środa, 7 grudnia 2016

Podsłuchana książka – „Zostańcie z nami”, Marek Šindelka

Każdego dnia słyszymy setki rozmów. Słowa płyną do nas z ust innych ludzi, z telewizora, z internetu. Rzadko jednak zdarza nam się zatrzymać na chwilę, by zastanowić się nad tym, co dociera do naszych uszu. Marek Šindelka robi to za nas. Podsłuchuje, podłapuje, przetwarza. I pięknie przepisuje na język literatury.

Oczywiście najbardziej spektakularnym przykładem takiego działania jest tytułowe opowiadanie tego uhonorowanego nagrodą Magnesia Litera zbioru, Zostańcie z nami. Jego narrator, prezenter telewizyjny, karierowicz, sam o sobie mówi: „Nic specjalnego… Przeciętny młody mężczyzna po trzydziestce… Mam trzydzieści cztery lata. Przystojny, inteligentny, wypalony egomaniak… Gadająca głowa” (s. 61).

Śledząc opowieść tej głowy szybko odkrywamy, że słowa, którymi bohater zawodowo posługuje się z taką biegłością, stały się jego chorobą. Czuje się zamknięty w klatce banałów, frazesów, które otaczają go w pracy i w życiu prywatnym. Obserwujemy go w różnych sytuacjach – na eleganckim przyjęciu, w domku letniskowym znajomego, na wiejskiej potańcówce, sam na sam z żoną lub w towarzystwie przyjaciół. We wszystkich tych okolicznościach słowa, nieszczere, miałkie, stają się murem między nim a otoczeniem. Zamiast łączyć – dzielą. Prawdziwe porozumienie możliwe jest tylko w momentach milczenia: „Tańczę, tańczymy, to nasz ratunek. Chociaż przez minutę możemy milczeć, kochana moja” (s. 59).

To, co mówi bohater, zdaje się jak gdyby niezależne od niego, jakby nasze słowa bezpowrotnie oddzieliły się od myśli, nie służyły już wyrażaniu naszych uczuć. „Sam siebie za bardzo nie słucham” (s. 64) – przyznaje w pewnym momencie. Niektóre rzeczy wychodzące z jego ust zaskakują jego samego, tak bardzo sprzeczne są z tym, co czuje, są jednak automatycznie zakodowane dla pewnych sytuacji („Będzie nam bardzo miło” – oto najlepszy przykład; my też to znamy, prawda?). I chyba dlatego właśnie tak porusza go obraz wrony, którą bezdomni nauczyli mówić różne świństwa. Bo sam jest jak ta wrona – tylko z innym zbiorem wyuczonych frazesów.

Samotność we dwoje

Ten świat słów bez znaczenia to również świat, w którym nie istnieje miłość i wzajemne przywiązanie. Jest tylko seks, przyzwyczajenie, rutyna życia w parze. „Miłość? Nie. Samotność we dwoje” (s. 71). Dwoje ludzi, mimo że żyje ze sobą od kilku dobrych lat, tak naprawdę zupełnie się nie zna, nie dociera do głębi swoich uczuć, widzi w drugiej osobie tylko odbicie siebie. Narrator czyta bezsłowne komunikaty Andrei: „Nie zgubiłam się, ty naiwny durniu, nigdy mnie nie miałeś. Nic nie masz, tylko martwą, prześwitującą skórę, którą zrzucam z każdą minutą, każdą sekundą. Nawet tego nie masz. Masz tylko wyobrażenia o moim naskórku, masz tylko samego siebie” (s. 72).

Ironicznie i przewrotnie brzmią w tym kontekście przywołane przez niego słowa Havla o „prawdzie i miłości, które zwyciężyły nad kłamstwem i nienawiścią” (s. 73). Bo przecież kłamstwo wciąż jest, trochę zmieniło oblicze, nie jest już tak opresyjne, ale może nawet bardziej podstępne, bo towarzyszy nam wszędzie, wkrada się także między nas a naszych najbliższych. Media, ze swoim słowotokiem, dają nam przykład, który nieświadomie przejmujemy. „Zostańcie z nami” to także pusty frazes – wypowiadany w radiu lub telewizji, by jak najdłużej zatrzymać słuchaczy, jak najdłużej zamknąć ich w klatce słów.

Gry towarzyskie

Słowa grają pierwsze skrzypce także w innych opowiadaniach ze zbioru Šindelki. Gry towarzyskie są właściwie zapisem rozmowy pewnej pary, która spędza weekend za miastem. To krótki tekst, ale bardzo prawdziwy – pojawiają się w nim wzajemne napięcia, drobne żale, przekomarzania… Wielu czytelników pewnie odnajdzie tu fragmenty do złudzenia przypominające własne rozmowy z partnerem czy partnerką (ja znalazłam).

W otwierającym zbiór utworze, zatytułowanym Imię, słowa stają się więzieniem, ale w innym znaczeniu, niż w Zostańcie z nami – tutaj doskwiera ich brak. Ujął mnie ten dramat człowieka, który, zamknięty w kloszu demencji, dostrzegający tylko szczegóły własnego mikroświata, głuchy na to, co dzieje się na zewnątrz, ze wszystkich sił stara się przypomnieć sobie imię kobiety, którą kochał i z którą spędził życie.

Marek Šindelka
Przywłaszczone tożsamości

Z kolei w opowiadaniach Lustro i Polaroid słowa służą kreowaniu rzeczywistości. Obydwa te utwory na różne sposoby poruszają też kwestię tożsamości. Bohater pierwszego z nich pod wpływem gry podjętej przez pewną dziewczynę staje się (a może zawsze nim był?) mężczyzną, z którym ma przeprowadzić wywiad. Postać z drugiego opowiadania lubi natomiast zakładać maski, bez większego wstydu czy skrępowania przywłaszcza sobie cudze tożsamości. W Polaroidzie pobrzmiewa ponadto jeszcze jeden ważny motyw – powtarzalności. W pewnym momencie zauważamy, że pewne sformułowania czy opisy powracają, a bohater, w swojej wiecznej podróży, zdaje się odtwarzać w kółko tę samą historię, zmienia się tylko jego maska, partnerka i sceneria.

Motyw powtarzania się i powrotu zaznacza się jednak najwyraźniej w Powrocie – opowiadaniu-pętli o pewnym mężczyźnie, który pewnego ranka budzi się w hotelu, nie pamiętając nic z poprzedniego wieczoru. Okazuje się, że hotel jest pusty i zamknięty na głucho… Mroczny nastrój i tajemnica, sytuacja uwięzienia, gra autora z bohaterem i czytelnikiem – ten utwór Šindelki mocno mi pachnie Dušanem Mitaną.

Słowa, która mają znaczenie

Czeski pisarz przywiązuje dużą wagę do słów nie tylko jako do tematu swoich opowiadań, ale i jako literackiego tworzywa. Pisze sugestywnie i obrazowo („pulsujący krzew krwi”, pieśń ludowa, która „zwala się ze sceny jak wór kartofli”), beznamiętne, sprawozdawcze relacje przeplata lirycznymi opisami, w których ujawniają się jego literackie korzenie – w końcu debiutował jako poeta. U Šindelki nie ma słów miałkich, banalnych, bez znaczenia. Literatura, TAKA literatura – oto nasz ratunek.


***
M. Šindelka, Zostańcie z nami, tłum. Anna Wanik, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za tę lekcję słuchania i myślenia, za próbkę mocnej czeskiej prozy, która każe zastanowić się nad sobą i zwiększa samoświadomość, i szczególnie za jedno piękne zdanie, które mnie prześladuje, dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] okładka czeskiego wydania książki, wyd. Odeon / www.odeon-knihy.cz,
[3] fotografia autora ze strony wydawnictwa Afera / www.wydawnictwoafera.pl,
[4] okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa Afera.
  

niedziela, 4 grudnia 2016

Girl power w wiktoriańskim Londynie
– „Szkarłatny płatek i biały”, Michel Faber

Charles Dickens nie pisał o prostytutkach. Świat kobiet upadłych, 80-tysięczne miasteczko w XIX-wiecznym Londynie, z oczywistych względów nie istniał na kartach powieści wiktoriańskich pisarzy. Michel Faber wypełnia tę lukę, tworząc zarazem coś w rodzaju pięknego manifestu kobiecości – Szkarłatny płatek i biały to historia dziewczyny lekkich obyczajów, która dzięki ambicji, inteligencji i wewnętrznej sile wybija się ponad londyńską nędzę.

Zadanie, które postawił przed sobą autor, było jednak trudne. Bo nie dość, że opisuje świat XIX-wieczny, to jeszcze z perspektywy kobiecej. I to nie jednej bohaterki, a wielu. Czy mu się to powiodło? Trochę tak... trochę nie.

Zacznijmy od świata...

Tutaj jest doskonale. Spacer po ciasnych uliczkach Londynu, odgłosy, zapachy, widok sklepowych witryn, uliczny gwar, wszystkie te cudowne szczegóły sprawiają, że od pierwszej chwili czytelnik czuje się jak w powieści Dickensa. Z czasem, czy to za sprawą przeniesienia akcji na przedmieścia, czy to z powodu zaabsorbowania autora zawiłościami fabularnymi – których w końcówce jest zdecydowanie zbyt wiele – ten starannie zbudowany klimat słabnie, nad czym bardzo ubolewam. Pierwsze oczarowanie jednak pozostaje.

Kobiety. Jest ich tu wiele, i reprezentują bardzo różne postawy. Prostytutki i kobiety cnotliwe, anielice i diablice, takie, które widziały wszystko i takie, które pozostają naiwne jak dzieci. Każda z nich to postać cudownie złożona, „te złe” nigdy nie są do końca złe, a „te dobre” – nigdy nie są do końca dobre.

Cudowna jest pani Fox, ze swoją dobroczynnością na pierwszy rzut oka przypominająca karykaturalną postać Dickensa, pod tą fasadą jednak – niezłomna, wspaniałomyślna, do bólu szczera, a przez to nieco ekscentryczna. Mimo ciosów, jakie na nią spadają, mimo zmęczenia i przykrości wdowiego życia nie poddaje się i nie popada w zwątpienie. A jej urocze bluźnierstwa, którymi tak szokuje poczciwego Henry’ego? Moja idolka!

