sobota, 13 maja 2017

Cztery siostry i morze – „Nad morze”, Petra Soukupová

Po lekturze Pod śniegiem Petry Soukupovej, książki, która zachwyciła mnie bolesnym, ale niezwykle prawdziwym obrazem relacji rodzinnych, postanowiłam lepiej poznać twórczość autorki. Na półce od dłuższego czasu czeka Zniknąć, o którym również słyszałam wiele dobrego, ale na pierwszy ogień poszła inna książka, pożyczone mi przez koleżankę (pozdrawiam, Gizelko!) K moři – czyli debiut Soukupovej.

Na tle pierwszej przeczytanej przeze mnie powieści pisarki K moři wypada blado, ale i tak jest to kawał dobrego pisarstwa (doceniony zresztą prestiżowym czeskim wyróżnieniem dla młodych twórców – Nagrodą im. Jiřiego Ortena). Podobnie jak w Pod śniegiem zasadniczą rolę odgrywają tu relacje między siostrami, w tym wypadku jednak nieco bardziej skomplikowane, ponieważ dziewczynki pochodzą z dwóch różnych rodzin. Druga różnica to fakt, że nie mamy tu do czynienia z samymi dorosłymi kobietami, a dwoma podlotkami, jedną starszą pannicą i jednym bachorem (wybaczcie, ale trudno o czulsze określenia dla tego rozpieszczonego monstrum, jakim jest Johanka).

Ramy czasowe powieści są bardzo rozległe, losy bohaterów śledzimy bowiem tak naprawdę w ciągu kilkudziesięciu lat. Ponad połowę książki stanowi jednak relacja z tygodniowego wyjazdu nad morze, na który Petr zabiera swoje cztery córki. I to akurat łączy dwie powieści Soukupovej, o których piszę – w tych kilku dniach bowiem niczym w soczewce skupiają się relacje między siostrami i ojcem, podobnie jak w Pod śniegiem w całą prawdę o rodzinnych stosunkach bohaterów zostajemy wtajemniczeni w ciągu jednego powieściowego weekendu.

Każda z sióstr ma swój własny świat, który, patrząc oczyma wszechwiedzącego narratora, częściowo poznajemy. Dowiadujemy się, jak się nawzajem widzą i co o sobie myślą. To właśnie w tych ich spostrzeżeniach, niewypowiedzianych i wypowiedzianych komentarzach, gestach, kryje się istota ich wzajemnych relacji. Przyjemność z lektury polega na analizowaniu tych rzeczy. To one sprawiają, że lektura ciekawi, mimo że na pierwszy rzut oka wygląda to jak suche sprawozdanie z wakacyjnego wyjazdu, na którym nic niezwykłego się nie dzieje.

Przyznaję jednak, że nie przez cały czas jest tak samo ciekawie. Podczas gdy Pod śniegiem w zasadzie nie ma momentów słabszych, przez cały czas udaje się autorce doskonale utrzymać uwagę czytelnika, w przypadku K moři chwilami wieje nudą, a opisy chodzenia na plażę, czytania, posiłków, rozmyślań, zaczynają nużyć.

Petra Soukupová z córeczką Marlą. Fot. Milan Soukup
Inny mój zarzut to fakt, że momentami pisarka odrobinę traci dystans. O Pod śniegiem pisałam: „Autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje”. W tej drugiej, dojrzalszej chyba książce Soukupová nie sugeruje nam ani przez chwilę, jak mamy oceniać bohaterów, daje nam tylko ich słowa, czyny i motywacje, na podstawie których sami musimy sobie wyrobić zdanie, i to jest świetne! Tutaj natomiast czasem zdradza się ze swoim stosunkiem do postaci, zwłaszcza do Johanki – pisze o niej wprost, że to „zła”, „najmniej dobra” spośród sióstr.

A skoro już mowa o bohaterach – dostrzegłam tutaj wyraźne typy osobowości, wykorzystane i rozwinięte później w Pod śniegiem. Na przykład grubiutka i zakompleksiona Adéla, która robi wszystko, by przypodobać się ojcu, a mimo to wciąż czuje się gorsza, jest prototypem kury domowej Blanki; Johanka mocno przypomina rozpieszczonego Olivera, a Bára, ze swoim cielęcym zauroczeniem R., który wyraźnie nie zamierza się z nią na poważnie związać, przypomina naiwną, uwikłaną w romans z żonatym facetem i przyklejoną do telefonu w oczekiwaniu na znak od niego Kristýnę. Tropienie tych podobieństw było bardzo ciekawe i na pewno na wspomniane typy zwrócę uwagę przy lekturze Zniknąć.

Osobiście do tej lektury zabrałam się z podwójnym zaciekawieniem ze względu na porównania do Do latarni morskiej Virginii Woolf, powieści, którą uwielbiam. W tych porównaniach jest jednak sporo przesady, a wszelkie podobieństwa są zupełnie nieświadome, bo autorka ponoć powieści Woolf nigdy nie czytała (i nawet nie ma tego w planie – ale dlaczego, tego nie rozumiem; może uda się ją kiedyś o to spytać). Te podobieństwa to przede wszystkim motyw morza oraz próba zatrzymania kilku dni z życia bohaterów, utrwalenia ich niczym w bursztynie, i wykorzystania tej wakacyjnej widokówki do scharakteryzowania bohaterów i ich wzajemnych relacji. Miłośnicy prozy Woolf, którzy nie wiedzą, czego spodziewać się po Soukupovej, będą jednak rozczarowani, bo ze względu na technikę pisarską i styl są to dwa różne światy – ten Virginii jest bardziej marzycielski, oderwany, sentymentalny, podczas gdy Soukupová jest bardzo konkretna i dosadna.

Mimo kilku słabszych fragmentów K moři czyta się z dużym zaciekawieniem, ale ważne jest też, być może najważniejsze, to, co w czytelniku po tej lekturze pozostaje. We mnie została refleksja o ludziach, którzy szokująco nieodpowiedzialnie podchodzą do posiadania i wychowywania dzieci. Dla jasności (i tu będzie osobisty wtręt) – jestem ogromną fanką dzieci, chciałabym ich widzieć na świecie jak najwięcej i nie mogę doczekać się własnych, ale równocześnie zdaję sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialność oznaczają. Dopóki nie będę pewna, że jestem w stanie zapewnić im szczęśliwą rodzinę, nie zdecyduję się na nie. Tymczasem bohaterowie Soukupovej zupełnie nie mają takich hamulców; szczególnie oburza sposób, w jaki zafundowała sobie macierzyństwo Bára – na zasadzie samolubnego kaprysu, niekochanego chłopaka wykorzystując jak byka rozpłodowego. W świecie tej powieści niemal wszyscy mają dzieci, ale mało kto potrafi się nimi zaopiekować i je zrozumieć – i to akurat wydaje mi się niepokojąco zbliżone do naszej rzeczywistości.

***
P. Soukupová, K moři, wyd. Host, Brno 2007.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] www.petra-soukupova.cz,
[3] okładka książki ze strony wydawnictwa Host / nakladatelstvi.hostbrno.cz.

niedziela, 7 maja 2017

Ogień młodości vs. rybia flegma – „Rybia krew”, Jiří Hájíček

„Już nigdy nie wrócę do naszej nadwełtawskiej wioski, którą musieliśmy porzucić. Chcę ją zachować w pamięci taką, jaka była, z rzeką w jej dawnym korycie, z chałupą wuja Vency, z szopą z desek pociągniętych pokostem, z psią budą i kolorowymi ulami w ogrodzie” (s. 350).

W tej wyróżnionej nagrodą Magnesia Litera powieści Jiří Hájíček opowiada o wsiach, które zniknęły z powierzchni ziemi za sprawą budowy elektrowni atomowej Temelín. Przykład jeden z wielu, bo przecież już niejedna wioska zakończyła swój żywot w podobnych okolicznościach, ale chyba zbyt mało mówimy o dramacie ludzi pozbawianych w ten sposób czegoś więcej niż tylko domów.

W powieści poruszamy się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych – w roku 2008, kiedy Hana, główna bohaterka, od lat przebywająca za granicą, wraca w rodzinne strony i próbuje nawiązać kontakt z dawnymi przyjaciółmi, oraz w latach 80., na które przypadają szkolne lata bohaterki spędzone w wiosce nad Wełtawą, która kilka lat później przestanie istnieć.

Prawdę mówiąc płaszczyzna bardziej współczesna niespecjalnie mnie interesowała. Nie wzruszają te wszystkie nagle odkryte tajemnice z przeszłości, przewidywalne zakończenia i pojednania; dużo ciekawsze od nich jest to, co dzieje się w przeszłości. Przejście od młodzieńczej beztroski, wiejskich potańcówek, opalania się nad rzeką, ognisk, posiadówek z tanim winem, plotek i dziewczęcych przekomarzań do bezlitosnej rzeczywistości z czterema wieżami elektrowni atomowej w tle, całe to przyspieszone dojrzewanie bohaterów – to chyba najmocniejszy akcent w powieści Hájíčka.

Elektrownia Temelín
Udało mu się to zderzenie. W tych pierwszych scenach wyraźnie czuć radość i nadzieję nastoletnich lat, atmosferę dorastania w małej wiosce, gdzie wszyscy się znają, w ostatnich – rozpacz i beznadzieję wysiedlonych oraz mroczną determinację tej garstki, która jeszcze się broni przed elektrownią, niczym grupka rozbitków na wzburzonym morzu. Ten wątek życia Hany, która jest najaktywniejszą miejscową działaczką przeciwko wysiedleniu mieszkańców, silnie splata się z jej osobistymi, miłosnymi problemami. To elektrownia – wspólny wróg – połączyła ją z jej ukochanym Petrem, ale i ona w końcu ich rozdziela. Na dryfującej pod prąd tratwie starej chałupy Petra zostaje w końcu tylko Hana. Symbolicznym końcem jej marzeń jest rozbita łazienka, którą z taką starannością odremontował Petr, wierząc jeszcze w możliwość ocalenia domu i ich wspólnego życia w nim.

Wszystko to zmienia bohaterkę – Hana przechodzi gorzką lekcję życia, dorasta. Stopniowo pozbawiana marzeń – najpierw tego o zostaniu nauczycielką w lokalnej szkole (która ostatecznie zostaje zalana wraz z resztą wioski), następnie marzenia o założeniu rodziny i osiedleniu się na stałe w domu Petra – czuje się bezdomna, nie ma dokąd pójść. Decyduje się więc wykorzystać okazję wyjazdu do Londynu. I tak rozpoczyna się jej wędrówka po świecie, w której nigdzie nie może zagrzać miejsca. „Zawsze kiedy gdzieś mi się spodobało, kiedy czułam, że zapuszczam korzenie, to zbierałam manatki i jechałam dalej” – mówi ojcu (s. 313). Wydaje się zadowolona – podróżuje, zwiedza świat, jest w dobrej sytuacji finansowej, ma młodego, kochającego partnera – ale mimo tych pozorów szczęścia jest emocjonalnie skrzywdzona, nieufna, wciąż gdzieś pędzi, jakby nie potrafiła już uwierzyć, że coś dobrego może być na zawsze.

Tato to ziemia

Na tle budowy elektrowni autor kreśli jednak nie tylko historię samej Hany, ale również jej rodziny – pełną traum z przeszłości, tajemnic i skrywanych żalów. Rodziny, która nie potrafi być razem, nie potrafi ze sobą rozmawiać. Centralną – i najbardziej konfliktową – postacią jest tutaj ojciec. Człowiek, który ponad wszystko ceni ziemię – do tego stopnia, że Hana utożsamia go z nią: „Tato to ziemia, brunatna ciężka gleba, nieruchoma w swojej masie, wilgotna, o cierpkiej woni” (s. 87). Po rewolucji z absurdalnym uporem dąży do odzyskania bezwartościowych już gruntów po ojcu, ale być może też dlatego, że mają dla niego wartość sentymentalną: są związane z historią z przeszłości, którą Hana poznaje dopiero po latach i która stawia ojca w innym świetle. Nie usprawiedliwia go – ale pozwala zrozumieć jego rozgoryczenie, fakt, że odreagowywał swój żal na własnej rodzinie. Nagle bezduszny tyran jawi nam się jako człowiek, który przez całe życie wypomina sobie, że w odpowiednim momencie nie był wystarczająco stanowczy, że nie potrafił się postawić.

Może też dlatego taką niechęcią darzy Honzę – tego, który według Hany jest jak wiatr, stale gdzieś pędzi, nie zgadza się, by żyć tak, jak każą mu inni. Zarówno w synu, jak i w córce stary Tomášek dostrzega swoją porażkę wychowawczą, ale również postawę, której po cichu im zazdrości. Czuje być może, że tak samo jak Hana walczy o rozpadającą się chałupę Petra, która jest jej domem, on sam powinien kiedyś walczyć o swoją ziemię, swoje życie, swoją przyszłość. To wszystko stawia go w ludzkim świetle i czyni postacią tragiczną, trochę podobną do innego literackiego despoty, Alfreda Lamberta z Korekt Franzena.

Jiří Hájíček (i elektrownia)
Rybia krew Czechów

Sam Hájíček mówi o Rybiej krwi, że „to powieść pisana bardziej sercem, niż głową” [1]. Temat jest mu bliski – sam pochodzi z okolic, o których pisze w książce, ma wspomnienia związane z zalanymi wioskami. „W tej powieści zagrożone wsie nie mają nazw, chociaż naprawdę istniały” – pisze na wstępie. Irytacja bohaterów, że „młodzi dzisiaj w ogóle nie wiedzą, że kiedyś tam była wieś”, to również jego irytacja. Dzięki temu o losach Hany, jej rodziny, przyjaciół i sąsiadów pisze z dużą dozą empatii. Czuć również, że dobrze zna wiejskie realia, które opisuje, ze wszystkimi ich cieniami i blaskami.

Nieco słabszą stroną książki jest moim zdaniem wspomniany na początku wątek współczesny. Przytłacza dramatyzmem, zbyt wiele tu tajemnic, które nagle wychodzą na jaw, łez i pojednań (choć niektóre postaci pozostają chłodne do końca, i za to plus); czuję też niedosyt, jeśli chodzi o wątek Petra – brakuje mi tu jakiegoś domknięcia. Poza tym nie do końca przekonał mnie kobiecy głos Hájíčka; wyczuwam w nim fałszywe nuty, a jego postaci kobiece, na czele z Haną, wydają mi się momentami drażniąco histeryczne.

Tak czy siak jednak Rybia krew to wciągająca, sprawnie napisana (brawa też dla tłumaczki, czyta się świetnie!) i bardzo emocjonalna opowieść o ludziach, którzy pozbawieni zostali swojego miejsca na świecie – na wiele różnych sposobów. Tych, którzy, ciężko doświadczeni w przeszłości, nie potrafią stawić czoła wyzwaniom przyszłości. O garstce odważnych – jak Hana, ogień, dziewczyna, która walczy do końca – i całej armii biernych i milczących – jak jej powściągliwy, zamknięty w sobie ojciec. Tutaj też leży klucz do interpretacji tytułu książki. Jak wyjaśnia sam autor: „O Czechach z południa mówi się przecież, że mają rybią krew. Dla mnie to metafora bezczynności, melancholii lub powściągliwości. Kto przeczyta książkę, wyciągnie może własne wnioski i po swojemu zrozumie ten tytuł” [2].

***
J. Hájíček, Rybia krew, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

A jeśli ktoś jest ciekawy, jak wyglądały dawne wioski położone w rejonie dzisiejszej elektrowni Temelín, zachęcam, by zajrzeć na tę stronę. Jest tam spora galeria starych zdjęć, przedstawiających mieszkańców, domy i ulice nieistniejących już miejscowości, takich jak Březí, Křtěnov czy Podhájí. Duża dawka nostalgii!

Źródła:
[1] http://www.denik.cz/ostatni_kultura/rozhovor-strihali-me-v-brezi-ktere-zmizelo-kvuli-temelinu-rika-hajicek-20120524-.html
[2] http://www.radioservis-as.cz/archiv13/26_13/26_nalad.htm

Ilustracje:
[1] Motyw z okładki książki, projekt: Magdalena Kocińska | O!Studio / www.ksiazkoweklimaty.pl 
[2] IAEA Imagebank / Wikimedia Commons
[3] Fotografia autora ze strony wydawnictwa / www.ksiazkoweklimaty.pl
[4] Okładka książki ze strony wydawnictwa / www.ksiazkoweklimaty.pl

czwartek, 4 maja 2017

Austriacka sielanka – „Marsz Radetzky’ego”, Joseph Roth

Wilhelm Gause, Hofball in Wien, 1900.

Marsz Radetzky'ego to chyba najgłośniejsze dzieło jednego z najwybitniejszych pisarzy austriackich pierwszej połowy XX wieku, Josepha Rotha. Powszechnie zaliczane do kanonu literatury niemieckojęzycznej, cenione przez innych wielkich pisarzy, przez noblistę Maria Vargasa Llosę określone jako „najlepsza powieść polityczna, jaką kiedykolwiek napisano”.

Tytuł jest trochę przewrotny. Skomponowany bowiem przez Johanna Straussa Marsz Radetzky’ego to symbol dawnej świetności i potęgi C. K. Monarchii, tymczasem głównym tematem powieści jest upadek austriackiego imperium, ze wszystkimi jego pięknymi formami.

„Znał imiona wszystkich członków domu cesarskiego. Kochał ich szczerze, dziecięco oddanym sercem – przede wszystkim cesarza, który był dobry i wielki (…). Najlepiej umrzeć za niego przy dźwiękach muzyki, najłatwiej – w takt marsza Radetzky’ego” (s. 42).

Pierwsze wydanie Marszu, 1932 r.
Punktem wyjścia opowiedzianej przez Rotha historii jest rok 1859 i bitwa pod Solferino, podczas której młody podporucznik Józef Trotta, potomek słoweńskich chłopów, ratuje życie samemu cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Jego bohaterski czyn staje się ciężarem dla jego syna i wnuka, głównych bohaterów tej książki, którzy przez całe życie starają się dorosnąć do swego wielkiego nazwiska. Z różnym skutkiem.

Syn, starosta, jest jeszcze w stanie unieść ten ciężar – robi to zawsze i wszędzie chwaląc imię cesarza, rzetelnie sprawując swoją służbę i przestrzegając form. To człowiek pryncypialny, honorowy i bardzo powściągliwy, na czym cierpi jego jedyny syn, Karol Józef. Zgodnie z wolą ojca wyszkolony na żołnierza, próbuje on sobie znaleźć miejsce w tym świecie, który tak hołubi starosta, ale nie potrafi. Choć kocha cesarza i jest gotów go bronić tak jak jego dziadek, a Marsz Radetzky’ego wygrywany na placu przed starostwem budzi w nim głębokie patriotyczne uczucia, nie potrafi też ściśle przestrzegać form narzuconych mu przez ojca. Wrażliwy i nieco zagubiony, przypominał mi pod tym względem Hanno, najmłodszą latorośl rodu Buddenbrooków, i cała historia upadku rodziny, tu ściśle splecionego z upadkiem państwa, jest nieco podobna jak u Tomasza Manna – choć w obu przypadkach chodzi oczywiście o zupełnie inne wartości.
„Żył w cieniu dziadka. W tym tkwił sęk! Był jedynym wnukiem bohatera spod Solferino, jedynym wnukiem! Czuł ustawicznie na karku tajemniczy, ciemny wzrok dziadka. Był wnukiem bohatera spod Solferino” (s. 107).
Młody Joseph Roth, ok. 1914.
Wikła się więc młody Trotta w coraz to nowe afery, nawiązuje romanse, wpada w długi, przyczynia się niechcący do tragedii – a wszystko to jeszcze bardziej pogłębia jego niepewność i rozpacz. Otoczenie, w którym przebywa, również nie sprzyja pielęgnowaniu ojczyźnianych ideałów – ówczesna armia austriacka, składająca się z opijusów i hazardzistów, przypomina bardziej bandę szwejkowskich indywiduów, niż przykładnych, przejętych miłością do cesarza wojskowych. „Już nie byli członkami armii, tylko niedbałymi nosicielami jej mundurów” (s. 323).

Karol Józef zastanawia się: „Gdzie właściwie przynależę? Nie do tych, którzy siedzą tam w karczmie! Może do Sipolje? Do ojców moich ojców? Może powinienem trzymać w rękach pług zamiast szabli?” (s. 340). Chciałby porzucić karierę wojskową i zaszyć się na jakimś małym skrawku pola, uprawiając ziemię, jak jego przodkowie, lecz powstrzymuje go lęk przed ojcem. To nie tak, że starosta nie kocha syna – przeciwnie, co pokazuje raz po raz wyciągając go z tarapatów lub przymykając oko na jego występki – ale ma ściśle sprecyzowaną wizję tego, co jest słuszne, i w nią usiłuje wpisać życie swej latorośli.

Jego wizja bywa przerażająca, oparta jest bowiem na bezdyskusyjnym posłuszeństwie i oddaniu cesarzowi. W podobny sposób swojemu panu, czyli staroście, oddany jest służący Jacques, który dla służby poświęca całe swe życie – nie żeni się, ponieważ nie spodobałoby się to jego chlebodawcy. Jego przybrane imię „Jacques”, do którego nieprawdziwości przyznaje się dopiero na łożu śmierci, wydaje się jakimś symbolem wyzbycia się własnego życia na rzecz pana. Taka postawa, przywodząca mi na myśl Stevensa, służącego sportretowanego w Okruchach dnia Ishiguro, jest trudna do oceny – człowiek aż do tego stopnia oddany służbie wydaje się niespełna rozumu, ale w powieści Rotha to przecież również element tej dawnej tradycji, poświęcenia cesarstwu i obowiązującemu w nim systemowi, na swój sposób piękny.

Richard Moser, Elisabethbrücke, 1911.

Starosta żyje więc w przeświadczeniu, że wie, jak należy postępować. Ale przecież nie idzie w ślady ojca – bohater spod Solferino, choć ocalił życie Franciszkowi Józefowi, nie czcił cesarza i jego imperium bezkrytycznie. Wydaje mi się, że znamienny jest już fakt, w jaki sposób dokonał swego czynu – by ochronić młodego wodza przed pociskiem, nie dbając o ceremoniał ośmielił się złapać go za rękę i pociągnąć na ziemię.

Zamiast dumać, woli działać, bardziej niż formy, piękne gesty i słowa ceni prawdę – nie bez powodu Roth nazywa go „rycerzem prawdy”. Dlatego też, kiedy prosi o sprostowanie ubarwionej historyjki opisującej jego czyn w szkolnej czytance i słyszy od cesarza, że „kłamie się nieraz”, bohater ostentacyjnie odchodzi z armii i oddaje się pracy na roli, „wygnany z raju naiwnej wiary w cesarza, w cnotę, prawdę i sprawiedliwość” (s. 23). Jego historią, która otwiera całą powieść, autor już na wstępie kwestionuje więc ideały starosty; wydaje się ona ponurą zapowiedzią późniejszych wydarzeń, a zarazem tworzy klamrę z losami innego młodego podporucznika – jego wnuka, Karola Józefa.

Cesarz Franciszek Józef w 1905 r.
Głos Rotha jest więc krytyczny, już na wstępie kwestionuje on potęgę i nieomylność Monarchii, ale równocześnie pisze o niej i o jej czasach z ogromną nostalgią. Rozumie, czemu austriacki kolos upadł, dostrzega jego wady, ale nie zmienia to faktu, że żałuje tego świata, który był również światem jego dzieciństwa, i po którego rozpadzie nigdzie już nie czuł się „u siebie”. Z drobiazgową czułością pisze o małych rytuałach starosty, o posiłkach, które trafiały na stół w jego domu, o Marszu Radetzky’ego rozbrzmiewającym po obiedzie na placu przed starostwem.
„Twarze słuchaczy rozjaśniał zachwycony uśmiech, stopy same odrywały się od ziemi. Stali jeszcze, a zdawało im się, że już maszerują. Dziewczęta wstrzymywały oddech i otwierały usta, dojrzali mężczyźni zwieszali głowy i wspominali czasy manewrów. Stare babinki siedziały w pobliskim parku, ich małe, siwe główki trzęsły się. Było lato” (s. 36).
Podobnie jak swój rodak Stefan Zweig, Roth jest prócz tego niesamowitym opowiadaczem – obydwaj, po prostu poprzez zajmującą narrację, potrafili z niezwykłą siłą wciągnąć czytelnika w przedstawiony świat. (Niecierpliwość serca łączy zresztą z Marszem Radetzky’ego również sceneria i czas – obydwie powieści opisują czasy schyłku imperium i kończą się wybuchem I wojny światowej; a i życiorysy ich autorów pod pewnymi względami są zadziwiająco podobne…). Ostatecznie zaś o tym, że mam do czynienia z prawdziwym mistrzem pióra, przekonuje mnie kilka wspaniałych scen – śmierć Jacquesa, wyprawa starosty do Wiednia i audiencja u cesarza w obronie honoru syna, przyjęcie u Chojnickiego, w trakcie którego obsypani jeszcze confetti goście na wieść o zamordowaniu księcia Ferdynanda maszerują dookoła sali w takt Marszu Żałobnego Szopena. I koniec – koniec rodu Trottów, koniec cesarza Franciszka Józefa… koniec świata.

Karl Pippich, Carlsplatz, Wien, 1908.

A książkę zdjęłam z bibliotecznej półki dzięki rekomendacjom Sheyna Owieczkina oraz Marlowa z Galerii Kongo. Za te rekomendacje składam teraz oficjalnie stokrotne dzięki!

***
J. Roth, Marsz Radetzky’ego, przeł. Wanda Kragen, wyd. Czytelnik, Warszawa 1977.

Ilustracje:
[1] Historisches Museum der Stadt Wien / Wikimedia Commons
[2] H.-P.Haack / Wikimedia Commons
[3] Center for Jewish History / Wikimedia Commons
[4] www.dorotheum.com / Wikimedia Commons
[5] Koller Tanár Utódai / Wikimedia Commons
[6] www.imkinsky.com / Wikimedia Commons

czwartek, 27 kwietnia 2017

Wielka siostra wielkiego brata
– „Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości”, Anna Augustyniak


„Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka” – tak o sobie myślała, tak siebie widziała w oczach innych. Utalentowana poetka i prozaiczka, jedna z najwybitniejszych tłumaczek swoich czasów, rozstawała się z życiem w poczuciu, że jest nic nie warta. Historia też nie była dla niej łaskawa – jej twórczość jest już dziś niemal zupełnie zapomniana... Na szczęście książka Anny Augustyniak wydobywa tę fascynującą postać z cienia, w którym pozostawała przez całe życie.

Autorka rozpoczyna swoją opowieść trochę „od środka”, bowiem od czasów wojennych, kiedy Irena Tuwim oraz jej brat przebywali za granicą. Już w tym wprowadzeniu nakreślone jednak zostają pewne ważne dla biografii rodzeństwa wątki, jak ich żydowskie pochodzenie czy postać matki, przebywającej wówczas w szpitalu dla nerwowo chorych, przez całe życie zadręczającej się losem jej ukochanego syna, obarczającej się winą za jego znamię.

Stąd gładko przechodzimy w sferę wspomnień z dzieciństwa. Poznajemy zmorę dziecięcych lat Ireny – pomoc domową Manię Bednarek, która dręczyła dziewczynkę psychicznie (strasznymi historiami) i fizycznie; ale również służącą Antosię, która dla równowagi osładzała przyszłej poetce tamten czas. W pewnym stopniu też ukształtowała ją artystycznie – niepiśmienna chłopka, trochę komediantka, trochę gawędziarka, była dla niej podobną „muzą”, jak stryj Pepin dla Hrabala: „Antosia sobie samej, jak pisała dorosła już Irena, stwarzała inną rzeczywistość, bo ta, która jej była dana, nie wystarczała” (s. 46).

Irena i Julian w 1945 roku w Toronto.
W tym świecie pojawia się oczywiście również brat Julian – brat ukochany, hołubiony, i z wzajemnością, bo w końcu „to była miłość na śmierć i życie”. Postać barwna, przykuwająca uwagę (jak później, swoimi uroczymi refleksjami na temat psów i kotów), ale jednak nie spychająca ani na moment głównej bohaterki tej książki na drugi plan. I to jest plus – autorka postawiła sobie za cel wydobyć Irenę z cienia sławnego brata i, nie pomijając jego osoby oraz wagi łączącej ich więzi, konsekwentnie ten cel realizuje.

Umysłowo niedorozwinięte istoty

Uzdolniona dwójka dorastała w szarej, spowitej dymem z fabrycznych kominów Łodzi, w domu, w którym również słońce i uśmiech nie gościły zbyt często. Może to ta rzeczywistość, zachęcająca do ucieczek w świat fantazji, uczyniła z nich po części artystów? Irena, podobnie jak jej brat, zaczyna tworzyć bardzo wcześnie. Mimo że Julian przeciera jej szlaki w literackim świecie, nie może ona liczyć na entuzjastyczne przyjęcie w literackim świecie tamtych czasów – w końcu jest kobietą.

Pisząc o pierwszych publikacjach Ireny, autorka kreśli też kulturalne tło międzywojennej Polski ze szczególnym naciskiem na sytuację pisarek. Literatury kobiecej powstaje wówczas dużo, ale wielu krytyków wciąż nie uważa głosu kobiet za godny uwagi: „Jak zrobić, aby kobiety, te nieodpowiedzialna jednak w obecnym stanie umysłowo niedorozwinięte jeszcze istoty, nie dzierżyły arbitralnie władzy w dziedzinie współczesnej literatury i publicystyki?” (s. 61) – pisze Ludwik Hieronim Morstin. Bawią również oczekiwania znawców wobec twórczości kobiet oraz utyskiwania, że nie zostały one spełnione: „Ignacy Fik zwierzał się z frustracji, że nadzieje związane z literaturą kobiecą przyniosły same rozczarowania: zamiast uczuciowej dyskrecji, romantyzmu i idealizmu, ich literatura odznacza się chłodem, sceptycyzmem i czymś co cechuje mężczyzn – brutalną zmysłowością” (s. 62).

Ten uczuciowy sceptycyzm pojawia się również w poezji Ireny – i według niektórych wyróżnia ją na tle innych autorek ówczesnej poezji miłosnej. Tworzy ona bowiem przede wszystkim lirykę miłosną, głęboko kobiecą, w stylu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (bez porównania bardziej dziś popularnej niż Irena – czemu?!) czy rosyjskiej poetki Anny Achmatowej. Miłość z reguły nie jest tu źródłem szczęścia i rozkoszy, przeciwnie – wiąże się z cierpieniem i poczuciem niespełnienia. Odsłaniając kolejne karty z życia Ireny, autorka pokazuje nam, że ta wizja ma swoje korzenie w życiu…

Smutny hiacynt z parapetu

Zaglądając za kulisy związków Ireny, przypominałam sobie fragmenty opisujące małżeństwo jej rodziców. Matka, spragniona zabawy i towarzystwa, dusiła się przez całe życie w związku z człowiekiem oschłym i zamkniętym we własnym świecie. Zawsze niezadowolona, zawsze z pretensjami. „Rodzice, każde na swój sposób, tęsknili za czymś innym, nienawidząc szarzyzny wspólnego życia w mieszkaniu, którego żadne z nich z pietyzmem nie urządzało” (s. 39). I choć wydaje się, że Irena z większą rozwagą wybierała partnerów – łączyły ich wspólne zainteresowania, literacka pasja – najwyraźniej wpadała w tę podobną pułapkę. Pod fasadą zgodnego związku kryło się u niej zawsze rozczarowanie.

Pierwszy mąż, Stefan Napierski, zakochał się najpierw w jej poezji. Bajecznie bogaty, a przy tym pracowity, szaleńczo oddany pracy literackiej (może nawet nieco zbyt oddany – na jego temat krążyły żarciki, że „z Claudelem chodzi do klozetu”), zapatrzony w nią jak w obrazek – wydawał się idealnym kandydatem na towarzysza życia. Ale był również homoseksualistą. I być może dlatego Irena, mimo życia w dostatku, pod czułą opieką męża, nie czuła się przy nim nigdy do końca szczęśliwa: „Życie kobiety było patrzeniem na smutny hiacynt z parapetu. Nie kwitnie, nie więdnie, żyje-nie żyje” (s. 86).

Kiedy jednak poznała Juliana Stawińskiego, nie odeszła natychmiast. Przy mężu trzymała ją lojalność, poczucie przywiązania i wdzięczności – był dobrym człowiekiem i darzył ją wielką miłością. Udowodnił to zresztą, kiedy, widząc jej męki, zaproponował jej układ: niech zwiąże się z kochankiem na rok, jeśli to nie wypali, zawsze może wrócić. Nie wróciła. Została ze Stawińskim, po uzyskaniu rozwodu wyszła za niego za mąż, a owocem tego płomiennego uczucia był wydany w 1930 roku tomik Miłość szczęśliwa. Szczęśliwa, tak, ale tylko do czasu… „Bo jak Irena mogła myśleć, że zapamiętanie się w jednym mężczyźnie będzie dla niej już zawsze szczęściem?” (s. 101).

„Szkoda Cię na przekłady”

Ze Stawińskim tworzyli jednak zgodny duet przekładowy – razem przetłumaczyli z języka angielskiego wiele znakomitych, klasycznych już dzieł (w tym, jak się dopiero niedawno zorientowałam, część opowiadań ze zbioru Upojenie Katherine Mansfield, na czele z moim ukochanym Feuille d’album!).

Irena Tuwim i Julian Stawiński
Oczywiście przy okazji tłumaczeń nie sposób nie wspomnieć o tym, z którego Irena Tuwim do dziś jest najbardziej znana – czyli Kubusiu Puchatku A. A. Milne’a. Jak pisze Anna Augustyniak, początkowo tłumaczka nie chciała słyszeć o tym zleceniu, uważając że to tekst absolutnie nieprzekładalny; w końcu jednak, za namową rodziny, podjęła wyzwanie. I stworzyła przekład kongenialny – Stanisław Lem powiedział o nim, że jest wręcz lepszy od oryginału.

To zresztą tylko jedna z wielu książek dla dzieci, które Irena przybliżyła polskim czytelnikom (w jej przekładzie ukazała się w Polsce także m.in. Mary Poppins, przemianowana początkowo na Agnieszkę). Literaturę dziecięcą tłumaczyła sama, i według niej było to zadanie pod pewnymi względami dużo trudniejsze niż przekładanie „dorosłych” utworów. „Język musi być prosty, jasny, nieskazitelny, konkretny, a słowa dobierane jak w łamigłówce. «Jest to niby truizm, a jednak gdy sięgniemy do wielu przekładów, widzimy dzieci mówiące językiem, jakim dzieci nigdy i nigdzie na świecie nie mówiły i nie mówią»” (s. 178). Winą za te nieudolne twory przypisywała wydawcom, którzy nie pozostawiają tłumaczom swobody i wymagają dosłowności, tymczasem literatura dziecięca, aby była zrozumiała, w wielu przypadkach nie powinna, a nawet nie może, być tłumaczona dosłownie.

Pracy tłumacza Irena oddawała się z przyjemnością i była również za nią nagradzana. Przyjaciółki pisały jej jednak, że „szkoda jej na przekłady”, i że taki talent jak ona powinien realizować się w pracy pisarskiej. Coś w tym jest – w końcu zarówno jej wiersze, jak i opowiadania, wzbudzały zawsze entuzjastyczne głosy krytyków. Dlaczego nie poświęciła więcej czasu i sił twórczości własnej? Czy żałowała? Chyba tak, bo w końcu w jej listach i prywatnych wzmiankach pojawiają się wzmianki o zawiedzionych ambicjach literackich. Zwłaszcza u progu starości, gdy brat i mąż umierają, a Irena zaczyna się czuć bardzo samotna, gorycz niespełnienia zatruwa jej życie…

Wspomnienia o Julianie Tuwimie (również z tekstem Ireny) kupiłam na niedzielnym kiermaszu z okazji Światowego Dnia Książki w Krakowie. Duch Tuwimów ostatnio mi towarzyszy – na tym samym kiermaszu nabyłam dwie książki tłumaczone przez Irenę Tuwim i Juliana Stawińskiego. Książek Ireny jednak nie znalazłam...
Życie w cieniu

Tak przechodzę do ostatniej części książki, najbardziej przejmującej, opisującej samotny schyłek życia Ireny. Schyłek długi, bowiem jej brat umiera już w roku 1953, mąż – w 1973, ona sama zaś dożywa aż 89 lat i rozstaje się z życiem w roku 1987. W tych ostatnich latach dopadają ją z całą siłą demony, z którymi zmagała się już wcześniej. „Zawsze o sobie myślała negatywnie. Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka, która znów nie jest szczęśliwa” (s. 100). Dlaczego?

W pierwszym małżeństwie żyło jej się dostatnio i spokojnie, ale czuła się niespełniona, w drugim – emocji było aż za wiele. „«Prawdziwa miłość cierpi w milczeniu», pisał Oscar Wilde. Oni oboje byli właśnie na tym etapie życia. Cierpieli – kochając się” (s. 175). Stawiński był alkoholikiem, a Irena przez wiele lat z największym trudem ukrywała to przed znajomymi. Ale nawet bez alkoholu bywał porywczy i agresywny, robił żonie awantury o drobnostki, traktował ją jak służącą. Irena pisze ze złością: „Biłabym siebie po mordzie za ten mój upadek. Za 1/100 tego jak mnie upokarza, inna kobieta mniej samotna, biedna i słaba, dawno by już sobie poszła” (s. 216). Nie odchodzi jednak, ponieważ kocha. A poza tym – śmiertelnie boi się samotności. Potrzebuje towarzysza życia, by zachować pozory, „żeby żyć, żeby trzymać się przy życiu, żeby trzymać się życia. W swoich oczach i w oczach innych” (s. 230).

Kiedy więc Stawiński umiera, Irena kompletnie się rozpada. Nie ma już celu w życiu, nie widzi sensu, z największym trudem wstaje rano z łóżka. Wydaje jej się, że „życie od niej uciekło”, że poniosła porażkę na wszystkich polach – niespełniona pisarka, niedoceniona tłumaczka, samotna stara kobieta. Nie ma już rodziny, znajomi mają dosyć jej ciągłych wizyt i telefonów. W ciszy pustego mieszkania snuje swoje ponure rozmyślania: „Daremnie szukałam kogoś, dla kogo byłabym najważniejsza” (s. 238).

Wzruszający jest ten dramat wybitnej przecież tłumaczki, utalentowanej przecież pisarki. Wzruszający tym bardziej, że tak jak za życia na różne sposoby pozostawała w cieniu, tak również po śmierci na ten cień została skazana – wspominana tylko niekiedy jako „ta od Kubusia Puchatka”, zupełnie zapomniana jako poetka i prozaiczka.

Dlatego bardzo cieszę się, że przeczytałam książkę Anny Augustyniak. Nie jestem co prawda zupełnie bezkrytyczna – trochę zabrakło mi w tej biografii spójności, odważniejszego stawiania hipotez, wyciągania wniosków, spajania faktów. (Jakie znaczenie dla psychiki Ireny miały na przykład powtarzane wielokrotnie słowa jej matki, że jest brzydka? Jak w ogóle wyglądały jej relacje z matką?). Żałuję też, że pewne bardzo ciekawe wątki nie zostały rozwinięte – jak choćby niespełnione macierzyństwo Ireny.

Książka jest jednak sprawnie napisana, wciągająca, stopniowo odsłania kolejne tajemnice głównej bohaterki i wchodzi w coraz bardziej intymne sfery jej życia. Świetnie sprawdzi się jako wprowadzenie w losy słynnego rodzeństwa, a przede wszystkim – wzbudza zainteresowanie osobą Ireny. Przy następnej wizycie w bibliotece na pewno rozejrzę się za jej książkami.

***
A. Augustyniak, Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] fotografia zamieszczona w książce / zdjęcie własne,
[3] wyklejka w książce / zdjęcie własne,
[4] fotografia zamieszczona w książce / zdjęcie własne,
[5] zdjęcie własne,
[6] empik.com.

piątek, 21 kwietnia 2017

Czerwcowy poranek, wygodne buty i ból istnienia – „Godziny”, Michael Cunningham

Julianne Moore jako Laura Brown w filmowej adaptacji powieści, Godziny (2002, reż. Stephen Daldry). 
„Jeśli odejdzie, będzie szczęśliwa, może nawet bardziej niż szczęśliwa. Będzie sobą”.

Nagrodzona Pulitzerem książka Cunninghama to powieść o życiu w klatce cudzych oczekiwań i własnych niespełnionych nadziei, ale również o ucieczkach z tej klatki, tych wielkich i tych małych – tytułowych „godzinach”. O miłości do świata mimo bólu istnienia.

W Godzinach mamy do czynienia z trzema bohaterkami, trzema historiami, trzema płaszczyznami czasowymi. Dwie spośród tych kobiet to postacie fikcyjne, jedna to wybitna brytyjska pisarka – Virginia Woolf. I choć żyją w różnych epokach i są uwikłane w różne związki, coś je łączy – ukrywane przed światem poczucie rozczarowania, zniewolenia, wtłoczenia w pewną życiową rolę.

Meryl Streep jako Clarissa Dalloway, sama kupiła kwiaty.
(Czy kogoś jeszcze tak bardzo bawi, że w powieści podczas przechadzki
po Nowym Jorku Clarissa mija plan filmowy i widzi przez moment
wyglądającą z przyczepy... właśnie Meryl Streep?). 
Clarissa Dalloway (nie ta z powieści Virginii, a żyjąca współcześnie bohaterka, nazywana tak przez przyjaciela) to pięćdziesięcioletnia nowojorczanka, matka dorosłej córki, żyjąca obecnie w związku z kobietą. Choć na zewnątrz sprawia wrażenie wyzwolonej i pewnej siebie osoby, z werwą zajmującej się pracą wydawniczą i opieką nad chorym Richardem, w głębi duszy zarzuca sobie, że jest zbyt mieszczańska i staroświecka, jej życie wydaje jej się zbyt stateczne, tęskni za szaloną młodością i obietnicami, jakie niósł ze sobą ten czas.

Druga z fikcyjnych bohaterek, Laura Brown, żyje w latach 50. w Stanach Zjednoczonych i na pozór ma wszystko – przystojnego, kochającego męża (który po powrocie z wojny w nimbie bohatera postanowił poślubić właśnie ją, niespecjalnie ładnego mola książkowego), synka, który świata za nią nie widzi, piękny dom. Spodziewa się właśnie drugiego dziecka. Myśli, że powinna być wdzięczna za wszystko, co dostała od losu, a jednak każdego rana musi się przemóc, by wstać z łóżka. Czuje się, jakby nieustannie odgrywała jakąś rolę – a mimo to desperacko się tej roli trzyma, ponieważ…
„Chce być kochana. Pragnie być dobrą matką, czytającą spokojnym głosem swojemu dziecku, chce być żoną, która potrafi pięknie nakryć stół. Nie chce, zdecydowanie nie, być dziwaczką, egzaltowaną, kapryśną istotą pełną szaleństwa, dąsającym się odludkiem, tolerowanym, lecz niekochanym” (s. 117).
Nicole Kidman jako Virginia Woolf.
I wreszcie Virginia. Mistrzyni słowa, która mimo wybitnego talentu pisarskiego, mimo opinii najinteligentniejszej kobiety swoich czasów, przez całe życie toczyć musiała walkę ze swoim szaleństwem. Tutaj – pod ścisłą kuratelą męża, w domu poza Londynem, stara się osiągnąć psychiczną równowagę. Wraz z Cunnighamem zaglądamy do jej schorowanej głowy, dociekamy, o czym mogła wówczas myśleć. W głowie tej powstaje właśnie pomysł na książkę, powieść o jednym dniu z życia pewnej kobiety – praktycznej, „zwyczajnej” pani Dalloway, która jednak, gdy nikt nie patrzy, wspomina, tęskni, wraca do przeszłości.

Wszystkie, choć wydaje im się, że powinny być szczęśliwe, nie do końca potrafią. Clarissa myśli: „Do porażek nie zalicza się faktu, że znajdujesz się w tym mieszkaniu, we własnej skórze, obcinasz łodygi kwiatów. To nie porażka, lecz okazuje się, że musisz zaangażować wszystkie siły, by być obecną i wdzięczną, by być szczęśliwą (okropne słowo)” (s. 109). Wspomina chwile z przeszłości, zapamiętane z dzieciństwa obrazy, proustowską gałąź uderzającą o szybę, zastanawia się, jak potoczyłoby się jej życie, gdyby coś zrobiła inaczej, czy byłoby bardziej szalone, „intensywne i pełne niebezpieczeństw, jak to, które przedstawia się w literaturze”. Laura nieustannie analizuje siebie i swoje małżeństwo, pyta samą siebie, dlaczego nie potrafi cieszyć się tym, co ma, dlaczego głos jej synka tak ją irytuje, dlaczego wszystko, co robi, wydaje jej się tak dalekie od doskonałości – jak tort urodzinowy dla męża, który piecze dwa razy, bo za pierwszym razem do lukru dostały się okruchy i jedna literka nie wyszła. Jest ciągle zmęczona. „A mogło być tak, jak na spacerze po polu skrzącego się śniegu. Mogło być przerażająco i cudownie” (s. 237).

W tym rozczarowaniu pojawia się myśl o śmierci – której cień wisi nad całą książką, od pierwszych jej słów, opisujących ostatnie chwile Virginii, zanim weszła do rzeki z kieszeniami pełnymi kamieni. Tak bardzo jej źle we własnej skórze; kiedy mija człowieka czyszczącego kanał w kępie łoziny, „myśli o tym, że mu się poszczęściło – może czyścić kanał wśród łozin. Jej się nie powiodło” (s. 1). Zamknięta w klatce szczęśliwego małżeństwa Laura też przez moment myśli o samobójstwie, ale wie, że tego nie zrobi – czerpie tylko z tej myśli przyjemność. Ze świadomości, że byłoby to tak proste i w zasięgu ręki, „takie proste jak zameldowanie się w hotelu”.

Za to śmierć samobójcza na pewno nie jest losem „zwyczajnej” Clarissy – podobnie jak jej powieściowej imienniczki. „Clarissa będzie pogrążona w smutku, przeraźliwie samotna, lecz nie umrze. Zbyt mocno będzie kochała życie, Londyn (…). Zdrowa psychicznie – pełna radości, zwyczajna Clarissa – będzie żyła dalej, kochała Londyn, swoje życie składające się ze zwykłych przyjemności, a umrze ktoś inny, obłąkany poeta, wizjoner” (s. 243).

Clarissa potrafi bowiem dostrzec piękno w pozornie brzydkim świecie. Radość w codzienności. Jak wtedy, gdy ją poznajemy – gdy wychodzi ze swojego nowojorskiego mieszkania w piękny czerwcowy poranek i wydaje się wręcz upajać tym dniem, niczym bohaterka mojego ulubionego Upojenia Katherine Mansfield. „Cóż to za emocjonujące doznanie, jaka rozkosz, żyć w taki czerwcowy poranek, dostatnio, korzystając z niemal kompromitującej ilości przywilejów, mając przed sobą jedynie zwykłą wyprawę po zakupy” (s. 10) – myśli sobie Clarissa, ciesząc się jak dziecko z wygodnych butów i widoku popsutego telewizora przy krawężniku. (To zresztą bardzo bliskie mi myślenie – podobne skarby wyławiam i opisuję w Pięknej rupieciarni).

Michael Cunningham, Helsinki, 2011.
Oczywiście, życie nie składa się tylko z takich chwil – bohaterka Upojenia niedługo potem z hukiem spada z chmur na ziemię, a i Clarissę czekają ciężkie chwile. Głównie jednak od nas zależy, czy tytułowe „godziny” będą dla nas udręką, jak w przypadku Richarda, czy będą to godziny z wizji Clarissy, momenty olśnienia: „Godzina w tym czy w tamtym miejscu, kiedy nasze życie, na przekór wszystkim przeciwnościom i oczekiwaniom, otwiera się nagle przed nami, dając to, co zawsze istniało w naszej wyobraźni” (s. 259).

Dla takich godzin żyje też Laura – bohaterka, o której myślałam najwięcej po lekturze tej książki, i której historia najbardziej mnie poruszyła. Laura – UWAGA, SPOILERY! – wybiera wolność, i może w tym tkwi siła, z jaką później przeciwstawia się życiowym przeciwnościom – siła, którą podziwia sama Clarissa: „Żyła, kiedy jej byłego męża zabrał rak wątroby, a córkę zabił pijany kierowca. Żyje po tym, jak Richard wyskoczył z okna i zmarł na łożu z tłuczonego szkła” (s. 255). Mimo tego, że ziarenko myśli o samobójstwie zostało w niej zasiane jeszcze wtedy, jeszcze w czasach „szczęśliwej” rodziny, pokornie godzi się ze wszystkimi ciosami, które później przynosi jej los – bo wybrała życie po swojemu. Może więc pragnienie śmierci jest tylko gwałtownym pragnieniem wyjścia z narzuconej sobie roli?

Książka Cunninghama okazała się dla mnie bardzo ważna. Ponieważ dała mi do myślenia, ale również dlatego że – zgodnie ze stwierdzeniem C.S. Lewisa: „Czytamy, by wiedzieć, że nie jesteśmy sami” – pozwoliła mi poczuć, że nie jestem sama. Nie wiem, jakich czarów dokonał autor, by tak świetnie oddać myśli i uczucia kobiety (podziwiam, jak na poziomie stylu nawiązał do twórczości Virginii, ale to – magia!); chyba po prostu musi być trochę „panną przebraną za mężczyznę”, jak pan Hrabal (który zresztą też świetnie to udowodnił w swoich Weselach w domu). Mimo jednak całego tego niepokoju i rozczarowania, mimo potężnego ładunku smutku we wszystkich historiach, jest w nich również nadzieja – nadzieja czerwcowych poranków:
„Tak, myśli Clarissa, czas, żeby ten dzień się skończył. Urządzamy przyjęcia, opuszczamy rodziny, żeby wieść samotne życie w Kanadzie; nie szczędzimy trudu, by pisać książki, które i tak nie zmienią świata, niezależnie od tego, ile włożono w nie talentu i wysiłku, najbardziej szalonych nadziei. Żyjemy, robimy to, co robimy, potem kładziemy się spać – to takie proste i takie zwyczajne (…). A jednak lubimy to miasto, cieszymy się porankiem, ponad wszystko żywimy nadzieję na więcej. Bóg jeden wie, dlaczego tak je kochamy” (s. 259).
***
M. Cunningham, Godziny, przeł. Maja Charkiewicz, Beata Gontar, wyd. Pokolenie, Łódź 1999.

W zeszłym roku Michael Cunningham był gościem Festiwalu Conrada. Relację ze spotkania z nim możecie przeczytać tutaj.
Ilustracje:
[1][2][3] imdb.com,
[4] Anneli Salo / Wikimedia Commons,
[5] zdjęcie własne.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wesoły i smutny, jak blues – „Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka”, Josef Škvorecký

Škvorecký nie ma w tej książce litości dla czytelnika – wrzuca go, zdezorientowanego, w sam środek sceny, co chwila zmienia narratora, scenerię i uczestników zdarzeń, skacze w czasie i przestrzeni. Jeśli jednak poświęcimy jej wystarczająco dużo cierpliwości i uwagi, będziemy w stanie wyłuskać to, co najpiękniejsze – obraz Antonína Dvořáka, jako wielkiego, a zarazem bardzo „zwyczajnego” człowieka, oraz Ameryki – fascynującego kraju, który zainspirował go do skomponowania Symfonii z Nowego Świata.

Zakochany rzeźnik

Autor ukazuje nam Dvořáka z perspektywy wielu różnych osób – jego przyjaciół, współpracowników, także osób, które zetknęły się z nim na krótko, ale wystarczająco długo, by zapisał się w ich pamięci. Stopniowo przechodzimy do relacji coraz bardziej intymnych, do głosów osób, które były kompozytorowi bliskie – co znamienne jednak, do końca powieści nie poznajemy perspektywy samego Dvořáka. Wesołe fantazjowanie Škvoreckiego ma więc pewne ograniczenia, pozwalając nam się jedynie domyślać uczuć i myśli najważniejszej postaci tej biograficznej powieści. Jak w motcie utworu, zaczerpniętym z poezji Yeatesa: „Człowiek może ucieleśniać prawdę, ale nie może jej znać”.

Antonín Dvořák w 1882 roku.
Relacje ukazują nam człowieka o wielkim, wrodzonym talencie. Z zawodu czeladnik rzeźnicki, prosty człowiek, mąż i ojciec ogromnej gromadki dzieci, namiętny obserwator zawodów jedzenia knedlików, bywalec knajp, który lubił się napić i solidnie pojeść. Do tego patriota i wierzący, rozmodlony, przykładny katolik. Ale przy tym wszystkim, przy całej tej aurze „zwyczajności”, która go otaczała, muzyczny geniusz – żyjący muzyką i oddychający nią.
„Wśród zapachu knedlików i gruchania srających gołębi, wśród figli smarkatej Lojzički i ślepoty na domowego uwodziciela niewinnych panienek, rodzą się tak wspaniałe melodie, jak potrafił tworzyć chyba tylko Schubert, rajskie kombinacje dźwięków, muzyka niebios” (s. 23).
„Rajskość” i „niebiańskość” jego muzyki to nie przypadek – Dvořák był wielkim admiratorem świata, którego piękno według niego było odbiciem Boskiej doskonałości. Nieustannie chłonął otaczające go odgłosy, a kiedy usłyszał coś interesującego, zapominał o świecie. Te wszystkie dźwięki – śpiew ptaków, odgłosy ulicy, wesołe gwizdanie murzyńskich chłopców – przetwarzał później na muzykę.
„Taki człowiek to u mnie jest artysta, damo i panowie! Jak ktoś walnie pałeczką w naciągnięty bęben, on zapomina o Bożym świecie, łącznie ze stekiem” (s. 367).
Siostry Čermákove.
Starsza, Josefina (stojąca),
późniejsza hrabina Kounic, była
pierwszą wielką miłością Dvořáka.
Młodsza, Anna, została jego żoną.
Jest jednak jeszcze coś. Tajemnica, która w dużej mierze ukształtowała Dvořáka i pozostawiła w nim dostrzegalny smutek. Z perspektywy Harry’ego T. Burleigha: „Był to najwybitniejszy człowiek, jakiego w całym życiu poznał. Wesoły i strasznie smutny (…). Jak blues” (s. 122). Ta smutna tajemnica to historia młodzieńczej nieszczęśliwej miłości, która prawdopodobnie naznaczyła wszystkie późniejsze dzieła Dvořáka pewnym stałym muzycznym motywem. „Ślady jej uroku rozsiane wszędzie w rozległym krajobrazie jego muzyki”… Škvorecký sugeruje, że złamane serce nigdy się do końca nie zagoiło, a kompozytor do końca życia tęsknił za swoją pierwszą miłością. A w smutku i tęsknocie rodzą się najpiękniejsze dzieła.
„Dobyła sztyletu, aby zabić marzenie – sztyletu kobiecej decyzji dotyczącej losu mężczyzny. Sztyletu, który zabije doczesny żywot marzenia i w ten sposób – czasami, choć rzadko – obdarzy go życiem wiecznym” (s. 271).
Majestatyczny Nowy Świat

Ta powieść ma jednak również drugiego wielkiego bohatera. Są nim Stany Zjednoczone – kraj, do którego Dvořák wyjechał na zaproszenie Jeanette Thurber, założycielki National Conservatory of Music of America i wielkiej patronki muzyki klasycznej. W książce Škvoreckiego zostają zaprezentowane jako kraina barwna, zszyta z wielu kultur i narodowości, nade wszystko ceniąca wolność, a równocześnie posiadająca na kartach swojej historii niechlubny rozdział niewolnictwa.

Dvořák z rodziną i przyjaciółmi
po przyjeździe do Ameryki w 1893 r.
Wędrując za ocean wraz z Dvořákiem, poznajemy wzruszające historie dawnych murzyńskich niewolników (wspaniały rozdział Jessie w barze z ostrygami!) oraz imigrantów, którzy sprzedawali wszystko, by cisnąć się przez wiele dni w ścisku i brudzie pod pokładem statku towarowego, okupując nierzadko podróż życiem własnym lub dzieci, a następnie harować za grosze w pogoni za swoim amerykańskim snem (równie wspaniały Exodus!). Jest i rzut oka na tych, którym się nie udało – biedotę, która żyje na ulicy i która z głodu posuwa się do kradzieży i oszustw. Dla równowagi autor serwuje nam szereg pijackich anegdotek oraz zabawnych opowieści ze Spillville, czeskiej wioski w Ameryce, o sposobach zdobywania alkoholu w czasach prohibicji. Wszystkie te wrażenia, wspomnienia, radości i smutki, złożyły się na przepiękną Symfonię z Nowego Świata. „Przerażający, straszny dźwięk, ale na swój sposób majestatyczny. Tak, jak Ameryka” (s. 57).


Przyznam szczerze, że kiedy Škvorecký pisze stricte o muzyce, ja zaczynam się nudzić. To jednak kwestia tego, że zupełnie nie siedzę w temacie – choć moja mama jest nauczycielką gry na fortepianie i muzyka była zawsze w naszym domu ważna, nigdy nie zgłębiłam tej dziedziny sztuki i terminologia muzyczna jest mi zupełnie obca. Dla kogoś jednak, kto wie na ten temat więcej, będzie to z pewnością wartość dodana Scherzo capriccioso.

Urzekło mnie natomiast te kilka opisów koncertów lub występów, w których czuć narastającą muzyczną gorączkę – coś jak w Rozpirzonym bębnie Hrabala czy, również u Škvoreckiego, w opowiadaniu Saksofon basowy. Choć nie możemy usłyszeć muzyki, którą podziwiają bohaterowie utworu, udzielają nam się w takich fragmentach ich emocje – to wielka pisarska sztuka!

Jeanette Thurber
Bardzo podobała mi się również walka o muzykę klasyczną, jaką toczą, oprócz Dvořáka, inni bohaterowie powieści, na czele z Jeanette Thurber. (Ach, ta Jeanettka! Rajski ptak, który mimo skromnych środków robi tak wiele dla muzyki poważnej w Ameryce – posługując się przy tym swoim wielkim urokiem osobistym). Niestrudzone dążenie do tego, by muzyka przestała być uważana za „luksus dla bogatych”, wzruszenie dyrygenta przy spotkaniu z prostym chłopem, który wciąż wspomina dyrygowany przez niego koncert, na który trafił kilkadziesiąt lat temu – te fragmenty pokazują również, jak ważna była muzyka dla samego Škvoreckiego. On czuje i rozumie swoich bohaterów.

Zabawa z językiem

Nie mniej ważna niż treść jest jednak w Scherzo capriccioso forma. Pisałam już o zmianach narratora i scenerii, nie wspominałam natomiast o zmianach na poziomie języka, które za tym idą. Każdy „opowiadacz” ma swój własny, unikatowy głos. Niektórzy to tacy typowi czescy pabitele, słucha się ich więc (czy właściwie czyta) z przyjemnością, ale narracja innych jest bardzo męcząca – jak nadęte dysputy znawców muzyki czy, trudny do przyswojenia z zupełnie innych powodów, język imigrantów.

Dvořák w Spillville, anonimowa rycina.
O ile bowiem u niektórych z nich, na przykład u gawędziarza ze Spillville, mamy do czynienia tylko ze sporadycznymi anglicyzmami, o tyle list panny Rosie to już totalny amerykańsko-polski (bo w przekładzie – przy okazji brawa dla tłumacza!) bełkot; nad niektórymi jej zdaniami naprawdę trzeba siedzieć dłuższą chwilę, by rozszyfrować, o co jej chodzi. Oczywiście, mimo trudności, jakie sprawia w lekturze, taka zabawa językiem to siła powieści Škvoreckiego – już w roku 1984 tworzy on coś podobnego do monologów nastolatek w Końcu punku w Helsinkach, które tak podziwiałam u Jaroslava Rudiša.

Za to wspomniane przeze mnie na początku skoki w czasie i przestrzeni, przeładowanie postaciami, niespójność i chaos fabularny to coś, co moim zdaniem jest słabą stroną powieści. Oczywiście, tą mnogością wątków i historii Scherzo capriccioso wpisuje się w piękną czeską tradycję anegdoty, ale w tym wypadku zabrakło trochę uporządkowania, jakiegoś wyraźnego trzonu fabularnego, którym nie są ani Dvořák, ani Ameryka – stanowią raczej wyraźny i częsty refren, do którego jednak dochodzimy krętymi ścieżkami, pełnymi pojawiających się i znikających bohaterów i nierozbudowanych wątków. Dlatego mimo wielu czarujących momentów powieść Škvoreckiego trochę mnie zmęczyła.

Głowię się nad tytułem. Czemu akurat ten utwór Dvořáka, Scherzo capriccioso, posłużył jako tytuł książki? Czy szukać wskazówek w samej kompozycji i okolicznościach jej powstania, czy tłumaczyć tę nazwę na polski i doszukiwać się aluzji? Wyjaśnienia lub pomysły chętnie przyjmę…


***
J. Škvorecký, Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka, przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] beethovenfest.wordpress.com / Wikimedia Commons,
[3] www.antonin-dvorak.jpg / Wikimedia Commons,
[4] Wikimedia Commons,
[5] Onteora Club archives, dzięki grzeczności E. Davisa Gaillarda /Wikimedia Commons
[6] Wikimedia Commons,
[7] okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl.

środa, 12 kwietnia 2017

Młodość w czasach gumowych pałek – „Dowód osobisty”, Petr Šabach

Dowód osobisty ma w sobie wszystko to, co u Šabacha tak lubimy – swobodną, familiarną narrację, dzięki której czujemy się, jak gdybyśmy siedzieli z nim w knajpie nad kufelkiem pilznera, dużo humoru, ironii i uroczych anegdot. Tym razem jednak ten pilzner jest trochę bardziej gorzki niż zwykle.

Bardziej bowiem niż w poprzednich książkach na pierwszy plan wysuwa się tu historia oraz niewesoła komunistyczna rzeczywistość, w której pisarz, podobnie jak jego bohaterowie, przeżywał swoją burzliwą młodość. Czytając choćby fragmenty o stłumieniu manifestacji w rocznicę sierpnia ‘68, rozumiemy już doskonale, skąd opinia krytyków, że to „najpoważniejsza powieść Šabacha”.

Akcja obejmuje prawie pół wieku, a zaczyna się w latach 60., od wesołych perypetii grupki niepokornych chłopców. Ten początek przypomina trochę opowieści Edmunda Niziurskiego – u Šabacha jest może trochę bardziej pieprznie i rubasznie, ale też mamy tu do czynienia z galerią oryginalnych indywiduów, i jest tu nawet natchniony poeta Aleš, którego poetyckie wyczyny (te bardziej melancholijne; spod jego pióra wychodzą bowiem także płomienne ody na cześć „piątek” falujących pod bluzkami koleżanek oraz „pogody cyca”) śmiało zrównywać można z utworami lirycznymi Wątłusza Pierwszego. („Zachodzi słońce nad wędzarnią krwawo”, itp. – wszystkim wielbicielom tej „poezji” bardzo polecam wierszyki z Dowodu, rewelacyjnie przetłumaczone przez Julię Różewicz!).
„Gdy w elektrowni Orlík
dziarsko wrzały turbiny,
zasłuchał się robotnik
w nieśmiały śmiech dziewczyny.

Poszli na randkę więc po zmianie
tam, gdzie się zwęża szosa.
W jej oczach było pożądanie,
on palił papierosa.

Księżyca blask oświetlał sny,
zaporę cichą sycił.
Łzy szczęścia w oczach miała, gdy
on ją za brodę chwycił” (s. 59).
Kadr z filmu Dowód osobisty Ondřeja Trojana na podstawie powieści.
Aleš tłumaczy się z wierszy spisanych na stronach dowodu osobistego :).
Początkowo też bohaterowie nie mają większych problemów – marzą tylko o tym, by posiedzieć sobie z flaszeczką taniego wina w pobliskim sadzie, a jedynym niezwykłym wydarzeniem, które mąci tę spokojną codzienność, okazuje się romans wuefistki z dyrektorem. Już wtedy jednak, choć się tego jeszcze nie spodziewają, rozpoczyna się ich walka – walka ze stróżami prawa, którą toczyć będą przez kolejne kilkadziesiąt lat swojego życia.

Wkrótce zostają brutalnie pobici przez dwóch tajniaków za udział w Juwenaliach, a narrator zaczyna mieć na karku uciążliwego „anioła stróża” w postaci niezbyt lotnego szeregowego Rusňáka, z którym codziennie ląduje na posterunku z powodu braku dowodu osobistego. Łączy ich jednak bardzo specyficzna relacja – narrator, choć nie znosi Rusňáka, postrzega go jako w gruncie rzeczy nieszkodliwego idiotę. „Rumianolicy wieśniak”, „właściwie zwykły imbecyl”, mówi o nim, a z czasem w ich wzajemnych stosunkach pojawia się nawet coś na kształt sympatii czy wręcz czułości.

Ale są i inne sceny. Ten sam „rumianolicy wieśniak” potrafi w jednej chwili przemienić się w sadystyczną bestię, która bez opamiętania okłada jakiegoś nieszczęśnika przywiezionego właśnie na komisariat. Historie takie jak to, co spotkało Charliego w rocznicę stłumienia Praskiej Wiosny, czy los biednego Míti, który w obawie przed wojskiem zastosował odmrażającą kurację i w efekcie zrujnował sobie nerki, robią wstrząsające wrażenie – zwłaszcza na tle tego całego wesołego uniwersum Šabacha.
„Rozpoczęto brutalne ładowanie zebranych do środka, wciskali ich tam, zupełnie nie patrząc kto i co, nie było już żadnego: «Rozejść się!», teraz okładali ich pałami gdzie popadnie i wpychali do tych swoich rzęchów, gdzie bili ich dalej i od tamtego momentu jedynymi słyszalnymi dźwiękami były rozpaczliwy krzyk zalanych krwią ludzi i ujadanie psów policyjnych, rozwścieczonych bestii z pianą na pysku. Wszędzie widać było sine z furii gęby ochotników Milicji Ludowej, którym przy tej bestialskiej rzezi oczy telepały się, jakby ktoś puszczał przez nie tysiące wolt” (s. 95).
Czechosłowacki dowód osobisty,
wzór z roku 1960.
Bardzo przygnębiający jest też motyw dwulicowości i agentury. Główny bohater ufa ludziom, ale często, jak się okazuje, niesłusznie – wiele razy bowiem zbliża się do kogoś, przekonany, że połączyła ich niezwykła więź, tymczasem nowy przyjaciel okazuje się wkrótce komunistycznym agentem, a urocza, małomówna przyjaciółka – zwykłą oszustką. Gorzką wisienką na torcie jest oczywiście odkrycie, którego narrator dokonuje, gdy już po roku ’89 decyduje się na sprawdzenie swojej teczki.

Ta sceneria – świat, w którym trudno być pewnym nawet swego najbliższego przyjaciela, i w którym wszelkie przejawy wolności i nieszablonowości tłumi się przy pomocy pały – sprawia, że jest to najbardziej tragikomiczny spośród dotychczas wydanych u nas Šabachów. Poczucie komunistycznej beznadziei pojawiało się już co prawda choćby w Pijanych bananach, ale w porównaniu z głosem, którym przemawia ono w Dowodzie osobistym, było tam zaledwie szeptem.

Problem mam tylko z końcówką książki. Bo zaprezentowane w niej scenki, które zdają się sugerować, że mimo upadku komunizmu nasza rzeczywistość niespecjalnie się zmieniła (co przypomina mi obejrzaną niedawno, doskonałą Nauczycielkę Hřebejka), a nawet, pod pewnymi względami, zmieniła się na gorsze, trochę osłabiają wymowę całego utworu. Oczywiście rozumiem intencję – pokazanie, że w żadnym ustroju i w żadnym systemie nie jesteśmy tak naprawdę wolni – ale z tej powieści zapamiętam jednak przede wszystkim „sine z furii gęby” i dojmujące poczucie braku zaufania, a niejednoznaczne zakończenie wprowadza tu pewien rozdźwięk.

Mogę je przyjąć tylko przy pewnym założeniu – Šabach chce pokazać, że to, czy będziemy się traktować po ludzku, zależy przede wszystkim od nas, nie od epoki, w jakiej żyjemy. I że nawet w „czasach wolności” musimy szanować się nawzajem i pozwolić sobie żyć na własnych zasadach. A to jest bardzo ładna myśl na zakończenie.

***
P. Šabach, Dowód osobisty, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

A w Święta mam w planach obejrzenie dwóch filmów na motywach prozy Šabacha – Pupendo (2003, reż. Jan Hřebejk) na podstawie Pijanych bananów i Dowodu osobistego (2010, reż. Ondřej Trojan) na podstawie dziś recenzowanej. A może i Pod jednym dachem (1999, reż. Jan Hřebejk) sobie odświeżę? Jest szansa, że o tych ekranizacjach też u siebie napiszę!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] ceskatelevize.cz,
[3] Luk Danes / Wikimedia Commons,
[4] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Spotkanie z Radką Denemarkovą – 5.04.2017

W zeszłym tygodniu Radka Denemarková odwiedziła Polskę, promując wydany niedawno po polsku Przyczynek do historii radości. I choć w promieniu 300 km od mojego miejsca zamieszkania żadne spotkanie nie było przewidziane, postanowiłam nie przepuścić okazji i wyruszyłam do Warszawy.

Spotkanie odbyło się w siedzibie Komisji Europejskiej, toteż przed wejściem na salę każdy musiał zostać gruntownie sprawdzony :). Kiedy już wszyscy zostali wylegitymowani, a torby – prześwietlone, można było się wreszcie rozsiąść i posłuchać, co ma do powiedzenia czeska pisarka oraz jej tłumaczka, Olga Czernikow.

Wcześniej jednak wysłuchaliśmy fragmentu Przyczynku, zaprezentowanego najpierw w oryginale przez Radkę Denemarkovą, a następnie, w przekładzie, przez aktorkę Monikę Krzywkowską. Kolejne fragmenty czytane były w środku spotkania oraz na jego zakończenie.

W roli prowadzącego wystąpił Michał Nogaś, który zaczął od pytania o to, jak Denemarková wyobraża sobie swojego czytelnika. „Inteligentny, wrażliwy, współczujący, wykształcony, odważny” – zaczęła wymieniać pisarka. „To pani w lustrze”, z uśmiechem skwitował tę charakterystykę Nogaś.

I rzeczywiście, taki obraz autorki wyłania się również z jej książki – kobiety wrażliwej i nieustraszonej, która pisze o tym, o czym pisać się powinno, nawet jeśli temat jest kontrowersyjny. Zwracającej wielką uwagę na język (Nogaś stwierdził z podziwem, że w Przyczynku dokonała rzeczy niezwykłej – stworzyła język specjalnie na potrzeby jednej książki), głoszącej pogląd, że pisarz powinien wejść w zdecydowaną relację z językiem, wręcz o niego walczyć.

To wszystko widać również w poprzedniej wydanej w Polsce powieści Denemarkovej, Pieniądzach od Hitlera, w której rozlicza Czechów z ich zachowania wobec Niemców po wojnie. Zapytana o to, czemu zdecydowała się na temat, który ściągnął na nią gniew rodaków, odpowiedziała, że właśnie z miłości do Czech i Europy Środkowej – zdaje sobie bowiem sprawę z trudnej historii tego regionu, ale nie uznaje zamiatania trudnych spraw pod dywan. Dlaczego pewne zagadnienia, jak seks, nie są już dziś zupełnie tabu, tymczasem prawda historyczna – tak?

Autorka stwierdziła również, że konsekwentnie walczy ze stereotypem Czecha, funkcjonującym zwłaszcza poza granicami kraju – humor, Szwejk i piwo. Według niej to tylko fasada, pod którą kryje się niewygodna prawda, pochowane w szafach kościotrupy, które trzeba wywlec na światło dzienne. Czesi kłamią – powiedziała wprost – a bohaterami są tylko wtedy, gdy już nic się nie dzieje i nikt ich bohaterstwa nie potrzebuje (komentarz mój: Tchórze Škvoreckiego!).

Na pytanie o recepcję książek Radki Denemarkovej w Czechach odpowiedziała Olga Czernikow. Kontrowersyjne tematy i bezkompromisowe poglądy autorki rzeczywiście przysporzyły jej trochę problemów, także poza granicami Czech – na przykład za poparcie chińskich dysydentów pisarka otrzymała 10-letni zakaz wjazdu do Chin. W reakcji na swoje książki otrzymuje nieraz agresywne maile, trafiają się także napastliwi czytelnicy na spotkaniach autorskich; takie emocje budzą przede wszystkim Pieniądze, jednak również za Przyczynek już się pisarce dostało, głównie od czytelników (lub nie-czytelników) którzy określają go jako powieść feministyczną.

Nogaś był ciekaw, jak żyje się z tak ostrymi reakcjami na swoją twórczość. Odpowiedź autorki wzruszyła mnie – przyznała, że nie była na tego typu ataki przygotowana, i że okupiła je łzami. Dopiero po pewnym czasie uodporniła się i jeszcze bardziej utwierdziła w swoich poglądach. Przyznaje jednak, że w ostatnich dwóch-trzech latach ostre głosy nasiliły się, a to tylko jeden z sygnałów świadczących o tym, że Europa i świat zmierza znów ku systemom, których powrotu mieliśmy już nie doczekać. Odżywają wszelkie formy rasizmu, w tym antysemityzm, w użyciu coraz częściej jest neonazistowski słownik…

Seksizm – podjęła pisarka, gdy już rozmowa wróciła do tematu jej najnowszej wydanej w Polsce książki – to również forma rasizmu, ale taka, o której mówi się mniej, ponieważ kobiety i mężczyźni nie różnią się wyglądem zewnętrznym tak bardzo jak na przykład Murzyni i biali. To również pewien rodzaj wojny – ponieważ wojna to zawsze atak ciała silniejszego na słabsze. Autorka wyjaśniła, w jaki sposób posłużyła się w Przyczynku metaforą jaskółek, które są w jej książce symbolem wiosny i nadziei, ale również obserwatorkami, nie zdającymi sobie sprawy z podziałów między ludźmi, na narody, rasy czy płcie.

Zapytana o motyw zemsty, Denemarková przyznała, że misję jej bohaterek można interpretować na różne sposoby, a same bohaterki postrzegać jako negatywne lub pozytywne – i o to właśnie chodziło. Odpowiedzi nie są podane na tacy, zamiast tego czytelnik musi do nich samodzielnie dojść.

Kiedy głos oddano publiczności, autorka stanęła przed niełatwym zadaniem – została m.in. zapytana o to, jak wyleczyć świat :). „Jestem pisarką, nie lekarzem, więc zajmuję się bólem, nie leczeniem” – zaczęła, podała jednak własną receptę: łączyć się z ludźmi, którzy widzą świat podobnie do nas. Którzy rozumieją. Nie wdawać się w dyskusje z radykałami, którzy nie uznają żadnych argumentów. Nie bać się, mimo kierunku, w jakim zmierza nasz świat. I pamiętać, że wielkie zmiany zawsze zaczynały się od jednostek.

Na koniec przytoczę piękną odpowiedź, której Radka Denemarková udzieliła na pytanie prowadzącego, czy żyjemy w czasach, kiedy trzeba upominać się o godność: „Wystarczy, że choć jedna osoba na świecie będzie musiała walczyć o godność – ja będę o tym pisać”.

***
Po spotkaniu miałam okazję zamienić kilka słów z bohaterkami wieczoru, autorką i z tłumaczką – i choć krótkie, były to inspirujące rozmowy, za które jestem bardzo wdzięczna. A na pamiątkę zabrałam do domu uroczą dedykację od Radki Denemarkovej: „Miłej Annie, z podziękowaniem za zaangażowanie i inteligencję… Ważniejszym, niż książkę napisać, jest znaleźć kogoś, kto ją zrozumie… Radka Denemarková (»Jaskółka«)”.

P.S. A moją niestrudzoną towarzyszką podczas spotkania była po raz kolejny Ola z Parapetu :). Dziękuję!