji i folkloru.

Urban idzie dalej – w zajadłych działaniach praskich radnych dostrzega ukryty antysemityzm. Choć na ustach mają piękne słowa o higienie, wygodzie i lepszych warunkach życia, chodzi im również o to, by zgnębić i ukarać Żydów, pozbawiając ich domów. „Żydowskie Miasto przyciągało te niebezpieczne gryzonie przez wieki. Jego zburzenie oznacza oczyszczenie i zdrowie, nową i czystą krew” (s. 380) – mówi odpowiedzialny za projekt asanacji doktor Preininger, co Soli, Żyd z pochodzenia, komentuje gniewnymi słowami: „Ty gojowska świnio”.

Choć fizycznie getta nie udało się uratować, Ripellino twierdzi, że przetrwało w zbiorowej świadomości Prażan. Na dowód przytacza słowa Kafki: „Nasze serce nie wie jeszcze nic o dokonanym uzdrowieniu. Stara, niezdrowa dzielnica żydowska wewnątrz nas jest bardziej realna od nowego, higienicznego miasta, które nas otacza. Chociaż nie śpimy, kroczymy jak we śnie: sami jak zjawy z minionych czasów” [3].

Książka à la dom Na Galerii

Lord Mord to twór przedziwny. Pod pewnymi względami przypomina romanetto, ale czerpie z tak wielu różnych gatunków (zakończenie – istny western, słowo daję!), że nie sposób go wrzucić do jakiegokolwiek worka.

Niektórzy czytelnicy twierdzą, że powieść tego wszystkiego nie udźwignęła. Ja jednak tak nie uważam, i nawet jeśli narracja ma swoje słabe punkty i momentami wydaje się chwiejna, to Urbanowi całkiem zgrabnie udało się wszystko skleić w jedną całość. Ta książka jest trochę – i może właśnie taka miała być? – jak dom Na Galerii i inne dziwaczne wytwory architektury w żydowskim getcie; posklejana z wielu różnych elementów, zwydziwiana, niebezpiecznie przeciążona, a jednak ma swój niewątpliwy urok.

Jeszcze tytuł. Opis z tyłu okładki dość jednoznacznie stwierdza, kim jest tytułowy Lord Mord, ale ja bym się tym specjalnie nie sugerowała. O tym jednak pogadamy, jak już przeczytacie.

***
M. Urban, Lord Mord, tłum. Katarzyna Kępka-Falska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Za wspaniałą literacką podróż, lekturę, która dostarczyła mi świetnej rozrywki, wiele dni przemyśleń i inspirację do zgłębienia tematu walki o starą Pragę (podczytuję już manifest Mrštíka!), dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty

Dla tych z Was, który czytają po czesku, informacja – Bestia triumphans jest do pobrania na Krameriusie.

I jeszcze jedno – ponieważ mam jeden nadmiarowy egzemplarz Lorda Morda, spodziewajcie się na początku lutego małego konkursu :). Będzie okazja zdobyć tę perełkę!

Źródła:
[1] A.M. Ripellino, Praga magiczna, tłum. Halina Kralowa, wyd. PIW, Warszawa 1997, s. 171.
[2] Tamże, s. 172.
[3] G. Janouch, Colloqui con Kafka, s. 34 [za:] A.M. Ripellino, dz. cyt., s. 173.
Pozostałe cytaty pochodzą z Lorda Morda.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki Lorda Morda, projekt: Magdalena Kocińska | O!Studio, wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[2] ksiazkoweklimaty.pl
[3] fotograf nieznany / Wikimedia Commons
[4], [5] Jindřich Eckert / Wikimedia Commons
[6] fotograf nieznany / Wikimedia Commons
[7] Okładka książki, wyd. Ksiązkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl

wtorek, 17 stycznia 2017

Życie z nietoperzem we włosach – „Pod śniegiem”, Petra Soukupová

(Zdjęcie w temacie. Spod śniegu wyziera mój brudny balkon).
„Ale życie nie jest lekkie ani piękne jak śnieg” (s. 382).

Kilka dni temu obudziłam się, wyjrzałam przez okno i oniemiałam. Zobaczyłam widok jak nie z tego świata – śnieg, który prószył przez całą noc, oblepił korony drzew, i ulica, jeszcze w świetle latarni, wyglądała jak żywcem wyjęta z najpiękniejszej zimowej widokówki. Poczułam miły dreszczyk, jakbym znowu miała 10 lat i wiedziała, że przede mną cały dzień zjeżdżania na sankach, lepienia bałwana i rzucania się śnieżkami.

Petra Soukupová w swojej powieści Pod śniegiem dosyć okrutnie bawi się takimi skojarzeniami. W naszej świadomości śnieg to coś pięknego i czystego, niewinnego, ale przecież wbrew pozorom świat pod białą pierzynką pozostaje szary, błotnisty i upstrzony psimi kupami. Tyle tylko, że przez chwilę tego nie widzimy – nie chcemy widzieć.

Takim „śniegiem” może być również fasada szczęśliwej rodziny. I właśnie takie „szczęśliwe” stadło przedstawione zostaje na kartach powieści Pod śniegiem. Na ponad 400 stronach autorka przebija się przez jego śnieżną skorupkę i odsłania wszystkie możliwe brudy, wzajemne urazy i żale, nie zapomniane, ale głęboko ukryte.

Sytuacja też jest bardzo znamienna – trzy dorosłe córki wraz z dziatwą w pewien zimowy, sobotni poranek jadą razem do domu rodziców na urodziny ojca. Wydaje się, że wszystkie są na swój sposób zadowolone z życia i nieźle sobie radzą. Olga jest samotną matką, ale ma świetny kontakt z synem i dobrze płatną pracę, która przynosi jej satysfakcję. Blanka to typowa kura domowa, czuwająca nad mężem i trójką dzieci – tak, jak sobie kiedyś dawno temu wymarzyła. Kristýna natomiast, najmłodsza z nich, jeszcze poszukuje swojej ścieżki, ale jest szczęśliwa, bo właśnie znalazła prawdziwą miłość.

A potem zaczynamy słuchać ich wzajemnych kłótni, zaczynamy obserwować, jak ścierają się ich różne poglądy na świat, zaczynamy wchodzić do ich głów, i dowiadujemy się, jak to jest naprawdę. Że Olga nie daje rady i rozpieszcza syna, chcąc mu zrekompensować brak taty. Że Blanka czuje się zaniedbana i niedoceniona, a męża podejrzewa o romans. Że „prawdziwa miłość” Týny to facet, który ma żonę i dziecko. Że siostry tak naprawdę się nie znoszą i każda z nich uważa, że pozostałe „gówno wiedzą o życiu”. A ich rodzice, ta ostoja wśród bałaganu własnego życia? Też nie jest u nich zbyt różowo… Relacja na dwa głosy, matki i córki:
„Czuje się tylko wstręt, nawet nie od razu, wstręt przychodzi z czasem, jak gniew, kiedy znajdujesz w wannie jego paznokcie albo obsikaną deskę klozetową, jak stawiasz przed nim kolację, a on czyta gazetę i ani be, ani me, albo kiedy leżysz na kanapie z okładem na czole, a on nawet nie spyta, co ci jest” (s. 324).

„Nie pamięta, kiedy ostatnio wspólnie położyli się spać, rozmawiali w łóżku, a potem zasnęli przytuleni. A przecież kiedyś tak było. Kiedyś, milion lat temu” (s. 398).
Pisarstwo Soukupovej jest wstrząsająco wręcz blisko życia – i to chyba jego największa siła. Bo przecież my to znamy. Każde dziecko ze szczęśliwej rodziny zastanawia się czasem, czy jego rodzice naprawdę są ze sobą szczęśliwi i czy niczego nie żałują. Każdy posiadacz rodzeństwa ma z nim trudne, naznaczone różnymi sprawkami z dzieciństwa relacje (choć bohaterki tej powieści są dla siebie ekstremalnie okropne; sama mam siostrę, z którą mocno się różnimy i nie zawsze ze sobą miło rozmawiamy, ale takich odzywek między nami zupełnie sobie nie wyobrażam). I każdy stara się ze swoją rodziną wychodzić ładnie przynajmniej na zdjęciach, pod grzecznym uśmiechem kryjąc gorzkie słowa. W tej powieści więc jakimś sposobem każdy odnajdzie kawałek własnego świata.

