wtorek, 19 marca 2019

Młode pąki ścięte mrozem – „Zmierzch”, Osamu Dazai

„Człowiek urodził się dla miłości i rewolucji” (s. 123).

Książka Osamu Dazaia, wydana po raz pierwszy w roku 1947, to opowieść o zmierzchu japońskiej arystokracji – o mrocznych czasach po klęsce II wojny światowej, czasach kryzysu wartości i ideałów. W tym powieściowym świecie autor umieszcza młodą kobietę, która podejmuje rozpaczliwą próbę ucieczki od powszechnej beznadziei.

„Mroczny czar powieści bazuje w dużej mierze na dekadenckiej atmosferze otaczającej samego autora – uzależnionego od narkotyków, tonącego w rozpaczy i nienawidzącego siebie, na długo przedtem, zanim kultura kasutori rozlała się na resztę społeczeństwa. Jego osobiste demony, które gnębiły go przez większość życia, pomogły idealnie zarysować bolączki i marzenia po zakończeniu wojny – po «upadku» całego narodu” (s. 18) – pisze w świetnym wstępie do książki Karolina Bednarz.

Autor decyduje się jednak na ciekawy i dosyć odważny krok – opisuje czasy upadku z perspektywy trzydziestoletniej rozwiedzionej kobiety. Zamiast oddać głos komuś bardziej podobnemu sobie, jak choćby uzależniony od narkotyków dekadent Naoji, postanawia opowiedzieć swoją historię z punktu widzenia jego siostry. Ale przecież „Madame Bovary c’est moi”, a rozczarowana życiem i spętana troską o matkę Kazuko okazuje się bliższa autorowi, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Ucieczki – miłość i rewolucja

Kobieta obsesyjnie wręcz pragnie urodzić dziecko. „Pragnę dziecka. Nie obchodzi mnie szczęście, o którym pan mówi. Nie chcę też pieniędzy. Wystarczy mi tyle, abym mogła wychowywać swoje dziecko” (s. 88). W dodatku decyduje, że musi być to dziecko pisarza Uehary, przyjaciela jej brata. Wie, że relacja z nim – mężczyzną żonatym, w dodatku alkoholikiem, spędzającym całe noce w towarzystwie kompanów od kieliszka i kochanek – nie przyniesie jej nic dobrego. Mimo to brnie w tę relację, wysyłając mu desperackie listy. „Patentowany drań. To jedyny krzyż, na którym gotowa jestem umrzeć” – pisze z uczuciem, i dodaje: „W miłości nie ma rozsądku” (s. 96).

Mija sześć długich lat, a jej wybranek nie odpowiada na listy. „Obezwładniło mnie poczucie beznadziei, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałam; jakbym została opuszczona o zmierzchu na jesiennych bezdrożach, dokąd nie dociera żaden głos, niezależnie od tego, jak często wołam i krzyczę. Czy to nazywają «zawodem miłosnym»?” – mówi. Mimo to nie poddaje się. „Moje żagle są już wciągnięte, a statek wyszedł z portu i skierował się na morze. Nie mogę stać w miejscu, muszę płynąć tak daleko, jak tylko się da” (s. 98). Decyduje się więc pojechać do Tokio i porozmawiać z Ueharą osobiście.
„Zaczęłam wojnę. Kocham go, lubię go, pragnę go, naprawdę go kocham, naprawdę go lubię, naprawdę go pragnę. Nic na to nie poradzę, że tak go pragnę, nic na to nie poradzę, że go lubię, nic na to nie poradzę, że za nim tęsknię. Jego żona jest wyjątkowo miłą kobietą, a jego córka jest taka piękna, lecz zostałam postawiona przed Sądem Bożym, i nie czuję się ani trochę winna. Człowiek urodził się dla miłości i rewolucji” (s. 123).
Osamu Dazai w 1948 roku.
Fot. Shigeru Tamura
Z pewnością dla wielu zastanawiające będzie, skąd u bohaterki ten upór, ta obsesja, to szaleństwo? Być może chodzi po prostu o desperackie pragnienie nadania znaczenia i sensu własnemu życiu, ulegającemu rozkładowi „jak liście bananowca, które gniją na drzewie, trzymając się gałęzi”. Kazuko – półsierota z rodziny upadłej arystokracji, przykuta do chorowitej matki, z którą łączy ją trudna, przesycona żalem i zazdrością o brata relacja – chce uciec od beznadziei w rozpaczliwą miłość i macierzyństwo. W dodatku przypisuje swojemu działaniu pewną religijną wręcz misję:
„Pomyślałam, że również w moim wypadku nie są zupełnie bez związku słowa pouczenia, które Jezus skierował o swoich uczniów, gdy zdecydował się posłać dwunastu apostołów na wszystkie strony świata, aby demaskowali hipokryzję kapłanów, faryzeuszy, uczonych i władców oraz żeby wszystkim ludziom bez najmniejszego wahania głosili przekonanie o tym, czym jest prawdziwa miłość Boża” (s. 119).
Gnijący za życia

Tytuł Zmierzch nawiązuje oczywiście do upadku japońskiej arystokracji oraz ideałów, w które wierzyli Japończycy ruszając na wojnę. Również w języku powieści pojawia się wiele metafor opartych na obrazach gnicia i rozkładu. Bohaterowie powieści mówią o sobie, że są zepsuci („Rzeczywiście, jestem zdeprawowana, wuj też; zaczęłam nawet myśleć, że i Mama jest zepsuta. Czy zepsucie nie oznacza po prostu wrażliwości?” – zastanawia się Kazuko), a ich życie się rozkłada. To proces, który po wojennej klęsce dotyka cały naród, a w szczególności jego elitę – japońską arystokrację. „Pozwalam, aby moje życie ulegało rozkładowi, podobnie jak liście bananowca, które gniją na drzewie, trzymając się gałęzi” – mówi bohaterka.

Jak widać więc, Dazai pisze bardzo obrazowym językiem, a jego metafory doskonale budują klimat powieści. „Przez ostatnie sześć lat, nie wiem od którego momentu, zaczął przenikać Pan do mego serca jak jesienna mgła” (s. 90) – wyznaje Kazuko, zaś Naoji porównuje obecny nastrój beznadziei w swoim kraju do wiosennych przymrozków: „Młode pąki więdną, nim się rozwiną. Szron. Jakby szron spadł nie w porę na cały świat” (s. 132). Te poetyckie momenty zdecydowanie przyćmiły w moich oczach fragmenty, gdy bohaterowie zaczynają filozofować (jak Naoji w swoim pożegnalnym liście, na mój gust – odrobinę za długim).

Dla niektórych Zmierzch okaże się pewnie zbyt przytłaczający w swoim smutku, ale myślę, że reszta czytelników ulegnie jego dekadenckiemu czarowi. Dla mnie obcowanie z tekstem Dazaia było niewątpliwą – choć gorzką – przyjemnością.

***
Cytaty: O. Dazai, Zmierzch, przeł. Mikołaj Melanowicz, wyd. Tajfuny, Warszawa 2019.

Ilustracje:
[1] fragment okładki ze strony wydawnictwa Tajfuny / tajfuny.pl,
[2] zdjęcie własne,
[3] Wikimedia Commons,
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Tajfuny / tajfuny.pl.

środa, 6 marca 2019

Człowiek-katastrofa i jego pan – „Saturnin”, Zdeněk Jirotka

Brytyjski humor w wersji czeskiej? To możliwe! W swoim Saturninie Zdeněk Jirotka odwołał się do najlepszych tradycji brytyjskiej literatury humorystycznej – do książek takich autorów jak Jerome K. Jerome czy P.G. Wodehouse – i zdobył miłość tysięcy czeskich czytelników, w plebiscycie Książka Stulecia Magnesia Litera bijąc na głowę samego Haška. Niedawno tytuł doczekał się nowego polskiego wydania.