Agnes wywołuje mieszankę irytacji i współczucia. Porcelanowa lalka, której nikt nie przygotował do prawdziwego życia, której nikt nie nauczył miłości, która żoną i matką została, sama będąc jeszcze dzieckiem. Choć taka się wydaje płytka ze swoimi sukniami i pragnieniem olśnienia salonów, choć tak szokuje jej brak zainteresowania dla spragnionej czułości córki, trudno nie dostrzec w niej postaci tragicznej i nie wybaczyć jej, wiedząc o jej obłędzie i o guzie pulsującym w ślicznej blond główce. To również świetnie skonstruowana, wywołująca różne emocje postać.

A Sugar?

Romola Garai jako Sugar w serialu BBC z 2011 r.
No właśnie, Sugar… Jest z jednej strony najmocniejszą, a z drugiej – najsłabszą stroną tej powieści. Niełatwo ją ocenić, ale to jest akurat dobre. Poznajemy ją, gdy po godzinach zabawiania klientów – a robi to pierwszorzędnie, słynie z tego, że w łóżku zrobi wszystko – pisze krwawą powieść, w której wyładowuje swą nienawiść do mężczyzn. Ma jednak prawo nienawidzić – znamy smutną historię jej życia...

Jest interesowna, skłonna do oszustw i intryg, bez większych skrupułów wykrada pamiętniki Agnes – ale robi to wszystko, aby zakorzenić się w domu Rackhamów i pozostać z dala od swego dawnego świata, czego też nie można jej mieć za złe. I mimo wszystko czytelnik ją uwielbia – za jej ambicję, za jej intelekt, za współczucie, szczerość i troskę o Sophie, za to, że jako jedyna rozumiała, czego naprawdę potrzebuje to pozbawione czułości dziecko, bo w końcu sama niewiele ciepła ze strony swej matki zaznała. Jest autentyczna, wielkoduszna i żywa, w przeciwieństwie do przedstawionych w powieści arystokratów i dorobkiewiczów, odgrywających swoją smutną szopkę.

Ale jest też niekonsekwentna. [Uwaga, spoiler!] Współczuje Agnes, gdy William zamierza zamknąć ją w przytułku dla obłąkanych, ale jej późniejsze losy nie wydają się specjalnie jej obchodzić. Choć wiąże z dzieckiem duże nadzieje, rzuca się ze schodów z nadzieją poronienia. [Koniec spoilera]. Jej działania są nieracjonalne, i mimo że patrzymy na świat z jej perspektywy, nie wiemy, co tak naprawdę myśli i czuje. Czy to wada, czy zaleta tej narracji? Obstawiam, że jednak to pierwsze.

Dziewczyny górą!

Są tu też mężczyźni, choć zdecydowanie w cieniu. Ten najważniejszy, William, przechodzi swoistą metamorfozę i coraz bardziej odrzuca od siebie czytelnika. Choć w pierwszych scenach budzi raczej wstręt, krążąc po Londynie w poszukiwaniu dziwki, która spełni jego wyszukane żądania, na kolejnych stronach jawi się w nieco lepszym świetle – dba o Sugar, liczy się z jej zdaniem, i wierzy się mu nawet, gdy mówi, że ją kocha.

[W dalszej części możliwe lekkie spoilery…] Kiedy jednak przestaje doceniać swoją nieocenioną doradczynię i partnerkę, kiedy zaczyna znów traktować ją jak dziewczynę z półświatka, a swoje zainteresowanie kieruje ku obrzydliwie przymilnej lady Bridgelow, gwałtownie traci punkty. Można go już teraz potraktować w sposób należny wszystkim nieczułym samcom, przez których Sugar i tysiące innych dziewcząt trafiło na ulice – na końcu nawet kot Henry’ego wypina się na niego swoim futrzastym zadkiem.

Chris O'Dowd jako Rackham i Liz White jako Caroline.
Piękne jest to zakończenie. Po kilkuset stronach dziwacznych fabularnych perypetii, które zmęczyły mnie na tyle, że z lekką ulgą zmierzałam do końca tej lektury, przywróciło mi ono zachwyt, z pewnością należny powieści Fabera. Jest w tej końcówce Szkarłatnego płatka cały ten triumf kobiecej siły, pogoń za marzeniami, nowe, niezwykłe możliwości, podeptanie ciasnego świata, w którym kolejna surowa guwernantka uczy Sophie francuskiego, tańca i życia w niewoli.

Jest też pewien symboliczny powrót do początku. Między Rackhamem a Caroline, która mimo wszystko mu pomaga, powstaje więź, oparta na wdzięczności. Tworzy się piękna pętla, a wizerunek prostytutki, jaki kreśli w swojej powieści Faber, ostatecznie się ustala. Nie zdeprawowane, cyniczne, interesowne żmije – a wrażliwe kobiety, które o uczuciach wiedzą więcej niż „wyższe sfery”, a mimo to przez mężczyzn pozbawione zostały godności. [Koniec lekkich spoilerów :)].

A na koniec… cały ten seks

Oczywiście odgrywa tu ważną rolę. Ale cóż za brak językowej inwencji, panie Faber! W kółko tylko te „kutasy” i „cipy”… I ten cień zakłopotania, gdy mowa o miesiączce – „kobieca przypadłość”, myśli o niej Sugar. Czy przywykła do dosadnych określeń prostytutka tak by to nazwała? Wątpię… Wychodzi tu z pana mężczyzna, i w tym całym szokowaniu cielesnością, mimo odważnych, przyznaję, opisów, pobrzmiewa pewna nuta niepewności.

Mam więc trzy małe zastrzeżenia – niekonsekwencja postaci Sugar, fabularne udziwnienia i język seksu. Poza tym jednak lektura Szkarłatnego płatka i białego była dla mnie ogromną frajdą. Ponad 800 stron pełnokrwistej, iście dickensowskiej prozy, ze wszystkimi smakami i zapachami wiktoriańskiego Londynu – nie odmawiajcie sobie tej przyjemności!


***
M. Faber, Szkarłatny płatek i biały, tłum. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007.

A relację ze spotkania z Michelem Faberem w ramach Festiwalu Conrada, w której dzielę się swoim zachwytem osobą autora, możecie przeczytać tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2], [3] bbc.co.uk,
[4] okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa / wab.com.pl

czwartek, 1 grudnia 2016

Nabokoviada po raz trzeci: „Pani Bovary”, Gustave Flaubert

Edmund Tarbell, The Blue Veil, 1898. Niebieska woalka pojawia się w scenie, gdy Emma po raz pierwszy dopuszcza się cudzołóstwa.
Mistrza Nabokova zdążyłam już poznać na tyle dobrze, że w trakcie czytania książek z jego listy zastanawiam się, co o nich napisze. W przypadku wykładu o Pani Bovary czekałam na jedno zdanie: „Emma była złą czytelniczką”.

I oczywiście pojawiło się. Musiało się pojawić. W końcu madame Bovary jest ucieleśnieniem tego wszystkiego, co Nabokov w podejściu do literatury tak bardzo potępia, a jej los – mroczną przestrogą. „Tylko dzieciom można wybaczyć utożsamianie się z bohaterami książki” [1] – grzmi w tym wykładzie mistrz, i choć zawsze trochę buntowałam się przeciwko temu surowemu przykazaniu, po trzecim bolesnym spotkaniu z nieszczęsną cudzołożnicą zaczynam wierzyć w jego sens.

C’est moi
Emma i Karol przybywają do Yonville.
Alfred de Richemont, ilustracja do
wydania Pani Bovary z roku 1905
(Paryż, wyd. Ferroud).

Mimo wszystko zawsze jej współczułam. Im starsza jestem, tym bardziej. Bo im człowiek starszy, tym bardziej sobie uświadamia, że życie jednak fajne nie jest. Złudzenia pękają jedno po drugim, nic się nie układa tak, jak powinno, jest proza życia, praca na etat, nuda. Chciałoby się gdzieś wyrwać, przeżyć coś wspaniałego, w czymś się zatracić. I to się nie zmienia od setek lat, większość z nas jednak te pragnienia tłumi, chowa do kieszeni, wyciąga czasem późną nocą, gdy już wszyscy śpią, ale rano znów chowa i pokornie wchodzi w swoją rolę. Emma nie potrafiła. A od tego już tylko krok do życiowych potknięć, błędnych decyzji.

Pierwszy jej błąd to małżeństwo. Poruszenie, które odczuwała przy Karolu, pomyliła z miłością. I kiedy uczucie nie rozkwitło, a zamiast romantycznego dżentelmena jej oczom ukazał się pozbawiony ambicji, prostaczkowaty grubasek, zaczęła czuć do niego wstręt. Nabokov zresztą też nie zostawia na biednym Karolu suchej nitki: „Jest to nudny, ociężały, zapracowany jegomość, pozbawiony wszelkiego uroku, bez krzty inteligencji czy kultury (…). Jest filistrem, ale także żałosną figurą ludzką” [2]. Ratuje go tylko uczucie, jakim obdarzył Emmę – bo choć to postać nieznośnie bezbarwna, jako jedyna spośród bohaterów jest zdolna do prawdziwej miłości. Dla pani Bovary to nie ma znaczenia. I, prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że każdy mężczyzna, choćby sam wicehrabia Vaubyessard ze wszystkimi swoimi końmi (konie to motyw freudowski – uśmiecha się Nabokov), prędzej czy później by ją znudził, bo przecież nie ma ludzi bez wad, a życia nie da się zamienić w scenerię romansu. Stąd – kolejni kochankowie i kolejne pomyłki.

Flaubert preparuje Madame Bovary.
A. Lemot, La Parodie, 1869.
Emma trochę za bardzo uwierzyła, że jest lepsza od innych, że zasługuje na coś wielkiego, że jej światek jest dla niej zbyt ciasny. Wielu z nas z pewnością to przekonanie dzieli. I dzielił je też Flaubert, stąd jego „Madame Bovary, c’est moi”. Nie bez przyczyny Jan Parandowski we wstępie do mojego wydania książki pisze: „Była to jedna z tych prawd poufnych, które odprężona szczerość wyrywa pisarzowi wbrew jego woli”. I dalej: „Historia Emmy złożyła się z przygód jego własnej duszy. Krył się w tym czar osobliwy, że można było cały dręczący świat strącić na barki wątłe i urocze, pragnienia mężczyzny oddać sercu kobiety, wszystkie tęsknoty i marzenia, własną nudę, czczość, bezbronność wypłakać ustami pachnącymi od pocałunków, zrzucić starą, twardą skórę i wejść nerwami, niepokojem krwi w ciało młode i rozkoszne, i w tym nowym kształcie ożyć nareszcie wszystkim, co w nim samym było tkliwe, wrażliwe, zdeptane wstydem i przybraną szorstkością” [3]. Mimo więc, że jako autor pozostawał zdystansowany i niemal niewidoczny, snując historię Emmy – opowiadał trochę o sobie.