Do tego autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje. Współczuje. Tak, to ważne – każdą ze swoich bohaterek prezentuje z ogromną dawką empatii. I choć każda jest zupełnie inna, nieraz wręcz antypatyczna, Soukupová potrafi wejść w jej skórę, opowiedzieć nam ją tak, że sami zaczynamy współczuć.

Mnie szczególnie poruszyła historia tej najstarszej, mamy bohaterek, niezrozumianej, nieszczęśliwej, tej, która „zawsze była dla nich tylko matką, nie człowiekiem”. Mamy, która „uważa, że jeśli będziemy dla siebie mili i uprzejmi, wszystko będzie dobrze”, przez wiele lat przeżywającej swój cichy dramat. Jej rozczarowanie, uczucie zamknięcia w pułapce, mimo że, jak sama mówi, wyszła za mąż z wielkiej miłości, to coś, czego sama się boję.
„Było mi smutno, że jestem stara, że dotąd chyba nie byłam szczęśliwa, bo żyłam z nim (…). Nasze wspólne życie po prostu mi ciążyło, jakbym żyła z zaplątanym we włosy nietoperzem, to nic, że się nie rusza, skoro wciąż tam tkwi, denerwuje, drażni (…). Na pewien rodzaj samotności po prostu nie ma rady, nawet dzieci jej nie odpędzą” (s. 212).
Styl? Praktycznie go nie ma, to nieprzerwany strumień myśli i mowy, bo forma nie może tu przesłaniać najważniejszego – opowieści każdej z bohaterek i ogromnego ładunku emocjonalnego. Wbrew pozorom jednak nie jest to rzecz, którą ciężko się czyta. Przeciwnie, chłonie się ją błyskawicznie, nawet z cieniem uśmiechu, na przykład gdy siostry zjadliwie komentują w myślach wzajemnie swój wygląd, lub gdy na scenę wkraczają rozbrykane pociechy Blanki i Olgi.
„Jezu, co ci jest? Okres masz czy co? (…) 
Co ciocia ma? pyta Oliver, nie podnosząc głowy znad gry. 
Nie, nic, Oli, zbywa go Olga, okres, kiedy dostaje się listy z urzędu” (s. 94).
Paplanina dzieci jest tu bardzo naturalna, rozmowy sióstr są bardzo naturalne, i nie mamy wrażenia, że ktoś serwuje nam płaską makietę, za którą usiłuje upchnąć poważne rodzinne problemy. Pod śniegiem to pisanie z głębi trzewi, bolesne i prawdziwe.

Na ostatnich stronach jednak znów zaczyna padać śnieg. Wraz z nim na zmęczoną podejrzeniami i przykrymi rozmyślaniami głowę spływa myśl: „To moja rodzina, najlepsza pod słońcem”. Czy to złudna nadzieja?

***
P. Soukupová, Pod śniegiem, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za kawał dobrej czeskiej prozy, za moją ulubioną tematykę rodzinną i za przejechanie po mnie, czytelniczce, emocjonalnym walcem dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

Ilustracje:
[1] Zdjęcie własne
[2] Okładka czeskiego wydania książki, wyd. Host Brno, 2015 / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[3] Petra Soukupová, fot. Milan Soukup / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[4] Okładka książki, wyd. Afera, 2016 / wydawnictwoafera.pl   

czwartek, 12 stycznia 2017

Duchy, boczek z gruszkami i zbuntowany Jezus –
„Baj-o-dużenie”, Patrycja Prochot-Sojka

W świecie stworzonym przez Patrycję Prochot-Sojkę, w jej mitycznych Głuchołazach, wszystko jest niezwykłe i zarazem wszystko jest zwyczajne. Duchy żyją wraz z ludźmi w jednym domu, Śmierć pachnie drogimi perfumami i podkochuje się w Bogu, a Bóg jest zapracowany i Maryja ma do niego żal, że zaniedbuje rodzinę.

Kiedyś niemieckie Ziegenhals. Później, po wojnie, przemianowane na Głuchołazy. Niewielkie miasteczko na pograniczu polsko-czeskim. Umieszczając akcję nagrodzonego w konkursie Promotorzy Debiutów 2015 zbioru Baj-o-dużenie właśnie tam, a nawet wzorując niektórych ze swych bohaterów na postaciach autentycznych, Patrycja Prochot-Sojka udowadnia, że nawet niepozorne miejsca i ich mieszkańcy mogą być na swój sposób magiczne, mają swoją historię i kryją swoje tajemnice.

Na pierwszy rzut oka jednak niewiele w nim magii: „Ziegenhals nie wyglądało wcale na dzieło Boga, było za ciasne i za zwyczajne” (s. 31). Nic więc dziwnego, że niektórzy, zmęczeni tą ciasnotą i prowincjonalnością, marzyli o ucieczce. Chcieli zobaczyć wielki świat, jak Leonia, śląca w świat buteleczki z rozpaczliwym listem: „Jestem Leonią, córką młynarza. Niech mnie ktoś uratuje”. Zwykle jednak im się to nie udawało, miasto trzymało ich bowiem mocno w swoich zaborczych, opiekuńczych ramionach. Mimo ucieczki z cygańskim taborem córka młynarza w końcu wraca – trochę tylko bardziej poraniona, rozczarowana, z większym bagażem bolesnych doświadczeń. Duszne Ziegenhals, od którego próbowała uciec, ostatecznie okazało się dla niej schronieniem.

Z Ziegenhals / Głuchołazami jest tak, jak z dzielnicą krawca Khalida Al-Churi: „Nie ma nic bardziej świętego niż zwyczajni ludzie w zwyczajnej dzielnicy Albacin” (s. 94). Może to dlatego w tym małym, pogranicznym miasteczku Bóg, Maryja i święci są tak blisko zwykłych ludzi. Ich obraz w książce Patrycji Prochot-Sojki zaskakuje, bliżej im bowiem do kapryśnych greckich bóstw niż do nieskazitelnych postaci, które znamy z Pisma Świętego, z żywotów i obrazów w kościele. Wpadają w gniew, zazdroszczą, grzeszą pychą, dzielą ludzkie uczucia, obawy, potrzebę bliskości i zwierzeń.

I problemy mają takie jak my – nawet Bóg bywa zmęczony pracą, nawet Maryja potrzebuje przyjaciółki, nawet Jezus buntuje się przeciwko rodzicom. Jest w tym ich przedstawieniu pewien humor, oczko puszczone przez autorkę w stronę czytelnika: „Po spotkaniu z Maryją Ludwiczka nabrała pewności, że Królowa Świata jej po prostu zazdrości, bo nigdy z Józefem ani też z Bogiem tak naprawdę nie stworzyła normalnego związku” (s. 70). Zwyczajność i niezwyczajność spotykają się też tu – Bóg, Maryja i Jezus są tu zupełnie zwyczajni, i to jest właśnie tak niezwykłe.

Widok na kościół św. Wawrzyńca w Głuchołazach, pochodzący z XIII w. To tutaj Leonia, córka młynarza, wzbudziła w młodym Jezusie zew przygody, to tutaj Ludwiczka przychodziła rozmawiać ze swoją przyjaciółką – Maryją.
Ponoć niektórzy czytelnicy mieli autorce za złe sprowadzenie Boga i Maryi do profanum, zarzucali jej obrazę uczuć religijnych. Ciekawe wydaje mi się, że akurat ta niewinna w gruncie rzeczy zabawa wizerunkiem Boga budzi tak wielkie emocje, podczas gdy są w Baj-o-dużeniu fragmenty mocniejsze – i jeszcze przez to ciekawsze! – jak choćby ten, w którym rzeźnik Bruno Fritz, rozmyślając o swoim fachu i o psie, którego katował w dzieciństwie, do świń w rzeźni porównuje ludzi modlących się do Boga:
„Przychodzą ufni, prosząc o łaskę, o pomoc (…). Nie zawsze przecież ją dostają, a mimo to ciągle wierzą, ciągle zajmują swoje miejsca w ławach i proszą. A później, gdy pójdzie coś nie tak jak trzeba, patrzą na Boga zdziwieni jak moje oswojone świnie” (s. 67).
Lekko heretycki charakter mają również uczucia, jakimi mężczyźni z tych opowiadań darzą swoje kobiety. Nawet jeśli je krzywdzą, jak Fritz Ludwiczkę, równocześnie ubóstwiają je – stawiają na boskim piedestale, modlą się do nich. „Gdy pojawiła się Jefronka, Kleist nie przestrzegał przykazania – Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną” (s. 193). To pewien stały element większości historii, pojawiających się w zbiorze – opętańczą miłością darzy malarkę Gerle Farkas księgarz Jeremiasz, również u Michała Soroczyńskiego zdaje się rodzić uzależniająca fascynacja Anną.