Saturnin – debiut Jirotki, który przyniósł mu sławę i pozostał jedynym jego znaczącym dziełem literackim – został po raz pierwszy wydany w roku 1942. Jest to opowieść młodego mężczyzny, biorącego na służbę tytułowego Saturnina, postać dosyć tajemniczą i małomówną, za to działającą z niezwykłą werwą, co często prowadzi do różnych niefortunnych wypadków. Większość akcji powieści toczy się w letnim domku dziadka narratora, dokąd gospodarz zaprasza w gościnę grupkę przyjaciół i krewnych. Wskutek burz i powodzi, która zrywa most, towarzystwo zostaje na kilkanaście dni odcięte od świata bez prądu.

I choć ten początek brzmi trochę jak zawiązanie akcji kryminału, nie dajcie się zwieść – w przypadku Saturnina jedyna śmierć, jaka wchodzi w grę, to ta ze śmiechu. Izolacja grupy bohaterów oraz konieczność radzenia sobie wśród głuszy, bez prądu i z ograniczonym dostępem do jedzenia, prowokuje cały szereg arcyzabawnych sytuacji. Dodatkowych rumieńców dodaje historii wątek miłosny – w towarzystwie zaproszonym do domu dziadka jest też piękna tenisistka panna Barbora, dama serca poczciwego narratora.
„Dziadek stwierdził, że to wykluczone, nie będziemy wlec się z kocami, bo to by nas hamowało. Do miasteczka trzeba dotrzeć za wszelką cenę. Jesteśmy w sytuacji, w której jakikolwiek sentymentalizm jest szkodliwy. Ten, kto nie będzie mógł iść dalej, zostanie pozostawiony swojemu losowi. Dziadek tego wieczora był nastrojony spartańsko. Oczekiwałem, że zaproponuje, żebyśmy słabszych członków naszej grupy przed wyruszeniem wybili” (s. 147).
Akcja osnuta wokół relacji narratora z jego służącym to żadna nowość – duet w postaci sprytnego sługi i niezbyt rozgarniętego pana pojawia się w literaturze już od czasów Kubusia Fatalisty. W tym wypadku skazani jesteśmy na śledzenie rozważań pana-narratora, i pod koniec książki znamy go już od podszewki, z całą jego dobrodusznością, naiwnością i nieżyciowością, podczas gdy sam Saturnin pozostaje do końca postacią trochę tajemniczą. Niewiele mówi, zwłaszcza o sobie, za to ma niesamowity dar prowokowania zabawnych (a zarazem i dramatycznych, co sam znosi zawsze ze stoickim spokojem) wypadków.

I tak – już w pierwszym rozdziale poznajemy go jako człowieka, który bronił domu jednego ze swych panów w bardzo niekonwencjonalny sposób, bo wyzywając złodzieja na pojedynek przy użyciu średniowiecznej broni. W dalszej części powieści służący między innymi zabiera dziadka na przejażdżkę jego samochodem i zmiata przy tym z powierzchni ziemi kiosk z wyrobami tytoniowymi oraz uczy starszego pana ju-jitsu, przyczyniając się pośrednio do ciężkiej kontuzji narratora. Równocześnie jest lojalnym sługą i dzięki wrodzonemu sprytowi wiele razy wybawia swego pana z opresji.

Siłą Saturnina są jednak oprócz tytułowego bohatera również inne barwne postaci, mniej lub bardziej karykaturalne (jak rozkochana w powiedzonkach i w swoim tępawym synu Miloušu ciotka Kateřina). Mój zdecydowany faworyt – za cudowną wprost umiejętność znajdowania sarkastycznych uwag na każdą okazję – to doktor Vlach.
„[Dziadek] namiętnie wielbi burze i niech tylko odezwie się grzmot, nikt nie zatrzyma go w domu. Wkłada gumowy płaszcza przeciwdeszczowy, przypominający kaptur kapelusz i w juchtowych butach włóczy się po okolicy, aż pokaz fajerwerków się skończy. Doktor Vlach powiada, że jest to skrzywienie zawodowe i że dziadek chodzi popatrzeć, jak produkuje elektryczność konkurencja” (s. 69).
Sam humor Saturnina, co prawdopodobnie czuć już w przywołanych przeze mnie cytatach, jest chłodny, ironiczny, bardzo brytyjski. Duet stworzony przez bohaterów Jirotki zaś to para równie wspaniała, co pamiętni Jeeves i jego pan z cyklu książek P.G. Wodehouse’a. Równocześnie jednak ta uwielbiana przez naszych południowych sąsiadów powieść pozostaje na wskroś czeska, a Saturnin, z inteligencją i sprytem skrywanymi za fasadą człowieka-katastrofy, ma w sobie wiele z bohatera, którego pobił w niedawnym plebiscycie – haškowskiego Szwejka. Motyw mistyfikacji, tak ukochany przez Czechów, pojawia się tu zresztą raz jeszcze – w desperackim akcie obrony przed opresyjną ciotką Kateřiną dziadek… udaje, że oszalał.

Polecam więc wielbicielom tak czeskiego, jak i brytyjskiego humoru. Oby ta skromna książeczka wywołała u Was „ten dar, który Bóg dał z całego stworzenia tylko człowiekowi: świetlisty i serdeczny śmiech” (s. 81). Nie ten paszkwilowy śmiech ciotki Kateřiny, „który brzmi, jakby ktoś deptał jej brzuch”.

***
Z. Jirotka, Saturnin, przeł. Leszek Engelking, wyd. Afera, Wrocław 2018.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Ojcowska duma pod warstwą humoru – „Dziecko w wieku przedszkolnym”, M.M. Cabicar

Uwaga! Tekst tę zacznę z powagą zupełnie nie przystającą do charakteru książki, o której piszę – bo od refleksji na temat rodzicielstwa. Gotowi?

Tak się jakoś składa, że w ostatnim czasie większość młodych rodziców, z którymi się stykam – świadomie lub nie – raczej zniechęca do powoływania na świat potomków, zamiast zachęcać. Historie, które od nich słyszę, przywodzą na myśl macochową narrację Petry Hůlovej, w której dziecko jawi się jak mała, żarłoczna bestia, wysysająca z człowieka resztkę sił, ambicji, zaangażowania. I są to akurat – bardziej adekwatne w przypadku omawiania tej właśnie, a nie innej książki – relacje męskie.

Z drugiej strony – choćby świadomy przekaz tych relacji był nie wiadomo jak negatywny, zawsze pobrzmiewa w tym jednak jakaś zbłąkana nutka dumy. Że „moje dziecko”, że „moja córka”, „mój syn”. Mój syn gada jak najęty. Moja córka nie usiedzi w jednym miejscu. Patrzę, słucham, nie komentuję, ale myślę sobie: „Narzekasz, ale i tak jesteś dumny, że go masz. I nie oddałbyś go za nic na świecie”.

I to słyszę też w opowieściach M.M. Cabicara. Przy czym mękolenie jest tu opakowane w lekkostrawną formę humorystycznych historyjek z życia wziętych i jest go zdecydowanie mniej niż dumy, choć pozostaje ona ukryta pod grubą warstwą humoru.

Pozytywny wydźwięk książki nie oznacza oczywiście, że ojcostwo w wydaniu Cabicara jest magiczną, sielankową przygodą. Przeciwnie – z szokującym wręcz miejscami naturalizmem młody tata opisuje te mniej apetyczne aspekty opieki nad dzieckiem. Ale jednak, mimo wszystkich tych perypetii – jest w tym jakaś radość i czułość. I dlatego w trakcie lektury Dziecka w wieku przedszkolnym zdarzały mi się nie tylko wybuchy śmiechu, ale po prostu zwyczajny uśmiech, taki, wiecie, z lekka rozczulony.

