sobota, 18 marca 2017

Radosna siła jaskółek vs. drapieżna męska sfora – „Przyczynek do historii radości”, Radka Denemarková

„Niektórych historii nie można upchnąć w sylaby, niektórym historiom słowa nie potrafią sprostać. Potrafi im sprostać krzyk” (s. 115).

Tak naprawdę jednak w tej powieści nie ma krzyku. Jest za to język ostry jak brzytwa, jest temat, który ciąży na sercu i nie daje swobodnie oddychać, są dosadne słowa i wstrząsające relacje. A wszystko po to, by raz jeszcze, według słów Kafki, „rozłupać zamarznięte morze wokół nas”. Zwrócić uwagę na problem gwałtu – „wojny, która toczy się dzień w dzień” i nigdy się nie kończy.

Jaskółcza wendeta

„Te ciała zostały rozjechane przez gąsienice czołgów jednej jedynej armii. Była to międzynarodowa armia mężczyzn” (s. 163).

Powieść Denemarkovej zaczyna się jak kryminał. W swojej eleganckiej willi na obrzeżach Pragi zostaje znaleziony powieszony mężczyzna. Wiele wskazuje na samobójstwo, jednak prowadzący śledztwo Policjant postanawia zgłębić sprawę – i trafia na trop pomarańczowego domku na zboczu praskiego wzgórza Petřín (wzgórza zakochanych!).

Rozwiązanie zagadki szybko staje się oczywiste i dopiero wtedy do głosu dochodzi główny temat powieści. To, co znajduje w pomarańczowym domku Policjant, nie jest dla niego łatwe do przyjęcia. Wraz z nim dowiadujemy się o istnieniu trzech starszych pań, mieszkanek domu, oraz ich przyjaciółki Ingrid, Żydówki, która w trakcie wojny była poniżana i zmuszana przez nazistów do upokarzających seksualnych praktyk. Po wojnie, jako Ingrid Wiesenthal, dąży do uznania gwałtów za zbrodnie wojenne i do ukarania sprawców, jednak jej determinacja rozbija się o mur męskiej ignorancji, kpiących uśmieszków, pobłażliwego „ale przecież to TYLKO gwałt”.

To z tego małego słówka „tylko” wyrosła cała powieść Denemarkovej. W trakcie jednego ze spotkań autorskich w Niemczech pewien napastliwy słuchacz, domagający się odszkodowań dla Niemców wypędzonych po wojnie z Czech, odpowiedział nim na pytanie autorki „A co z kobietami, które zostały zgwałcone przez żołnierzy?”. „No ale przecież tylko zgwałcone”…

Czeskie „tylko” – „jen” – to również słowo w języku chińskim oznaczające jaskółkę. A jaskółki – to obrończynie skrzywdzonych kobiecych ciał, innych członkiń stada. Pierwsza z nich, Ingrid, nie potrafiła już wzbić się do lotu, nie potrafiła znieść swojego poniżenia, i ostatecznie rozbiła się o ziemię. Odebrała sobie życie. Jej przyjaciółki Diana, Birgit i Erika (zwróćcie uwagę – wszystkie mają piękne, „waleczne” imiona, pochodzące od imion bogiń i wojowniczek!) kontynuują jednak jej dzieło. Rozpuszczają wici na cały świat, widzą wszystko, choć same pozostają niezauważone – bo jaskółki, podobnie jak starsze kobiety, są dla ludzi niewidzialne. Nie znają podziałów na narody, klasy, uprzywilejowane płcie, troszczą się tylko o swoje stado, i choć wydają się delikatne, są bardzo silne, a do celu zmierzają pewnie i bez wahania – ponieważ „kiedy wyciągasz miecz, musisz wierzyć, że naprawdę zabijesz przeciwnika” (s. 140).

Okładka czeskiego wydania powieści
Mają ręce pełne roboty. Bo to się przecież nigdy nie skończyło. „Wszystko jest wciąż tak samo, to tylko epoka zmienia pióra” (s. 280). Każdego dnia młode dziewczyny, dziewczynki właściwie, są rozszarpywane przez sforę. Nieszczęśliwe w domu, pozbawione troski rodziców (a czasem, na odwrót – przytłoczone nią), szukają akceptacji wśród koleżanek. Tych pięknych, podziwianych, dorosłych, jak powieściowa Miodunka, która przyprowadza je jak świeże mięso do pożarcia. Sama kiedyś była tym mięsem, przypłaciła to załamaniem nerwowym, ale się uodporniła.

A co z innymi kulturami? Tymi, dla których kobiety znaczą jeszcze mniej? W zamieszczonych na końcu powieści fragmentach książki Birgit mowa jest o bredniach filozofa Ottona Weiningera, uważającego kobiety i Żydów za niepełnoprawnych ludzi, i o tym, że z takimi hasłami swój podbój Europy rozpoczęli naziści; nie jest to jednak zjawisko typowe tylko dla tego miejsca i czasu: „Druga wojna światowa wykluwała się w Indiach. I na Ukrainie. I w Namibii. Wykluwała się na całym globie” (s. 347).

Dlatego w powieści Denemarkovej mowa również o autobusach z przyciemnionymi szybami, które w Indiach polują na młode dziewczyny. Do jednego z nich trafia siedemnastolatka, która odważyła się wraz ze swoim towarzyszem pójść do kina na brytyjski film. Po jej brutalnym zgwałceniu i zamordowaniu, sprawiedliwości dochodzi zrozpaczony ojciec. „Ciało córki przecież nie jest polem bitwy” (s. 163)…

Autorka pokazuje, że choć wojna już się skończyła, nadal istnieje zwycięska armia, która ma niepisane prawo do gwałtu. To międzynarodowa armia mężczyzn. Prawa strzegą inni mężczyźni oraz kobiety, które są z nimi w zmowie, jednak jaskółki do upadłego walczą o rozbicie szklanego klosza i zmiany w prawie. Kiedy system zawodzi, same wymierzają sprawiedliwość.

Swąd poniżenia nigdy nie znika

„Cierpienie milionów porusza pana do żywego. Cierpienie pojedynczych ciał już nie” (s. 295).

Bohaterki Denemarkovej powtarzają, że nie chodzi o sam gwałt. Chodzi o poniżenie. O „swąd poniżenia”, który towarzyszy skrzywdzonemu ciału już na zawsze. „Czas nie leczy ran. Czas tylko je konserwuje” (s. 128). Jak wyjaśnia Diana: „Ciało zapamiętuje poniżenie i jeśli nie doczeka się sprawiedliwości, do końca życia pozostanie w jego władzy. Będzie się domagało dalszego poniżania” (s. 166). Jedna ze zgwałconych dziewczyn, Milenka, pisze: „Tego ciała już nie chcę, chcę inne, ale nie mam innego, więc muszę zostać w tym, będę w nim tkwić do końca życia, uświadamiam to sobie i robi mi się słabo” (s. 277).

To dlatego jaskółki walczą o sprawiedliwość. Jak podkreślają, nie kieruje nimi gniew czy chęć zemsty – ale miłość. Chcą uwrażliwić ludzi na krzywdę zgwałconych, każdej jednej, zetrzeć z ust kpiące uśmieszki i pobłażliwe słowo „tylko”, chcą, by mężczyźni postawili się w roli skrzywdzonych kobiet i zrozumieli je. By zrozumieli, że odebrano im nie tylko niewinność i dziewictwo, ale zaufanie do drugiego człowieka i podstawową ludzką radość – „schronić się w czyichś ramionach i tylko się w nie wtulić” (s. 301). „Mieć wzgląd na innych to dar” – mówi Diana. I w tym kontekście powieść Denemarkovej jest nie tylko feministyczna (jak by się mogło wydawać), ale po prostu ludzka. Jaskółki bronią nie kobiet, a słabszych. „Jeśli kobiety zaczną gwałcić i niewolić mężczyzn, będziemy bronić mężczyzn” (s. 299) – zapewnia jedna z nich.

W swojej empatii autorka idzie nawet o krok dalej – pokazuje sytuację również z drugiej strony. Opowiada historię młodego Ukraińca Tarasa, który decyduje się walczyć w nazistowskiej armii z nienawiści do Stalina i z powodu nędzy i głodu, które cierpiał przez całe dzieciństwo. Wierny niemieckim dowódcom Taras pomaga im później w ich okrutnych seksualnych eksperymentach na żydowskich ciałach. Na jego przykładzie pisarka pokazuje, że chęć władzy i poniżania ma swoje źródło zawsze w poniżeniu doznanym. I tak tworzy się straszny „łańcuch ofiar”. 


Denemarková używa wstrząsających obrazów i dosadnych słów, zdając sobie sprawę z reakcji, jakie może wywołać. Wie, że dla wielu czytelników konfrontacja z tak ciężkim tematem, zaprezentowanym w ten sposób, będzie równie trudna jak dla Policjanta: „Nie będzie czytał czegoś takiego. A jemu się zdawało, że to, co musiał przejrzeć na pierwszym i drugim piętrze pomarańczowego domu pod Petřínem, było zboczone (…). Nigdy go tu nie było. Nigdy nie było go w tym nawiedzonym domu, w domu niespokojnej starości zboczonych filmowców (…). Ucieka jak najdalej od wojennych lat, historia go nie interesuje. Ucieka od potężnej fali pradawnych niejasności. Ucieka od absurdu ludzkiego życia. Ucieka do teraźniejszości. Teraźniejszość jest przecież ZUPEŁNIE inna” (s. 122-123). Sęk w tym, że nie jest inna. I dlatego trzeba słuchać. Choć boli.

Rozkopać kilofem materię języka

„Rozkopać kilofem materię języka, rąbać w niej jak w zamarzniętej glebie. Ciąć aż do żywej tkanki. Żeby słowa mogły się wykluć i polecieć, silne i prawdziwe” (s. 165).