Patrycja Prochot-Sojka
Autorka podkreśla, że duże znaczenie ma dla niej sensualność jej pisania: „Jeśli Emma Puschke przygotowuje najlepsze potrawy, to chcę, by czytelnik poczuł smak strudli z jabłkami, szpecli z gulaszem czy boczku z gruszkami i fasolą. Jeśli Śmierć używa ulubionych perfum Bouquet de Catherine, to nad książką powinien unosić się zapach jaśminu, róży, wanilii i piżma”. I rzeczywiście, niektóre jej opisy silnie oddziałują na zmysły:
„Tkaniny w sklepie Azisa poukładane były w osobnym pomieszczeniu, każdy według swego koloru, a każdy kolor z kolei miał swój zapach. Kadzidła, olejki i wszelkie pachnidła charakteryzowały poszczególną barwę. I tak na przykład purpura posiadała dymny aromat tytoniu, słodkiego miodu i czarnego pieprzu, niebieski pachniał dzikimi jagodami i drewnem cedrowym, zielony lawendą i rozmarynem, złoty imbirem i owocem karamboli, czarny wiśnią i gardenią, a biały kamelią i liściem lukrecji” (s. 101).
Baj-o-dużenie jest opowiedziane pięknym, niemal hipnotyzującym językiem. Momentami nierówne tempo opowieści, wrażenie przegadania w kilku miejscach to, jak sądzę, coś, co zniknie, gdy autorka nabierze pisarskiej wprawy. I tylko jedna rzecz sprawiła mi dużą przykrość – słaba redakcja i brak korekty. W książce mnożą się błędy interpunkcyjne i literówki, zdarzają się niekonsekwencje (w obrębie jednego akapitu nazwy czy imiona zapisane inaczej), błędy w nazwiskach („Elizabeth Bennt”, „Hubert de Givennchy”, „Jane Austin”). Trochę psuje to przyjemność lektury.

Mimo to była to dla mnie bardzo ciekawa literacka podróż. Głuchołazom Prochot-Sojki blisko do innych sennych światów, które bardzo lubię – tego z powieści Olgi Tokarczuk i Danieli Hodrovej. Wszystkie te pisarki w podobny sposób czarują rzeczywistość, zasiedlają ją duchami, przemieniają w arenę cudownych wydarzeń, które nikogo w świecie przedstawionym nie dziwią, a równocześnie mocno trzymają się ziemi, pokazując, że magia miejsc kryje się w ich historii i tradycji. Dlatego w cytowanym już wcześniej przeze mnie wywiadzie autorka Baj-o-dużenia mówi:
„Mocno zachęcam do rozmów z dziadkami, do pytań o ich dzieciństwo, młodość. O miejsca, w których żyli. Zdarzają się cudowne historie, związane z gusłami, zabobonami, miejscowymi legendami. Powtarzam, że trzeba słuchać, rozmawiać, bo bliscy nie żyją wiecznie. Odejdą razem ze starym światem, który dla mnie jest o wiele bardziej magiczny niż darowane nam tu i teraz”.

***
P. Prochot-Sojka, Baj-o-dużenie, wyd. MaMiKo, Nowa Ruda 2015.

Za kilka dni spędzonych w niezwykłym Ziegenhals w towarzystwie ludzi i duchów dziękuję pani Apolonii i wydawnictwu MaMiKo.

Wypowiedzi autorki pochodzą z wywiadu zamieszczonego pod adresem: http://plus.nto.pl/magazyn/a/pisanie-jest-proba-porzadkowania-swiata-zapamietywaniem,11418045

Fotografie:
[1] zdjęcie własne,
[2] Ebielmaj / Wikimedia Commons,
[3] fotografia z okładki książki / zdjęcie własne.

niedziela, 8 stycznia 2017

Miłość, flaczki i kiełbasa – „Najlepiej w życiu ma twój kot”, Wisława Szymborska, Kornel Filipowicz

„Ostatnie listy miłosne pisałam mając lat 8 na zamówienie służącej Karolci do młodszego palacza na lokomotywie. Od tego czasu wena mnie opuściła” – pisze Wisława Szymborska w jednym z listów do Kornela Filipowicza. Nie ma racji korespondencja zebrana w tomie Najlepiej w życiu ma twój kot jest prawdziwym popisem sztuki epistolarnej. To zbiór listów czułych, ale nie czułostkowych, żarliwych, ale nie sentymentalnych, tryskających humorem i fantazją. Oraz zapis miłości mądrej i dojrzałej, która nie karmi się płaczliwymi wyznaniami, niczego nie oczekuje i niczego nie żąda.

„Najpierw wiadomości, a potem czułości” (s. 337) – zaczyna jeden ze swoich listów Szymborska, i dobrze opisuje to charakter całej jej korespondencji z Filipowiczem. Obydwoje piszą rzeczowo, konkretnie, przede wszystkim przekazują sobie ważne informacje, dokumentują ostatnie wydarzenia. „Jako autor opowiadań krótkich (coraz krótszych) nie mogę pisać długich tekstów epistolarnych!” (s. 344) – tłumaczy się raz ze swojej lapidarności Filipowicz.

I rzeczywiście, to on z tej dwójki jest zdecydowanie bardziej zwięzły i przyziemny. Jego listy są niemal telegraficzne: „U nas: zimno, wiatr, zbliża się deszcz (oby!). Kasztan umiera. Idę z torbą na zakupy. Nie pracuję. Czytam Walsera (krótkie prozy)” (s. 331). Mało tego – ze skrupulatnością kronikarza notuje ceny towarów na Kleparzu, wymienia, co zjadł na obiad i wylicza, na ile dni wystarczy mu kiełbasa o długości 50 cm, jeśli będzie ją jadł w tempie 2 cm dziennie.
Kornel w szpitalu :).
W listach Kornela ze wzmiankami o miłości sąsiaduje zresztą nie tylko kiełbasa: „Potem byliśmy w barze na flaczkach. Za chwilę pójdę na spacer, myśląc o Tobie” (s. 130). A wspomnianą telegraficzność również wykorzystuje nieraz po to, by rozbawić adresatkę: „A ostatnie wiadomości w skrócie: kocica ma pchły (maluśkie, kocie – ale dużo). Basia ma grypę. Dwóch naszych kolegów ma chorobę weneryczną. A ja mam jeszcze pieniędzy na 1 ½ miesiąca!” (s. 116). I w ogóle humoru jest u niego sporo – urzekły mnie zwłaszcza jego koszule „non Byron”.

Baron von Moltke i aparat do udoskonalania nosów

Jeśli chodzi o dowcip, Szymborska wcale nie ustępuje swojemu partnerowi. Za to zostawia go daleko w tyle pod względem wyobraźni i literackości. Nie da się ukryć, że jej listy są lepsze i ciekawsze. Wchodzi w nich w role fikcyjnych postaci, wymyśla historie, daje upust nadmiarowi sił twórczych. Spreparowane przez nią listy hrabiny Heloizy Lanckorońskiej do plenipotenta Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego to prawdziwe perełki, które czyta się z nieschodzącym z ust uśmiechem.
„Otóż wystaw sobie Pan, że świeżo zakupiony wierzchowiec okazał się narowistym, i przy pierwszej przejażdżce z grzbietu mnie zrzucił! Padłam zemdlona na murawę – na szczęście nie łamiąc sobie żadnego członka. Niestety, nie koniec na tem: towarzyszący mi baron von Moltke rzucił się natychmiast do cucenia, ale że gorsetu rozpiąć nie umiał, strzelił w powietrze, chcąc mnie tym hałasem do zmysłów przywieść… Strzelił wszelako tak niefortunnie, że trafił niedołęga w mego znarowionego konia, kładąc go trupem na miejscu!” (s. 67)
Hrabina Heloiza Lanckorońska i plenipotent Eustachy Pobóg-Tulczyński na wycieczce w Tatrach :).
 Noblistka jest też bardziej kreatywna, jeśli chodzi o miłosne wyznania. Ale nawet czyniąc takowe, nie może się nieraz powstrzymać od dowcipów. Jak napisał Tomasz Fiałkowski w posłowiu tego tomu: „Żarliwość łączy się tu w niezrównany sposób z dyskrecją, humorem, autoironią”.