Trzeba przy tym zaznaczyć – opowieści M.M. Cabicara są realistyczne tylko po części. Autor zmyśla i koloryzuje na całego – a gdyby ktoś upierał się, że wszystko, co opisał w książce, zdarzyło się naprawdę (łącznie z czekoladową anakondą w Swarovskim i panem, który dostał awans, demonstrując swoje zawodowe zaangażowanie w… piaskownicy), pozostałoby mi krzyknąć, niczym Egonek Bondy pod adresem pana Hrabala: „K**wa fix! Że też właśnie panu muszą się takie rzeczy przytrafiać!”.

Samo poczucie humoru autora może nie przypaść do gustu każdemu – czuję, że to kwestia wrażliwości. Były momenty, gdy śmiałam się szczerze, spontanicznie i w głos, ale były i takie, kiedy rozmawiałam sobie w głowie z autorem: „No dobra, trochę przesadziłeś”. (I nie chodzi mi tu akurat o fragmenty zniesmaczające – ale skoro już o nich mowa, to jeśli ktoś z Was jest na podobne rzeczy wrażliwy, dobra rada: kiedy autor już w tytule rozdziału zastrzega „Przy czytaniu nie jedzcie i nie pijcie”, zaufajcie mu :). Na szczęście żartów już odrobinę „na siłę” nie ma za wiele, a sytuacje i rozmowy opisane przez Cabicara naprawdę bawią.

Lektura lekka, łatwa i przyjemna (to ostatnie pod warunkiem, że jesteście odpowiednio odporni na opowieści o smarkach, glutach i kupkach). Przypuszczam, że tak dla rodziców, którzy zidentyfikują się z częścią historii, jak i dla jeszcze bezdzietnych, bo urocza rzecz, po prostu. Serce bezdzietnej mnie w każdym razie podbiła!

***
M.M. Cabicar, Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2018.

piątek, 18 stycznia 2019

Człowiek, Który Szuka Skrzydeł – „Zaklinacz deszczu”, Jiří Hájíček [patronat]

„Co mnie zabija? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie umiałbym nikomu tego wyjaśnić. Co takiego mnie niszczy? Raczej nic mi nie dolega. Więc pewnie nic. Absurdalny wniosek. Zabija mnie WIELKIE NIC. Mam żonę, pracę i kredyt mieszkaniowy, dwóch, trzech kolegów. Normalne życie. I zabija mnie NIC” (s. 30).

W swojej zapowiedzi Zaklinacza deszczu pisałam – za Jiřim Hájíčkiem – że jest to powieść pełna ciszy. Dla mnie jednak to bardziej powieść pełna tęsknoty. Za czymś nieokreślonym, za wolnością, za dalą, za czymś, czego brak nie pozwala się cieszyć życiem, choć ma się wszystko, o czym człowiek mógłby marzyć.

Bohaterem książki Hájíčka jest Zdeněk Polecký, urzędnik po czterdziestce, który nie do końca potrafi odnaleźć się w swoim uporządkowanym życiu. Choć ma stabilną pracę, przestronne mieszkanie w centrum Czeskich Budziejowic i piękną żonę, z którą jest szczęśliwy, nocą nie może spać i odczuwa jakiś brak. Podejrzewa się o kryzys wieku średniego, zastanawia się, czy to przez to, że połowę życia ma już za sobą, że silne emocje jakie odczuwał niegdyś już nie wrócą, a przed nim już jedynie monotonna codzienność, od czasu do czasu przerywana chwilami małego szczęścia.
„Dlaczego nie mogę spać? Czy to przez świadomość, że połowę życia mam już za sobą? Raj dawno został utracony. Pozostała mi praca, seks, drobne przyjemności, dobre jedzenie. Mieszkanie w centrum miasta, kredyt mieszkaniowy na w miarę korzystnych warunkach. Czteroletnie auto. Wakacje nad morzem” (s. 158).
Praca administratora gruntów wydaje mu się bezsensowna i wręcz niemoralna, a od nudnych służbowych obowiązków ucieka w myśli o Spitsbergenie, który fascynuje go jako miejsce puste, zimne, odludne, wolne od formalności i ograniczeń, miejsce, gdzie nikt nie może posiadać ziemi na własność i jest to jego zdaniem piękne. Dlatego też chętnie „dzieli się” zakupioną przez siebie łąką na wsi z Indianami, zbieraczami grzybków halucynogennych oraz pewnym pisarzem potrzebującym odludzia do realizacji swoich artystycznych aspiracji.

Łąka ta odgrywa zresztą w powieści dosyć ważną rolę. Kupiona przez Zdeńka za radą żony jako sposób na zagłuszenie tęsknoty za wsią, jest trochę symbolem wsi jako przestrzeni tajemniczej, niezbadanej, nieposkromionej, przestrzeni dziwaków i wizjonerów, i przez to wszystko tak innej od uporządkowanej rzeczywistości miasta. Mimo XXI wieku w przestrzeni tej wciąż kultywuje się dawne zwyczaje i wiarę w złe duchy – dlatego po nabyciu ziemi, dowiedziawszy się, że właśnie to miejsce wybrali sobie niegdyś dwaj samobójcy, Zdeněk wbija w drzewo mały krzyż – i może być ona domem dla miejskich rozbitków czy „wiejskich głupków” takich jak zafascynowany lataniem wujek Tonda oraz ich opowieści (jak ta o Vície Fučíku, który w XVIII wieku miał zbudować blaszane skrzydła i z sukcesem używać ich do latania).

Bohater powieści Hájíčka – jak zresztą sam autor, o czym mówił w wywiadach – podziwia tych, którzy są w stanie odrzucić funkcjonowanie według zasad, jakie narzuca nam miasto, i żyć inaczej, wśród natury, po swojemu. Sam nie byłby jednak w stanie zdobyć się na coś podobnego. Dlatego, zafascynowany historią Fučíka, sam o sobie mówi: „człowiek, który szuka skrzydeł”. Szuka, marzy o ucieczce, fantazjując o maszynie latającej i Spitsbergenie, ale nie znajduje.

Ciekawy jest również wątek relacji Zdeńka z jego żoną. W momencie gdy rozgrywa się akcja powieści, w ich małżeństwie jest wiele frustracji i napięcia, przede wszystkim z powodu bezskutecznych starań o dziecko. Tereza, obciążona dodatkowo wspomnieniem dokonanych we wczesnej młodości aborcji, ciężko znosi wyścig z czasem, i być może ta presja jest również przyczyną bezsenności i niepokoju Zdeńka. Szczęśliwemu pożyciu małżonków nie sprzyja też na pewno pamięć o zdradzie, której bohater dopuścił się cztery lata wcześniej ze swoją byłą partnerką.

Choć Tereza wydaje się ucieleśnieniem wszystkich marzeń Zdeńka o idealnej żonie, jest równocześnie istotą z nieco innego świata niż on. To dziewczyna z miasta, oszałamiająco piękna, elegancka, „wykształcona, subtelna, maluje paznokcie, umie grać na fortepianie i zna francuski” (s. 73), podczas gdy on najwyraźniej czuje się wciąż w głębi siebie chłopakiem ze wsi i bardzo możliwe, że ma przy swojej zjawiskowej żonie kompleksy.