Ważny temat to jednak nie wszystko, co sprawia, że książkę Denemarkovej trzeba przeczytać. Czeska autorka po raz kolejny daje w Przyczynku popis pisarskich umiejętności. Zachwyca bogata metaforyka książki. Oczywiście na pierwszym planie mamy wszystkie zwierzęce przenośnie – Diana, Birgit i Erika jako jaskółki, gwałciciele jako sfora wilków, młodziutkie dziewczęta jako przepiórki. I choć drapieżność to zwyczajowa cecha świata zwierząt, praktyki, do których porównane zostają gwałty, mają raczej ludzki, bo sadystyczny, charakter – łapanie ptaszyny, zaciskanie dłoni, wykłuwanie oczu, przycinanie skrzydeł…

Czytając uważnie, można jednak wyłapać także subtelniejsze metafory. Poza tym mnie osobiście dużą frajdę sprawiły zabawy Denemarkovej z językiem, aliteracje („wyretuszowane zbrodnie wojenne, których żaden wpływowy watażka nie wymienił wśród wykroczeń wymagających wyśledzenia i w których władza widziała wyłącznie wytwór wybujałej wyobraźni wydelikaconych wariatek” – brawo również dla tłumaczki!) oraz to postmodernistyczne puszczenie oka do czytelnika: „Miałabym wiedzieć wszystko tylko dlatego, że to piszę?” (s. 56).

Radka Denemarková. Fot. Lucie Zajíčková
W warstwie językowej oprócz wyróżnianego za każdym razem słowa „tylko” (o jego znaczeniu już pisałam) zwracają uwagę pewne powtarzające się frazy i motywy, jak choćby „Jak wiele, kochanie, skrywa się w rutynie i rytuale”, kwiat sakury czy czerw w płaszczyku. Denemarková pisze: „Każde powtórzenie przynosi ze sobą tylko drobny ornament, za sprawą którego wszystko jednak się zmienia” (s. 300). Może więc chodzi o powtarzające się wciąż gwałty? O rytuał, który został po cichu społecznie zaakceptowany, a mimo to jest za każdym razem tragedią, która powinna wstrząsnąć światem?

Nasz ludzki język jest zresztą, obok ciała, ważnym tematem powieści – jako medium kłamliwe i nieszczere w przeciwieństwie do mowy ciała. Szczególnie ciekawe rzeczy dzieją się z nim u Denemarkovej właśnie wtedy, gdy mowa jest o cielesności i o seksie, ponieważ język oddaje również charakter zbliżeń: „Ci, co się kochają, czują miłość, ci co się ruchają, czują wściekłość” (s. 181). Język seksu bywa nieprzyjemnie wulgarny, bywa też dosadny, ale zarazem czuły (ponieważ „w miękkich objęciach żadne słowa tego świata nie są wulgarne”, s. 220), kiedy zaś mowa o przemocy, Denemarková często posługuje się militarnymi porównaniami (gwałt to u niej „broń masowej zagłady”, gwałciciele są „jednolitą armią”, zaś walka z nimi to „wojna z faszystami dnia powszedniego”). Wreszcie – nieczęsto, ale pozwala sobie na odrobinę humoru: „Sama penetracja jest jak wyprawa ślepych poszukiwaczy, co to przedzierają się przez ciemne sztolnie, żeby zdobyć węgiel, a nie wiedzą, że mijają złoża diamentów” (s. 251).

Radosne życie rozdokazywanych staruszek

„Szczęśliwa i wdzięczna za swoje barwne i namiętne życie, nieokiełznane i niezafałszowane, jest wdzięczna za radość, jaka ją spotykała i wciąż spotyka (...), że nauczyła się dostrzegać szare wróble w kurzu polnych dróg czy jaskółki i jerzyki w stajniach, i że tak wielu pomogła dostać się z powrotem na drzewa” (s. 143).

A o co właściwie chodzi z tą radością? Tytuł jest po części ironiczny, po części serio. Ironiczny – bo jeden z gwałcicieli powtarza, że „seks to radość”, a każda kolejna kobieta była „przyczynkiem do JEGO radości” (s. 41). Takie właśnie przyczynki zbierają jaskółki. W książce mowa jednak również o tej radości czystej, której źródłem jest miłość, więź z innymi ludźmi, troska o nich, chęć pomocy. Z taką radością do akcji śpieszą jaskółki, z tą radością pielęgnują w sobie dar empatii.

I to je różni choćby od powołanej do życia przez Olgę Tokarczuk Janiny Duszejko, którą pod wieloma innymi względami bohaterki Denemarkovej mi przypominały (być może to skutek niedawnej lektury Prowadź swój pług… i wizyty w kinie na Pokocie; swoją drogą, nawet te ludzkie oczy – u wilka na plakacie filmu Holland i u jaskółki na polskiej okładce Przyczynku – jakoś łączą w mojej głowie te dwa dzieła). Wszystkie troszczą się o słabszych i bezbronnych, utożsamiają się ze zwierzęcym światem i wszystkie są starszymi paniami, trochę dziwaczkami, na które nikt nie zwraca uwagi; o ile jednak Janina Duszejko kieruje się swoim świętym gniewem i bywa w tym lekko karykaturalna, o tyle jaskółki działają spokojnie, pewnie i radośnie – są całkowicie wyzbyte agresji, za to pełne miłości i troski.

A skoro już o starszych paniach mowa… fantastyczne są motta zamieszczone przez Denemarkovą na początku książki, wszystkie trzy. „Nigdzie nie jest napisane, że starym babom nie wolno chodzić po drzewach” Astrid Lindgren (no przecież!), „Pisklęta jaskółki / w gnieździe nie spuszczają oczu / z mierzchnącego nieba” Issy Kobayashiego i dłuższy cytat Ludwiga Wittgensteina. „Cała kula ziemska nie może doświadczyć większego cierpienia niż to, którego doświadcza jedna jedyna dusza”. Kojąc więc cierpienie jednej duszy – łagodzimy ból całego świata. Jak u Hostovskiego: „Jeśli każdy z nas uratuje jedno dziecko – to zbawi świat”.

Misję jaskółek każdy z nas musi ocenić moralnie sam. One jednak żyją według własnych zasad, bo inaczej nie potrafią. I nie przejmują się nami: „Nie postrzegamy świata tak samo jak wy. Co jeszcze nie znaczy, że wy postrzegacie go właściwie” (s. 305).

***
R. Denemarková, Przyczynek do historii radości, tłum. Olga Czernikow, wyd. Amaltea, Wrocław 2017.

Dla zainteresowanych – w najbliższym czasie odbędą się dwa spotkania z Radką Denemarkovą w Polsce. 4 kwietnia pisarka zawita do Wrocławia (Dom Europy, ul. Widok 10, godz. 17:00), a 5 kwietnia spotka się z czytelnikami w Warszawie (ul. Jasna 14/16a, godz. 18:00). Obydwa spotkania poprowadzi Michał Nogaś.

Ilustracje:
[1] j0e_m / Foter.com / CC BY-NC-SA,
[2] zdjęcie własne, 
[3] wydawnictwo Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[4] zdjęcie własne,
[5] wydawnictwo Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz,
[6] okładka książki ze strony wydawnictwa Amaltea /   

czwartek, 16 marca 2017

Kto chce „Lorda Morda”?

Kto by takiego hrabiego Arco nie chciał? Znudzony życiem i pozbawiony ambicji szlachcic, „leń i sybaryta”, gruźlik, smakosz absyntu, narkoman, stały bywalec praskich burdeli… Tylko brać! :) 

A poważnie – jest do wzięcia jeden egzemplarz Lorda Morda Miloša Urbana (tłum. Katarzyna Kępka-Falska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015). Opowieści z Pragi przełomu XIX i XX wieku, książki nietypowej, niebanalnej, zabawnej, przewrotnego horroro-kryminału, który nie jest ani horrorem, ani kryminałem. Recenzja tutaj.

Żeby wygrać, trzeba pomyśleć i odpowiedzieć na pytanie: Gdybyś mógł/mogła przenieść się w czasie i przestrzeni do Pragi w dowolnej epoce, jakie by to były czasy i dlaczego? 

Odpowiedzi przyjmuję tutaj w komentarzach oraz pod postem konkursowym na Facebooku. Ta, którą uznam za najciekawszą, zostanie nagrodzona książką :). Wysyłka oczywiście na mój koszt, ale tylko na adres w Polsce. Czas? Do przyszłego piątku, 24 marca. Powodzenia!

czwartek, 9 marca 2017

Hrabal na Elektoralnej / 49 lat później – relacja

Hrabal nie lubił okrągłych rocznic. Dlatego też poświęcony mu wieczór w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie zorganizowano 7 marca 2017, z okazji… 49. rocznicy jedynego spotkania autorskiego pisarza w Polsce. Co takiego przygotowali organizatorzy, by uczcić ten dzień? Zapraszam na krótką relację!

Wieczór rozpoczął się od rozmowy z uczestnikami tamtego pamiętnego spotkania, wówczas młodymi bohemistami – prof. Joanną Goszczyńską i redaktorem Andrzejem Gordziejewskim. W roli moderatora wystąpił Aleksander Kaczorowski, pomysłodawca całego wydarzenia.

„Czy to było w tej sali?” – brzmiało pierwsze pytanie zadane przez prowadzącego. Szybko jednak okazało się, że goście nie za wiele pamiętają z tamtego wieczoru (więc wygląda na to, że nie był jednak specjalnie „pamiętny”). Na spotkanie wybrali się wówczas zbiorowo, zamiast zajęć, a większość towarzystwa, jako studenci drugiego roku filologii, niewiele jeszcze wiedziała na temat Hrabala.