I tak – po kilkunastu latach związku Szymborska, wciąż zakochana jak nastolatka, pisze do Filipowicza: „Jesteś najpiękniejszy, najlepszy, najmądrzejszy” (s. 361), by niedługo potem zaatakować go uroczym przytykiem: „Na odwrotnej stronie masz reklamę aparatów udoskonalających nosy. Mojemu nic nie brakuje, ale Twój pozostawia wiele do życzenia, więc chyba skorzystasz z oferty” (s. 368). Pyta zaniepokojona: „Kochany, a może coś się zmieniło? Może Ci za ciężko z takim czymś jak ja?” (s. 69), a zaraz potem droczy się z nim: „Drogi Kornelu! Piszę specjalnie »Drogi«, żeby Cię troszkę zaniepokoić, czy coś się nie zmieniło. Ale oświadczam, że nie zmieniło się nic i właściwie ma być »Kochany«” (s. 97). Naprawdę niezrównane jest to jej połączenie czułości z humorem!
„Kornelu, bardzo chcę pójść z Tobą do cyrku naprawdę, niechby ten cyrk był nawet byle jaki, lwy wyleniałe, linoskoczek grał na skrzypcach bardzo kiepsko, a małpy miały fraki nie szyte u londyńskiego krawca (tylko w Radomiu w zakładach im. Róży Luksemburg)” (s. 138).
„Z Alicją liczymy przy telewizorze pocałunki, jakimi się obdarzają mężowie stanu. Pierwsza kategoria: całunek w usta z żelaznym obłapem (Breżniew z Gierkiem) – druga: całusek w policzek z obłapem (Breżniew z Jaroszewiczem) trzecia całusek w powietrze (Breżniew z Czauczesku). Gromyko tylko ściska łapki. Ja Cię całuję w kat. I” (s. 329).
Najczęściej Szymborska wyznaje miłość w słowach prostych („Kochany Kornelu, wczoraj właśnie leżałam w ciemności i myślałam o Tobie. Że Cię kocham – i to bardzo”), ale żarliwych. Nieco inaczej jest w przypadku Kornela, ale na tle tego całego humoru i rzeczowości jego szczere, poważne wyznania też robią niekiedy duże wrażenie: „Będzie mi smutno, że będziesz spacerować nie ze mną. Że będziesz mówić nie do mnie” (s. 125).

Tym jednak, po czym poznaję prawdziwie dojrzałe uczucie, jest przede wszystkim niezależność tej dwójki i swoboda, jaką sobie zostawiają (o czym świadczy też fakt, że mimo długoletniego związku nigdy nawet razem nie zamieszkali). Mimo dowcipnych słów zazdrości, głównie ze strony Szymborskiej, nie ma tutaj prób przywiązywania do siebie na siłę, wieszania się sobie na szyi. Jest za to „Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” Wisławy i „Nie zaprzątaj sobie mną głowy zbytnio, ale nie zapominaj o mnie” Kornela. I jego życzenia: „W dniu moich imienin życzę Ci, abyś niczego sobie nie wmawiając, w sposób wolny i nieprzymuszony, długo mnie jeszcze lubiła. Może ½ roku – a nawet rok?!!”.

I na tym chyba polegał ich sekret. Nic sobie nie przysięgając, będąc razem nie z obowiązku, a z czystej frajdy bycia razem, spędzili wspólnie ponad dwadzieścia lat. Rozdzieliła ich dopiero śmierć Filipowicza.

Literatura na ścianie wygódki w Ludźmierzu

Sięgając po korespondencję dwójki pisarzy, można spodziewać się, że będzie mowa o pisaniu – ale nie, Szymborska i Filipowicz poświęcają temu tematowi bardzo niewiele uwagi. Prawdopodobnie takie dyskusje woleli odbywać na żywo; listy były dla nich jedynie stosowanym z konieczności sposobem porozumiewania się, przekazywania ważnych informacji i zdawania relacji.

Nieco więcej dowiedzieć możemy się na temat wspólnych znajomych pary (w przypadku niektórych nie obeszło się bez uroczych złośliwości) i o ówczesnych realiach, choć i one zaprezentowane zostały z humorem. Uśmiech budzą wzmianki o kolejkach po kiełbasę czy trudnościach z dostaniem się do kina na Potop (bo takie tłumy!). Raz tylko robi się nieco poważniej, kiedy Kornel pisze: „Boję się Wisławo, że na długi czas zostaniemy zamknięci wewnątrz naszego bloku i odcięci od świata, nie mówiąc już o tym, że zamkną nam także usta” (s. 56). List kończy jednak brzmiącym pogodnie stwierdzeniem, że powinni być teraz bliżej, tak będzie im bowiem lżej i weselej – do czego się pięknie zastosowali.

Wracając jednak do literatury – nie należy żałować, że tak jej tu niewiele, bo to tylko pozory. Czym są te cudownie ironiczne relacje, dowcipne wyznania, zabawy w hrabinę Lanckorońską i plenipotenta Tulczyńskiego, list napisany przez Szymborską do kota, Mręgatego („Świat bywa bez litości dla młodych kotków ze skłonnością do marzycielstwa”), jeśli nie wspaniałą literaturą? Zresztą – wszystko wokół nas jest literaturą, i Szymborska i Filipowicz dobrze o tym wiedzieli. W jednym z listów Noblistka zachwyca się wierszykiem na ścianie wygódki w Ludźmierzu:


Zachwycona, komentuje: „Zauważyłeś chyba, że to jest piękna tercyna, i że ten kto ją ułożył, powinien zabrać się do przekładu Dantego” (s. 377).

Kończąc, zacytuję jeszcze raz posłowie Tomasza Fiałkowskiego: „Nieczęsto bywa nam dane obcowanie z tak niezwykłymi i pięknymi ludźmi”. To prawda. Dlatego polecam Wam ten zbiór – zobaczcie, jak pięknie i z jaką pogodą ducha można się kochać nawet w trudnych czasach.

Jedna z wielu wyklejanek :).
P.S. O treści tych listów napisałam wszystko, słowem jednak nie wspomniałam o formie, a to się nie godzi, więc dopisuję – Szymborska robiła cudowne wyklejanki. Stara gazeta, rach ciach, fotografia, podpis, albo zwykła pocztówka z zabawnym tekstem w dymkach, i wychodzą prawdziwe cuda! Poważnie, tak mi się te kolaże spodobały, że sama mam ochotę zacząć takie robić.

P.S.2 Tradycyjnie wyczulona na wszystko co czeskie, odnotowałam wzmiankę Szymborskiej o czeskich komediach: „Co to jest, że oni mają jakiś styl humoru, a my nie mamy?” (s. 325) oraz jeden bardzo ciekawy językowy trop. Poetka pisze: „Ale mi się właśnie na nią wylała herbata (wedle Twojej wymowy, bo dla mnie wylała się niestety cherbata)” (s. 216). Czyżby chodziło o dźwięczne h i bezdźwięczne ch, które w czeskim jest rozróżniane, i które Filipowicz, jako cieszynianin, mógł również rozróżniać? Ciekawe :).

***
W. Szymborska, K. Filipowicz, Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy, wyd. Znak, Kraków 2016.

Za te kilkanaście dni obcowania z „niezwykłymi i pięknymi ludźmi” dziękuję pani Monice (za uśmiech, dobre słowo i poświęcenie mojej sprawie – serdecznie Panią pozdrawiam!) i wydawnictwu Znak.