Od Pani Bovary do Ulissesa

Ale Nabokov o tym wszystkim nie pisze. Jak się można domyślić, to dla niego niezbyt interesujące. Z zachwytem za to, tradycyjnie, rozprawia o konstrukcji i stylu. Podkreśla, jak ważne były dla Flauberta. Cytuje fragmenty jego listów do Louise Colet, w których pisarz zwierzał się z wysiłków wkładanych w budowanie poszczególnych scen. Na przykład rozdziału o zjeździe rolnym, który powstawał kilka miesięcy, ale pod względem strukturalnym jest rzeczą zachwycającą – i ponoć zainspirował samego Joyce’a do napisania Ulissesa. O mrówczej pracy francuskiego mistrza Nabokov pisze z wyraźną sympatią: „Osiemdziesiąt do dziewięćdziesięciu stron rocznie – oto moja bratnia dusza!” [4].

Rouen w połowie XIX wieku. To między innymi tutaj
rozgrywał się dramat Emmy Bovary.
Zwraca uwagę na motyw warstw, który przewija się przez cały utwór (warstwy śmiesznej czapki Karola, która ma być symbolem całego jego późniejszego życia, warstwy tortu ślubnego bohaterów, i warstwy trumienne, w które „ubrana” została Emma po śmierci), na jeszcze silniej obecny motyw koni, a także na coś, co nazywa kontrapunktem – równoległe prowadzenie i przeplatanie toków myśli lub rozmów (co widać m.in. w scenie w oberży, po przyjeździe Emmy i Karola do Yonville, oraz, przede wszystkim, we wspomnianej scenie zjazdu rolnego) – oraz płynne przejścia strukturalne w obrębie rozdziałów. Oczywiście podaje liczne przykłady na te wszystkie pisarskie zabiegi, i jak zwykle wzbudza we mnie wstyd, że tak mało widzę i w tak niewielkim stopniu doceniam maestrię i trud autora.

Pod lupę bierze też realizm w Pani Bovary. Okrzyknięta pierwszą powieścią realistyczną, nie jest wolna od elementów, które budzą wątpliwości. No bo faktycznie – jak to możliwe, że Karol nigdy nie przebudził się w nocy i nie zorientował się, że żony nie ma przy nim? Jakim prawem tajemnica romansu Emmy z Rudolfem nie wyszła na jaw w prowincjonalnym miasteczku, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich? Jak naiwny musiał być woźnica fiakra z najbardziej szokującej i obrażającej moralność sceny tej powieści? :)

Gustave Flaubert, fotografia autorstwa
Gasparda-Félixa Tournachona (Nadara).
W poszukiwaniu tego jednego słowa

Wreszcie – styl, sposób opisu, czyli to, co na równi z przemyślnością konstrukcji budzi osławione dreszcze w kręgosłupie. I Flaubert rzeczywiście to potrafi. Opłaciło się ślęczenie tygodniami nad jedną sceną, opłaciły się wszystkie te męki twórcze – tutaj nie ma ani jednego zbędnego słowa, a opisy Flauberta są cudownie obrazowe i sugestywne. Światło słoneczne wciskające się przez szpary w okiennicach, szklanki z niedopitym jabłecznikiem, muchy – i już mamy doskonale odmalowaną atmosferę letniego dnia w wiejskiej posiadłości. Jak pisze Parandowski:
„Styl pojmował Flaubert jako wyrażenie rzeczy we właściwych barwach, ruchu i natężeniu przez użycie słów z daną rzeczą tak zrośniętych, jak gdyby i rzecz sama, i słowo ją określające urodziły się razem. Była w tym pojęciu nieomal mistyczna wiara w jakiś byt zaginiony, w którym i słowa i rzeczy trwały we wspólnym uścisku, dopóki nie rozerwała ich wichura nowych światów. Zdanie stawało się precyzyjnym mechanizmem, jego części musiały być odszukane w olbrzymich składach języka, musiało się znaleźć ten jedyny rzeczownik, który był nazwą przedmiotu, ten jedyny przymiotnik, który dawał mu barwę, odcień, dźwięk, i ten jedyny czasownik, który przedmiot poruszał i ożywiał” [5].
Bez wątpienia czytam Flauberta trochę bardziej sercem, niż mistrz Nabokov, czego by pewnie nie pochwalił. Paradoksalnie, powieść-przestrogę przed identyfikowaniem się z literackimi postaciami czytam, bardzo mocno identyfikując się z bohaterką. Też jestem złą czytelniczką. Ale będę się pilnować – nie chcę skończyć, wyjadając ze słoika arszenik :). A w zachwycie, tak czy siak, możemy sobie podać ręce. Bo Flaubert wielkim pisarzem był.

***
Bibliografia:
[1] Nabokov V., Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 213.
[2] Tamże, s. 193.
[3] Parandowski J., Przedmowa [w:] Flaubert G., Pani Bovary, tłum. Aniela Micińska, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986, s. 12.
[4] Nabokov V., dz. cyt., s. 210.
[5] Parandowski J., dz. cyt., s. 10.

***
Za kilkudniowy poślizg, z jakim ukazują się tym razem nasze nabokoviadowe posty, przepraszamy :).

Na Pierogach pruskich możecie poczytać, co na temat Pani Bovary i Nabokova ma do powiedzenia Pyza Wędrowniczka.

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – nowela Dr Jekyll i Mr Hyde Roberta Louisa Stevensona, o której będziemy dyskutować 27 lutego. Zapraszamy!

Poprzednie teksty spod znaku Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia

***
Fotografie: 
[1] irinaraquel / Foter.com / CC BY
[2], [3] Wikimedia Commons
[4] William Henry Fox Talbot, Museum of Photographic Arts Collections / Wikimedia Commons
[5] Wikimedia Commons
[6] Grafika autorstwa Pyzy :) 

piątek, 25 listopada 2016

Znikły z naszego świata baśnie czyste… – „Nienawiść” Stanisława Srokowskiego i „Wołyń” Wojtka Smarzowskiego

Czy Bóg to widzi? – szepnęła kobieta z chustą na oczach, a kilka innych zerknęło w okno, jakby sprawdzając, czy Bóg nie patrzy z powietrza przez szybę.
Ale nie patrzył (s. 11).
Po zbiór opowiadań Nienawiść Stanisława Srokowskiego sięgnęłam jeszcze zanim do kin wszedł oparty na jego motywach Wołyń Wojtka Smarzowskiego. Michał z bloga Za okładki płotem, u którego po raz pierwszy o tym tomie przeczytałam, napisał, że to „książka z gatunku tych, które czyta się ze łzami w oczach, po jednej-dwie strony dziennie. Jedna z tych, które zapadają w człowieka na całe życie i do których nigdy się nie wraca. Ale trzeba znać”. Wzięłam sobie do serca to ostatnie stwierdzenie, i postanowiłam się z nią zmierzyć.

„Nie uwierzę w takie rzeczy”

Nie było to łatwe, i rzeczywiście opisane w Nienawiści potworności musiałam sobie dawkować, a i tak prześladowały mnie później po nocach. Tym, którzy obejrzeli Wołyń, ale nie znają opowiadań Srokowskiego, od razu mówię – to, co widzieliście na ekranie u Smarzowskiego, to wersja soft krwawych motywów z Nienawiści. Wszystkie opisane w tym tomie historie wydarzyły się naprawdę, słyszał je sam autor lub opowiadali mu je bliscy czy znajomi. Ale naprawdę trudno w to uwierzyć. W okrutną fantazję, z jaką oprawcy mordowali swe ofiary (naliczono ponad 130 sposobów zadawania przez nich śmierci i torturowania). W rozdzieranie na pół drobnych ciałek dzieci, w ich rozbite główki, wyrywane języki, w przecinanie ludzi piłą na pół, w brutalne gwałty. Jak mówi jedna z bohaterek: „Nie wierzyłam – przyznała. – Bo trudno w piekło uwierzyć” (s. 126).

Fotografia zamordowanych w 1943 r. we wsi Lipniki.
Nie sposób uwierzyć zwłaszcza wtedy, gdy takich potworności dopuszczają się ludzie, których znamy, sąsiedzi, znajomi. O jednej ze swoich bohaterek Srokowski pisze tak: „Kiedy jej opowiadano, że jednak tak się stało, że są na to dowody, świadkowie, dokumenty, gwałtownie zaprzeczała i twierdziła, że jest starą nauczycielką, uczy dzieci od lat i zna swoich uczniów na wylot. Nigdy by czegoś podobnego nie zrobili” (s. 140). Dalej wkłada w jej usta słowa: „Przeżyłam sześćdziesiąt lat i nie uwierzę w takie rzeczy. Odbieracie mi nadzieję i najświętszą wiarę w człowieka, podważacie sens mego życia. Nie, kochani, nie próbujcie mi wmawiać, że świat pękł i runął w ciemność, a jego normy i nakazy moralne rozpadły się w proch i pył” (s. 141).

A jednak. Odezwała się w ludziach ta złowroga najniższa struna, o której pisał Ladislav Fuks, i zamieniła ich w bestie. Przerażająca jest ta metamorfoza. Najpierw – sąsiedzi, znajomi, przyjaciele. Później – jakiś ferment, jakaś wrogość, a kolega małego narratora opowiadań z Nienawiści mówi mu, że nie będzie się już z nim bawił, „bo ty Lach”. To obrzydliwe, ta manipulacja umysłami dzieci, które nie znając jeszcze podziałów, żyją w świecie zgody i przyjaźni.

Pogróżki, mroczne zapowiedzi, strach nie daje spać. Srokowski doskonale odmalowuje tę atmosferę grozy, nerwowego oczekiwania i niepokoju. Wraz z nim wchodzi się w ten świat tak bardzo, że aż ma się wrażenie, że lada chwila ktoś załomocze do naszych drzwi, i że to w naszym oknie ukaże się czyjaś nienawistna twarz. Aż wreszcie, którejś nocy, przychodzą – z widłami, pochodniami, siekierami.
„Świat zaroił się potworami, majakami i zwidami. Upiory skakały między płonącymi domami, stajniami i stodołami i rechotały strasznym, dzikim śmiechem, który w bulgot i gulgotanie przechodził. Jęki konających, ryk ciemności i straszne oczy diabła przemieniły tę krainę w otchłań piekła” (s. 91).
A to już kadr z Wołynia Smarzowskiego. Scena zainspirowana historią opisaną w jednym z opowiadań Srokowskiego. Wewnątrz płonącego snopka słomy jest dziecko. Dla mnie – najokrutniejszy i najtrudniejszy do zniesienia moment całego filmu.