Nieco bardziej „w temacie” była prof. Goszczyńska, która posiadała już wówczas kilka książek pisarza po czesku i po polsku, a na jednej z nich nawet jej się podpisał. Również ona, na sugestię prowadzącego, że Hrabal był wówczas niemal zupełnie w Polsce nieznany, zaprzeczyła, twierdząc, że z powodu filmu Menzla było już o nim dosyć głośno w środowisku filmowym. 

Mimo to żaden z gości nie potrafił już dziś, po latach, przywołać, o czym właściwie mówił pisarz na spotkaniu – co świadczy o tym, że raczej nie wypadł zbyt ciekawie. Pamiętają jedynie, że był bardzo wycofany, cichy i unikał wszelkich tematów politycznych. Szybko również rozstał się ze słuchaczami, wymawiając się tym, że wkrótce wyjeżdża; najwyraźniej nie czuł się w Polsce za dobrze.  

Od lewej: Aleksander Kaczorowski, prof. Joanna Goszczyńska i Andrzej Gordziejewski.

Co więcej – z jakichś powodów także później, po latach, Hrabal nie chciał mówić o tym spotkaniu w Warszawie. Próby podejmowali i prof. Goszczyńska, która zagadnęła pisarza w roku 1989 w teatrze w Pradze, i redaktor Gordziejewski, który podjął temat, kiedy spotkał się z Hrabalem w praskiej gospodzie w latach 70. W pierwszym przypadku rozmowa została szybko ucięta, w drugim – zakończona wymijającym komentarzem „Niech pan usiądzie, napije się piwa” :). 

Uczestnicy dyskusji zastanawiali się, dlaczego Hrabal tak bardzo nie chciał wracać do tamtego spotkania. Czy zwyczajnie nie pamiętał? Czy może wolał wykreślić je z pamięci, obawiając się, że po powrocie do domu będzie wypytywany o burzliwe wydarzenia 8 marca w Polsce (wszak spotkanie odbyło się zaledwie dzień wcześniej)?

Tamten marcowy wieczór w roku 1968 jest do tego stopnia osnuty tajemnicą, że gdyby nie zachowane przez Andrzeja Gordziejewskiego zaproszenie z podpisem Hrabala, można by wątpić w to, że spotkanie w ogóle doszło do skutku. Samo zaproszenie o niczym by jeszcze nie świadczyło – prof. Goszczyńska przypomniała Bieszczadzkie Spotkania w Lesku w roku 1989, których Hrabal również miał być gościem, ale ostatecznie nie pojawił się; jednak zachowane autografy są w tym wypadku niezbitym dowodem. 

Co więcej, być może trafiliśmy na trop jeszcze jednego, przemilczanego do tej pory wydarzenia z udziałem Hrabala – jeden z gości na widowni stwierdził, że w ten sam wieczór lub dzień wcześniej odbyło się spotkanie z pisarzem w sali w akademiku UW. Jaka szkoda, że tak niewiele dziś na temat tych wydarzeń wiemy! 


Drugim punktem programu były opowiadania Hrabala czytane przez aktora Wojciecha Pszoniaka. Ku mojej radości wybrał on utwory z mojego ulubionego zbioru, Takiej pięknej żałoby (którego zakup zresztą kilka minut wcześniej poleciłam Oli z Parapetu Literackiego, która towarzyszyła mi podczas całego wieczoru). 

Wraz z Pszoniakiem przenieśliśmy się więc do Nymburka, do lat dzieciństwa Hrabala, w świat opowieści o wytatuowanej na piersi syrence, śmierdzącym sklepiku pana Rehra oraz tatusiu, przed którym w popłochu uciekali wszyscy mieszkańcy miasteczka, obawiając się, że znów zostaną zwerbowani do pomocy przy całonocnym rozmontowywaniu i składaniu na nowo tatusiowego Oriona. Wspaniale było odbyć tę podróż raz jeszcze.

Wojciech Pszoniak czyta Hrabala.

Po tym przyszedł czas na wernisaż wystawy zdjęć Ladislava Michálka Magiczny świat Bohumila Hrabala, przedstawiającej starą Libeń, Hrabala i jego przyjaciół (m.in. Vladimíra „Czułego Barbarzyńcę” Boudníka oraz Egona „Kurwa fix!” Bondy’ego). Organizatorzy zadbali o poczęstunek z czeskim akcentem – do kanapek, tostów i ciastek zaserwowano piwo; w dodatku tematyczne, bo Postřižinské, prosto z browaru w Nymburku, w którym dzieciństwo spędził Hrabal. Pyszny ten trunek dostarczyła do MIK Czeska Piviarnia Żoliborz.

W przerwach między poszczególnymi wydarzeniami można było uzupełnić swoją biblioteczkę – wieczorowi patronowało wydawnictwo Czuły Barbarzyńca, które pojawiło się również ze swoim stoiskiem. Oprócz książek Hrabala można było zaopatrzyć się w album ze zdjęciami Michálka (co uczyniłam, i zakup z dumą prezentuję).


Na koniec, dokładnie tak, jak 49 lat temu, wyświetlone zostały Pociągi pod specjalnym nadzorem Jiřiego Menzla na podstawie opowiadania Hrabala. Jedyna różnica polegała na tym, że uczestnicy spotkania w 1968 jeszcze nie wiedzieli, że patrzą na film oscarowy… Dziś to dzieło powszechnie znane i cenione, legendarne wręcz, przez niektórych uczestników oglądane już pewnie wiele razy. Mimo to zachwyt, śmiech i wzruszenie – były jak zawsze.

Piękny wieczór, dla którego zdecydowanie warto było spędzić pół dnia i noc w autobusie! Za ostateczny impuls do wzięcia udziału i przemiłe towarzystwo dziękuję Oli, raz jeszcze.

A w ramach uzupełnienia – jeszcze ciekawy tekst, który ukazał się jako zapowiedź wydarzenia; o Hrabalu i o tym jedynym (ponoć) spotkaniu autorskim pisarza w Polsce opowiada jeden z gości wieczoru, pan Andrzej Gordziejewski.

wtorek, 7 marca 2017

Złodzieje zaufania – „Zaginiony”, Egon Hostovský

„Po co zrzucać na ludzi i na ich pięć kontynentów bomby atomowe, skoro wszystkie znane i nieznane materiały wybuchowe są w nas?” (s. 219).

Nie ma zbyt wielu książek opisujących wydarzenia roku 1948 na Czechosłowacji – przejęcie władzy przez komunistów. Sięgnęłam więc po Zaginionego z nadzieją na uzupełnienie swojej znajomości czeskiej historii. Absolutnie nie spodziewałam się jednak tego, co ostatecznie dostałam – głęboko humanistycznej opowieści o relacjach międzyludzkich i wzajemnym zaufaniu. I chyba jednej z najważniejszych czeskich powieści, jakie do tej pory dane mi było przeczytać.

Zaginiony Egona Hostovskiego to książka opisująca czasy przewrotu lutego w Czechosłowacji, powstała krótko po tych wydarzeniach – na początku lat 50. Z oczywistych względów nie została wydana w ojczyźnie pisarza; pierwszego oficjalnego czeskiego wydania doczekała się dopiero po roku 1989. W roku 1951 opublikowana została jednak w Danii, a na początku roku 1952 – w Stanach Zjednoczonych.

Władze amerykańskie sfinansowały powstanie powieści i wiązały z nią duże nadzieje – liczyły na to, że Hostovský opisze w niej szczegóły polityczne przewrotu, a książkę będzie można wykorzystać do celów propagandy antykomunistycznej. Tymczasem powstałe dzieło było nie do końca tym, czego się spodziewano. Autor niewiele uwagi poświęcił warstwie faktograficznej – daty, miejsca i nazwiska nie są dla niego zbyt istotne – za to sporo w jego książce psychologii i filozofii. Z myślą o amerykańskim czytelniku pisarz zadbał jednak o ciekawą fabułę i wartką akcję oraz dorzucił motywy szpiegowskie.

Tak powstała bardzo niecodzienna mieszanka – połączenie thrillera politycznego, kryminału, powieści sensacyjnej, psychologicznej, filozoficznej i społecznej. Dzięki temu jednak Zaginionego można czytać na wiele różnych sposobów, i jest to jego zdecydowany plus. A poniżej kilka słów o tym, jak ja go odczytałam…

Dobry, zły i zagadkowy

W książce mamy kilku ważnych bohaterów i większość z nich to postaci złożone, trudne do oceny. Nawet podział na „dobro” i „zło” w okresie zaraz przed przewrotem wbrew pozorom nie jest oczywisty – jedna z bohaterek stwierdza, że inaczej niż w bajkach, które czytała jako dziecko, „dziś biją się ze sobą dwa różne rodzaje zła”. Zarówno komuniści, jak i Amerykanie, ludzie demokracji, chcą się posługiwać ludźmi do swoich celów.

W obozie komunistów mamy na przykład takiego Erika Brunnera – postać, której się nie lubi, ale której się też współczuje. Bo choć komunista, choć niemiły, choć podły dla swojej żony i wszystkich traktuje jak wroga – to wszystkie te zachowania są efektem wojennej traumy, którą Brunner, jako jeden z ocalałych Żydów, wciąż w sobie nosi. Skrzywdzony przez system Erik nie jest już w stanie nikomu zaufać, a do partii komunistycznej, w której jest wyśmiewany i postrzegany jako ciamajda, wstąpił tylko z pragnienia zemsty. Bohater tragiczny.