Fotografie – własne. Zdjęcia wyklejanek i rysunków pochodzą z książki.

piątek, 6 stycznia 2017

Najlepsze w roku 2016

Czytelniczo to był dla mnie bardzo słaby rok.

Po pierwsze dlatego, że praca. Po raz pierwszy w życiu pracuję na etat i muszę powiedzieć, że wszystko, co na ten temat napisał Bukowski, to prawda – jak w ogóle można tak żyć? Wszyscy, którzy spędzacie osiem godzin dziennie w pracy i godzicie to jakoś z czytaniem i blogowaniem (nie wspominając o jakiejś rodzinie), pozostając stosunkowo wypoczętymi ludźmi – podziwiam, zazdroszczę i błagam o Wasz sekret.

Po drugie dlatego, że w życiu osobistym mnóstwo się działo. Życiowe dylematy, brzemienne w skutki decyzje, wzloty i upadki, uniesienia i załamania – czego tu nie było. Wymęczył mnie emocjonalnie ten rok okrutnie, i głowy do czytania za bardzo nie miałam.

Dlatego przeczytanych książek jest nieco mniej niż zwykle: tylko 39. Nie jest to co prawda najgorszy wynik od czasu założenia tego bloga (w 2012 roku przeczytanych tytułów było 38), ale zdecydowanie poniżej mojej średniej. W dodatku, pomijając zbiór Jak chutná Polsko?, nie przeczytałam żadnej książki po czesku, co koniecznie w tym roku muszę zmienić.

Tradycyjnie – trochę geografii

Literatura czeska – 10 
Literatura brytyjska – 6 
Literatura polska – 6 
Literatura amerykańska – 5 
Literatura australijska – 3 
Literatura francuska – 3 
Literatura ukraińska – 3 
Literatura syryjska – 1 
Literatura nowozelandzka – 1 
Literatura chorwacka – 1

I tradycyjnie oczywiście prowadzą Czesi :). Trochę więcej u mnie tym razem literatury brytyjskiej (dużo Dickensa!), i, jak zwykle, sporo polskiej i amerykańskiej.

Najlepsze książki roku 2016


Z szynką raz!, Charles Bukowski. Przepowiedział mi to w komentarzach pod zeszłorocznym podsumowaniem MatiPro :). Przyznaję, to chyba najlepsza książka Bukowskiego, najbardziej szczera, brutalnie smutna. Opowieść o tym, jak zrodził się Henry Chinaski vel Charles Bukowski, łamie serce i wyciska z oczu łzy. Nie mogło jej tu nie być. A Buk pozostaje moim drugim ulubionym pisarzem, zaraz po Hrabalu.

Nie jest źle, Jan Novák. Stanowczo niedoceniona, stanowczo zbyt mało osób ją przeczytało i się nią zachwyciło! Może temat w pierwszej chwili nie wydaje się bardzo ciekawy – historia grupy młodych Czechów, którzy w latach 50. uciekają z komunistycznej Czechosłowacji do Berlina Zachodniego – ale uwierzcie, ta historia jest tak wciągająca, tło tak doskonale nakreślone, a cała powieść tak mistrzowsko napisana, że 900 stron łyka się w mgnieniu oka. Doskonała! 

Listy, Katherine Mansfield. Kasia, ulubiona. Jedyna, który w swoim zachwyceniu światem dorównuje Mistrzowi Hrabalowi. Jej listy są tego najlepszym dowodem. Każdy z nich jest jak uśmiech małej dziewczynki, która biegnie co tchu, żeby pokazać komuś znaleziony przed chwilą przy drodze śliczny kamyk, roślinkę, robaczka. Do aplikowania jako odtrutka na prozę życia.

A skoro już przy listach jesteśmy…

...muszę wspomnieć o książce, której w tym zestawieniu być nie powinno, bo skończyłam ją już czytać w tym roku. Ale muszę! Bo Najlepiej w życiu ma twój kot, czyli tom korespondencji Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, to prawdziwa perełka. Zawiodą się co prawda ci, którzy spodziewają się wynurzeń o pisaniu, wymiany pisarskich doświadczeń, wszystkich tych literackich wątków, których można oczekiwać, sięgając po listy dwójki pisarzy. O literaturze jest tu niewiele, ale te listy SĄ literaturą. Zwłaszcza te Szymborskiej, która zachwyca fantazją, dowcipem, swoimi uroczymi mistyfikacjami. „Twoje listy są doskonałe, jak piękne utwory: prawdziwe, lekkie, dowcipne, niepowtarzalne” – pisze do niej Filipowicz, i nie sposób się z nim nie zgodzić. Ale nie będę się tu rozpisywać, bo jeszcze w tym tygodniu pojawi się u mnie tekst o tym tomie. 


Wyróżnienie specjalne

Bo to świetna książka, i bliska sercu, podobnie jak autor :).











Nabokoviada

Bardzo mnie cieszy, że w tym roku wraz z Pyzą Wędrowniczką udało nam się wreszcie wystartować z Nabokoviadą – wspólnie czytamy książki omówione w Wykładach o literaturze Vladimira Nabokova, i komentujemy je, odnosząc się również do treści jego wykładów. Do tej pory udało nam się w ten sposób opisać trzy tytuły:
 W tym roku kontynuujemy akcję – przed nami m.in. Proust i Joyce (dreszczyk ekscytacji!) :). A najbliższa odsłona, czyli Doktor Jekyll i pan Hyde Roberta Louisa Stevensona – już 27 lutego!

Plany na rok 2017

Przede wszystkim – będzie jeszcze więcej literatury czeskiej. Dużo więcej! Zniesiecie to jakoś? :)

piątek, 30 grudnia 2016

W kleszczach sceptycyzmu – „Bez dogmatu”, Henryk Sienkiewicz

Analiza jest czymś podobnym do oskubywania kwiatu. Psuje się przez nią najczęściej piękność życia – a zatem i szczęście, czyli to, co jedynie ma sens” (s. 371).

Powieść psychologiczna Bez dogmatu, napisana przez Sienkiewicza w ramach odmiany po kilku latach pracy nad Trylogią, to dla mnie osiągnięcie wybitne. Przede wszystkim dlatego, że niepokoje głównego bohatera – inteligentna z bogatego domu, człowieka sceptycznego i niezdolnego do działania, postawy charakterystycznej dla czasów pisarzowi współczesnych – do dziś pozostają zaskakująco aktualne.

Zachwyt – tak krótko mogę podsumować moje wrażenia z tej lektury. Z lekkim zdziwieniem stwierdzam jednak, że niewielu współczesnych czytelników podziela mój entuzjazm. I niewielu jest takich, którzy, na wzór polskich dekadentów przełomu XIX i XX wieku, w targanym wątpliwościami Leonie Płoszowskim odnajdują samego siebie. Na głowę gagatka sypią się za to obelgi i dziś już biedny Leon zdaje się budzić wyłącznie płomienną nienawiść. Dlaczego?

W przeciwieństwie do większości osób sięgających dziś po Bez dogmatu, widzę w tej historii autentyczny dramat „cudownego dziecka”, które, rozpieszczone dostatkiem i powszechnym podziwem dla swoich zdolności, traci wolę działania i zdolność podejmowania decyzji. Za dużo myśli, za mało robi, sparaliżowane wątpliwościami i sceptycyzmem, nie jest w stanie w nic się zaangażować, żadnego życiowego projektu doprowadzić do skutku – i wcale nie jest mu z tym dobrze. „Ze wszystkich zadań życiowych nie rozwiązałem żadnego, jestem niczym” – pisze o sobie ten wyrośnięty mały geniusz, „geniusz bez teki”, doskonale świadomy własnych wad.