A ptaki śpiewają...

Gdzieś na drugim biegunie tego wszystkiego jest dobro i piękno. Tak, jest dla nich również miejsce w tomie Srokowskiego. W tle tych krwawych scen jak gdyby nigdy nic zielenią się drzewa, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki. Młode, śliczne dziewczyny przechadzają się ścieżką, śmiejąc się i pokrzykując. Rodzą się dzieci. W przeddzień okrutnych mordów wydaje się, że Wołyń to istny raj na ziemi.
„Jakże cudowna była jesień tego roku. Okoliczne lasy złociły się, srebrzyły, czerwieniły i świeciły wieloma barwami. Krzaki pełne były dzikich jagód. Wrzosy na zboczach gór wydawały się jakby namalowane przez artystę – pełne słońca, fiołkowe, różowe, niebieskie i płonące popielatą bielą. Z oddali dolatywały melodyjne dźwięki dumki. Jak w bajce” (s. 165).
A miało być pięknie... Filmowi zakochani:
Zosia (Michalina Łabacz) i Petro (Vasili Vasylyk).
Przeobrażenie się tego bajkowego świata w miejsce, gdzie króluje nienawiść, jest doświadczeniem szczególnie wstrząsającym dla małego chłopca, jakim autor tych opowiadań był w czasach rzezi wołyńskiej. Wspomina łóżko, pod którym chował się jako dziecko, słuchając mrożących krew w żyłach opowieści znajomych, i komentarze dziadka, cytującego biblijne ustępy o zstąpieniu szatana na ziemię. Czy po takim koszmarze można nadal żyć, wierząc w ludzką dobroć, poezję, baśnie?
„Znikły z naszego świata baśnie czyste, pełne miłości, nostalgii i marzeń, zeszły ze sceny przedstawienia, w których główną rolę odgrywał szlachetny rycerz, broniący ubogich i karzący bogatych, usunęły się w cień cudowne lampy, światła i ognie pałacu, w którym panował dobry król (…). Znikła jasna strona świata. Zaginęły radosne pieśni i wesołe tańce. Przyszła pora ponurych wiedźm, strasznych zbójów grasujących pod naszymi oknami i omamów straszących dzieci. Wszystko nagle na naszych oczach wyrosło” (s. 159).

Wołyń a Państwo Islamskie

Po premierze filmu Smarzowskiego spotkałam się z licznymi głosami, że ten film niepotrzebnie rozdrapuje rany, budzi uśpione demony, podburza do nienawiści. A ponieważ zarzut ten równie dobrze, a nawet tym bardziej, można postawić książce Srokowskiego, odpowiem, odnosząc się do obu tych tytułów: bzdura.

Zarówno książka, jak i film, nie są oskarżeniem, a ostrzeżeniem. Nie powstały, by krzewić nienawiść, ale aby z nią walczyć. W końcu w opowiadaniach Srokowskiego mordują nie tylko Ukraińcy, ale i Polacy, w aktach odwetu (i tego elementu nie pominął także Smarzowski w Wołyniu). Z kolei nie wszyscy Ukraińcy biorą udział w rzezi, niektórzy – jak młode Amazonki, Tamiła i Tonia – z narażeniem własnego życia ostrzegają Polaków.
„One staną po stronie tych dobrych Ukraińców, a może nawet po stronie tej Ukrainy, która kiedyś nadejdzie, wolna i wielka, Ukraina bez mordów i morderców. Może warto taką Ukrainę już dzisiaj budować poprzez pokazywanie, jakich ma synów i córki. Nie tylko takich, którzy mordują i oczy wykłuwają, ale także takich, którzy się na to nie godzą” (s. 200).
Jak zauważa autor w posłowiu, z sondaży wynika, że zarówno Ukraińcy, jak i Polacy wiedzą dziś zatrważająco mało o rzeziach dokonywanych przez oddziały UPA. A od zapomnienia prosta do droga do koszmarnych powtórek z historii. Opowieści Srokowskiego mają wydźwięk uniwersalny, opisują to same zło, które szaleje dziś w Europie Zachodniej w postaci zamachów terrorystycznych. Jak pisze autor w posłowiu:
„Terroryści zabijali i nadal zabijają niewinnych ludzi w Ameryce, Europie, na dalekim i bliskim Wschodzie. Zawsze i wszędzie u źródeł terroru czai się nienawiść. Dlatego apokaliptyczne sceny z Wołynia czy Podola są tak samo ważne jak sceny mordów i akty przemocy w wieku dwudziestym pierwszym. Dopóki nie odsłoni się korzeni zła, dopóty zło będzie świat nękać” (s. 251).
Nie można budować wzajemnego porozumienia, grzebiąc głęboko wzajemne konflikty, przyklepując, ukrywając przed oczami drugiego. Trzeba to robić z pełną świadomością własnej historii, skruchą i szczerym pragnieniem, aby nigdy się to nie powtórzyło. Ale autor nie potrzebuje takich obrońców jak ja, sam pięknie wyjaśnia, dlaczego o Wołyniu trzeba wciąż mówić i pisać:
„Gdy widzę młodą Ukrainę, piękne i dumne pokolenie ukraińskich dziewczyn i chłopców, i gdy widzę takich samych młodych Polaków, marzę, by nigdy w życiu nie spotkało ich to, co spotkało moje pokolenie i pokolenie moich rodziców i dziadków. Warto i trzeba budować mosty, przechodząc przez przeszłość jak przez zły sen, który nigdy i nikomu nie powinien się już przyśnić. A dokonać się to może tylko przez prawdę” (s. 262).
***
Cytaty: S. Srokowski, Nienawiść (opowiadania kresowe), wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2006.


Temat rzezi wołyńskiej zamierzam nadal zgłębiać. Moją następną lekturą będzie ściągnięty z półki Taty obszerny tom Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła” Grzegorza Motyki, który z pewnością przybliży mi historyczne tło. Chętnie też sięgnęłabym po inną, głośną ostatnio publikację tego samego autora, Wołyń ‘43.

A w najbliższy czwartek, 1 grudnia, wybieram się na spotkanie z Grzegorzem Motyką w Krakowie. Szczegóły dla zainteresowanych – Księgarnia pod Globusem, godz. 18:00.


Fotografie:
[1] Motyw z okładki drugiego wydania Nienawiści, 2015 / www.proszynski.pl
[2] Władysława Siemaszków, Ludobójstwo, s. 1294, kolekcja Henryka Słowińskiego / Wikimedia Commons
[3],[4] Kadry z filmu Wołyń (2016), reż. Wojciech Smarzowski, fot. Krzysztof Wiktor / materiały producenta
[5] Plakat filmu Wołyń / filmweb.pl
[6] Okładka drugiego wydania Nienawiści, 2015 / www.proszynski.pl
[7] www.wydawnictwoliterackie.pl

czwartek, 10 listopada 2016

Prowincjonalne zauroczenia. Księgarnio-kawiarnia „Kornel i przyjaciele”

„Elżbieta wychyliła się i patrzyła na kwadratowy rynek podzielony na pół światłem i cieniem. Było jeszcze wcześnie, słońce stało nisko. Mały, brudnoniebieski autobusik stał przekrzywiony śmiesznie koło figury świętego Floriana. Szofer klęczał i zdejmował oponę z koła. Pochylony do przodu, pół biegnąc, szedł przez rynek wariat Turlej. Niósł wiadro z klejem, rulon afiszów i naręcze gazet. Koło mleczarni stały na trotuarze bańki z mlekiem. Drzwi restauracji były otwarte; posługaczka wymiatała z ciemnego wnętrza śmieci, papiery i puszki od konserw. Wróble ćwierkały zajadle” [1].
W mikropowieści Romans prowincjonalny Kornela Filipowicza prowincja jest jednym z głównych bohaterów. Pozostaje w tle, ale mimo to wciąż na pierwszym planie; jest w świadomości bohaterów, nie daje o sobie zapomnieć. Rozdziela ich murem. Poeta Miłobrzeski marzy o niej, ale jej nie rozumie, nie należy do kręgu wtajemniczonych. Elżbieta z kolei do kręgu należy, ale chce się z niego wyrwać, pragnie, „by choć na chwilę było inaczej, niż jest, żeby się coś pozmieniało, skomplikowało”. Są z różnych światów – nawet mimo słów poety, że „nie ma żadnych światów – są tylko ludzie”.

I choć właściwie nie zostaje tu przedstawiona zbyt korzystnie – to świat ludzi „spoconych, wymiętych, zabłoconych”, gdzie największą atrakcją pozostaje lokalny festyn, w czasie którego można podręczyć miejscowego głupka, a na spotkania autorskie nie chodzi prawie nikt – to jednak w tonie, w jakim pisze o prowincji Kornel Filipowicz, wyczuwam cień pewnej czułości. Mimo woli uśmiecham się, czytając o tym kwadratowym ryneczku, ludziach poruszających się jak mrówki i o tym, że „przez okno sypał się gęsty ćwierkot wróbli”.

Nazwa miasteczka nie pada w utworze, ale niektórzy twierdzą, że inspiracją mógł być dla Filipowicza jego rodzimy Cieszyn. W twórczości pisarza to miasto powraca często. Sentyment do swoich rodzinnych stron pielęgnował przez całe życie; w opowiadaniu Moja kochana, dumna prowincja pisał tak:
„O, moja słodka, dumna i wrażliwa prowincjo! Jakże cię dobrze znam i rozumiem! Jestem przecież z ciebie, byłem tobą. Jesteś wrażliwa i czuła, ale pełna kompleksów, gdyż byłaś zawsze przedmiotem pośmiewiska. Jesteś mądra i chytra, kształcisz się, dużo czytasz, chłoniesz radio i telewizję, ale podejrzewasz, że mogą być od ciebie chytrzejsi. Panicznie boisz się, aby nie zostać nabraną” [2].
Ta miłość nie pozostała nieodwzajemniona. Jedna z cieszynianek, Mariola, którą niektórzy z Was mogą kojarzyć jako Virginię z Karuzeli kobiecego życia, stworzyła niezwykłe miejsce, poświęcone pisarzowi – księgarnio-kawiarnię Kornel i przyjaciele. Odkąd tylko się dowiedziałam o tym projekcie, trzymałam mocno za niego kciuki, później, już po otwarciu, oglądałam zdjęcia i czytałam internetowe peany na cześć kawiarni… Wreszcie, w przedconradowski weekend, przyszedł czas, abym na własne oczy zobaczyła Kornela i poczuła jego klimat. I oczywiście śpieszę z relacją.