Z kolei Bohuna, dawna miłość, której Zdeněk decyduje się pomóc w rodzinnym sporze o ziemię, jawi się jako zupełne przeciwieństwo Terezy – jest zaniedbana i zniszczona przez ciężką pracę w gospodarstwie, mówi wprost co myśli i nawet gdy zależy jej na zrobieniu dobrego wrażenia, razi zbyt wyrazistym makijażem i zbyt ciężkimi perfumami. Równocześnie jednak jest to ta sama Bohuna, z którą bohatera połączyły pierwsze erotyczne doświadczenia, bardziej intensywne niż cokolwiek innego, co przeżył później. „Uświadomił sobie, że ostatnio bezsenne ranki upływają mu głównie na myślach o pożądaniu, które czuł, kiedy miał siedemnaście lat. I o tym, gdzie się podziało. Gdzie, do diabła teraz jest?” (s. 120). Wspominając te dawne uczucia, ma wrażenie, że z Terezą odgrywa jedynie „przedstawienie o życiu”.

Hájíček nie serwuje nam jednak prostych, topornych rozwiązań. Choć tak łatwo byłoby wyjaśnić frustrację Zdeńka tęsknotą za tym wszystkim, czego ucieleśnieniem jest Bohuna, i pchnąć go w jej ramiona, na przeszkodzie stoi fakt, że bohater szczerze kocha swoją żonę i nie ma wątpliwości, że to z nią, z tą piękną elegantką o wyszukanym guście, chciałby spędzić resztę życia. Pomoc Bohunie jest natomiast częściowo odkupieniem dawnych win – tego, że wyjechał i zostawił ukochaną na pastwę ciężkiego życia u boku męża pijaka. Nic tu nie jest proste. Jak w życiu.

Doceniam to, że historia opisana przez Hájíčka nie przebiega w sposób schematyczny, że brak tu spektakularnych rozwiązań i zakończeń; podoba mi się również sposób, w jaki autor kreśli opozycję między miastem a wsią, czerpiąc oczywiście z własnych odczuć i doświadczeń (sam jest podobnym „chłopcem ze wsi”, wrzuconym w rzeczywistość miejską i urzędnicze życie). Momentami miałam jednak wrażenie, że pisarz otwiera zbyt wiele wątków, które zostają później porzucone – jak choćby Spitsbergen, tak ciekawy a ostatecznie tak niewykorzystany. Nie skupiam się też na historii walki o ziemię (trochę podobnym do walki z budową elektrowni w Rybiej krwi, znów na zasadzie „garstka przeciw wszystkim/przeciw systemowi”), bo choć wprowadza ona element napięcia, zdecydowanie ciekawsze pod kątem analizy wydają mi się motywy, o których piszę powyżej.

Sam tytuł pozostawia szerokie pole do rozmyślań. Dešťová hůl z czeskiego oryginału, czyli pałeczka do zaklinania deszczu, pojawia się w jednej scenie – przyjęcia Zdeńka do plemienia Lakotów. Wkracza on wówczas na wojenną ścieżkę i potrzebuje wsparcia w walce o sprawę Bohuny. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładniej, można stwierdzić, że deszcz pojawia się w wielu scenach powieści. Czy jest symbolem czegoś pozytywnego, oczyszczającego i demaskującego, skoro jest wywoływany podczas indiańskich obrzędów? Czy to raczej – zwykle uderza w szyby, gdy Zdeněk siedzi w biurze lub leży w łóżku nie mogąc zasnąć – figura codziennego życia, które osacza bohatera? Szara monotonia, pragnienie czegoś nieokreślonego, tęsknota za dalą i przestrzenią. Uczucia, które zna wielu z nas.

***
J. Hájíček, Zaklinacz deszczu, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2018.

Na Literackich Skarbach również:

sobota, 5 stycznia 2019

Zmiany, zmiany! Podsumowanie roku 2018

Rok za nami, a więc tradycyjnie, i tradycyjnie trochę później niż wszyscy, przystępuję do czytelniczo-blogowego podsumowania. Pozwólcie jednak, że najpierw coś Wam opowiem.

Słowem wstępu…

Na wstępie tegorocznego podsumowania – kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego właściwie było tak, że mimo liczby przeczytanych w tym roku książek porównywalnej z latami poprzednimi, nie udało mi się zrecenzować nawet połowy z nich.

Po pierwsze – studia. Choć to za ich sprawą poznałam w wakacje mnóstwo wspaniałych tytułów, nie nadążałam już z recenzowaniem. Po drugie… To był dla mnie bardzo dziwny, trudny, bezlitosny, a zarazem cudowny rok. Przełomowy, nie tylko dlatego, że skończyłam symboliczne 30 lat. Rok, który mnie zmienił jak żaden inny do tej pory. A równocześnie rok, w którym trochę straciłam nad wszystkim kontrolę, poruszałam się między obłąkańczym szczęściem i totalną rozpaczą, i to jeszcze nie minęło – w dalszym ciągu jestem na męczącej emocjonalnej huśtawce.

Ta huśtawka, rzecz jasna, nie sprzyjała sumiennemu prowadzeniu bloga – to jedna rzecz. Ale ten dziwny rok i towarzyszące mu zmiany w moim myśleniu wpłynęły też na moje ogólne podejście do blogowania. Krótko mówiąc – odpuściłam sobie. Ale bez obaw, nie zamierzam tego miejsca zaniedbać albo zupełnie porzucić, nie o to chodzi.

Po prostu wcześniej – co wyraźnie widać choćby w moich podsumowaniach poprzednich lat – bardzo liczyłam na to, że z mojego blogowania COŚ wyniknie. „Coś” w znaczeniu zawodowym. Trzymałam się pracy, która gwarantowała mi dogodne warunki do pisania po godzinach, i harowałam jak wół, całując po rękach za każde okołoliterackie zlecenie, „bo będzie ładnie w CV”, bo ktoś to kiedyś doceni, bo znajdzie się sposób, żebym chociaż częściowo utrzymywała się z tego, co kocham.

Ktoś mi jakiś czas temu powiedział, że jeszcze kilka lat w ten sposób i się wypalę. Nie słuchałam, bo wydawało mi się, że przecież już niedługo to COŚ się stanie, jeszcze tylko trochę muszę wytrzymać. Teraz jednak rzeczywiście to czuję, z jednej strony – wypalenie, brak sił, a z drugiej – bunt. Że jestem już „za duża” na czekanie na to COŚ, na to, że branża literacka i wydawnicza stanie nagle przede mną otworem. Być może sama zrobiłam za mało, żeby te marzenia zrealizować, ale teraz już nie ma to znaczenia.

Dlatego za kilka tygodni zaczynam pracę w korporacji, kończę natomiast z dorywczymi literackimi projektami i z marzeniami o doktoracie. Jeśli zaś chodzi o blogowanie – chciałabym wrócić do korzeni, czyli blogowania bez presji, bez ambicji okołozawodowych, dla czystej radości czytania i polecania dobrych książek. Nadal tworzyć będę swoje zestawienia czeskich premier, nadal – jeśli ktoś będzie zainteresowany – chętnie obejmę książkę patronatem, przeprowadzę wywiad albo przygotuję specjalny wpis, pod warunkiem że będę mieć na to pomysł, czas i siłę. W tym miejscu jednak zapewniam, że wszystko to robię nieodpłatnie, z miłości do dobrych książek i z sympatii do świetnych ludzi, którzy je wydają.

A teraz do rzeczy – przejdźmy do podsumowania!