Wśród dobrych, ale nie bez skazy, mamy także małżeństwo Borków – Oldřicha, uczciwego dziennikarza, kochającego męża i ojca, poczciwca, który jednak nie wzbrania się w razie potrzeby przed użyciem siły, oraz zdziecinniałą, głupiutką, nieustannie zdradzającą męża (o czym ten wie, ale zawsze jej wybacza) aktorkę Irenę. Jest jeszcze żona Erika, Olga, Olga wspaniała, królowa Olga, moim zdaniem najszlachetniejsza postać tej książki, dorównujący jej cnotami ksiądz Dušan oraz oczywiście tajemniczy Pavel Král – ale o nim więcej za chwilę. W drugim obozie natomiast mamy m.in. demonicznego, wysoko postawionego działacza komunistycznego Matějkę oraz roszczeniowego, pragnącego władzy i pieniędzy Kapouna.

I jeszcze jedna niezwykle intrygująca postać – Stanley Johnson vel Standa Jonáš. Amerykanin czeskiego pochodzenia, który trafia do Pragi w poszukiwaniu zaginionej walizki. Na pozór to tylko nieszkodliwy głupek, który przypadkiem wpadł w tryby historii, a jego wątek jest zupełnie bez znaczenia dla fabuły; nie zapominajmy jednak, że to właśnie on praktycznie otwiera i zamyka całą powieść. A jeśli do tego wziąć pod uwagę, że tajemniczym sposobem pojawia się akurat w Czechach w najgorętszym politycznie okresie, na kilka dni przed przewrotem, i opuszcza kraj niedługo po nim, oraz że podczas rozmowy z Morganem zachowuje się z zaskakującą pewnością siebie – myślę, że nie mamy do czynienia ze zwykłym szaraczkiem, który szuka zguby. Raczej poczciwy Standa stosuje kamuflaż à la Szwejk, a zapewnieniom, że polityka go nie interesuje, nie należy wierzyć.

Egon Hostovský
Ciasny pokój, ciasne życie

Przed wojną Hostovský był znany w Czechosłowacji głównie jako autor powieści psychologicznych, i również w Zaginionym widać, że psychologia jest jednym z jego ulubionych tematów. Wiele uwagi pisarz poświęca życiu wewnętrznemu swoich bohaterów oraz relacjom, jakie łączą ich z innymi.

Szczególnie ciekawe wydają mi się kreślone przez niego portrety małżeństw. Erik Brunner ze względu na swoją traumę i wrogość do całego świata nie jest w stanie stworzyć szczęśliwego związku, wyładowuje więc frustracje na żonie i zatruwa jej życie podejrzeniami. Odbiciem ciasnej, dusznej atmosfery między nimi jest ich mieszkanie – małe, zagracone meblami, wiecznie zimne, nawet jeśli ogrzane.

Olga cierpi i zastanawia się, czy to jej wina, „że nawet wtedy, gdy leżą w objęciach, to oboje nawzajem się kaleczą, jakby mieli na piersiach otwarte rany?” (s. 146). Dzielnie jednak znosi wszelkie ciosy i mimo nich jest gotowa stanąć w obronie męża – dlatego, że go rozumie i w niego wierzy; posiada ogromne wręcz zasoby wiary, której tak bardzo brakuje Erikowi. Jej płomienna mowa pod adresem wątpiącego w uczciwość jej męża Borka jest chyba najbardziej poruszającym momentem całej powieści.

Zupełnie inaczej wygląda małżeństwo Borków – nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek wzajemnym zadręczaniu się, jest to szczęśliwy i harmonijny związek dwójki zgodnych ludzi. I nie mają tu znaczenia zdrady Ireny oraz fakt, że znajomi mówią o Oldřichu „rogacz”. Tak mało w nim zazdrości i złej woli, że nie potrafi wściekać się na występną żonę (jest w tym oczywistym przeciwieństwem Brunnera, który ma wręcz obsesję na punkcie Krála – dawnego kochanka Olgi). Borek kocha jednak w Irenie przede wszystkim jej wewnętrzne dziecko, fakt, że jego żona „splata swoje życie z zabaw, marzeń i dobrych słów, ze śpiewów i śmiechu” (s. 305). Kiedy więc dziecięcy urok zostaje wyparty przez oddanie ideologii komunistycznej (dość płytkie co prawda, jak to u Ireny), uczucie słabnie.

Człowiek czy symbol?

Co ciekawe, poszczególne postaci książki zostają scharakteryzowane głównie poprzez sposób, w jaki odnoszą się do jednej, tajemniczej postaci – Pavla Krála. Král, który nigdy nie pojawia się w powieści osobiście, spaja i napędza całą fabułę. Z każdym z bohaterów jest w pewien sposób powiązany, każdy na pewnym etapie swojego życia się z nim spotkał i coś mu zawdzięcza.

Erik go nienawidzi. Zaślepiony zazdrością i nieufnością, z żelazną konsekwencją przymyka oko na jego pozytywne przymioty, podkreślając za to wszystkie postępki Krála, które świadczą o jego egoizmie i nieodpowiedzialności. Reszta bohaterów ocenia go jednak zdecydowanie bardziej pozytywnie. I jeden tylko Borek, pod wpływem rozmów z Brunnerem, przez moment wątpi w szlachetność Krála; reszta, czyli Olga, panna Pollinger, ksiądz Dušan, niezłomnie w niego wierzą.

Kim jest Pavel Král, kim jest naprawdę? – krąży nam po głowie podczas lektury. Przypomina mi się w tym momencie pytanie „Kim jest John Galt?”, padające wielokrotnie w powieści Ayn Rand Atlas zbuntowany (wydanej zresztą w USA w roku 1957, a więc pięć lat po Zaginionym – może to inspiracja?). Obydwie te postaci przez dłuższy czas (u Hostovskiego – aż do końca) pozostają gdzieś za kulisami, okryte aurą tajemnicy, bezcielesne, i mam wrażenie, że są bardziej symbolem niż żywym człowiekiem.

Král to opiekun, autorytet, który dodaje sił i nadaje wszystkiemu sens; jest ludzki, bo popełnia błędy, ale ma zarazem w sobie coś boskiego, bo kiedy Borek zaczyna w niego wątpić, wyznaje: „Czuję się tak, jakbym bluźnił” (s. 311). Ksiądz Dušan mówi mu: „Zapewne z takim bólem nie powątpiewałby pan o Králu, gdyby był pan całkowicie pewny samego siebie” (s. 322) i dodaje, odpowiadając na pytanie „Kim jest Pavel Král?”: „On jest ochotnikiem w służbie miłości. Potrafi kochać ludzi i rzeczy bezinteresownie, na przekór wszystkiemu, jak dziecko” (s. 324).

Manifestacja prokomunistyczna w Pradze w 1947 r.
Spór Bogów

Pavel Král w pewien sposób uosabia więc również coś, co pozostaje najważniejszym tematem powieści Hostovskiego – wiarę w ludzi. Bez tej wiary nie można swobodnie oddychać, być szczęśliwym, kochać; pozostaje się w swoim ciasnym, ciemnym, dusznym światku, jak Brunner. Największym złem, jakie wyrządził komunizm (a wcześniej – nazizm), było według autora odebranie ludziom tej wiary, wzajemnego względem siebie zaufania, a zastąpienie jej wiarą w partię, stopniowe opanowanie umysłu przez robactwo polityki, o czym mówi Jan Masaryk (jedyna bodaj postać autentyczna w tej powieści). O tym właśnie, o utracie zaufania, w skali mikro, bo w odniesieniu do własnego życia z Erikiem, mówi w swoim przejmującym monologu Olga:
„Głoduję do szaleństwa, jak głodują miliony innych ludzi pragnących odrobiny nadziei i zaufania. Modlę się, bo do tego jeszcze jestem zdolna, żeby Bóg dał Erikowi choć trochę wiary we mnie, bo wtedy każde z nas będzie potrafiło dokonać cudów. Z tego barłogu zbudujemy dom, zaspokoimy głód i pragnienie byle czym – dzięki jednemu słowu, przelotnemu uśmiechowi, jeśli tylko będzie w nich zaufanie i nadzieja!” (s. 314).
O wierze w człowieka mówią również ksiądz Dušan oraz Borek (który własną zachwianą wiarę odzyskuje właśnie dzięki Oldze). Ten drugi mówi Matějce: „My obaj jesteśmy ludźmi religijnymi i wierzącymi. Waszym Bogiem jest partia (…). To nie jest spór nas dwóch, ale spór naszych Bogów” (s. 421). Ksiądz natomiast mówi do kominiarza Ivana Pazderki:
„Robi pan to samo co dzisiejsza władza, która wszystkich swoich zwolenników musi zmienić w szpicli i dozorców, bo chce wszystko wiedzieć, a nie może i nie chce nikomu wierzyć. Musi koniecznie pogrzebać radość i szczęście, bo buduje na kruchych doktrynach, a nie na wierze i zaufaniu. Dzieciom odbierze bajki, dorosłym marzenia, pracy kierunek (bo uczyni z niej sens wszelkiego działania), naturze piękno (bo zaprzeczy jej tajemnicy), a życiu zabierze wszelką treść” (s. 389).
Co mnie osobiście przeraża w tych słowach, to świadomość, że były one pisane dopiero u progu komunizmu. To wszystko miało tak naprawdę dopiero przyjść – stalinizm, później brutalne stłumienie Praskiej Wiosny, normalizacja; czasy podejrzliwości, ucisku, odbierania marzeń. „Społeczeństwo żywych trupów” dopiero się tworzyło. A Hostovský, choć sam bezpieczny, patrzył zza oceanu na to, co dzieje się z jego ojczyzną, z jego domem, gdzie jego nazwisko zostało oficjalnie skreślone i skazane na zapomnienie. Nie doczekał wyzwolenia, zmarł w 1973. Tym bardziej więc cieszę się, że możemy dziś czytać jego słowa, którymi tak pięknie opisuje to, co w relacjach międzyludzkich najważniejsze, a co komunizm starał się za wszelką cenę ludziom odebrać.