Lokal wygląda pięknie, tchnie ciepłem i już od pierwszej chwili można w nim poczuć domową atmosferę. Na honorowym miejscu stoi biurko z maszyną do pisania, która należała do Kornela Filipowicza. Oprócz niej synowie pisarza przekazali mnóstwo osobistych drobiazgów i pamiątek po ojcu, które zdobią kawiarnię i tworzą jej klimat. Jest także półeczka, poświęcona patronowi kawiarni – znajdują się tam wyłącznie dzieła Filipowicza, różne wydania, także w obcych językach. Uroczym dopełnieniem są osobiste drobiazgi właścicielki, między innymi zaprezentowana w specjalnej gablotce kolekcja niezwykłych temperówek (naprawdę, piękne są!).

Maszyna do pisania Kornela Filipowicza.
Półeczka z dziełami mistrza.
A tu menu. Czy te nazwy deserów nie są urocze? :)
Na honorowym miejscu nad biurkiem wisi portret poety. Poza tym ściany zdobią urokliwe wizerunki starego Cieszyna. Podczas wizyty w kawiarni można zatopić się w wygodnych fotelach, jest również kilka miejsc na antresoli, i, jak dowiedziałam się od właścicielki (która bardzo miło mnie przyjęła, dziękuję!), niektóre miejsca mają już swoich stałych bywalców. Nic w tym miejscu nie jest zwyczajne i banalne – nawet łazienka! Ponoć zdobiące ją kafelki są jedną z atrakcji, z których słynie lokal.

Antresola!
Antykwariat. Kilka półek, ale same perełki. A z tyłu, na ścianie, podpisy pisarzy i publicystów, którzy gościli u Kornela na spotkaniach autorskich. Byli wśród nich m.in. Aleksander Kaczorowski, Michał Rusinek, Anna Dziewit-Meller i prof. Ryszard Koziołek. Bohaterami specjalnego spotkania byli również synowie Kornela Filipowicza, Marcin i Aleksander.
Jest Virginia. Jest i Kasia!
Wreszcie – książki. Dobrane ciekawie i ze smakiem, bo Mariola zamawia je według własnego uznania. Nie liczcie więc tu na hity rodem z empikowych półek, spodziewajcie się za to naprawdę dobrej literatury. No i jest antykwariat, w którym znalazłam sporo rzeczy dla siebie (trochę rzeczy czeskich, dużo klasyki, ale i trochę pozycji z ostatnich lat). Poza tym do kupienia są nie tylko książki, ale i różne książkowe drobiazgi. Dzięki temu w moje ręce trafiła ta piękna torba z Hrabalem (projekt: Sklep z cytatami).

I ten uroczy kubek!
Antykwaryczne zdobycze.
To była niezwykle miła wizyta – obkupiłam się, wypiłam pyszną kawę, zjadłam pyszne ciasto, i przede wszystkim miałam wreszcie okazję poznać Mariolę i posłuchać, jak opowiada o stworzonym przez siebie miejscu, które jest owocem prawdziwej literackiej fascynacji. Niesamowita historia i niesamowita radość dla mnie, że mogłam wreszcie tam być.

Wybierzcie się kiedyś do Cieszyna i zajrzyjcie do Kornela. Poczujcie klimat tego miejsca, powstałego z miłości do literatury. To prawie przy samym rynku, Sejmowa 1. Nie pożałujecie!

Źródła:
[1] Filipowicz K., Romans prowincjonalny, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, s. 6.
[2] http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/beskidy/a/przypominaja-filipowicza-i-jego-kochana-prowincje,10455082/

Fotografie:
[1] korneliprzyjaciele.pl; chciałam też własnoręcznie obfotografować Kornela z zewnątrz, ale byłam tak zaaferowana, że zapomniałam :)
[2]-[11] zdjęcia własne

wtorek, 1 listopada 2016

Pieniądze, seriale i patriotyzm – Festiwal Conrada 2016, dzień 5., 6. i 7.

Najbardziej intensywny literacko tydzień w roku już za nami! Na osłodę podrzucam ostatnią część relacji z tegorocznego Festiwalu Conrada. Powspominajmy razem, co? :)

Krytycy – jakie miejsce zajmują książki w dzisiejszej prasie?

Piąty dzień Festiwalu Conrada rozpoczęłam wydarzeniem z pasma Przemysły książki, poświęconym krytykom. Spotkanie, które odbyło się w jednej z moich ulubionych krakowskich księgarni – De Revolutionibus, poprowadził Marcin Wilk, a w dyskusji udział wzięli Inga Iwasiów i Dariusz Nowacki.

Goście mówili o tym, że młodzi ludzie praktycznie nie czytają już dla własnej przyjemności papierowych czasopism (co Inga Iwasiów potwierdziła, przeprowadzając wśród swoich studentów mały sondaż), że nakłady nawet największych gazet w kraju w ciągu ostatnich kilku lat drastycznie spadły, oraz że zmieniła się również forma recenzji w prasie, obecnie przypominająca „epigramat krytycznoliteracki” na maksymalnie 500 znaków ze spacjami.

Pisanie o literaturze przeniosło się do internetu. Czy to dobrze, czy źle? Z jednej strony – pozwala to dotrzeć do szerszego grona odbiorców. W odpowiedzi na krytyczne głosy na temat poziomu internetowych wypowiedzi Nowacki stwierdził, że medium nie określa charakteru wypowiedzi, i tak jak w internecie trafiają się żałosne, nieudolne teksty, tak spotykamy tam również piękne i budujące zjawiska, jak magazyn „Dwutygodnik” czy „Art Papier”. Dają one nawet większe możliwości niż prasa papierowa – i gdyby nie one, krytycy tacy jak Przemysław Czapliński nie mieliby gdzie zamieszczać swoich obszernych analiz, sięgających rozmiarami 30-40 tys. znaków.

To niestety rodzynki, faktem jest bowiem, że pozycję dominującą zyskują teksty źle napisane, nie uwzględniające kontekstów i powiązań intertekstualnych – stwierdzili rozmówcy. I nawet jeśli mamy do czynienia z recenzjami przychylnymi, czytanie podobnie sformułowanych pochwał jest dla pisarza zwyczajnie żenujące – kontynuowali bezlitośnie. Dariusz Nowacki wyraził swoje rozczarowanie internetem – spodziewał się bowiem, że będzie on sprzyjał niezależności sądów, że będzie miał w sobie ducha rewolucyjnego, tymczasem stało się dokładnie odwrotnie. Wszystko to, co możemy tam dziś znaleźć, sprawia wrażenie, jakby było przygotowane w działach promocji.

Nowacki zwrócił również uwagę na to, że literaturę polską traktuje się dziś jak dziecko specjalnej troski. „Trzeba być łajdakiem, żeby krytykować dziecko bez rączki czy nóżki” – podsumował dowcipnie, dodając, że każda próba napisania prawdy i wytknięcia nieudanym dziełom ich słabości jest traktowana jako „hejt”. Przywołana została przy tej okazji postać Michała Nogasia, którego działalności rozmówcy w żaden sposób nie chcieli krytykować, ale stwierdzili, że jest on raczej „przyjacielem polskiego piśmiennictwa”, figurą troski i radości, że „ktoś coś napisał”.

Odpowiedź na pytanie, jakie znaczenie ma krytyk w dzisiejszych czasach, była smutna – właściwie żadne. Wydawcom, zamiast płacić za profesjonalną krytykę, bardziej opłaca się pozyskiwać za darmo internetowych ambasadorów, aranżować występy w telewizji śniadaniowej, zadbać o obecność na plakatach i bilbordach. Nie dość więc, że to praca nieopłacalna, to w dodatku narażająca na nieprzyjemności – jak wyznał Dariusz Nowacki, po jego nieprzychylnej recenzji pani Marta Masada wszędzie wypisuje, że jest „ch...em” :). Inga Iwasiów zdradziła z kolei kulisy negocjacji z wydawnictwami – przytoczyła historię, jak po przeczytaniu książki długo dyskutowała z wydawcą, przekonując, że nie napisze blurba na okładkę, bo książka jest słaba; wymiana maili skończyła się na zdaniu: „Proszę napisać »Polecam serdecznie«, ja zrobię przelew”.

Ponieważ, jak wiadomo, pieniądze to kwestia, która zawsze budzi duże zainteresowanie, Marcin Wilk postanowił drążyć temat. Na pytanie o stawki za recenzję goście odpowiedzieli, że w „Gazecie Wyborczej” jest to – w zależności od objętości tekstu – 300-600 zł, w „Nowych Książkach” – ok. 150 zł brutto. Nie ma jednak ludzi w Polsce, którzy pisanie podobnych tekstów traktują zarobkowo, ponieważ utrzymanie się z tego jest niemożliwe.

Jak stwierdził Dariusz Nowacki, szeroko pojęta „promocja czytelnictwa” pod pewnymi względami wyrządza dziś literaturze więcej szkody niż pożytku. Spotkania literackie, za które autorzy żądają nieraz niebotycznych honorariów (co jest skandalem, biorąc pod uwagę zarobki bibliotekarek i pracownic domów kultury, które zwykle organizacją takich wydarzeń się zajmują – skomentował Nowacki), muszą mieć obowiązkowo charakter promocyjny. „A ja nie umiem tak mówić; nie skończyłem uczelni ekonomicznej ani wydziału aktorskiego” – skwitował gorzko krytyk.

Wnioski ze spotkania były więc niespecjalnie optymistyczne. Według gości jednak jedyne sensowne rozwiązanie to robić swoje, niezależnie od tego, co dzieje się dookoła nas i jak zmienia się świat. Można się również poddać – ale to mimo wszystko najgorsze możliwe wyjście.

Spotkanie z Arturem Domosławskim

Ponieważ spotkanie odbyło się zaledwie kilkanaście dni po korzystnym dla Domosławskiego – po złożonej przez niego apelacji – rozstrzygnięciu procesu dotyczącego biografii Ryszarda Kapuścińskiego Kapuściński non-fiction, prowadząca Katarzyna Kubisiowska zaczęła od pytania o tę sprawę. Autor stwierdził, że był przygotowany na różne reakcje, ponieważ biografia to gatunek, który zawsze narusza interesy wielu osób; dodał, że podstawową jego zasadą przy pisaniu tej książki było „Trzymać się faktów” i że od początku wierzył, że proces zakończy się dla niego pomyślnie.