Geograficznie

W roku 2018 przeczytałam w sumie 55 książek, z czego niestety tylko jedną po czesku i jedną po angielsku. Jeśli chodzi o to, po literaturę których krajów najchętniej sięgałam, wygląda to tak:

Literatura czeska – 15
Literatura polska – 8
Literatura amerykańska – 4
Literatura serbska – 3
Literatura bułgarska – 3
Literatura bośniacka – 3
Literatura chorwacka – 3
Literatura słoweńska – 3
Literatura norweska – 3
Literatura słowacka – 2
Literatura ukraińska – 2
Literatura macedońska – 2
Literatura litewska – 2
Literatura maltańska – 1
Literatura brytyjska – 1

Jak zwykle króluje u mnie trójca Czechy-Polska-USA, ale poza tym przeczytałam dużo więcej książek z krajów południowosłowiańskich, a to za sprawą jednego z egzaminów na studiach. Literatura norweska i litewska to też nie przypadek. Dziwi mnie jedynie, że na zeszłorocznej liście nie ma ani jednej książki francuskiej, bo lubię literaturę francuską i w poprzednich latach było jej u mnie więcej.

4 najlepsze książki roku 2018

W tym roku były cztery, które zdecydowanie wybijały się na tle innych. Dwie powieści i dwa zbiory opowiadań. Są to:

To co prawda mój patronat, więc trochę pewnie nie wypada, ale ta książka po prostu nie mogła się tu nie znaleźć. Mocna, wściekła, bolesna proza o macierzyństwie, o kobiecej walce o własną przestrzeń, o pisaniu. Językowo nieposkromiona, jak to u Hůlovej, pełna zagadek i tropów, do długiego rozgryzania i analizowania.

Instrukcja dla pań sprzątających, Lucia Berlin
Prawdziwe objawienie, które wciąż nie doczekało się u mnie recenzji – straszne zaniedbanie! Berlin to dla mnie trochę Bukowski w spódnicy, pisze o ludziach z marginesu, niepotrzebnych, zagubionych, z premedytacją bierze pod lupę całą ohydę życia, jego rozpacz i ból, a mimo to szuka w tym wszystkim ludzkich odruchów, ciepła. Wspaniały, wspaniały zbiór opowiadań!

Widziałem ją tej nocy, Drago Jančar
Za jedną z najwspanialszych kobiecych bohaterek, z jakimi spotkałam się w całej mojej historii czytania. Z perspektyw kilku osób z jej otoczenia – ale nie jej własnej – składamy obraz kobiety nietuzinkowej, spragnionej wolności, odważnej, gotowej dla miłości rzucić wszystko, ale zarazem czułej, współczującej i wrażliwej. Chciałabym być jak Veronika Zarnik.

I jeszcze jedno objawienie, tym razem rodem z Malty – książka pełna czułości, uśmiechu, ale i smutku. Zbiór przemyślany, pełen pomysłowych, świetnie skonstruowanych utworów. Działający jak ciepły okład na serce, choć nie ma tu happy endów – jak w życiu.

(Refleksja: na przykładzie moich tegorocznych Książek Roku wyraźniej niż kiedykolwiek widać, czego najbardziej poszukuję w literaturze. Czułości. Współczucia. Pięknego smutku. Najlepiej w zderzeniu z bezkompromisowym, okrutnym opisem nędzy życia, naszego w nim uwięzienia, lub/i ostrego języka, który tnie jak brzytwa).

Wyróżnienia

(Bez Dymitrowej, bo gdzieś ją posiałam...)
  • Którędy szedł anioł, Jan Balabán – za hrabalowskość, za industrialne tło, za proste, ale chwytające za serce obrazy.
  • Objazd, Błaga Dymitrowa – za piękny, sensualny opis powrotu do miłości sprzed lat i stawianie ważnych pytań: jak wiele siebie trzeba/można poświęcić, by stworzyć trwały związek z drugim człowiekiem?
  • Beatlesi, Lars Saabye Christensen – za wrażliwość, muzyczną pasję i za pełen czułości opis dorastania, ze wszystkimi jego radościami i rozczarowaniami.
  • Silva Rerum, Kristina Sabaliauskaitė – za wciągającą historię, dopracowane tło historyczne oraz uczłowieczenie ludzi żyjących kilka stuleci temu :)
  • Puchar od Pana Boga, Ota Pavel – bo to Pavel, po prostu cokolwiek wyjdzie spod jego pióra, jest w swojej prostocie doskonałe; tutaj pięknie o sporcie.

Rok wściekłych kobiecych monologów

Przypadkiem tak się złożyło, że rok, który otworzyłam lekturą mocnej Macochy Petry Hůlovej, okazał się dla mnie rokiem wściekłych kobiecych monologów. Później do Hůlovej dołączyła Vedrana Rudan ze swoim Ucho, gardło, nóż oraz Ivana Sajko z Rio Barem. I choć te dwie ostatnie wypowiedzi, które wyszły spod pióra pisarek chorwackich, pulsują także gniewem skierowanym przeciwko wojnie, wszystkie trzy tytuły łączy podobny, ostry, wulgarny nieraz ton oraz sprzeciw wobec wtłaczania kobiet w określone role, wobec krzywd, których muszą doświadczyć jako te słabsze.

Wszystkie trzy czytałam z zachwytem, bo, szczerze, momentami doskonale odpowiadały moim nastrojom w tym roku. Ba! Były chwile, kiedy sama miałam ochotę chwycić za pióro i coś podobnego napisać. Na szczęście na chęciach się skończyło ;). Rudan i Sajko wciąż nie doczekały się u mnie recenzji, ale być może dobrym pomysłem byłby dłuższy tekst o wszystkich trzech książkach. Spróbuję go przygotować.


Tegoroczne patronaty


W tym roku Literackie Skarby Świata Całego patronowały pięciu nowym czeskim tytułom:
  • Mainstream Miroslava Pecha (przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) – zapowiedź, recenzja i wywiad z autorem.
  • Guwernantka Vladimíra Macury (przeł. Michał Kunik i Olga Czernikow, wyd. Amaltea) – recenzja.
  • Jezioro Bianki Bellovej (przeł. Anna Radwan-Żbikowska, wyd. Afera) – recenzja i wywiad z autorką.
  • Zaklinacz deszczu Jiřiego Hájíčka (przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty) – zapowiedź, recenzja wkrótce!
  • Krzycz po cichu, braciszku Ivony Březinovej (przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła) – zapowiedź i recenzja.
Patronaty to dla mnie duża frajda, bo motywują mnie do szukania informacji o autorze i książce, do bardziej wnikliwego czytania, są często też okazją do wywiadu, który okazuje się miłym doświadczeniem nie tylko dla mnie, ale i autora – Biance Bellovej naprawdę podobały się pytania! Mam też pomysły na nowe formuły wpisów o patronatowych książkach i z chęcią je zrealizuję.

Plany

Żadnych konkretnych. Jak bez presji, to bez presji :).

niedziela, 23 grudnia 2018

Wesołych – bez udawania – Świąt!

„A teraz zbliżało się Boże Narodzenie i Biront szczerze nie znosił tego okresu (...); całej tej niepotrzebnej parady na mrozie i w rozdeptanym śniegu, tej udawanej, głupiej wesołości, tych wszystkich jabłek w cukrze, ciast, pieczonych kapłonów i tak wyschniętych gęsi, że wprost nie dało się ich ugryźć, i jeszcze tych szopek z wosku, ozdobionych mchem, sianem i papierowymi kwiatami, tego święcenia wszystkiego, co się da, w bożonarodzeniowy ranek (...). Nie znosił tego niekończącego się oczekiwania na odwieczny cud, który i tak nigdy nie nadchodzi i wszyscy – mimo całego zamieszania i wydatków – pozostają na kolejny rok tak samo żałośni i nieszczęśliwi jak do tej pory”.
Kristina Sabaliauskaitė, Silva Rerum, przeł. Izabela Korybut-Daszkiewicz, wyd. Znak, Kraków 2015.

***
W tym roku życzę Wam, żeby mimo wszystkich smutków i zwątpienia Święta nie były jednak paradą udawanej wesołości, ale czymś więcej. Żeby dostarczyły prawdziwych powodów do uśmiechu. Do łez ewentualnie też, ale tylko tych wzruszenia. Wesołych Świąt! 