Zaginiony jest w swojej wymowie głęboko humanistyczny, dla bohaterów Hostovskiego liczy się przede wszystkim człowiek, jednostka, jako opozycja dla „masowości” ideologii, wielkich gestów i bohaterstwa na pokaz. Dlatego Borek tak bardzo krytykuje wielkich „obrońców ojczyzny”, którzy po przewrocie tworzą swe plany „oswobodzenia narodu”, nawołuje, aby zrzucili „szaty królewskie i aureole świętych”. Jak pisze Král, ten Král-opiekun i Král-autorytet: „Jeśli każdy z nas uratuje jedną Janę, jedno dziecko – to zbawi świat” (s. 233).

Wdzięczna jestem za tę publikację tłumaczowi, panu Andrzejowi Jagodzińskiemu, i wydawnictwu Książkowe Klimaty. Bo to nie tylko ciekawe spojrzenie na kawałek czeskiej historii, jaką był rok 1948, ale również cenna lekcja dotycząca szacunku i wiary w innych ludzi, czyli tego co w naszych relacjach najważniejsze. Dla mnie osobiście – bardzo, bardzo ważna książka.

***
E. Hostovský, Zaginiony, tłum. Andrzej Jagodziński, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z pracy dyplomowej Barbory Svobodovej, zatytułowanej Poetika Egona Hostovského v 50. letech: román Nezvěstný (Uniwersytet Masaryka w Brnie, 2011, dostępna online).

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] sleviste.cz,
[3] Společnost Franze Kafky / www.franzkafka-soc.cz,
[4] National Archives (archiv.org) / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl. 

wtorek, 28 lutego 2017

Doktor Mengele, księżna de Guermantes i filmy porno – „Jak podróżować z łososiem”, Umberto Eco

Wystarczy już pierwsze zdanie. Już w pierwszym zdaniu tej książki jak w soczewce skupia się cały jej urok, lekkość i ironiczny dystans, i jest w nim zapowiedź, jak bardzo rozkoszna będzie to lektura. „Ponieważ przyszłość narodu indiańskiego wydaje się już przesądzona, pragnący awansu społecznego młody Indianin ma tylko jedno wyjście: zagrać w westernie”.

Od Indian i westernów przechodzimy do urządzania publicznych bibliotek (jak najdłuższe sygnatury, utykający bibliotekarze, godziny otwarcia bezwzględnie pokrywające się z godzinami pracy przeciętnych zjadaczy chleba), podróżowania (autostopem, ze zwojami pism kabalistycznych w plecaku; no i oczywiście z, niezwykle kłopotliwym, łososiem) oraz rozpoznawania filmów porno (jak – nie zdradzę; sprawdźcie sami!).

Po drodze zyskujemy niezwykle przydatną wiedzę – jak unikać chorób zakaźnych. I to jest chyba ulubiony mój tekst z tego zbioru; Eco daje tu taki popis czarnego humoru, w sposób tak zdecydowany, a zarazem uroczy i beztroski depcze wszelkie zasady delikatności i poprawności politycznej, i tak pięknie obnaża absurdy współczesnego świata, że aż muszę zacytować: „Psychoza wywołana przez AIDS groziła ograniczeniem działalności jedynie homoseksualistom, osłabiając poczucie demokracji. Teraz ograniczymy działalność heteroseksualną i znowu wszyscy będziemy równi” (s. 41). I dalej na przykład: „Ludność Kambodży i mieszkańcy libańskich obozów powinni unikać krwawej łaźni, odradzanej przez dziewięciu lekarzy na dziesięciu (dziesiątym, bardziej wyrozumiałym, jest doktor Mengele)” (s. 43).

Sprzęt do zbierania liści dla lorda Chatterleya

Umberto Eco w roku 1984.
Pisarz pokazuje w krzywym zwierciadle nie tylko rodzime Włochy, ale i inne kraje, które jako naukowiec i pisarz miał okazję odwiedzić. Opowiada nam o swoich perypetiach hotelowych, samolotowych i pociągowych (te ostatnie – w Stanach Zjednoczonych, gdzie „pociągami jeżdżą czarni pasażerowie wyjęci jakby z Nocy żywych trupów”, brrr!). I robi to w sposób zabawny, ale zarazem bardzo inteligentny; potrzeba czasem chwili, by rozgryźć jego kunsztowny dowcip. Dlatego też czytanie tych felietonów w większych ilościach na raz może trochę zmęczyć – lepiej je sobie dawkować, tak, jak były niegdyś publikowane w prasie.

I jeszcze te smakowite aluzje literackie, dzięki którym postaci z klasycznych dzieł w zaskakujący sposób ożywają! Eco pisze na przykład: „Leaf Scoops (…) służy do zbierania liści w waszym parku o powierzchni 80 tysięcy akrów. Wydając 12 dolarów 50 centów, oszczędzacie na ogrodniku lub gajowym (rada dla lorda Chatterleya)” (s. 59). I dalej, bardzo na czasie po ostatnim odcinku Nabokoviady: „Potrzeba kilku godzin, żeby go znaleźć, bo koperta jest rozmiarów worka na śmieci, a nie wszyscy mają ramiona długie jak Mister Hyde” (s. 104). A to z kolei bardzo na czasie przed kolejnym odcinkiem Nabokoviady: „Zarabiający ogromne sumy nowobogacki wskutek ciążącego na nim proletariackiego piętna nie umie posługiwać się sztućcami do ryb, zawiesza małpkę na tylnym oknie swojego ferrari, świętego Krzysztofa na tablicy rozdzielczej prywatnego odrzutowca i wymawia manágment zamiast mánagement. Nie zaprasza go więc księżna de Guermantes” (s. 151).

Eco złośliwy, Eco zafrasowany

Starsze teksty ze zbioru, te z lat 80. i początku 90., które znalazły się również w Zapiskach na pudełku od zapałek, przede wszystkim bawią. Są nafaszerowane absurdami tak bardzo, że aż momentami w duchu montypythonowskim – więcej w nich co prawda uszczypliwości, ale jednak chodzi głównie o zabawę. I tylko niektóre z nich zaskakują nas odrobinę poważniejszym morałem (na przykład Jak mówić o zwierzętach czy Jak nie zapominać o pedofilach).

W nowszych – tych pisanych już po roku 2000 – wyczuwa się za to jakiś niepokój. Wciąż jest ironicznie i dowcipnie, ale mam wrażenie, jakby Eco patrzył już w nich na świat z pewnym smutkiem. Wszechobecne smartfony, internet, dzieci, które nie potrafią już zapamiętać najprostszych informacji, głośne, prywatne rozmowy telefoniczne w miejscach publicznych, chęć pokazania się innym, obojętnie jak… Oto tematy, które z pewną rezygnacją porusza w tych tekstach pisarz. I zastanawiam się, czy to rzeczywiście świat tak bardzo zmienił się na gorsze, czy sam autor złagodniał, spoważniał, z wiekiem nabrał większej dla niego troski. Myślę, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Podsumowując – przed lekturą felietonów Eco nie sądziłam, że jest możliwy tak elegancki, wyszukany i inteligentny sposób narzekania na świat. Bo przecież ten facet narzeka, ale robi to z taką klasą, że ani myślimy go spławiać, przeciwnie – chcemy go czytać i czytać. A na sam koniec, na deser, dostajemy jeszcze krótki przewodniczek po dziełach filozoficznych dla laików (z którego zamierzam skorzystać, a jakże). Sama słodycz!

***
U. Eco, Jak podróżować z łososiem, tłum. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Bogaerts, Rob / Anefo / Wikimedia Commons
[3] www.wydawnictwoliterackie.pl.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Nabokoviada po raz czwarty: „Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde'a”, Robert Louis Stevenson

Ilustracja Charlesa Raymonda Macauley'a do amerykańskiego wydania utworu z roku 1904.
 Zacznę od tego, że to chyba pierwszy spośród wykładów Nabokova, który trochę mnie rozczarował. Tym razem nie było efektu „wow!”, nie było walenia się w czoło i okrzyków (choćby w duchu) „Oczywiście! Że też na to nie wpadłam!”. Mniej niż zwykle tutaj ciekawych spostrzeżeń, dużo za to cytatów z utworu i zwykłego omówienia akcji.

Ładnie jednak Nabokov pisze o nowelce Stevensona. „Ta książka ma rozkoszny winny posmak” – stwierdza już na wstępie. I rzeczywiście, Doktor Jekyll i pan Hyde ma w sobie coś z bogactwa ciężkiego smaku porto, to utwór napisany kunsztownym językiem, mrocznie elegancki, klimatyczny, taki… do delektowania się. Jako próbkę tego stylu Nabokov przytacza opis poranka w londyńskim Soho, i rzeczywiście, ten malowniczy i przejmujący dreszczem fragment zwrócił też moją uwagę. Podaję w wersji anglojęzycznej (z którą zapoznałam się w wersji z poręcznym słownikiem dzięki uprzejmości wydawnictwa [Ze słownikiem], dziękuję!) oraz w tłumaczeniu Lesława Halińskiego (można przy okazji ocenić jakość przekładu):
„It was by this time about nine in the morning, and the first fog of the season. A great chocolate-coloured pall lowered over heaven, but the wind was continually charging and routing these embattled vapours; so that as the cab crawled from street to street, Mr. Utterson beheld a marvellous number of degrees and hues of twilight; for here it would be dark like the back-end of evening; and there would be a glow of a rich, lurid brown, like the light of some strange conflagration; and here, for a moment, the fog would be quite broken up, and a haggard shaft of daylight would glance in between the swirling wreaths. The dismal quarter of Soho seen under these changing glimpses, with its muddy ways, and slatternly passengers, and its lamps, which had never been extinguished or had been kindled afresh to combat this mournful reinvasion of darkness, seemed, in the lawyer’s eyes, like a district of some city in a nightmare” [1].