Zapytany o to, czy jego zdaniem internet, jako medium, które umożliwia nam błyskawiczny dostęp do informacji, doprowadzi wkrótce do śmierci reportażu, Domosławski odparł, że nie ma takich obaw. Nie jesteśmy bowiem w stanie tak naprawdę przedstawić sytuacji, jeśli nie pojedziemy w to miejsce, nie zobaczymy wszystkiego na własne oczy, nie wysłuchamy ludzi. Pod tym względem literatura faktu zawsze będzie miała przewagę nad internetem.

Gość wyznał jednak również, że miewa momenty kryzysowe, kiedy wydaje mu się, że może jego pisanie jest niepotrzebne, że niczego nie zmienia. Że lepiej byłoby zakasać rękawy i samemu zacząć działać. Niedługo potem jednak dochodzi do wniosku, że pomoc humanitarna nie jest wcale łatwym zadaniem, a on mimo wszystko chce pisać i wierzy, że potrafi to robić, oddziałując na ludzką wrażliwość i wyobraźnię. W tym przekonaniu utwierdzili go później słuchacze spotkania.

Poruszony został także temat czarnej turystyki – wysyłania turystów tam, gdzie jest szczególnie niebezpiecznie, na przykład w miejsca, gdzie toczą się konflikty zbrojne. Kwestia ta wywołała wyraźny spór między prowadzącą a gościem. Kubisiowska uznała to za praktykę bardzo dwuznaczną moralnie, służącą karmieniu niskich potrzeb, Domosławski odpowiedział jednak, że przemawia przez nią rygoryzm. Sam stwierdził, że nie musi być to coś niewłaściwego, jeżeli tylko osoba wybierająca taki rodzaj turystyki zachowuje się odpowiednio – nie szuka sensacji, ale próbuje nawiązać kontakt z miejscowymi, zrozumieć ich, prosi o zgodę na zrobienie zdjęcia… Dla „zwykłych” ludzi jest to jedyna możliwość, aby zetknąć się z tym innym światem. Na koniec prowadząca poszła jeszcze dalej, porównując czarną turystykę z wycieczkami do Auschwitz. Spotkało się to jednak z protestami nie tylko ze strony rozmówcy, ale i publiczności.

W pewnym momencie spotkania wypłynął temat uchodźców. Domosławski powtórzył za Baumanem, że przypominają oni nam, co może kiedyś nas samych spotkać, dlatego próbujemy ich usunąć z pola widzenia. Uwagę jednej ze słuchaczek, że zamiast przyjmować uchodźców do Europy, silne państwa powinny zadbać o to, aby w zrujnowanych przez ich politykę kolonialną krajach żyło się dziś lepiej, gość skomentował stwierdzeniem: „Tak, to piękna wizja, ale niestety mało realistyczna”. Należy więc robić wszystko, aby złagodzić nastroje i zmienić kierunek, w jakim zmierza obecnie nasz kontynent, aby nie skończyło się to nową wersją Europy brunatnej. „Ale to zadanie polityki, my sami niestety niewiele możemy zrobić” – dodał smutno Domosławski, na co pan z publiczności odpowiedział stanowczo: „Jak pan może tak mówić? Że pojedynczy człowiek nic nie może zrobić? Sama pana twórczość pokazuje, że może!”. I to chyba ładna puenta na koniec tej części relacji :).

Spotkanie z Richardem Flanaganem

To również nie było lekkie, łatwe i przyjemne spotkanie. Pochodzący z Tasmanii autor opowiadał głównie o tym, jak powstawały Ścieżki Północy, o przeszłości swojego ojca, z którą musiał się zmierzyć, pisząc tę książkę, o trudnych rozmowach z Japończykami, którzy kiedyś pełnili funkcje strażników przy budowie Kolei Śmierci.

Na wstępie jednak prowadzący Michał Nogaś zapytał go o literaturę australijską. Od kiedy istnieje, czym się charakteryzuje? Flanagan odparł, że nie sposób ustalić konkretnej daty, jak w przypadku większości literatur na świecie, prawdopodobnie jednak jest młodsza od niego. „Nie mamy tradycji, ale mamy perspektywę” – powiedział, i dodał, że literatura australijska to takie „zaproszenie do marzeń”.

Jak został pisarzem? Matce marzyło się, aby wybrał zawód hydraulika :). Ten plan jednak nie wypalił, podobnie jak kilka innych, i tak… zostało mu pisanie. Oczywiście nie była to kwestia czystego przypadku – choć jeszcze jego dziadkowie byli niepiśmienni, ojciec kochał poezję i wiedział, że znajomość słowa daje wolność i władzę. To on zaszczepił w synu miłość do literatury, to on jest autorem słów cytowanych w Ścieżkach: „Słowo jest pierwszą piękną rzeczą, którą poznałem”. Zresztą wpłynął w ten sposób również na drugiego syna, który jednak wybrał nieco inną dziedzinę – pisze o piłce nożnej :).

Droga do pisarskiej sławy nie była jednak w przypadku Flanagana prosta. Pisanie w Australii przynosi może prestiż, ale nie pieniądze, został więc skazany na szukanie różnych dorywczych zajęć. W momencie, kiedy był już zdeterminowany, aby podjąć pracę w kopalni, uratowała go Nagroda Bookera, która przyniosła mu rozgłos i sukces finansowy. „Za co należy dziękować Bogu” – dodał.

Michał Nogaś zauważył, że pisząc o takich rzeczach jak udział Australijczyków w II wojnie światowej (Ścieżki Północy) czy traktowanie tubylców na Tasmanii w okresie XIX-wiecznej kolonizacji (Księga ryb Williama Goulda), pisarz poruszał tematy tabu – kwestie, o których w Australii lepiej nie mówić. Czy bał się? „Nie, byłem pewnie po prostu głupi” – odparł z uśmiechem Flanagan. Po chwili jednak dodał, że to podstawowy mechanizm obronny – zapamiętywanie rzeczy drobnych, ale zapominanie, wypieranie ze świadomości, tych wielkich. Rolą pisarzy jest właśnie wprowadzanie ludzi do tych cieni pamięci.

Powtórzył, że przy budowie Kolei Śmierci zginęło więcej ludzi, niż jest słów w jego książce. Oraz że dla niego to historia o szczególnym znaczeniu, ponieważ jednym z jeńców, którzy pracowali przy budowie tej linii, ale przetrwali, był jego ojciec. Kolej Birmańska była zbrodnią, która została dziś niemal całkowicie zapomniana – a nie powinna. Co ważne, opisując ten projekt w swoich Ścieżkach Północy, autor chciał jedynie upamiętnić ofiary, nie oskarżać winnych (a sięgając do bliższego, naszego podwórka – przypomina mi to dzisiejszą dyskusję o Wołyniu; wkrótce napiszę o tym więcej). Sam jest wielbicielem japońskiej kultury i utrzymuje, że tak jak projekt Kolei Śmierci był jej najniższym punktem, tak literatura jest najwyższym, doskonałym.

Wstrząsające wrażenie zrobiły na mnie relacje Flanagana z rozmów z dawnymi japońskimi żołnierzami, nadzorującymi budowę Kolei Śmierci. Jeden z nich wspominał, że Australijczycy wyglądali jak szkielety i masowo umierali od chorób, z braku higieny; zapytany, dlaczego (jako lekarz) nie zrobił więcej, aby im pomóc, odpowiedział, że nie widział w nich istot ludzkich. Inny strażnik, legendarny „Iwan Groźny” obozu, znany pod pseudonimem Jaszczurka – początkowo skazany na karę śmierci, którą jednak zamieniono później na dożywocie, a wreszcie wypuszczono go na wolność – mówił, że niektóre rzeczy pamiętał, inne nie. „Być może kłamał, a być może był to jego wybór, aby zapomnieć” – stwierdził Flanagan.

Jaszczurka zdradził również, że zmuszali jeńców, aby bili się nawzajem, a jeśli robili to zbyt lekko, sami strażnicy wkraczali do akcji. Pisarz poprosił go o nietypową rzecz – aby go uderzył; chciał poczuć, jak to jest stać i czekać na cios, ale również liczył na to, że wywoła w dawnym oprawcy wstyd. Z początku zdziwiony, Japończyk zgodził się jednak, i szybko przyjął odpowiednią postawę. „Dawne okrucieństwo wciąż w nim siedziało” – zauważył gość. Kiedy otrzymał cios, poczuł się, jakby wszystko zaczęło się trząść. Myślał, że ostatecznie zwariował, okazało się jednak, że było to… trzęsienie ziemi. „Posunięcie, na jakie nie może sobie pozwolić pisarz, ale może Bóg” – skwitował.

Pisarz przyznał, że czuje się nieco niezręcznie mówiąc o cierpieniu przez wojnę, zdaje sobie bowiem sprawę, że nie ma na świecie kraju, który ucierpiałby z tego powodu bardziej niż Polska. Znał polskich uchodźców i to także ich opowieści uwrażliwiły go na ludzki ból i wojenne zło. Stwierdził także otwarcie, że bohaterstwo i patriotyzm są kłamstwem, co wywołało lekkie zdziwienie Nogasia i słowa: „Troszkę jest u was inaczej niż w Polsce” :). Pisarz rozwinął tę myśl: „Są źli ludzie, którzy dokonują heroicznych czynów, ale i tchórze, którzy są dobrymi ludźmi. To rzecz bardzo względna, nie sposób jednoznacznie ocenić człowieka miarą odwagi”.

Nawoływał również do czujności wobec tego, co mówią liderzy. Ich manipulacje i kłamstwa już zbyt wiele razy w historii doprowadziły do tragedii. Holokaust, tłumaczył Flanagan, nie wziął się z niczego. W XX wieku Europa po prostu zastosowała przeciwko sobie to, co ćwiczyła wcześniej w Afryce (i o czym zresztą pisał patron festiwalu – Joseph Conrad) i Australii – wojnę na wyniszczenie.