Fot. Couleur / pixabay.com

czwartek, 20 grudnia 2018

Metro, duchy i traumy – relacja ze spotkania „Berlin pisarzy” (10.12.2018)

Od lewej: prowadząca Karolina Ćwiek-Rogalska, Brygida Helbig, Jaroslav Rudiš i tłumacz Maciej Mętrak.
Co łączy bohaterów powieści Jaroslava Rudiša i Brygidy Helbig? Dlaczego Rudiš woli komunikację publiczną od samochodu, metro jest metaforą życia, a czeski Liberec – metaforą całych Czech? O tym między innymi mowa była na zeszłotygodniowym spotkaniu w Warszawie z udziałem polskiej pisarki i czeskiego pisarza mieszkających w Niemczech.

Na pierwsze pytanie odpowiem od razu – jak wytropiła prowadząca spotkanie dr Karolina Ćwiek-Rogalska – bohaterowie powieści obydwu zaproszonych gości słuchają NRD-owskiego rocka :). Za to samych pisarzy łączą również w pewnym stopniu doświadczenia, umiejscowienie akcji swoich powieści na pograniczu oraz… osobliwa fascynacja metrem. Zaproszenie ich na wspólną dyskusję okazało się więc bardzo uzasadnione!

Obydwoje przyznali, że po przyjeździe do Berlina byli przytłoczeni tym ogromnym miastem. Według Rudiša jednak przy całym swoim ogromie było fascynujące, jak wszystkie kulturowe tygle. Szczególnie dużo uwagi goście poświęci berlińskiemu metru, i w ogóle samemu zjawisku metra – symbolowi podświadomości, „metaforze życia”, jak je nazwała Helbig, „czymś w centrum, a zarazem na obrzeżach”, jak je określiła prowadząca, temu zamkniętemu światu, w którym można spędzić cały dzień, jak stwierdził Rudiš. I przyznał, że zdarzyło mu się właśnie w taki sposób zbierać materiały do swoich książek – jeżdżąc metrem i przysłuchując się rozmowom.

Rudiš zresztą dał się poznać na spotkaniu jako wielki miłości komunikacji miejskiej (co zresztą widać w jego utworach, jak choćby w Aloisie Neblu czy w Ciszy w Pradze). Z sentymentem wspominał także pewną noc, kiedy zapomniał kluczy do mieszkania i aż do rana jeździł nocnymi tramwajami w towarzystwie trzech bezdomnych. Jego zdaniem podróżowanie w ten sposób przynosi dużo więcej wrażeń i jest dużo bardziej inspirujące niż nudne przemieszczanie się samochodem. Brygida Helbig nawiązała do tego stwierdzenia, wspominając z kolei swoje podróże pociągiem z Berlina do Szczecina, gdzie spotykała panie pracujące jako pomoc domowa w Niemczech, i od których słyszała zawsze mnóstwo niezwykłych historii. Ze smutkiem też zauważyła, że na podobne atrakcje nie mogła liczyć w pociągu relacji Berlin-Warszawa, wypełnionym zwykle pasażerami ukrytymi za swoimi laptopami. Historię zakończyła wnioskiem, że ludzie „z nizin” są dużo bardziej otwarci niż ci wykształceni i zamożni.
Aktorka Maria Maj czyta fragmenty książek gości spotkania.
Przy okazji metra i podświadomości pojawił się również wątek duchów i traum. Rudiš wspominał rozmowę w žižkovskiej knajpie „U Vystřelenýho oka” z pewnym maszynistą, który zwierzył mu się, że do dziś widzi oczy samobójców, którzy rzucali się pod jego pociąg. Oprócz traum osobistych mowa była jednak również o traumach historycznych, o śladach wojennych kul, jakie jeszcze dziesięć lat temu można było znaleźć na prowincjonalnych stacjach, i o wypieraniu niewygodnej historii, co jest poważnym problemem Czechów.

Czuć to oczywiście szczególnie na pograniczu, które w twórczości obydwu zaproszonych gości, także ze względu na ich życie „pomiędzy” dwoma krajami, zajmuje wyjątkowe miejsce (i to zarówno w ujęciu geograficznym, tożsamościowym, jak i językowym – Rudiš oznajmił, że na wiosnę wyjdzie pierwsza jego książka napisana po niemiecku). Jako przykład czeski pisarz podał Liberec, sportretowany przez niego w Grandhotelu; we wspomnianej książce po niemiecku autor wraca do tego pogranicznego miasta, szczególną uwagę poświęcając tamtejszemu krematorium, które ma długą, fascynującą i na wiele sposobów symboliczną historię. Według Rudiša równeż ciasny, położony w kotlinie pośród gór Liberec jest trochę metaforą całych Czech.

W geografii zresztą pisarz dopatruje się genezy wielu narodowych cech. Jego zdaniem to dzięki dostępowi do morza tak łatwo jest nam ruszyć w świat i „wszędzie nas pełno”, podczas gdy przeciętny Czech nigdy nigdzie nie był i nie czuje takiej potrzeby, bo przecież nigdzie nie jest tak pięknie jak w domu i nigdzie na świecie nie ma lepszego piwa :).

Wracając jeszcze na chwilę do pogranicza, a także do wypierania trudnej historii – prowadząca i jej goście zwrócili uwagę na dysproporcje w pisaniu o ziemiach odzyskanych w Polsce i w Czechach. W Czechach jest to temat często poruszany, „modny”, ale przede wszystkim ważny, jak zauważył Rudiš, bo odcinając się od niemieckich kart swojej historii, Czesi odcinają się zarazem od swoich korzeni. W literaturze polskiej natomiast temat polsko-niemieckiego pogranicza nie pojawia się zbyt często; miał swój czas, jak zauważyła Helbig, przywołując nazwiska Chwina, Iwasiów i Tokarczuk, jednak w ostatnim czasie zniknął, co pisarka uzasadnia silną centralizacją produkcji literackiej w Polsce. Popularne są co prawda książki Stasiuka o pograniczu wschodnim, tu jednak, jak ostatecznie stwierdzono, w grę wchodzi wielki mit kresów.

W czasie na pytania publiczności z ciekawości pociągnęłam temat książki Rudiša napisanej po niemiecku – czy to znaczy, że zamierza na dobre porzucić czeski? Autor odparł jednak, że nie, że chciałby tworzyć w obydwu językach, a tę właśnie historię, zainspirowaną postacią jego niemieckiego znajomego, od początku „wymyślił” po niemiecku, i choć próbował pisać ją w ojczystym języku, po prostu nie potrafił. Dodał, że nie wie jeszcze, w jaki sposób powstanie czeskie wydanie tej książki, ale prawdopodobnie nie będzie próbował sam stworzyć czeskiej wersji – zbyt silna byłaby bowiem pokusa zmian i poprawiania – i odda raczej powieść w ręce czeskiej tłumaczki. Jak widać więc, tworzenie na pograniczu dwóch światów skutkuje czasem nieoczekiwanymi – także językowymi – komplikacjami :).
A tu już ja, nieomalże miłość wyznająca. Moment uchwyciła Asia z bloga Jeden akapit :).
Spotkanie „Berlin pisarzy” w ramach polsko-czeskich dni kultury odbyło się 10 grudnia w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie.

piątek, 14 grudnia 2018

Przełomowe opowieści nie powstają przy wegańskim toście. Wywiad z Bianką Bellovą

Fot. Marta Režová
Choć Bianca Bellová wywiadów udziela niechętnie, zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań. Postanowiłam odejść od wątków, które zwykle poruszają jej rozmówcy, i nie pytać o inspirację dla napisania Jeziora, o bułgarskie korzenie i brytyjskiego męża, a skupić się na tym, po jakie książki sięga sama autorka. Z wywiadu dowiecie się więc, co sądzi o Bukowskim, Kerouacu i czeskich klasykach, ale też dlaczego jej zdaniem pisarz jest jak indiański tropiciel i których sławnych ludzi widziałaby chętnie u siebie na proszonej kolacji.