Henryk Sienkiewicz. Autor: Kazimierz Mordasewicz.
I dziś nie brak nam podobnych jemu. Może już nie ma bogatych arystokratów, „wymazujących z siedmiu dni tygodnia sześć powszednich”, ale są całe zastępy „cudownych dzieci”, inteligentnych, rokujących wielkie nadzieje, wychowywanych w poczuciu własnej wyjątkowości. W starciu z prawdziwym życiem okazuje się, że ich talenty i rozum niewiele są warte, nie potrafią wybrać swojej ścieżki ani się jej poświęcić, a bardziej przedsiębiorczy i zdolni do działania okazują się ich trójkowi koledzy ze szkoły.
„Byłem pierwszym uczniem, wodziłem więc rej w całej szkoły i nikomu nie przyszło do głowy spierać się ze mną o to stanowisko. Rosłem w mimowolnym przekonaniu, że i później, na szerszym polu, tak samo będzie. Przekonanie to dzielili nauczyciele i koledzy; tymczasem faktycznie tak jest, że wielu z moich towarzyszów szkolnych, którym do głowy nie przychodziło wówczas, żeby kiedykolwiek mogli współzawodniczyć ze mną, zajmuje dziś we Francji wybitne stanowiska, bądź na polu literackim, bądź naukowym, bądź politycznym, podczas gdy ja nie wybrałem sobie zawodu, a po prawdzie byłbym w kłopocie, gdyby mi kazano go wybrać” (s. 14).
Cudowne dzieci za wiele myślą, każde swoje posunięcie i decyzję skrzętnie analizują, aż w końcu wydaje im się bez sensu. I dotyczy to wszystkich sfer życia – tak drogi zawodowej, jak i wyboru towarzysza życia oraz małżeństwa, „bajecznego aktu wiary”, jak o nim pisze Leon. Głowa im puchnie od rozmyślań, podobnie jak bohater Sienkiewicza „stawiają znaki zapytania i filozofują tam, gdzie inni tylko kochają”. Boją się zobowiązań i zmian przyzwyczajeń, nie wiedzą, czego chcą, na nic nie mogą się zdecydować, niczemu nie potrafią się poświęcić. Wciąż zdaje im się, że „życie jest gdzie indziej”. W efekcie – kończą z niczym.

Muzyka i religia – wczoraj a dziś

Nie tylko zresztą postać Leona z jego wątpliwościami wydaje się pasować również do współczesnych nam czasów. Weźmy choćby takie słowa Leona na temat muzyki:
„Czy muzyka, dla której zrozumienia potrzeba być profesorem konserwatorium, od której nie mają klucza już nie tylko prostaczkowie, ale nawet ludzie rozwinięcie i poniekąd muzycznie wykształceni – jest tym, czym być powinna? Obawiam się, aby idąc tą drogą, muzycy nie wytworzyli z czasem kasty egipskich kapłanów, przechowujących wiedzę i piękność wyłącznie dla siebie” (s. 146).
Mam wrażenie, że wypowiedź tę można powtórzyć i dziś, rozszerzając ją na takie dziedziny jak film czy literatura. Nagromadzenie udziwnień, sztuczek i kalamburów, które mają pewnie z założenia stymulować widza, czytelnika czy słuchacza, często zaciemnia prawdziwy przekaz dzieła (o ile jakiś jest) i utrudnia jego odbiór, przez co staje się ono sztuką dla sztuki, pustą i bezużyteczną.

Także fragment dotyczący podejścia do religii brzmi jakoś dziwnie znajomo:
„Jeśli zaś chodzi o to, bym swoją zewnętrzną religijność usprawiedliwił mniej szlachetnymi a bardziej praktycznymi powodami – ach! mam ich mnóstwo. Oto, przywykłem od dzieciństwa; spełnianie pewnych przepisów stało się niemal we mnie nałogiem; oto, jak Henryk IV mówił, że Paryż wart jest mszy, tak ja mówię sobie: Spokój bliskich wart jest mszy; ludzie mojej sfery spełniają w ogóle obowiązki religijne, a moje sumienie czułoby się obowiązane do protestu tylko w takim razie, gdybym mógł sobie powiedzieć coś bardziej stanowczego niż: nie wiem. Oto, na koniec, chodzę do kościoła, bom jest sceptyk podniesiony do kwadratu, to się znaczy, że jestem sceptykiem nawet względem własnego sceptycyzmu” (s. 24).
Osobiste fatum

Duże wrażenie zrobiła na mnie ta historia, mająca w sobie coś z greckiej tragedii, w której trup ściele się gęsto, ale zamiast fatum jest to, co siedzi w głowie Leona – sceptycyzm i zwątpienie. To stąd wszystkie problemy; to jego wieczne „nie wiem”, to jego „nie umiem chcieć” kazało mu odtrącić kobietę, którą kochał, a później doprowadziło do innych tragicznych wydarzeń.

Fabuła powieści Sienkiewicza ma jednak moim zdaniem jeden słaby punkt. Anielka nie wydaje się typem, który wychodzi za mąż za niekochanego człowieka z rozpaczy. Zbyt jest na to rozważna i stateczna, zbyt dużą wagę przywiązuje do małżeństwa, i nawet jeśli w pierwszym porywie uczuć przyjęła oświadczyny Kromickiego, powinna się wycofać po wiadomości od Leona przekazanej przez Śniatyńskiego. I to wcale nie musiałoby oznaczać happy endu – sam Płoszowski przyznaje bowiem: „Gdyby wcale nie była wyszła za mąż… kto wie… wstyd mi wypowiedzieć tę myśl, a jednak, być może, żebym jej mniej pożądał” (s. 227).

Hultaj i łobuz – tak, ale (w to wierzę święcie!) nieszczęśliwy. „Dusza moja wlecze jedno skrzydło po ziemi” – pisze, i pisze szczerze. Boleśnie świadom swoich wad, zamknięty w klatce własnych psychicznych ograniczeń, stęskniony za prostotą nienaruszalnych zasad moralnych, spragniony „stałego miejsca zamieszkania” – tyle samo budzi we mnie niechęci, co współczucia.

 
***
H. Sienkiewicz, Bez dogmatu, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1963.

A tu ciekawostka – treść opublikowanej w „Przeglądzie Powszechnym” w roku 1890 recenzji Bez dogmatu autorstwa ks. M. Morawskiego. Z większością jego stwierdzeń kategorycznie się nie zgadzam :).

Zobaczcie też, co pisały o tej powieści Pyza i Tarnina w ramach Pikników z klasyką, oraz co sądzi o niej Marlow z Galerii Kongo. Wszyscy wykazują dla Leona zdecydowanie mniej zrozumienia niż ja :).

Fotografie:
[1], [3] Zdjęcie własne
[2] www.rempex.com.pl / Wikimedia Commons 

piątek, 23 grudnia 2016

Dickensowskich Świąt!

Pierwsza dostępna w powszechnej sprzedaży kartka świąteczna, zaprojektowana przez Johna Callcotta Horsleya na zlecenie Henry'ego Cole'a. Powstała w roku 1843 – a więc tym samym, w którym po raz pierwszy wydano Opowieść wigilijną. To właśnie z tej kartki pochodzi tak znana dziś forma życzeń świątecznych „Merry Christmas”.  
„Klimat miasta nie usposabiał bynajmniej wesoło, jednakże w powietrzu unosiło się coś tak radosnego, że najpiękniejszy dzień letni i najjaśniejsze letnie słońce na próżno starałyby się wytworzyć podobny nastrój” (s. 71).
Scrooge'a nawiedza duch Marleya.
Ilustracja autorstwa Johna Leecha
do pierwszego wydania Opowieści wigilijnej.
Czujecie? Tak, to już ten czas – za chwilę Boże Narodzenie. W tym roku z tej okazji postanowiłam przeczytać ponownie Opowieść wigilijną Dickensa, którą ostatni raz miałam w rękach jeszcze w szkole – zapewne przy okazji przedstawienia, w którym grałam Scrooge’a (wierzcie lub nie). Są tacy, którzy wracają do tego najsłynniejszego chyba utworku brytyjskiego prozaika rok w rok w Gwiazdkę, w mojej pamięci jednak magia tej opowieści trochę się już zatarła, i nie czułam potrzeby powrotu. Niesłusznie.