Po tej inspirującej i równie przejmującej rozmowie przyszedł czas na pytania od słuchaczy. Profesor Ryszard Koziołek zapytał, skąd Flanagan wie tyle o rybach (nurkował w Tasmanii, i tak, co rusz wyskakując z wody i spisując myśli i obserwacje, zaczął tworzyć Księgę ryb – brzmiała odpowiedź) oraz jak udaje mu się godzić w swoich powieściach dwa tak odmienne światy – fakty i kreacyjność. Pisarz odpowiedział cytatem z Borgesa – każdy pisarz ma dwa światy: ten, gdzie się urodził oraz wszechświat książek; z ich połączenia powstaje grzech literatury.

Zapytany o literaturę angielską gość odparł, że zawsze trochę go nudziła; czuł, że choć przemawia jego językiem, nie opowiada o jego świecie. Później odkrył literaturę ibero, m.in. Márqueza i Borgesa, i ta przemówiła do niego bardziej – poczuł, że sam chce podobnie pisać. Boi się za to współczesnej literatury amerykańskiej, „bo to takie cegły, że czytanie ich w łóżku grozi zwichnięciem ramienia lub uduszeniem” :). Na pytanie o Patricka White’a, u którego jeden ze słuchaczy dopatrywał się wielu podobieństw z pisarstwem Flanagana, pisarz odpowiedział, że ceni go jako wybitnego autora, ale nie był on dla niego silnym źródłem inspiracji. Oraz że – kolejny polski akcent! – więcej ze swojego świata znajdował u Gombrowicza, niż u Patricka White’a :).

Po zakończeniu spotkania autor podpisywał swoje książki, rozsyłając przy tym uśmiechy na prawo i lewo. Fantastyczny człowiek, który na przekór trudnym tematom podejmowanym w swojej twórczości, zachował pogodę ducha i promieniuje zwyczajnym ludzkim ciepłem. Tego dnia wyszłam z Pałacu Czeczotki naprawdę podbudowana!

O tłumaczach i redaktorach… „Redaktorzy – jak wytrzymać z pracą w domu?” oraz „Stamtąd tu (wokół antologii »O nich tutaj«). Dyskusja z udziałem Zofii Król, Piotra Sommera, Małgorzaty Szczurek i Marcina Szustera”

Z powodu innych obowiązków w każdym z tych spotkań uczestniczyłam tylko połowicznie, a że tematyka drugiej debaty zbiegła się częściowo z tematem tej pierwszej, postanowiłam połączyć te dwie relacje.

Rozmowa o pracy redaktora była trzecim spotkaniem z cyklu Przemysły książki, w ramach którego Marcin Wilk zaprosił do dyskusji osoby na różne sposoby związane z branżą literacką. Tym razem głos zabrały redaktorki Karolina Macios i Magda Zielińska, pracujące obecnie jako freelancerki, oraz zatrudniony w wydawnictwie redaktor Adam Pluszka.

Podstawowy wniosek z tej rozmowy? Praca redaktora to niełatwy kawałek chleba. „Redaktor to cień cienia” – stwierdził Pluszka, a Karolina Macios dodała, że redaktor nie może liczyć na pochwały. Jeśli bowiem książka jest dobra, chwali się autora; jeśli zaś zła – oskarża się redaktora. Tymczasem redaktor, co jest oczywiste, nie może nikogo zmusić do zmian w tekście. Trzeba więc „przyjąć to na klatę” i liczyć się z nieprzyjemnościami, wybierając ten a nie inny zawód.

Zasługi redaktora niekiedy nie ograniczają się zresztą do poprawek w tekście. Jak zauważyła Magda Zielińska, w przypadku literatury non-fiction redaktor może też wybierać temat, zlecać książkę i planować całą jej strukturę – i wówczas również musi się pogodzić z tym, że wszelkie pochwały trafią nie do niego, a do autora. Mowa była także o tym, co sprawia, że współpraca redaktora z pisarzem jest trudna, oraz o „autorach idealnych”, dzięki którym praca staje się przyjemna i bezproblemowa.

Dyskusja w Pałacu Czeczotki, zatytułowana „Stamtąd tu”, trąciła temat redaktorów, ale skupiła się głównie na pracy tłumacza. Również w odniesieniu do tłumaczy padło stwierdzenie, że bywają kozłami ofiarnymi, na które zrzuca się winę za błędy i nieudolność samego autora. Prócz tego, zwłaszcza w przypadku młodych, z oczywistych względów nie posiadających jeszcze doświadczenia tłumaczy, pojawiają się problemy finansowe – otrzymują oni często bardzo niekorzystne umowy i są zmuszeni pracować w morderczym tempie, co odbija się na jakości przekładu.

Mimo to zainteresowanie tą profesją jest coraz większe – jak zauważyła Zofia Król, w „Dwutygodniku”, którego jest redaktorką naczelną, wywiady z tłumaczami czyta dziś nierzadko więcej osób niż rozmowy z pisarzami. Rozmówcy zwrócili uwagę, że tylko rzetelny przekład może wydobyć z literatury to, co w niej najlepsze, i naprawdę pokazać wielkość pisarza. Prócz tego mowa była m.in. o tym, czy przekład należałoby dziś uznać za nowy gatunek literacki oraz czy tłumacze za granicą mają takie same problemy jak ci w Polsce.

Dyskusja była ciekawa, a Piotr Sommer dodatkowo urozmaicał ją swoimi bardzo ekspresyjnymi wypowiedziami i ciekawymi powiedzonkami. Wyjaśnił między innymi, na czym polega „wydębianie tekstów” („Jak nie dasz, toś wiśnia. A nikt nie chce być wiśnia”) oraz metoda „na żółwia” (położyć tłumaczenie na boku i… dać temu spokój).

Spotkanie-niespodzianka z Markiem Bieńczykiem

Zapowiadało się jak zwykła rozmowa… Tymczasem wystawione na scenę już w trakcie przerwy kilkanaście krzeseł przekonało mnie, że to nie będzie takie sobie zwyczajne spotkanie. Wydarzenie miało być specjalną niespodzianką dla Marka Bieńczyka, dlatego z rosnącą ciekawością czekałam na to, co zobaczę za chwilę.

Wkrótce po rozpoczęciu spotkania na scenę wniesiono… prezent. Ogromny, ze wstążką i wszystkim. Lekko skonsternowany Bieńczyk zaczął go odpakowywać, po to tylko, by wyciągnąć ze środka… jeszcze mniejszy prezent, i jeszcze mniejszy, i jeszcze. 

Solenizant męczy się z prezentem :).
Wreszcie, w samym sercu tej wielkiej paczki, znalazł książkę. Jak się jednak okazało, książkę nie byle jaką. Zatytułowaną bowiem Piłeczka i zawierającą teksty napisane specjalnie z okazji urodzin pisarza przez jego przyjaciół i współpracowników. Wśród nich znaleźli się również dyrektorzy Festiwalu Conrada – Michał Paweł Markowski i Grzegorz Jankowicz – oraz sam… Milan Kundera (który jednak nie dał się w ten sposób podstępnie zaciągnąć na tegoroczny festiwal).

W trakcie trwającego ponad półtorej godziny spotkania autorzy zamieszczonych w tomie tekstów dosiadali się na scenie do Bieńczyka i prowadzącego spotkanie Sommera i czytali wybrane fragmenty swoich utworów. Wkrótce wydarzenie przeobraziło się w familijne spotkanie, podczas którego jubilat otoczony został przez przyjaciół, prześcigających się w pochwałach pod jego adresem. Głosu udzielono oczywiście i jemu samemu. Z uśmiechem stwierdził, że jeszcze do wczoraj nie wierzył w teorie spiskowe. Kiedy po przyjeździe do Krakowa zaczął nagle spotykać swoich znajomych i wysłuchiwać ich dziwacznych wyjaśnień, skąd się tu wzięli („A, do teatru przyjechałem”, „A, dzieciom Kraków chciałem pokazać”, „A, na autobus z Katowic zdążyłem, to wsiadłem”), wiedział już, że coś się święci :).

Była też dowcipna refleksja na temat swojego wieku. Pisarz opowiedział, jak to ostatnio biegł do autobusu razem z pewną dziewczyną. Zdążyli, wsiadł, i jakaś pani natychmiast wstała, żeby ustąpić mu miejsca. Zasmucił się lekko, że wygląda już tak staro, dziewczyna, z którą biegł, powiedziała jednak: „Ja bym panu nie ustąpiła”. I humor mu się poprawił :).

A książka? Na razie Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego wydrukowało jej tylko kilka egzemplarzy. Jeśli jednak będą chętni na jej przeczytanie (to chyba oczywiste!), być może uda się ją wprowadzić do sprzedaży.

Spotkanie z Eleanor Catton

Chyba najbardziej przeze mnie wyczekiwane. Po tym, jak przeczytałam Wszystko, co lśni i olśnił mnie talent młodziutkiej Nowozelandki, marzyłam o tym, aby ją zobaczyć i posłuchać jej na żywo. O zeszłorocznym spotkaniu w Studiu Agnieszki Osieckiej dowiedziałam się zbyt późno, żeby zorganizować sobie wyjazd do Warszawy, na szczęście jednak, dzięki Conradowi, moje marzenie wreszcie się spełniło.

Jakie wrażenie zrobiła na mnie Eleanor Catton? Z miejsca urzekła mnie… brakiem pewności siebie. „Nie wiem, czemu zaczęłam o tym mówić”, „Nie rozumiem, jak to działa”, plątała się, zakłopotana, i już mnie tym kupiła! Przyznała rozbrajająco, że wciąż nie jest dla niej do końca jasne, czemu powieść łącząca historię XIX-wiecznych poszukiwaczy złota z astrologią zdobyła tak wielką popularność, a nawet zyskała uznanie filmowców (obecnie kręcony jest serial na jej podstawie). Pisząc Wszystko, co lśni mocno inspirowała się jednak serialami, które masowo oglądała w czasach studenckich, stąd, jak przypuszcza, „filmowość” tej opowieści.

Co jeszcze zadecydowało o powstaniu tej nagrodzonej Bookerem książki? Jak przyznaje pisarka, koncepcja poszukiwania złota i pogoni za bogactwem mocno oddziaływała na jej wyobraźnię, jawiła jej się jako romantyczna przygoda i coś w rodzaju poszukiwaniu siebie. Dlatego też wybrała taką a nie inną scenerię. Prócz tego, jak wyjaśniła, chciała znaleźć sposób, żeby opowiedzieć swoją historię nieco „inaczej”, w innym porządku. Stąd cała koncepcja z ciałami niebieskimi i kurczącymi się, niczym Księżyc, rozdziałami książki. Jak przekonuje autorka, było to oczywiście ogromne pisarskie wyzwanie, ale również świetna zabawa.