Czy jako dziecko czytała pani baśnie braci Grimm? Pytam, bo w polskich recenzjach pojawiło się kilka razy stwierdzenie, że Jezioro to coś w rodzaju okrutnej baśni.

Ciekawe spostrzeżenie, nie spotkałam się z nim wcześniej. Ale trafne, Jezioro to rzeczywiście trochę bajkowa historia. Nie jestem pewna, czy czytałam akurat braci Grimm, ale większość bajek i baśni w naszej części świata czerpie z ich twórczości. Dużo w nich okrucieństwa i krwi. Bo czym właściwie są baśnie? To mity, za pośrednictwem których kultura przekazuje i pielęgnuje nakazy moralne lub zasady mające nas chronić. Otworzysz obcemu drzwi, gdy rodziców nie będzie w domu? Porwie cię wilk albo złe duszki. Okażesz szacunek staremu człowiekowi? Nagrodzi cię magicznym zaklęciem albo przedmiotem. Nie okażesz? Przytrafi ci się coś złego. Jeśli więc ktoś chce widzieć w moim Jeziorze baśń, oczywiście może. To tylko współczesne bajki są pełne radości, pięknych księżniczek i happy endów. A czytała pani może baśnie bałkańskie? Albo rosyjskie byliny? Bajki japońskie? Tyle tam okrucieństwa, że po lekturze można wylądować u psychoterapeuty.

Przejdę teraz do trochę innej literatury (ale tylko trochę innej). Jako wielka fanka Bukowskiego nie mogłabym o to nie spytać: jak zaczęła się u pani przygoda z jego twórczością? Od wierszy czy od prozy? Czym panią tak urzekł?

Zdradzić pani ciekawostkę? Czeski tłumacz Bukowskiego, Bob Hýsek, twierdzi, że „Charles Bukowski to stary ostrawski chachar”, że urodził się we wsi Pazderna w regionie Frýdka-Místka, czyli na pograniczu czesko-polskim. :)

Z twórczością Bukowskiego zetknęłam się dość późno, jakoś w 1990. Koleżanka z redakcji czasopisma studenckiego, w którym również działałam, była wcześniej w Stanach i po powrocie przełożyła kilka jego wierszy. Wcześniej w ogóle o nim nie słyszałam. Właściwie nie wiem, czy to kwestia mojej ignorancji, czy po prostu nie był u nas wcześniej publikowany.

Jeśli chodzi o jego twórczość, nie rozgraniczam za bardzo poezji i prozy, jego wiersze to w zasadzie bardzo skoncentrowana proza, takie mikroopowiadania pisane wierszem wolnym. Według mnie jest kilka rzeczy, które wyróżniają Hanka i sprawiają, że jest pisarzem wyjątkowym: z filmu, który bez przerwy przewija się nam przed oczami, i który nazywa się życie, jest w stanie wychwycić to, co najistotniejsze, odrzucić zbędny balast i odkryć fundamenty, nawet jeśli są nimi ledwie cztery zdania. Nie znam autora, który z podobną przenikliwością opisywałby rzeczy, związki międzyludzkie czy środowiska, i odkrywał dokładnie to, co jest w nich najważniejsze. Jednocześnie jest w tym wszystkim bardzo autentyczny, ma do siebie dystans, gardzi wszystkim, co powierzchowne i nadęte. Nie sądzę jednak, by zawdzięczał to tylko wyjątkowemu talentowi, to efekt tego, przez co w życiu przeszedł, a w kontekście pisania takie doświadczenia są bezcenne. Przełomowe opowieści nie mogą powstawać w wygodnym wnętrzu hipsterskiej kawiarni, przy wegańskim toście.

Na marginesie – polecam nagrania, na których Bukowski czyta własną poezję. Niespecjalnie za tym przepadał, jeździł na podobne spotkania właściwie tylko ze względu na honoraria. Przez ostatnie czternaście lat swojego życia, kiedy zdążył co nieco zarobić i odłożyć, nie czytał już wcale. Każde jego wystąpienie miało jednak w sobie coś z występu artystycznego – przychodził, czytał kilka wierszy, a w międzyczasie wypijał ogromne ilości wina, wypalał mnóstwo papierosów, bez przerwy obrażał publiczność i rzucał dowcipy, które najbardziej bawiły jego samego. I ci zdezorientowani i zachwyceni zarazem widzowie, którzy na wszelki wypadek nerwowo śmieją się ze wszystkiego.

W jednym z wywiadów powiedziała pani też, że jednym z autorów życia był dla pani Jack Kerouac. Czy literatura amerykańska jest dla pani szczególnie ważna, sięga pani po nią chętniej niż po inne? Dodam od siebie, że świat odmalowany w Jeziorze przypominał mi też powieści Cormaca McCarthy’ego.

Ale On the road to chyba książka ważna dla każdego, prawda? Nie sądzę, żebym wolała literaturę konkretnego kraju od innych, tę anglo-amerykańską po prostu najlepiej znam. Wystarczy spojrzeć na mapę Stanów Zjednoczonych, żeby zrozumieć, że geografia w dużym stopniu determinuje charakter americanów – czy chodzi o film, muzykę czy literaturę. W tym kraju po prostu nie da się nie podróżować, a droga jest zawsze długa i pełna przygód. W Europie Środkowej nie mamy do czynienia z tak wielkimi odległościami, a ludzie niezrównoważeni psychicznie zwykle siedzą zamknięci w szpitalach. Naturalne więc, że Ameryka może nas fascynować.

Gdzieś wyczytałam, że zaczęła pani pisać, bo czytała pani opowiadania publikowane w gazetach i wydawały się pani głupie. To też zresztą trochę brzmi jak przypadek Bukowskiego :). Czy ta motywacja do pisania towarzyszy pani do dziś? Czy zależy pani, żeby tworzyć coś „innego”, bardziej oryginalnego? Moim zdaniem Jezioro jest taką książką – niepodobną do niczego, co powstaje dziś w czeskiej literaturze.

To nie do końca było tak, raczej nie odważyłabym się oceniać w ten sposób wszystkiego, co dziś powstaje. Mówiłam wtedy o konkretnym czeskim dzienniku, w którym pewnego lata cyklicznie ukazywały się opowiadania pisane przez kobiety, ale naprawdę marnej jakości. To mnie skłoniło, żeby usiąść, napisać własne opowiadanie i wysłać je do redakcji. Co prawda nigdy go nie wydrukowali, ale był to przysłowiowy pierwszy kroczek na drodze do bycia publikowaną autorką. Nigdy nie miałam poczucia, że muszę pisać, bo potrafię to robić lepiej niż inni (a gdybym nawet miała, nigdy bym się do tego na głos nie przyznała ;) ).

Do pisania motywuje mnie raczej przekonanie, że nie powinno się marnować talentów od Boga. Że za takie zaniedbania powinno się dostawać w pysk na łożu śmierci. Nie chodzi o sukcesy i popularność, ale o przekraczanie granic własnego lenistwa i mierzenie się z inspiracjami najlepiej jak potrafimy. Jeśli do tego znajdzie się jakiś czytelnik, słuchacz, widz, który doceni nasze działania – dostajemy miły bonus.