Opowieść (w wydaniu, które posiadam, tłumaczona po prostu jako Kolęda) jest bowiem wspaniałą próbką malowniczego i niezwykle klimatycznego pisania Dickensa. Fragment, w którym Scrooge’a nawiedza duch Marleya, czytany nocą, w łóżku, sama w mieszkaniu, autentycznie mnie przeraził, a z kolei opisy świątecznego rozgardiaszu i wesołych wigilijnych uczt, nawet w domach ubogich, promieniują aż miłością i ciepłem.
„Tymczasem zapadł już wieczór i śnieg zaczął sypać gęsty. A gdy Scrooge z duchem szli ulicami miasta, ogień huczący w kuchniach, salonach i najrozmaitszych innych pomieszczeniach rozświetlał mrok jasnością wprost cudowną. Tutaj w drgającym blasku kominka widać było ostatnie przygotowania do miłej świątecznej wieczerzy; już talerze grzały się przy ogniu, już za chwilę ciężkie czerwone kotary odgrodzić miały biesiadników od ciemności i zimna. Tam dzieci wybiegały na zaśnieżoną ulicę, aby przed innymi domownikami powitać zamężne swe siostry, braci z żonami, kuzynów, wujów i ciotki” (s. 88).
Duch Tegorocznego Bożego Narodzenia.
Ilustracja Johna Leecha do pierwszego
wydania Opowieści wigilijnej.
Oprócz znanej wszystkim Opowieści wigilijnej w tomiku, który czytałam, znalazł się utwór Świerszcz za kominem – urocze opowiadanie kreślące portret małżeństwa i domowego gniazda zbudowanego na wzajemnym zaufaniu, oddaniu, poczuciu bezpieczeństwa i przede wszystkim wielkiej miłości, dla której nie ma znaczenia różnica wieku czy odmienne osobowości. Z lekka wyidealizowane – tutaj nawet czarny charakter, bezduszny fabrykant, w kryzysowym momencie zaskakująco szybko przemienia się w poczciwego tatulka – ale jednak piękne, i choć nie rozgrywa się w scenerii bożonarodzeniowej, ma w sobie coś rodzinnie świątecznego, nie dziwię się więc, że znalazło się w tej publikacji wraz z Opowieścią.

W obydwu utworach pojawia się to, co w prozie Dickensa najbardziej urzeka – barwne postaci, z których każda ma jakiś swój charakterystyczny rys, humor, zwykle w postaci dowcipnych wtrąceń, oraz ten sympatyczny sposób snucia opowieści, w którym autor spoufala się z czytelnikiem i z własnymi bohaterami. Jakbyśmy wszyscy razem stali w jednym pokoju, a on szeptałby nam do ucha różne swoje uwagi, wskazując to na jedną, to na drugą postać. Swoich bohaterów autentycznie lubi, w swoich bohaterkach się kocha – to jest coś, czego nie czuć w takim stopniu u żadnego innego pisarza.

Pokrzepiłam się tą sowitą dawką świątecznego ciepła, a na koniec, gdy odmieniony sknera daje dowody uśpionej przed laty dobroci serca, uroniłam stosownie łzę. Bo rzeczywiście, choć często o tym zapominamy, goniąc za karpiem, łamiąc sobie głowę nad świątecznymi prezentami, lub z niechęcią myśląc o rodzinnych spotkaniach, jest coś magicznego i łączącego ludzi w świętach Bożego Narodzenia, coś, co czuję zawsze, gdy ktoś żegna mnie radosnym „Wesołych Świąt!”.

Dlatego też, Kochani, życzę Wam dużo miłości, ciepła i nadziei w tę Gwiazdkę. Nawet jeśli nie wszystko w życiu dobrze się układa, nawet jeśli mamy powody do smutku – to jednak cud, że jesteśmy, i że po raz kolejny możemy się cieszyć tym dniem, któremu nawet najpiękniejszy dzień letni nie jest w stanie dorównać. Wspaniałych Świąt!

A na koniec cytat – bo nie potrafiłabym tego tekstu zamknąć piękniej, niż swoje świąteczne opowiadanie zakończył Charles Dickens:
„Nie miał już nigdy więcej do czynienia z duchami, ale do końca życia zachowywał powściągliwość w jadle. Powiadano też o nim, że jak nikt umie święcić Boże Narodzenie. Oby to samo rzec było można o nas i o wszystkich ludziach. A na zakończenie powtórzę za Maleńkim Timem: niech nam Bóg błogosławi, każdemu z nas” (s. 139).

***
K. Dickens, Kolęda. Świerszcz za kominem, tłum. Krystyna Tarnowska, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988.

A książka trafiła w moje ręce dzięki Natannie z bloga Moje zaczytanie. Aniu, Tobie szczególnie życzę wesołych Świąt, bo dzięki książce od Ciebie moje stały się piękniejsze. Dziękuję!

Ilustracje:
[1] Sir Henry Cole / Wikimedia Commons,
[2], [3] Ch. Dickens, A Christmas Carol in proze Being a Ghost Story of Christmas, wyd. Chapman & Hall, Londyn 1843 / Wikimedia Commons,
[4] zdjęcie własne.

sobota, 17 grudnia 2016

W Krainie Czarów ze słownikiem
– „Alice’s Adventures in Wonderland”, Lewis Carroll

Ilustracja Johna Tenniela z pierwszego wydania Alicji w Krainie Czarów, 1890 r.
W wieku lat 28 po raz pierwszy zapuściłam się do Krainy Czarów. Poznałam wygadaną Alicję, Białego Królika, Kapelusznika, Kota z Cheshire i okrutną Królową. I tę sławną opowieść Lewisa Carrolla zaaplikowałam sobie w jej oryginalnym języku, po angielsku. Czy wyszło mi to na dobre? Trochę tak, trochę nie.

Lewis Carroll, ok. 1856.
Bo tak – z jednej strony prosty tekst i brak skomplikowanego słownictwa, jak przystało na literaturę dziecięcą. A ja miałam dodatkowe wsparcie, bo czytałam Alicję w wydaniu Wydawnictwa Ze słownikiem. Które, jak sama nazwa wskazuje, do książki dołącza słownik, a nawet trzy – w tym jeden w postaci trudniejszych słówek na marginesie. Prosty pomysł, a jakże wygodny, i aż dziwne, że nikt do tej pory na niego nie wpadł.

Drugi plus – to fakt, że miałam przed sobą wszystkie językowe gierki Lewisa Carrolla, jak na dłoni. A w ten sposób śledzenie rozmów Alicji ze stworzeniami z Krainy Czarów, najeżone zabawnymi pomyłkami, wynikającymi z podobieństwa brzmieniowego niektórych słów, lub wręcz ich identycznej formy, ale odmiennych znaczeń, było prawdziwą frajdą. Wiedziałam, dlaczego na wzmiankę o smutnej historii Myszy Alicja spojrzała na jej ogon, i dlaczego to takie zabawne, że według Gryfona podmorskie buty zbudowane są z „soles” i „eels”.

Z drugiej jednak strony – lektura po angielsku sprawiła, że utknęłam na poziomie baśni dla dzieci. I oczywiście nie jest to poziom zły, przeciwnie – opowieść Carrolla, barwna, pobudzająca wyobraźnię, fantastyczna, urzeka sama w sobie. Alicja jako główna bohaterka tej historii jest przeurocza – niczego się nie boi, a jej niewyparzony języczek stale nastręcza jej problemów. Galeria spotykanych przez nią w Krainie Czarów postaci budzi podziw dla nieposkromionej wyobraźni autora, a cała opowieść jest rozkosznie absurdalna. Kapelusznik, który rozmawia z Czasem, znikający Kot z Cheshire (w tłumaczeniu Elżbiety Tabakowskiej pojawia się ponoć jako Kot Znikot, ale nic mnie do tej wersji nie przekona; dla mnie pozostanie Kotem z Cheshire), taniec z homarami, dzieci, które zamieniają się w prosięta, gąsienica popalająca fajkę wodną… Jeden cud za drugim, zaiste (a w końcu Wonderland to dosłownie Kraina Cudów).

Ilustracja Arthura Rackhama, 1907 r.
W Alicji jednak, jak zauważył Maciej Słomczyński [1], kryją się tak naprawdę dwie książki – jedna dla dzieci, druga dla dorosłych. (I nie chodzi tu oczywiście o zarzucane Carrollowi przez nadgorliwych krytyków aluzje seksualne [2]). Oprócz „zwykłej” warstwy fabularnej roi się w niej od ukrytych sensów, aluzji i smaczków, które bez wsparcia tłumacza po prostu… umykają. Dogrzebałam się do nich już po lekturze, czytając opracowania. I choć aby wychwycić nawiązania do żyjących współcześnie Carrollowi postaci lub absurdów ówczesnego systemu edukacji potrzebne byłyby pewnie przypisy, to jednak w wielu innych przypadkach interpretacja tłumacza na pewno pomaga zrozumieć intencję autora.