Po takim wstępie staje się jasne, że struktura jest dla Eleanor Catton bardzo ważna w procesie pisania. Musi mieć jednak coś do powiedzenia, zadawać jakieś pytanie. Nie jak, przykładowo, w Zamku krzyżujących się losów Italo Calvino, który mimo interesującej historii bardzo ją znudził, był bowiem nieznośnie schematyczny.

Oprócz struktury są oczywiście emocje. Catton stwierdziła, że pisząc stale myśli o czytelniku, o jego uczuciach i przemyśleniach, jakby była czymś w rodzaju przewodnika. W swojej debiutanckiej powieści zatytułowanej Próba wiele uwagi poświęciła dojrzewaniu – chyba najgorszemu okresowi w życiu każdego człowieka. „To taki czas, kiedy stajesz się własną publicznością, jesteś dużo bardziej świadomy, stale zastanawiasz się, czemu to czy tamto powiedziałeś. Horror!”. Czujesz się źle w swojej skórze, chciałbyś być kimś innym… A równocześnie jest to coś w rodzaju próby przed dorosłością.

Przyznała też, że pisząc, stara się dotknąć czegoś, co być może było jeszcze przed nami. „Słysząc określone dźwięki, na przykład ze skali molowej, odczuwamy smutek; być może jest to smutek, który stworzyliśmy kulturowo, ale może jest to właśnie smutek, który był tu jeszcze zanim wynaleźliśmy muzykę?” – zastanawiała się.

Zapytana o Nagrodę Nobla dla Boba Dylana, autorka odpowiedziała, że cieszy się. Jej zdaniem komisja zagrała w ten sposób na nosie tym, którzy lubią wykluczać różne rzeczy z literatury, zamiast podchodzić do tej kwestii bardziej otwarcie i cieszyć się, że pojęcie to stale się rozszerza.

W dalszej części spotkania padło pytanie o to, jak zmieniło się życie autorki po zdobyciu Nagrody Bookera. „Zmieniło się wszystko i nic” – odpowiedziała. Zdobyła sporo pieniędzy i mogła wreszcie kupić mieszkanie, ale z drugiej strony stała się obiektem zainteresowania wielu osób, musiała stale odpowiadać na te same pytania, nauczyć się odpowiednio rozmawiać (bo wcześniej była typem beztroskiej gaduły). Ma też obecnie dużo więcej wątpliwości co do swojej pracy. Pisanie, jak stwierdziła, samo w sobie wymaga dużo pewności siebie – musisz wierzyć, że to, co piszesz, jest naprawdę dobre. A kiedy tak wiele osób patrzy ci na ręce, czeka na kolejną książkę, odczuwa się dużą presję.

Zapytana o to, co jest najlepsze w byciu pisarze, odparła, że… czytanie :). Czyli etap przygotowywania się do napisania kolejnej książki, gromadzenia materiałów. Przy okazji uchyliła rąbka tajemnicy na temat swojej najnowszej powieści – to rzecz, która wymaga jeszcze gruntowniejszego przygotowania niż Wszystko, co lśni, ale ma już na tyle dobrze przygotowane podłoże teoretyczne, że wkrótce zacznie, jak mówi, „sadzić rośliny” – budować swoją historię. Dodała również, że chciałaby, aby jej książka dała czytelnikom odrobinę nadziei. Świat jest bowiem bardzo smutny i wystarczająco już wiele złego słyszymy w wiadomościach i czytamy w gazetach.

Jako nauczycielka kreatywnego pisania pisarka została również zapytana o to, czy jej zdaniem ważniejszy jest talent, czy ciężka praca. Odpowiedziała, że jej zdaniem te dwie rzeczy powinny się uzupełniać, najważniejsze ze wszystkiego jest jednak odpowiednie nastawienie. Miłość do pisania to podstawa – mając ją, po prostu robisz to co kochasz i stajesz się w tym coraz lepszy. Tymczasem wiele piszących osób chce od razu „być”, zamiast „robić”. Ona sama często obserwuje u swoich studentów niewłaściwą postawę – z niechęcią podchodzą do udzielanych im wskazówek, męczą ich wszelkie uwagi na temat pisania, łatwo się poddają. Tymczasem sekret – jeśli jakikolwiek jest – to robić to co kochasz i wierzyć, że się uda. Pięknie powiedziane, prawda?

Spotkanie z Michaelem Cunninghamem i Richardem Flanaganem

I wreszcie ostatnie – dla mnie – festiwalowe spotkanie, bo mimo szczerych chęci byłam już zbyt zmęczona, żeby wziąć udział w wydarzeniach, które odbyły się w niedzielę. Na tym ostatnim sobotnim wydarzeniu w Pałacu Czeczotki o szeroko pojętej sztuce rozmawiali dwaj wybitni pisarze anglojęzyczni z dwóch końców świata.

Nagroda Nobla dla Boba Dylana – częsty temat na tegorocznym festiwalu ;) – stała się pretekstem do rozmowy o muzyce. Jak przyznał Cunningham, w pierwszym momencie pomyślał, że jury kompletnie odbiło. Kiedy jednak się nad tym zastanowił, uznał, że nie był to aż tak szalony pomysł, bo w końcu „in fiction it’s all about music”. I sam przyznał, że w zależności od tego, czego słuchał podczas pisania, w jego utworach dało się wyczuć wyraźny rytm muzyczny. Muzyka pojawiła się również w jego efektownym porównaniu, dotyczącym Virginii Woolf – kiedy w wieku 15 lat przeczytał po raz pierwszy jej książkę, stwierdził, że „zrobiła z językiem to, co Jimi Hendrix z gitarą” :).

W dalszej części spotkania goście mówili o tym, czym jest pisanie. Cunningham: pisanie to ograniczenia i frustracja, że nie możesz wyrazić wszystkiego, co byś chciał. Flanagan: każda kolejna książka powinna przekraczać bariery, dokonywać czegoś jeszcze bardziej niesamowitego niż poprzednia, niszczyć i budować na nowo; jeśli opierasz się tylko na tym, co wiesz – poniesiesz porażkę. Liczysz również na to, że poruszysz coś, co łączy cię z innymi ludźmi (w końcu, jak napisał C.S. Lewis, „Czytamy po to, by wiedzieć, że nie jesteśmy sami” – dopisek mój). Cunningham, przyznając mu rację, stwierdził, że czasem pyta swoich studentów, dla kogo piszą, i odpowiadają, że dla siebie. „To niemożliwe – przeżywać te wszystkie pisarskie koszmary tylko dla siebie?” – skomentował. On sam, zapytany o to, dla kogo pisze, odpowiedział, że dla swoich pięciu przyjaciół (i wymienił z nazwiska). Ale jeśli ktoś inny ma ochotę przeczytać – nie ma problemu :).

Czytanie jest jednak pod pewnymi względami dużo bardziej skomplikowanym procesem niż pisanie, stwierdził Flanagan. „Reader invents the novel” – powiedział pisarz, i dodał, że pisanie zrobiło z niego dużo lepszego czytelnika. Dobra książka jest natomiast wszechświatem, do którego możesz wracać wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego. Nie sposób więc odpowiedzieć na pytanie „O czym to jest?” – bo jak zamknąć wszechświat w kilku słowach? Gdybyśmy spróbowali to zrobić z, przykładowo, Wielkim Gatsbym, otrzymalibyśmy jedynie banał.

Cunningham opowiedział z kolei o tym, jak został pisarzem, i zrobił to dość nonszalancko – podobnie zresztą jak Flanagan na spotkaniu dzień wcześniej :): „Marzyłem o sztukach plastycznych. Ale nie byłem w tym wystarczająco dobry. Więc zacząłem pisać – to była opcja awaryjna”.

Mowa była także o książkach – jako o przedmiotach fizycznych. Flanagan wyraził przekonanie, że papierowe książki wcale nie umierają, wręcz przeciwnie, dopiero zaczynają naprawdę się rozwijać. Zapach, dotyk książki – to dla niego coś wzruszającego i nie byłby w stanie z tego zrezygnować. Nie rozumie jednak kolekcjonerów drogich, zabytkowych książek, kłóci mu się to bowiem z ideą książki jako czegoś dostępnego dla każdego. Również Cunningham stwierdził, że docenia ich piękno, ale nie byłby w stanie wydać fortuny na pierwsze wydanie czegokolwiek.

W trakcie spotkania pisarze podzielili się swoimi osobistymi, na wpół mistycznymi doświadczeniami. Cunningham mówił o swojej matce, która umarła w chwili kiedy on czytał tom opowiadań Alice Munro podarowany jej kiedyś przez niego. Oraz o dziwnym świetle, które zobaczył pewnego razu na niebie. Światło pojawiło się także w opowieści Richarda Flanagana, który jako 21-latek został cudem wyratowany na rzece.

Nie był to jednak koniec osobistych opowieści. Cunningham podzielił się również poruszającą historią powstania Godzin. Kiedy zaczął prace nad tą książką, miała to być jedynie współczesna wersja Pani Dalloway, ale pisanie szło mu opornie i po roku męczenia się z tym tekstem był już bliski rezygnacji. I wtedy nagle, pewnej nocy, stanął mu przed oczami obraz jego matki, jako kobiety zamkniętej w roli zbyt ciasnej dla niej. Troska o rodzinę, pragnienie stworzenia idealnego domu stały się jej obsesją – do tego stopnia, że piekła ciasta i natychmiast je wyrzucała. Była pod tym względem trochę jak Virginia (choć, obiektywnie rzecz biorąc, ciasto jest oczywiście czymś mniej wartym niż książka), stała się więc wzorem dla bohaterek powieści.

Spotkanie przebiegło w przyjacielskiej atmosferze, z czego zresztą Cunningham trochę żartował: „Ciągle się ze sobą zgadzamy, a publiczność pewnie liczyła na jakąś kłótnię”. Wnioski? Nawet pochodząc z dwóch zupełnie różnych światów, można się doskonale rozumieć – zarówno na poziomie języka, jak i poglądów i przekonań :).

To zresztą idealne zakończenie dla całej mojej festiwalowej relacji. Było chyba bardziej burzliwie niż w poprzednich latach, ale również refleksyjnie, budująco, inspirująco… I intensywnie, zgodnie z zapowiedzią. Po uporządkowaniu wrażeń pozostaje mi doczytać okołofestiwalowe lektury i… czekać na Conrada 2017! A wszystkim, którzy śledzili moje relacje, dziękuję za uwagę, i zapraszam w przyszłym roku :).