Myślę jednak, że motywacją do tworzenia raczej nie są inni ludzie – ani inni autorzy, ani recenzenci, nawet czytelnicy. Twórca jest czymś na kształt indiańskiego tropiciela, który samotnie idzie po śladach, i tylko on ostatecznie odkryje, czy dokądś prowadzą, czy przez cały czas szedł za umierającym zwierzęciem. W pierwszym przypadku może potem pokazać ścieżkę reszcie swojego plemienia – ale nigdy nie ma pewności, że ktoś go za to pochwali. Nie potrafię ocenić, czy rzeczywiście piszę inaczej, niż inni, piszę po prostu tak, jak umiem.

Niektórzy polscy recenzenci dostrzegają w pani książce hołd dla Oty Pavla, Bohumila Hrabala i Josefa Škvoreckiego. Jaki ma pani stosunek do tych klasyków? Czy zgadza się pani, że młodzi czescy pisarze powinni „wygrzebać się z Hrabala”, jak powiedział kiedyś Marek Šindelka? :)

Nie wiem, nie czytałam tych recenzji, Hrabala lubię, dwóch pozostałych również, choć nie są już tak charakterystyczni. Na pewno jednak nie uważam, że tworzący dziś czescy autorzy ugrzęźli w jakimś hrabalizmie. Problem raczej w tym, że wszędzie za granicą literatura czeska jest kojarzona wyłącznie z Hrabalem i Kunderą, czasem pada też nazwisko Hašek. Rozumiem, że recenzenci potrzebują porównań, ale to akurat nie wydaje mi się do końca trafne.

Na koniec jeszcze pytanie-bonus. Jako patron medialny pani książki zorganizowałam konkurs, którego uczestnicy musieli wymyślić pytanie, jakie chcieliby pani zadać. Wygrało m.in. to: Gdyby urządzała pani proszoną kolację i mogła zaprosić cztery sławne osoby – obojętnie, żyjące czy nie – które miały wpływ na pani postrzeganie świata, karierę oraz życie, kogo by pani zaprosiła?

To świetne pytanie, dziękuję.

Właściwie zastanawiałam się nad czymś podobnym już wcześniej – lubię gotować i lubię rozmowy w kameralnym gronie, więc często zapraszam przyjaciół na kolację. Raz zaprosiłam Dylana Morana, kiedy był na występach w Pradze, obiecywałam mu, że przygotuję pieczonego kurczaka nadziewanego tortem, według jego przepisu, ale ten łotr nawet nie odpowiedział na moje zaproszenie.

Dalej: oczywiście Charlesa Bukowskiego, choć trochę bym się stresowała, że odleje mi się do doniczki. Davida Bowiego, Woody’ego Allena, Tildę Swinton, Johna Hurta – ale to już jest szóstka. W każdym razie byłoby to piękne i dosyć neurotyczne towarzystwo.

Rzeczywiście, byłaby to na pewno niezapomniana kolacja :). Dziękuję za rozmowę!

Tłumaczenie: Anna Maślanka. Za redakcję bardzo dziękuję Julii Różewicz!

Zachęcam też do lektury recenzji Jeziora.

środa, 12 grudnia 2018

Uczucia pod pokrywką – „Krzycz po cichu, braciszku”, Ivona Březinová [patronat]

„Przynajmniej krzycz po cichu, braciszku. Proszę. Jeśli musisz, to krzycz, ale po cichu, dobrze?” (s. 183)

Nie ukrywam – o autyzmie nie wiedziałam do tej pory praktycznie nic. Zdawałam sobie sprawę, że życie z autystycznym dzieckiem nie jest łatwe, jednak książka Ivony Březinovej bardzo brutalnie uświadomiła mi, jak ono naprawdę wygląda.

Chodzenie na palcach wokół niego. Nie dosłownie, w przenośni. Żeby tylko nie zdenerwować, żeby tylko nie zrobić czegoś nie tak, nie wybić z rutyny codziennych czynności i zdarzeń. Wszystko może oznaczać katastrofę. Brak rodzynek w kołaczu, kotlet na obiad niewystarczająco okrągły, samochody na parkingu ustawione inaczej niż zwykle. Albo po prostu ktoś próbujący mu zabrać jego pokrywkę.

Co się wtedy dzieje? Przychodzi szał, który trwa czasem całą noc. Wrzask, rzucanie przedmiotami, okaleczanie siebie i innych. Chłopiec z autyzmem nie czuje bólu, bez mrugnięcia okiem wbija sobie ostry odłamek zbitego kubka pod pachę, rzuca się na ściany, walki głową w szczebelki łóżeczka. Tylko że malucha można jeszcze poskromić, ale 14-letniego, silnego chłopca? Przychodzi moment, że staje się zagrożeniem.

A równocześnie jest ta straszna świadomość – przecież on tam gdzieś jest, w środku, ukochany synek, brat. „Pod pokrywką”. Zamknięty jak w klatce, jak pod wpływem złego zaklęcia. Zaklęcie nie pozwala mu widzieć i czuć tak jak inni, nie pozwala mu współczuć, ale przecież, na jakimś głębszym poziomie, chyba czuje, że jest kochany, że komuś na nim zależy – i to właśnie starają się dać Remikowi, autystycznemu bohaterowi Krzycz po cichu, braciszku, jego mama i siostra.

Jak wiele je to kosztuje – wiedzą tylko one. Bo sąsiedzi myślą, że jest po prostu niewychowany, i nasyłają policję. Bo ludzie na ulicy śmieją się i wołają na niego „debil z pokrywką”. Bo nawet babcia, emerytowana nauczycielka, nie potrafi zrozumieć, że tu żadne reprymendy ani lanie nie pomogą. I wreszcie – bo mąż i tata „takiego syna nie chciał”, więc odszedł. Zostały więc we dwie, uzbrojone tylko w swoją rozpaczliwą miłość, miłość, która w strasznych, kryzysowych momentach, zdaje się mimo wszystko nie wystarczać.

Na szczęście są też wyjątki. Pan, który na prośbę Pameli przestawia samochód, żeby nie zaburzać porządku, do którego przywykł Remik. I mówi: „Może kiedyś dla mnie też ktoś przestawi auto. Oczywiście nie dosłownie”. Koleżanka z klasy, która najpierw chciała Remika poderwać, ale gdy zrozumiała, że jest inny, wykazała zaskakująco dużo empatii. I jest jeszcze Patryk, chłopak z klasy z zespołem Aspergera, który nieoczekiwanie okazuje się dla Pameli ucieczką od codziennych problemów. On też codziennie toczy nierówny bój z rzeczywistością, nie rozumie ironii ani sarkazmu, nie wie, co wyrażają twarze ludzi wokół niego – ale tak bardzo się stara.
„Autyści często bywają samotnikami. Ale nie dlatego, że unikają ludzi. Raczej dlatego, że nie potrafią się z nimi porozumiewać. Mimika, gesty, ironia i dowcipy… to wszystko jest dla nich jak sygnały od cywilizacji pozaziemskiej. Nie umieją ich rozszyfrować, a to wywołuje w nich lęk i stres” (s. 97).
Przymykam oko na lekko schematyczne postaci i na pewne nieścisłości, na to, że siostra autystycznego brata nie pojęła od razu, że jej kolega z klasy zachowuje się tak dziwnie, bo też ma lekkie spektrum autyzmu. Przymykam, bo to ważna książka, dzięki której – jeśli wasza wiedza była wcześniej tak samo skąpa jak moja – nigdy nie spojrzycie już na autystyczne dzieci tak jak przedtem. Za to zrozumiecie, jak wielki jest dramat ich i ich rodzin.

***
Cytaty: I. Březinová, Krzycz po cichu, braciszku, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2018.

Zachęcam też do lektury zapowiedzi Krzycz po cichu, braciszku, w której piszę więcej o samej autorce oraz o historii powstania książki.