„Była mniej więcej dziewiąta rano, nad miastem wisiała pierwsza mgła. Pod niebem unosił się dymny całun o barwie czekolady, co i rusz przesuwany i rozpraszany przez powiewy wiatru. Przemierzając dorożką kolejne londyńskie ulice, pan Utterson obserwował wszelkie możliwe odcienie poranka; w jednym miejscu było czarno jak późnym wieczorem, w innym panował blady brąz, jakby opodal wybuchł pożar; w innym jeszcze przez wirujące kłęby mgły przebijały się nieśmiało słoneczne promienie. W tym wciąż zmieniającym się oświetleniu posępne Soho – dzielnica błotnistych dróg, niedomytych przechodniów oraz latarni, których nigdy nie gaszono ani nie zapalono – toż właśnie Soho sprawiało wrażenie miasta z najbardziej koszmarnych snów” [2].
A przechodząc do treści…

Już na wstępie zaskoczyło mnie skierowane do studentów zastrzeżenie Nabokova, by nie traktować Doktora Jekylla i pana Hyde’a jako powieści kryminalnej. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by zaklasyfikować ten utwór jako kryminał, ale – co stwierdziłam po namyśle – chyba głównie dlatego, że od początku znałam rozwiązanie zagadki. W rzeczywistości dzieło Stevensona czytane „właściwie” (czyli nieświadomie – tak, jak żaden współczesny czytelnik nie jest go już w stanie przeczytać) ma pewne cechy kryminału. A przy okazji Nabokov nie może się powstrzymać, by we właściwym sobie stylu nie wyrazić własnego zdania na temat powieści kryminalnych (i przyznam, że odczucia co do tego gatunku mam nieco podobne):
„Szczerze mówiąc, nie należę do tych akademików, którzy przyznają się nieśmiało, choć zarazem z prowokacyjną nutą przechwałki w głosie, że lubią kryminały, bo są one zazwyczaj kiepsko jak na mój gust napisane i nudzą mnie śmiertelnie” [3].
Aktor Richard Mansfield wcielający się
w rolę doktora Jekylla i pana Hyde'a.
Dalej nasz szacowny wykładowca zwraca m.in. uwagę na najsłabszy punkt noweli – czyli wiarygodność odkrycia dokonanego przez doktora Jekylla, możliwości przemiany w osobę o zupełnie innym usposobieniu – oraz na sposób, w jaki poradził sobie z tym Stevenson. Otóż dzięki zręcznym opisom, „obrazom, intonacjom, schematom słownym” oraz fałszywym tropom autor odwraca uwagę czytelnika od samej przemiany i jej fizjologicznych podstaw, „doprowadza umysł czytającego do takiego stanu, że nie będzie on dociekał, czy takie przeobrażenie jest możliwe, czy też nie” [4]. Dodaje, że podobne zabiegi zastosował Dickens w Samotni, w rozdziale, w którym pojawia się przypadek samozapłonu – i rzeczywiście, to budzące wątpliwości zjawisko poprzedza tam tak nastrojowy, budzący ciarki opis, że zapominamy o tym, czy taka śmierć była fizycznie możliwa czy nie. Stevenson jest równie zręczny, jego sztuczka działa – opowieść i jej klimat wciągnęły mnie tak bardzo, że byłam w stanie wyłączyć na chwilę mój ścisły, analityczny umysł i bez marudzenia rozkoszować się lekturą, z całą jej grozą.

Dobry Jekyll vs. zły Hyde?

Najważniejszym spostrzeżeniem tego wykładu była dla mnie jednak uwaga, że tak naprawdę w utworze Stevensona nie dochodzi do walki dobra (w osobie Jekylla) ze złem (w postaci Hyde’a). Jekyll nie jest bowiem jednoznacznie dobry, w końcu Hyde powstał ze skupienia jego złych skłonności; jest hipokrytą i człowiekiem lekkomyślnym, a więc stanowi mieszankę cech dobrych i złych. Z kolei Hyde, choć określany przez bohaterów jako „czyste zło”, nosi w sobie Jekylla, jego pamięć i świadomość, dąży do tego, by wrócić do jego postaci, co sprawia, że nie jest również jednoznacznie zły.

(I tutaj przyszła mi do głowy, już na marginesie wykładu, ciekawa myśl. Hyde, jak sugeruje nawet jego nazwisko, jest dla Jekylla „kryjówką”, w której może on dawać upust swoim złym żądzom; ale pod koniec role się odwracają – to Jekyll staje się kryjówką dla oskarżonego o morderstwo Hyde’a, w której ten w trosce o swe życie musi się od czasu do czasu schronić.).

Osobowości Jekylla i Hyde’a, ich niejednoznaczność, przedstawił nawet Nabokov graficznie (wiadomo, uwielbia to!). Jekyll zostaje zaprezentowany jako kratkowane koło, Hyde – jako mniejsze koło w linie ukośne.  reprezentowane są tu przez kratkowany wzór, złe – jako ukośne linie; wskutek zażycia mikstury dochodzi do koncentracji złych cech i tak powstaje Hyde. Pozostaje jednak świadomość Jekylla, unosząca się nad Hydem, „coś w rodzaju kółka dymu lub aureoli”. Pomysłowy schemat! 

„Szczątki zła” rozproszone w Jekyllu...
...które pod wpływem mikstury zaczynają formować ciemny koncentrat.
I po przemianie. Jekyll w postaci „kółka dymu” unosi się nad Hydem.
I jeszcze dwie drobnostki, które w wykładzie Nabokova mnie zainteresowały. Po pierwsze – obserwacja, że uwagi, które wygłaszają na temat Hyde’a rzeczowi i trzeźwo myślący panowie Utterson i Enfield, mają w sobie za dużo artyzmu i są sprzeczne z ich charakterami. Nabokov doszukuje się u bohaterów ukrytej duszy artysty, ale ja obstawiam jednak tę bardziej oczywistą opcję – artysta bierze tu górę nad Stevensonem. I druga rzecz – sposób, w jaki autor, ustami bohaterów, opisuje Hyde’a i jego grzeszne wyprawy, jest niepełny. Tłumaczy się to ograniczeniami wiktoriańskiej moralności, ale Nabokov dostrzega w tym wycofaniu się mimo wszystko artystyczną słabość. Tutaj, trochę nieśmiało, ale się z nim zgadzam.

Jekyll, Frankenstein, Szatan…

I to by było na tyle, jeśli chodzi o wykład, ale dorzucę jeszcze co nieco z innych źródeł. Bardzo spodobała mi się na przykład interpretacja, która pojawia się na anglojęzycznej Wikipedii – porównanie Jekylla do Szatana, strąconego do Otchłani za to, że nie chciał uznać swojej dwoistości, nie chciał się pogodzić z tym, że nie jest tak dobry jak Bóg:
„This failure to accept the tension of duality is related to Christian theology, where Satan's fall from Heaven is due to his refusal to accept that he is a created being (that he has a dual nature) and is not God. This idea is suggested when Hyde says to Lanyon, shortly before drinking the famous potion – "...and your sight shall be blasted by a prodigy to stagger the unbelief of Satan." This is because in Christianity, pride (to consider oneself as without sin or without evil) is the greatest sin, as it is the precursor to evil itself” [5].
I sugestia z posłowia Macieja Szymkiewicza w moim wydaniu książki – porównanie doktora Jekylla do doktora Frankensteina. Obydwaj w zaciszu swojego laboratorium realizują makabryczny projekt, rzucając w pewien sposób wyzwanie ludzkiej naturze. Obydwie więc opowieści można interpretować jako ostrzeżenie przed pychą, zuchwałymi próbami przekraczania narzuconych przez Boga (lub bogów) granic. Jak pisze Szymkiewicz:
„Można by rzec, że dziewiętnastowieczni brytyjscy autorzy chcieli wyrazić, iż w pewnych dziedzinach życia rozum musi się ukorzyć i uznać swoje ograniczenia; inaczej czeka go katastrofa. W starożytnej Gracji istniało pojęcie hybris, którym określano dumę i pychę, zuchwałość wobec bogów uniemożliwiającą człowiekowi właściwe rozpoznanie jego sytuacji. Hybris cechowała zazwyczaj władców i herosów, którzy sięgali poza granice swych możliwości. Sprowadzało to na nich nieszczęście, będące często boską karą” [6].
W końcu to piękne, że nikt z nas nie jest chodzącym aniołem ani czystym złem, prawda? Każdego dnia toczy się w nas walka, w której wygrywa raz jedna, raz druga strona, ale zarówno triumfy jak i upadki w pewien sposób przynoszą nam chwałę – to one czynią nas ludźmi.

***
Bibliografia:
[1] Stevenson R.L., Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde, wyd. [Ze słownikiem], Ruda Śląska 2016, s. 56.
[2] Stevenson R.L., Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. Lesław Haliński, wyd. Vesper, Poznań 2007, s. 37.
[3] Nabokov V., Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 247.
[4] Tamże, s. 256.
[5] http://en.wikipedia.org/wiki/Strange_Case_of_Dr_Jekyll_and_Mr_Hyde
[6] Szymkiewicz M., Doktor Jekyll i pan Hyde, albo krytyka wszechwładnego rozumu [w:] Stevenson R.L., Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. Lesław Haliński, wyd. Vesper, Poznań 2007, s. 115.