Rozwiązanie? Czytać oryginał równocześnie z przekładem. I to nie jednym, a najlepiej kilkoma. I takie wyjście Wam sugeruję, ja również za jakiś czas tak zrobię. A sama wersja Wydawnictwa Ze słownikiem? Z czystym sumieniem polecam. Oprócz kilku słówek przetłumaczonych w nie do końca adekwatny sposób, opracowanie jest bardzo dobre, słowniczek na marginesie wygodny, a wszystkie słowa, których przy tekście brak, znaleźć można w jednym z dwóch pozostałych słowników.

Myślę, że fajnym kierunkiem rozwoju dla wydawnictwa byłoby opatrywanie jeszcze tekstu przypisami, które wyjaśniałyby gry słów oraz ujawniałyby aluzje i językowe smaczki. W ten sposób lektura byłaby bardziej pełna, zwłaszcza w przypadku takich dzieł jak Alicja. Ale to ewentualny pomysł na przyszłość.

***
L. Carroll, Alice’s Adventures in Wonderland, wyd. Wydawnictwo Ze słownikiem, Ruda Śląska 2016.

Za moje pierwsze spotkanie z Alicją, z przydatnym słownikiem pod ręką, dziękuję wydawnictwu Ze słownikiem.

Na koniec, nie mogę się powstrzymać, muszę podzielić się z Wami opinią sir Terry’ego Pratchetta na temat Alicji. Jak widać, mimo że książka zainspirowała niezliczoną rzeszę twórców – podobno nawet dla Beatlesów była jednym z najważniejszych źródeł inspiracji – nie wszyscy ją tak uwielbiali :).
„I didn't like the Alice books because I found them creepy and horribly unfunny in a nasty, plonking, Victorian way. Oh, here's Mr Christmas Pudding On Legs, hohohoho, here's a Caterpillar Smoking A Pipe, hohohoho. When I was a kid the books created in me about the same revulsion as you get when, aged seven, you're invited to kiss your great-grandmother” [3]

Źródła:
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Alicja_w_Krainie_Czar%C3%B3w
[2] http://natemat.pl/21833,alicja-w-krainie-czarow-narkotyki-pedofilia-seks
[3] http://www.lspace.org/books/apf/words-from-the-master.html

Ilustracje:
[1] British Library / Wikimedia Commons
[2] National Portrait Gallery / Wikimedia Commons
[3] Wikimedia Commons
[4] zeslownikiem.pl

środa, 14 grudnia 2016

Sztuka i tajemnica, czyli jak upichcić bestseller – „Muza”, Jessie Burton

W swojej najnowszej powieści Jessie Burton stawia na te same elementy, które sprawdziły się w przypadku jej głośnego debiutu – Miniaturzystki. Jest tajemnica, element zaskoczenia, modny dziś temat dyskryminacji, historyczne tło… I choć Muza spełnia pewnie oczekiwania większości czytelników i ma duże szanse status bestsellera, to mnie jednak trochę rozczarowała.

Jessie Burton to przykład niezwykłej literackiej kariery – sensacją stała się jeszcze przed debiutem, kiedy na aukcji w trakcie Targów Książki w Londynie pomysł na jej pierwszą książkę wydzierało sobie kilkunastu wydawców. Nic więc dziwnego, że kiedy Miniaturzystka, bo o niej mowa, pojawiła się wreszcie na księgarnianych półkach, sprzedawała się jak ciepłe bułeczki.

Ja sama o książce pisałam z uznaniem, ale i ze świadomością pewnych niedoróbek. Jak najbardziej do wybaczenia; miałam nadzieję, że młoda autorka doszlifuje warsztat i rozwinie literacko skrzydła w swojej kolejnej powieści. Tymczasem nie do końca się tak stało, a ja po lekturze Muzy wciąż mam pewien niedosyt.

W swojej drugiej powieści Burton po raz kolejny przenosi czytelnika w czasie, tym razem jednak nie o kilka wieków, jak to było w Miniaturzystce, a zaledwie o kilkadziesiąt lat; akcja jednego z dwóch rozwijających się równolegle wątków rozgrywa się w Londynie lat 60. XX wieku, drugiego – w latach 30. w Andaluzji, w początkach hiszpańskiej wojny domowej. Elementem spajającym je jest tajemniczy obraz, którego historię stopniowo poznajemy.

Widać, że autorka poprzedziła pracę nad powieścią gruntownymi przygotowaniami – ładnie zarysowała realia czasów, o których pisze, zadbała również o historyczne szczegóły dotyczące wydarzeń w Andaluzji. W starannie skonstruowanej scenerii umiejscowiła dwie wciągające historie, których bohaterkami uczyniła młode kobiety, Odelle i Olivię, artystki, szukające własnej ścieżki twórczej i przeżywające pierwsze wielkie miłości.


Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Muza to powieść bardzo „pod publikę”, niczym pisana według przepisu na bestseller. Tajemnicze dzieło, historia, sztuka, zwroty akcji, skrywane tożsamości, sekretne romanse… Do tego aktualny niestety również dziś, mimo że akcja rozgrywa się ponad pół wieku temu, temat wykluczenia ze względu na kolor skóry – pochodząca z Trynidadu Odelle w Londynie lat 60. jest traktowana z ironią lub nieskrywaną niechęcią. „Modny” temat dyskryminacji pojawia się zresztą również w Miniaturzystce; tam mieliśmy do czynienia z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną. Burton doskonale wie, jakich składników trzeba, by upichcić komercyjny hit, i tą ścieżką konsekwentnie podąża.

I choć trochę mierzi mnie taki sposób budowania literackiego dzieła, to byłabym to w stanie autorce wybaczyć. Nie mogę za to przymknąć oka na warsztatowe niedociągnięcia (znów, niestety!). To prawda, że Burton potrafi utrzymać uwagę czytelnika, a w drugiej połowie książki, kiedy obydwie historie nabierają tempa, jej opowieść naprawdę wciąga. Są tu jednak również fragmenty, które brzmią jak zgrzyt po szkle – głównie partie dialogowe, z którymi pisarka ewidentnie sobie nie radzi. Rozmowy jej bohaterów są drętwe, banalne, naszpikowane frazesami, kiedy indziej – rażą przesadnym melodramatyzmem. Nieco subtelniejszą i bardziej wprawną rękę czuć na szczęście w opisach.

Jeśli chodzi o głębię postaci, której w Miniaturzystce trochę mi brakowało – tu jest nierówno. Bo z jednej strony jest irytująca Olivia – lojalna i wspaniałomyślna przyjaciółka, a zarazem rozpieszczona dziewczynka i apodyktyczna kochanka, czy intrygująca Marjorie Quick, z drugiej – nijaka Odelle, której perypetie z chłopakiem i przyjaciółką są raczej nudne, i dwaj bardzo przeciętni przedstawiciele płci brzydkiej, Izaak i Lawrie.

Czy Jessie Burton to nadzieja brytyjskiej literatury? Prędzej – nadzieja marketingowców. Którzy z jej ciekawych, wciągających historii i dobrze skonstruowanych literackich światów robią zresztą świetny użytek, strojąc je w piękne szaty (spójrzcie na tę śliczną okładkę!) i promując w ciekawy sposób. Ukłony dla Wydawnictwa Literackiego, które w ramach ogromnej kampanii reklamującej nową powieść autorki obdarowało mnie książką wraz z tubką farby i prośbą o namalowanie swojej recenzji. Oto ona :).


***
J. Burton, Muza, tłum. Agnieszka Kuc, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Za egzemplarz książki i ciekawe wyzwanie (po tylu latach od czasów szkolnych miło było znów mieć pędzel w dłoni!) dziękuję pani Marcie i Wydawnictwu Literackiemu.

Ilustracje: 
[1] Zdjęcie własne
[2] goodreads.com
[3] Wydawnictwo Literackie
[4] Zdjęcie własne