***
Przeczytajcie też, co na temat Doktora Jekylla i pana Hyde’a oraz wykładu Nabokova pisze Pyza Wędrowniczka na Pierogach Pruskich!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. A w następnej odsłonie, uwaga… Proust! Tak, tak, przyszedł czas na tego wspaniałego klasyka francuskiej literatury. O W stronę Swanna, pierwszym tomie cyklu W poszukiwaniu straconego czasu, porozmawiamy 27 maja. To dobra okazja, by wreszcie zmierzyć się z tą lekturą – czasu jest sporo, przyłączcie się!

Poprzednie moje teksty w ramach Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia
Gustave Flaubert, Pani Bovary

Ilustracje:
[1], [2], [8] Ilustracje Charlesa Raymonda Macauley'a do wydania książki z roku 1904, wyd. New York Scott-Thaw / Wikimedia Commons,
[3] Fotografia: Henry Van der Weyde, British Library 1887 / Wikimedia Commons,
[4], [5], [6], [7] Ilustracje z Wykładów o literaturze Vladimira Nabokova, wyd. Muza / zdjęcie własne,
[9] zdjęcie własne,
[10] grafika autorstwa Pyzy :).

piątek, 24 lutego 2017

Życie i twórczość pasterza światła – „Historia światła. Powieść o fotografie Františku Drtikolu”, Jan Němec

Jak najpiękniej oddać hołd sławnemu fotografowi? Pisząc o nim powieść, która jest ciągiem malowniczych obrazów. I to właśnie zrobił Jan Němec w swojej Historii światła – biograficznej opowieści o Františku Drtikolu.

Historia Drtikola jest inspirująca – artysta odważny, spragniony prawdy, zdeterminowany, by na przekór epoce, w której żył, swą ukochaną fotografię podnieść do rangi sztuki. Dopiął swego, choć jego twórczość w początkach XX wieku była jeszcze dla wielu szokująca i kontrowersyjna. Był pierwszym fotografem w Czechach, który odważył się publicznie wystawiać zdjęcia nagich kobiet. Stworzył serię fotografii, przedstawiających gołe modelki na krzyżu. Jego nazwisko wywodzi się od czeskiego czasownika drtit – kruszyć, i taki był w swoim podejściu do sztuki: „Kruszę kajdany, które mnie uciskają...” (s. 478).

Malarz, fotograf, buddysta

Fotografia autorstwa Drtikola z roku 1915.
Co ciekawe, młody František wcale nie marzył o fachu fotografa. Chciał być malarzem. Ojciec jednak swoim stanowczym „ze sztuki pieniędzy nie ma” wymógł na nim, by wybrał bardziej praktyczny zawód – i nieświadomie popchnął go tym samym na drogę przeznaczenia.

„Fotografia w porównaniu z malarstwem jest taka tępa, to taka głupia służka rzeczywistości, kolorowanka dla idiotów, którzy nie mają żadnego twórczego talentu” (s. 81) – narzeka z początku Drtikol, gdy jako asystent w atelier miejscowego fotografa spędza długie, nudne godziny w ciemni. Dopiero studia fotograficzne w Monachium – i pasja jego wykładowców – pokazują mu, że fotografia jest sztuką w takim samym stopniu, co malarstwo czy poezja. „Bądźcie dobrymi pasterzami światła” – mówi profesor na jednym z pierwszych wykładów, w których uczestniczy Drtikol, i chłopak bierze sobie te słowa do serca.

Po ukończonych z sukcesami studiach wraca do rodzinnego Przybramia i otwiera tam własne atelier, ale nie wiedzie mu się. Fotografów jest tam już pod dostatkiem, a w małym, konserwatywnym miasteczku trudno jest mu znaleźć modelki do nagich zdjęć, którymi zajmuje się po godzinach. Pakuje więc manatki i wyjeżdża do Pragi.

W stolicy Czech spędzi resztę życia (nie licząc kilku lat na wojnie). Tam otwiera studio fotograficzne na ostatnim piętrze jednej z kamienic, wysoko ponad dachami – to jego bocianie gniazdo, jego podwodna łódź kapitana Nemo z uwielbianej w dzieciństwie lektury, gdzie chroni się przed ludźmi. Z czasem osiąga sukces zarówno komercyjny – fotografują się u niego największe osobistości epoki, na czele z prezydentem Masarykiem – jak i artystyczny – w stolicy może rozwinąć skrzydła, pozujących nago modelek ma tam pod dostatkiem. W Pradze przeżywa też dwie wielkie miłości i płodzi córkę, Ervičkę. Wreszcie, u schyłku życia – zwraca się ku religii i filozofii Wschodu.

Sztuka vs. miłość

Němec pokazuje nam w Drtikolu człowieka, który swojej sztuce podporządkowywał wszystko. Odnosimy wręcz wrażenie, że nawet jego miłości miały być tylko artystycznym bodźcem, czymś sobie narzuconym. „Musisz ją kochać, sam przed sobą się sprawdzić, a zarazem gardzisz nią” – pisze Němec o relacji Drtikola z kapryśną Elišką Janską. Fotograf pragnie „żony, która wniesie w jego życie piękno” – i znajduje ją ostatecznie w osobie młodziutkiej tancerki Erviny Kupferovej, która jednak po pięciu latach małżeństwa tanecznym krokiem odchodzi z jego życia, zabierając ze sobą córkę. Ich związek, piękny mariaż miłości i sztuki kończy się z hukiem, bo żadna z tych dwóch silnych artystycznych osobowości nie chce się podporządkować drugiej. „Małżeństwa artystów nie są szczęśliwe”…

Sztuka grała więc dla Drtikola pierwsze skrzypce – jako narzędzie prawdy. „Chcesz być tym prawdziwym – cokolwiek to znaczy” – pisze o nim Němec. I dlatego fotograf każe swoim modelkom zrzucać ubrania, chce pokazać ludzi takimi, jacy naprawdę są, wtedy dopiero stają się naprawdę piękni. „Stale wierzysz w święty świat marzeń i uznajesz, że ciało jest przede wszystkim płaszczem duszy. Jeśli wewnątrz nie ma piękna, nie objawi się też ono na powierzchni lub będzie chłodne i nudne, przypadkowe (…). Bóg stworzył człowieka nagim, nie powinno się o tym zapominać” (s. 232).

Nie sposób się z tym wszystkim nie zgodzić, patrząc na jego zdjęcia – jak choćby poniższą kompozycję, zatytułowaną Fala. „Wygląda jak nimfa zrodzona z abstrakcyjnego morza dekoracji (…). Wygięła tułów jak twardy łuk, pod biodrami jej cień wytworzył kolejną falę, która płynnie nawiązuje do tych na pierwszym planie. Wodorost na łonie wyraźnie teraz sterczy” (s. 453).


Płonąca kopalnia srebra

Jak wspomniałam na początku, Historia światła jest właściwie serią pięknych obrazów – i ta koncepcja zachwyca pomysłowością, w końcu mamy do czynienia z biografią fotografa. Pierwszym takim obrazem – wywołującym w czytelniku równie wielki szok, jak w małym Drtikolu – jest płonąca kopalnia srebra w Przybramiu. Od zaprószonego ognia wybuchł wtedy pożar, który pochłonął życie ponad 300 górników. Tragedia ta sprawia, że mały František po raz pierwszy zaczyna zastanawiać się nad śmiercią, a równocześnie, już wtedy, inspiruje go twórczo – chłopiec namiętnie szkicuje obraz katastrofy i tego, co dzieje się po niej.

Podczas jednej z sesji rysowania towarzyszy mu górnik, który przedstawia się jako Augustin Žlutický. Czy istniał naprawdę? Czy należał już wtedy do świata martwych, czy żywych? Nie wiadomo, pewnym jest natomiast, że wywarł ogromny wpływ na całe późniejsze artystyczne życie Drtikola, wypowiadając właściwie tylko jedno zdanie: „Człowiek najwięcej dowiaduje się o świecie, patrząc w swoje własne oczy” (s. 37). Do tej myśli powraca fotograf po latach, poświęcając się buddyzmowi, poszukując Boga w samym sobie i oddając się na powrót ukochanemu malarstwu. Historia zatacza koło.

Są również inne obrazy – niektóre rzeczywiste, inne ze snów. Jest uczestniczka zawodów rowerowych, jedyna kobieta wśród startujących, która małemu Drtikolowi przypomina mitologiczną nimfę Kajnis, zmieniającą się w wojownika, i otwiera mu oczy na płeć i ciało. Jest dziewczyna w oknie szkoły muzycznej, grająca na altówce, i jest wielki żółty balon w Monachium z napisem „Życie – Światło – Miłość”. Jest wirująca na scenie Erva, rozpostarta na krzyżu naga Sofia, nocne wiśnie podczas pieszej wędrówki z Pragi do Przybramia i pochód świateł na Świętą Górę…

Jan Němec (fot. Anna Nadvornikova)
Światło o smaku crème brûlée

Co ważne, wszystkie te obrazy są wspaniale opisane. Z tą samą wirtuozerią, z którą Drtikol pisał światłem – Němec maluje słowem. W jego opowieści wyciąg „wypluwa podtrutych górników jak dokładnie wyssane pestki wiśni”, a słowa w ustach modlących się kobiet „syczą i szeleszczą, jakby pełzały po rozgrzanych kamieniach”. Oddziałuje przy tym na wszystkie zmysły – pisze o brzmieniu ludzkiego ciała i o smaku światła:
„Wiele razy próbujesz tego światła, ale stale nie jest wystarczająco delikatne, wiesz, że powinno mieć smak świeżej wanilii, smak crème brûlée, który serwują w tej cukierni przy ulicy Ječnej. Ale posmak żelaza i zatęchły mrok rur nie chcą go opuścić, przyprawia cię to o smutek, zrozpaczony składasz ręce” (s. 513).
Podoba mi się również eksperyment z drugą osobą – Němec nie pisze „on, Drtikol” i nie pisze „ja, Drtikol”, a snuje jakby przez całą powieść długi monolog do Drtikola. Mimo to widzimy przez cały czas świat z perspektywy fotografa – razem z nim odczuwamy grozę tragedii w przybramskiej kopalni, ekscytujemy się studenckim życiem w Monachium, przeżywamy nieszczęśliwą i niepełną jak niedokończone rzeźby Michała Anioła miłość do Eliški (której wzruszającym zapisem są zamieszczone w książce listy z wojny). Jesteśmy z nim, kiedy z pompą wchodzi w życie małżeńskie, i kiedy znów zostaje sam ze swoją sztuką w atelier nad dachami Pragi.

Josefov, wojna i Masaryk

Tytuł powieści Němca, choć niepozorny, jest bardzo trafny. Bo tak naprawdę śledzimy nie tylko historię życia jednego człowieka, ale również historię fotografii, w Czechach i poza nimi, a więc, można powiedzieć, „historię światła”. Gdy młody Drtikol zaczyna się nią zajmować, jest zajęciem czysto użytkowym, nieudolnie odtwarzającym rzeczywistość, produkującym tandetne kompozycje do rodzinnych albumów. Z czasem wychodzi ze swojej szufladki i gdy opowieść się kończy – jest już pełnoprawną sztuką, docenianą w Pradze i na świecie.

Na marginesach tej biograficznej powieści o Drtikolu przewija się również historia Czech. Mamy tu antyniemieckie nastroje w Pradze przełomu wieków, opisywaną także u Urbana w Lordzie Mordzie zagładę żydowskiej dzielnicy (to właśnie dzięki albumowi z nostalgicznymi zdjęciami zagraconych podwórek i rozpadających się domów na Josefovie Drtikol zyskuje pieniądze na rozwój swojego atelier), I wojnę światową oraz Pragę powojenną, w której kawiarniach spotykają się intelektualiści z kręgu Masaryka i Čapka oraz fascynaci filozofii Dalekiego Wschodu.

Zarzutów mam niewiele. Do autora – że w końcówce opowieść trochę traci swoją dynamikę, oraz że nie wspomniał nic o zwierzętach, które Drtikol ponoć bardzo lubił i trzymał w swoim atelier (a wiem z pewnych źródeł, bo od jego córki – opowiada o tym w filmie dokumentalnym, do którego link podaję na końcu). Do wydawcy – że mimo świetnego tłumaczenia Katarzyny Bańki, pojawia się tu kilkanaście językowych usterek.

Podsumowując jednak, to była piękna podróż. Pełna kolorów, zapachów, smaków – i oczywiście światła.

***
J. Němec, Historia światła. Powieść o fotografie Františku Drtikolu, tłum. Katarzyna Bańka, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Na koniec – wspomniany krótki film dokumentalny, który bardzo Wam polecam. Niezależnie od tego, czy znacie czeski czy nie, bo pokazana jest w nim bogata kolekcja fotografii Drtikola – zarówno tych prezentujących kobiece akty, stosunkowo łatwych do znalezienia w sieci, jak i starszych, wykonanych jeszcze w czasach studenckich, których tematem są wiejskie krajobrazy, rodzimy Przybram i praskie zaułki. A prócz tego – sporo zdjęć samego Drtikola i innych postaci, o których mowa w książce.


Historia światła to pierwsza książka Jana Němca przetłumaczona na język polski, ale jest też jedno opowiadanie, które można po polsku przeczytać. Pisałam o nim u siebie, znalazło się w zbiorku Polska: z czym się to je? wydanym przez Fundację Kukatko :) 

Ilustracje: 
[1] Foter.com
[2] Erotische Fotografie 1890-1920 / Wikimedia Commons
[3] Okładka albumu František Drtikol – edice mezinárodní fotografie svazek 7 / antikvariat.eu
[4] kultura.idnes.cz
[5] Zdjęcie autora ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[6] Okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl

czwartek, 16 lutego 2017

Zamek, tym razem straszny – „Dziennik kasztelana”, Evžen Boček


Evžen Boček tym razem straszy. I to na serio.

Po sukcesie cyklu o arystokratce, której perypetie, jak się okazało, Polaków bawią tak samo mocno jak braci Czechów, polski wydawca pisarza proponuje nam jego debiut – wydaną po raz pierwszy w roku 1999 powieść Dziennik kasztelana. Widać po niej, że ścieżka twórcza Bočka w ciągu tych kilkunastu lat mocno się zmieniła; w jego pierwszej książce raczej niewiele jest humoru i absurdu, zaskakuje za to nastrojem grozy i niesamowitości.

Okładka pierwszego wydania książki,
jeszcze pod pseudonimem Jan Bittner.
Pozostaje za to forma dziennika, którą Boček wyraźnie lubi. Tym razem jest to dziennik pewnego sfrustrowanego Pražáka, który nie chce już być Pražákiem, postanawia więc objąć posadę kasztelana na 300-letnim zamku gdzieś na Morawach. Liczy na to, że z dala od hałaśliwej stolicy wreszcie odnajdzie spokój, a może i naprawi relacje z żoną. Szybko się okazuje, że nie będzie mu to dane, bo na zamku… dzieją się dziwne rzeczy.

Mamy tu klasykę, czyli mroczne zamkowe historie, zagadkowe zgony, nocne kroki na korytarzu i gramofon, który ni stąd ni zowąd w środku nocy zaczyna sam grać, ale też nietypowe, niepokojące motywy, jak obwieszony lustrami gabinet byłego kasztelana, pęknięty ołtarz w zamkowej kaplicy czy woskowa lalka-podobizna zmarłej Marii Arnoszty, jednej z dziedziczek hrabiowskiej rodziny zamieszkującej niegdyś zamek. Nie jestem koneserką horrorów, jakoś trudno mnie przerazić, ale Boček naprawdę dobrze buduje „straszny” klimat – kładąc się spać po wieczornej lekturze Dziennika miałam jednak lekkiego pietra (nawet mimo tego, że moje maleńkie M3 w niczym nie przypomina zamczyska pełnego mrocznych zakamarków i korytarzy, a ewentualny duch z braku miejsca raczej zadreptałby w miejscu, zamiast urządzać swoje straszne przechadzki).

Choć, jak zauważyłam, sporo czytelników na to narzeka, mnie podobała się w tej historii aura tajemnicy – fakt, że zakończenie tak naprawdę niczego nie wyjaśnia. Urwana opowieść może i pozostawia niedosyt, ale za to pobudza wyobraźnię, a do tego uwiarygodnia formę dziennika, o co Boček wyraźnie dba – każdy wpis kasztelana już na wstępie zdradza jego stan ducha i jasne jest dla czytelnika, czy od ostatnich zapisanych słów przydarzyło mu się coś wstrząsającego, czy nie. Jeśli tak – pisze chaotycznie i nerwowo, jeśli nie – spokojnie i ze szczegółami snuje swoją historię. (To się może wydawać oczywistością, ale niektórzy autorzy fikcyjnych dzienników jednak o tym zapominają). 

Zamek w Miloticach, gdzie kasztelanem jest Evžen Boček :) 
Tytułowy kasztelan z tej powieści jest dosyć ciekawy jako postać, z tym swoim wiecznym wkurwem na miejski styl życia i wszystko co współczesne (łącznie ze współczesną literaturą, która „przeraża go równie mocno jak rak prostaty”) i uroczo autoironicznymi komentarzami. Niczym nowym nie jest za to jego zatwardziały racjonalizm, bo w końcu w większości opowieści ze zjawiskami paranormalnymi w tle musi się pojawić ktoś taki – kto zostaje brutalnie wytrącony z przeświadczenia, że istnieje tylko to, co widzimy i słyszymy.

Plus za sympatycznego księdza Zbyszka z Polski! Nie jestem z tych, którzy jakoś strasznie oburzają się na czeskie podśmiechujki z Polaków, tacy już ci nasi Czesi są, „śmiejące się bestie”, ale mimo wszystko miło było napotkać w czeskiej książce polską postać tak mądrą, dobrą, jednoznacznie pozytywną. I to w dodatku księdza.

I jeszcze jeden plus – za to, że, podobnie jak w Arystokratkach, Boček po raz kolejny korzysta ze swoich doświadczeń jako kasztelana. A ponieważ Dziennik kasztelana nie jest już tak naszpikowany absurdami, możemy podejrzewać, że przedstawiony tu obraz pracy na zamku jest trochę bardziej bliski rzeczywistości. Relacje z personelem, użeranie się z ludźmi z urzędu powiatowego, remonty, renowacje, archiwizacje, sprzątanie – to wszystko, ten opis funkcjonowania powieściowego zamku, nawet jeśli leciutko podkoloryzowany, był dla mnie bardzo interesujący. (No i ciekawe, czy upierdliwy Furman był wzorowany na jakimś urzędniku, który Bočkowi dawał się we znaki? Hmm…).

Oczywiście Dziennik kasztelana nie ma jakichś wielkich ambicji, to wciąż lekka, czysto rozrywkowa – dla tych, którzy lubią się bać – literatura. Ale spędziłam przy niej kilka przyjemnie strasznych godzin. I choć dopiero nieskrępowanym humorem Bočkowi udało się naprawdę podbić serca czeskich (i polskich) czytelników, dla mnie ta powieść jest dowodem na to, że autor ten potrafi równie skutecznie wywoływać śmiech, jak i ciarki na plecach.

***
E. Boček, Dziennik kasztelana, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] ipetrov.cz,
[3] DaBler / Wikimedia Commons
[4] lubimyczytac.pl


Cykl o arystokratce na Literackich skarbach: