wtorek, 21 stycznia 2020

Pióro, miotła i szminka – „Wady snu”, Radka Denemarková [patronat]

W swojej najnowszej wydanej po polsku książce, sztuce teatralnej Wady snu, Radka Denemarková zdobyła się na arcyciekawy eksperyment. W przestrzeni na granicy świata i zaświatów umieściła trzy postaci – Virginię Woolf, Sylvię Plath i Ivanę Trump. Z ich rozmów i kłótni powstała fascynująca opowieść o feminizmie, kobiecej przestrzeni do pracy twórczej, literaturze i życiu.

Każda z nich musi tam zostać tak długo, aż ktoś z żywych wywoła jej imię z miłością i tęsknotą. Czekają więc, a w międzyczasie dyskutują, kłócą się, wspominają, odgrywają scenki.

Na początku są tylko we dwie. Virginia i Sylvia – autorki o zupełnie innym temperamencie, podejściu do życia i pisania. Sylvia wypomina Virginii, że mogła pisać o „własnym pokoju”, bo zawsze miała kogoś, kto ją utrzyma i się nią zaopiekuje. Zarzuca swojej starszej siostrze w piórze, że jest nudna i nie ma pojęcia o prawdziwym życiu. Virginia widzi w Sylvii dziewczynę, która sama narzuciła sobie jarzmo bycia idealną żoną, matką, panią domu, poetką. Zarzuca jej, że jej wiersze to krwawy lament i gdyby nie jej samobójstwo, nikt by już o niej nie pamiętał.

Sylvia Plath z Tedem Hughesem.
Obydwie odebrały sobie życie. Obydwie były nieszczęśliwe i budzą współczucie. Obydwie walczyły o swoją przestrzeń do tworzenia. A mimo to kompletnie nie potrafią się porozumieć. W pewnym momencie nawet zamieniają się poglądami (w sprawie krytyków), ale tak, by być nadal wobec siebie w opozycji. Każda snuje własną opowieść, nie słuchając tej drugiej. „Nie przepadam za tą pani egzaltacją”, mówi Virginia. „Nie przepadam za tą pani akademickością”, mówi Sylvia. Zgadzają się tylko w jednym: „Nie pozostało nam nic innego, niż pisać. Skoro nie umiemy żyć…” (s. 161).

Kobieta nowoczesna

I choć dwie wielkie artystki zamknięte w czyśćcu bezustannie się kłócą, trwają w pewnym układzie, zaskakująco przypominającym małżeństwo. Sylvia, która „tak została wychowana”, chwyta za miotłę i zajmuje się gotowaniem. „Moja matka uważała, że praca umysłowa to żadna praca. Jeśli nie gotuję, nie piekę, nie prasuję, nie macham kilofem, jestem bezużyteczna” (s. 59) – mówi. Virginia w świecie domowych obowiązków jest kompletnie zagubiona – snuje się tylko po pozaziemskiej kwaterze, żaląc się lub dzieląc się swoimi literackimi refleksjami.

Tę kruchą równowagę zaburza przybycie nowej lokatorki – Madame T., czyli Ivany Trump. Kobiety na pozór nowoczesnej, na pozór wyemancypowanej, ale w gruncie rzeczy komicznej – próżnej, praktycznej aż do bólu, nastawionej na zysk i prestiż, nazywającej siebie „pisarką”, choć w jej książkach nie ma choćby jednego słowa napisanego przez nią. Jej werwa przeraża Virginię, więc jako artystka ze starego świata próbuje rozszyfrować wroga, czytając jego książki – ale, jak się można domyślić, nic nie mówią jej one o osobowości Madame T. Z kolei Sylvii imponuje praktyczne podejście do życia Ivany i jej drapieżny stosunek do mężczyzn. Układ sił się zmienia.

Radka Denemarková ustami Virginii Woolf

Zamykając trzy tak różne bohaterki na ograniczonej przestrzeni i wyobrażając sobie, jak wyglądałyby ich rozmowy, Radka Denemarková porusza setki ciekawych tematów. Oczywiście Virginia i Sylvia żywiołowo rozprawiają o literaturze. Czy przy analizie utworów emocje pomagają, czy przeszkadzają? Jaka jest rola krytyka? Czy wyświadcza autorowi przysługę, czy jest największym złem? Czy bardziej niż to, co napisane, liczy się historia autora? Po co się właściwie pisze? („By nie oszaleć”, twierdzi Virginia).

Virginia Woolf w Monk's House.
Co ciekawe, Radka Denemarková przemyca tu odrobinę swoich doświadczeń. W usta bohaterek wkłada własne refleksje na temat pisania, życia, pracy. Pół roku temu w wywiadzie opowiadała mi, jak w pewnym momencie postanowiła porzucić pracę w Instytucie Literatury Czeskiej i poświęcić się całkowicie pisaniu, bo nie potrafiła pogodzić akademickiego, analitycznego podejścia do literatury, jakiego wymagano od niej zawodowo, z emocjonalną pracą pisarki. W Wadach snu czytamy takie słowa Virginii:
„Tak, ja też miałam wybór. Albo dać się pogrzebać żywcem, czyli zrobić karierę akademicką, publikować artykuły naukowe, pisać habilitację, pocić się nad tekstami, które w uniwersyteckiej fabryce nasiąkną później lodowatym obiektywizmem i stracą cały swój wdzięk, zmienią się w przedmioty na taśmie produkcyjnej, gdzie będą obrabiane i wygładzane według przyjętych norm i teorii, a następnie zostaną posegregowane zgodnie z napisem na etykietce. A więc mogłam wybrać cmentarną wegetację – albo się uratować. Rzucić się w przepaść niepewności, ocalić godziny swojego czasu, zanurzyć się w nich i łowić każdą z uświęconych chwil” (s. 50).
Artystka totalna vs. niespełniona żona

Inny ważny temat to przestrzeń kobiety do pracy twórczej. Virginia jest tu figurą artystki, która taką przestrzeń miała, która sztuce podporządkowała całe swoje życie – świadoma, że rodziny i dbania o dom nigdy nie pogodzi z pisaniem. To artystka totalna, która mówi: „literatura to życie”, „moje książki to ja”.

Sylvia za to jest trochę jak z powieści Petry Hůlovej. Przez całe życie miota się między domem, mężem, dziećmi a swoją pracą, której nikt nie potrafi uszanować – w końcu jest kobietą.
„Ciągle żyłam w napięciu, co sekunda zastanawiałam się, co też zaraz zrujnuje tę cudowną chwilę samotności. Nigdy nie mogłam się umościć w swoim gnieździe słów, nieustannie z niego wylatywałam. Nie miałam wyjścia, przecież nikt by mnie nie zastąpił. Psst, cichutko, tatuś pracuje” (s. 58).
Ivana Trump w 2007 roku.
Wychowana, by usługiwać, by spełniać cudze życzenia, rozpaczliwie usiłuje tę potrzebę pogodzić z potrzebą tworzenia. Z marnym skutkiem. Swoją frustrację zabiera ze sobą nawet w zaświaty – być może dlatego Madame T. tak łatwo jest podważyć kruche fundamenty jej życia z Virginią.

Gorzko o sztuce i kobiecej solidarności

Najważniejszą myślą tej sztuki wydaje się więc stwierdzenie powtarzane przez autorkę wielokrotnie w wywiadach i na spotkaniach – między kobietami nie ma solidarności. Nawet we wspólnej niedoli nie potrafią zagłuszyć zazdrości i wspierać się nawzajem. I to, wbrew pozorom, nawet w świecie zupełnie wolnym od mężczyzn.

A tytuł? „Wady snu” pojawiają się u Denemarkovej jako dziwne senne nawyki – zgrzytanie zębami, chrapanie, spanie w wannie… Biorąc pod uwagę, że wszystkie trzy bohaterki są w pewnym sensie pogrążone we śnie, wadami snu mogą być wszystkie ich zachowania względem siebie, fobie, paranoje, przez które tak trudno im się porozumieć.

Ale czy Wady snu nie są też gorzką refleksją na temat roli sztuki? Bo przecież „pan z wąsikiem”, który przez chwilę dzielił pokój z Virginią, mimo swoich zbrodni został przez kogoś wywołany ledwie po kilku minutach, podczas gdy ona pozostaje w czyśćcu od tak dawna. Dziwnie na miejscu brzmią tu cytowane w dramacie słowa z Orlanda Virginii: „Niegdyś było inaczej! Lecz mężczyźni już nas nie chcą, a kobiety nami gardzą”.

Zacznij od Wad snu

Najnowszy wydany po polsku tytuł Radki Denemarkovej odbiega od reszty jej twórczości, nie tylko ze względu na formę i rodzaj literacki. Jak zwykle autorka zachwyca erudycją i dostarcza nam materiału do przemyśleń, ale dużo w Wadach snu lekkości, literackiej gry i zabawy realiami (osobiście nie mogłam powstrzymać uśmiechu, czytając, jak Virginia i Sylvia kłócą się o to, która z aktorek grających je w filmach jest ładniejsza). Myślę więc, że to doskonała pozycja na początek znajomości z autorką.

***
R. Denemarková, Wady snu, przeł. Olga Czernikow, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2020. Premiera: 25 stycznia.


Fotografie:
[1] zdjęcie własne
[2] summonedbyfells / Foter.com / CC BY
[3] Harvard University Library / Wikimedia Commons
[4] Christopher Peterson / Wikimedia Commons
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / ksiazkoweklimaty.pl

wtorek, 14 stycznia 2020

Żydowska dama z chlebem w kieszeni – „Hana”, Alena Mornštajnová [patronat]

Podobno to nie miała być powieść o holokauście. Podobno obozowa przeszłość tajemniczej, zamkniętej w sobie ciotki Hany miała być tylko wątkiem pobocznym, a w centrum uwagi miała się znaleźć rodząca się więź między nią a jej osieroconą siostrzenicą. Literatura żyje jednak swoim życiem i jak to często bywa, na marginesie powstała opowieść, która przyćmiła wszystkie inne.

Akcja powieści rozgrywa się w rodzinnej miejscowości autorki, Valašskim Meziříčí na wschodnich Morawach, na dwóch płaszczyznach czasowych. Najpierw czytelnik zostaje przeniesiony w lata 50. XX wieku i poznaje Mirę – niesforną dziewięciolatkę, która za jeden ze swoich wybryków zostaje ukarana brakiem deseru.

Ten pozornie mało istotny epizod okazuje się kluczowy dla jej dalszych losów – po zjedzeniu feralnych ciastek cała rodzina zaraża się tyfusem i mała Mira zostaje sierotą. Jedyną krewną, której udaje się wyjść z choroby, jest jej ciotka Hana. Dziwna, mroczna postać, zawsze ubrana na czarno i nigdy nie rozstająca się ze schowaną w kieszeni kromką chleba.

By zrozumieć Hanę, musimy wysłuchać drugiej części opowieści. Odbywamy więc kolejną podróż w czasie, w lata 30., kiedy Hana jest jeszcze młodą, wyniosłą panienką, córką właścicielki nieźle prosperującego sklepu. Żydówką, z rodziny z silnymi żydowskimi tradycjami.

Potrójna trauma

Fakt, że Hana przeżyła obóz koncentracyjny, jest zasygnalizowany już na samym początku powieści. Ale poznając jej historię uświadamiamy sobie, że ocalałej z piekła kobiecie towarzyszy nie tylko obozowa trauma – choć już samo to jest przecież nie do udźwignięcia nawet dla silniejszych niż ona. Żyje również z poczuciem odrzucenia i winy. Bo to właśnie ona, naiwnie zakochana, bagatelizując zapowiedzi nadchodzącej wojny, odwlekła planowaną ucieczkę całej rodziny przed wojennym pogromem, nie wysyłając powierzonego jej listu. Z miłości do człowieka, który nie chciał się skalać małżeństwem z żydowską dziewczyną, skazała na zagładę swoją matkę i śmiertelnie naraziła siostrę. Jak żyć z tą świadomością?

Alena Mornštajnová. Fot. Vojtěch Vlk
Odtrącenie przez ukochanego okazuje się zaledwie wstępem do pasma poniżeń, których Hana doświadcza jako Żydówka niedługo potem, w obozach. Elegancka i wyniosła młoda dama, która przywykła do wygodnego życia, zostaje brutalnie wrzucona w obozową rzeczywistość, w której aby przeżyć, musi zrobić użytek ze swojej urody i pięknego, młodego ciała. Udaje jej się przetrwać – ale wychodzi z tego jako wrak człowieka, czekający na śmierć. Czarna zmora.

Ze śmierci z powrotem w życie

Ocaleniem okazuje się dla niej siostrzenica, która nagle trafia pod jej opiekę. Hana nie ma najmniejszej ochoty zajmować się dzieckiem – w końcu ledwie jest w stanie zaopiekować się sama sobą – ale nie ma innego wyjścia. Niepokorna Mira, młodziutka, nie obciążona wojenną traumą, wyrywa ciotkę z marazmu i odrętwienia i zmusza ją do myślenia o codziennych, praktycznych sprawach. Mroczna przeszłość zostaje wyparta przez teraźniejszość, śmierć – przez życie.
„Podczas gdy odnosiłam kupione warzywa do spiżarni, a groch znów wcisnęłam w najciemniejszy kąt, ciotka usiadła przy stole i schowała głowę w dłoniach. Już tak się jej nie bałam, ale przestraszyła mnie jej bezradność.
– Damy radę – powiedziałam, raczej żeby przekonać samą siebie, i usiadłam obok. Bałam się jej dotknąć, bo wiedziałam, że nie mogła tego robić nawet mama.
Spod przyciśniętych do twarzy dłoni dobiegło westchnienie. Hana pokiwała głową.
– To czemu wzdychasz? – spytałam.
Ciotka Hana pociągnęła nosem, odsunęła dłonie i popatrzyła na mnie (…).
– Bo teraz nie mogę już umrzeć” (s. 67).
Tylko czy to nie jest historia, którą słyszeliśmy już wiele razy – dziecko przywracające kogoś życiu? Czy po dramatycznych wojennych losach Hany ta opowieść może nas czymkolwiek zaciekawić?

Książka o holokauście

W wywiadach i na spotkaniach autorka często podkreśla, że Hana nie jest książką o holokauście. Że chciała przede wszystkim opowiedzieć historię rodzącej się więzi między poranioną ciotką a jej siostrzenicą-sierotą oraz upamiętnić historię epidemii tyfusu w jej rodzinnym mieście, o której nikt już dziś nie pamięta. Mimo to dramat młodziutkiej Hany wyraźnie przyćmiewa wszystko to, co dzieje się po przygarnięciu Miry przez ciotkę. Być może wbrew intencji autorki, ale dla większości czytelników – w tym i dla mnie – to jest jednak książka o holokauście.

Ale też o tym, jak reagujemy na zagrożenia – jak bagatelizujemy je, wolimy sobie wmawiać, że „jakoś to będzie”. Z dzisiejszej perspektywy łatwo mówić, że pod koniec lat 30. wojna była do przewidzenia, że były tysiące sygnałów, które powinny skłonić Żydów do ratowania się ucieczką. Alena Mornštajnová, oddając głos matce Hany, dokładnie opisuje to narastające poczucie osaczenia, kolejne małe akty pogardy, zapowiadające katastrofę. Jednak w naszej naturze leży pewien uparty, lekkomyślny optymizm. Który często manifestujemy i dziś. „Jakoś to będzie”.

Nie jestem pewna, czy autorce udało się w zajmujący sposób opowiedzieć właśnie te historie, na których najbardziej jej zależało. Prawdopodobnie nie. Ale ta, która miała być tylko wątkiem pobocznym, robi ogromne wrażenie. I zostaje w czytelniku na długo – jeśli nie na zawsze.

***
A. Mornštajnová, Hana, przeł. Tomasz Grabiński, wyd. Amaltea, Wrocław 2019.

piątek, 10 stycznia 2020

„Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać”

19 stycznia w Krakowie będzie okazja zobaczyć spektakl, z którym Teatr KTO najczęściej podróżuje po świecie. Jego tytuł zupełnie nieprzypadkowo nawiązuje do jednego z najpiękniejszych tytułów Bohumila Hrabala!

Opowiedzieć o Hrabalu bez słów? Okazuje się, że można. Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać w reżyserii Jerzego Zonia właśnie to robi. 

W tym seansie teatralnym zainspirowanym życiem i twórczością Bohumila Hrabala nie pada ani jedno słowo – ani z jego utworów, ani żadne inne. A mimo to, zdaniem krytyków, duch jego dzieł został doskonale oddany. Bo grają ciało, ruch, gest, muzyka.

Spektakl prowadzi nas przez najważniejsze wydarzenia z życia człowieka, od narodzin aż po śmierć, w towarzystwie hrabalowskich bohaterów i ich historii. Stąd drobna modyfikacja oryginalnego tytułu opowiadań Hrabala (który rzecz jasna brzmiał Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać). Ma ona podkreślić, że nigdzie nie zostajemy na stałe, wciąż jesteśmy w ruchu. Rodzimy się, żyjemy, umieramy.

Błazeński, dramatyczny i groteskowy zarazem – tak pisali o spektaklu Jerzego Zonia krytycy. W kraju i na świecie, bo od czasu premiery w 2003 roku Teatr KTO wiele razy podróżował z nim po świecie – m.in. do Czech, Stanów Zjednoczonych, Rosji, Wielkiej Brytanii, Iranu czy Gruzji.

Za nieco ponad tydzień kolejna okazja, by zobaczyć go w Krakowie. Recenzenci przekonują, że znajomość twórczości Hrabala nie jest konieczna. Ale dla tych, którzy tę twórczość znają, myślę, że to seans obowiązkowy :)

Gdzie i kiedy?
19 stycznia, niedziela, godz. 19:00.
AST im. Stanisława Wyspiańskiego, ul. Warszawska 5.


Scenariusz, reżyseria i opracowanie muzyczne: Jerzy Zoń
Scenografia: Joanna Jaśko-Sroka
Kostiumy: Zofia de Ines
Dźwięk: Andrzej „Czoper” Czop
Światło: Jerzy „Lisek” Lisowski

Występują: Grażyna Srebrny-Rosa, Marta Zoń, Sławek Bendykowski, Bartek Cieniawa / Adam Plewiński, Michał Orzyłowski

Zdjęcie: fot. Teatr KTO

sobota, 4 stycznia 2020

Mało książek, nowe wyzwania i podstarzali literaci – podsumowanie roku 2019

Kiedy na początku układałam sobie w głowie to podsumowanie, to miał być raczej gorzki tekst. W wydźwięku podobny do zeszłorocznego, choć z myślą zupełnie inną.

Już w pierwszych dniach nowego roku zwaliło się jednak na mnie tyle złych emocji, że pomyślałam: tak być nie może. Po co jeszcze dokładać od siebie? Czas przestać być kupką nieszczęść. Postaram się więc podsumować rok pogodnie. Zbijając argumenty mojej wewnętrznej marudy. Skupiając się na tym, co było dobre i tym, co mogę zmienić na lepsze.

Jaki był więc ten rok?

Mało czytałam. 22 książki – to mniej niż kiedykolwiek, odkąd prowadzę listy. Trzy powody, dla których tak było, to jednak sprawy szczęśliwie zamknięte, sądzę więc, że w tym roku będzie lepiej.

Czwarty powód jest radosny – byłam nieco bardziej zajęta, bo zaczęłam publikować w prasie. I choć drażni mnie świadomość, że przez lata samo moje pisanie nikomu nie wystarczało – musiał się pojawić ktoś, kto powie innym „hej, ona naprawdę potrafi!” – grunt, że marzenie się spełniło.

To był dobry rok. Wystąpiłam jako gość w panelu o Czechach, moderowałam trzy wydarzenia, przełożyłam pierwszą książkę i zostałam zaproszona na seminarium polskich i czeskich tłumaczy w Broumovie. Zaczęłam pisać teksty na stronę festiwalu Kino na Granicy. Wzięłam udział w projekcie Cyfrowe Archiwum Romana Ingardena i tłumaczyłam listy Jana Patočki do Ingardena. Dzięki pochwałom z trzech różnych źródeł przekonałam się, że potrafię redagować wywiady. Wkroczyłam na zupełnie nowe obszary działania i okazało się, że na niektórych z nich radzę sobie całkiem dobrze.

A co z blogiem?

Słabe tempo czytania oczywiście przełożyło się na spadek aktywności blogowej. Ale wciąż tu byłam. Jako Skarby objęłam patronatem sześć nowych tytułów, starałam się też regularnie publikować na Facebooku, by przynajmniej w ten sposób utrzymać kontakt z Wami, czytelnikami.

Potrzebuję tego miejsca. Mało co daje mi tyle radości i spokoju, co ono. Nie ukrywam jednak, że szukam nowego sposobu na zaistnienie Skarbów. Czuję, że w obecnej formie nie przeżyją. Potrzebuję zmian. Wciąż jednak myślę, jak to zrobić, by pójść do przodu, a zarazem pozostać blogiem, który znacie i lubicie.

Podsumowanie czytelnicze

Przydługi wstęp za mną, przejdę więc do rzeczy – książki minionego roku. Na początek trochę statystyk, jeśli chodzi o odwiedzone przeze mnie literacko kraje:

Literatura czeska – 14
Literatura polska – 2
Literatura amerykańska – 1
Literatura japońska – 1
Literatura maurytyjska – 1
Literatura bułgarska – 1
Literatura włoska – 1
Literatura szwedzka – 1

Jak widać, przewaga Czechów jest w tym roku miażdżąca. 14 książek czeskich oraz dwie polskie, ale też o Czechach. Jeśli już wyprawiałam się gdzie indziej, niż do kraju naszych południowych sąsiadów, to w dosyć nieoczywiste miejsca – Mauritius, Japonia, Bułgaria… To jednak głównie zasługa wydawców, którzy wyszukują literackie perełki z różnych stron świata i podsuwają mi je, zwykle wywołując spory zachwyt. Dziękuję za to!

Najlepsze książki roku

Ponieważ lista książek przeczytanych była w tym roku krótka, również w gronie najlepszych tym razem tylko trzy pozycje.


1. O miłości – Charles Bukowski
3. Český ráj – Jaroslav Rudiš

Oddałam swoje serce podstarzałym facetom o hrabalowskiej wrażliwości. To chyba niedobrze, ale najwyraźniej gdzieś w głębi mnie siedzi smutny mężczyzna z papierosem w dłoni, wypalony, zmęczony miłością i zrezygnowany. W książkach tych panów czuję się jak w domu.

Z tej trójki zrecenzowałam na Skarbach na razie tylko Nuselski punk. Ale o pozostałych również napiszę więcej. Zwłaszcza, że Czeski raj już niedługo wychodzi po polsku.

Co w nowym roku?

Pewnie już słyszeliście, że na majowych Warszawskich Targach Książki gościem honorowym będą w tym roku Czechy. To także z tego powodu od kilku miesięcy na polskim rynku wydawniczym trwa zalew czeskich nowości.
Oczywiście chciałabym się w to wydarzenie możliwie jak najbardziej zaangażować – nie tylko uczestnicząc w targach, ale również przygotowując trochę wywiadów i innych materiałów. A biorąc pod uwagę, że maj to również festiwal Kino na Granicy oraz targi Svět knihy w Pradze, na których z kolei gościem honorowym jest Polska, pierwsza połowa roku będzie na pewno dość pracowita. Potem – zobaczymy. Kto wie, gdzie wszyscy będziemy za pół roku?

Życzę Wam jednak, by 2020 przyniósł Wam tylko dobre niespodzianki.

Zdjęcie główne: fotografierende / pixabay.com

niedziela, 29 grudnia 2019

Nuselski blues – Green Scum, „Nuselski punk”

Nusle. Praga.
Zbiór opowiadań autora ukrywającego się pod pseudonimem Green Scum to mistrzowski przykład czeskiego łączenia smutku ze śmiechem. Czytając o perypetiach nieszczęśników, którzy usiłują jakoś przeżyć na praskich Nuslach i zachować przy tym resztki godności, nie sposób się nie śmiać. Ale jest to śmiech przez łzy.

O książce, która zrobiła na nas ogromne wrażenie, zawsze pisać trudno. W przypadku Nuselskiego punku postanowiłam więc podeprzeć się sztywną formą i zrobić to w siedmiu pytaniach. Gotowi? Zacznijmy od autora.

Kim jest autor?

Odpowiedź nie jest prosta – wszak nie znamy nawet jego nazwiska. Wiadomo jednak, że pod pseudonimem Green Scum (Zelený Škraloup) kryje się bloger, mieszkaniec Nusli, żyjący „na przemian pod dachem i na ulicy”, do pewnego stopnia z pewnością alter ego narratora Nuselskiego punku. „Większość tych historyjek przeżyłem sam albo wydarzyły się moim przyjaciołom” – mówi. Książkę, jak przyznaje, napisał w całości w knajpie, w lokalu Red Hook, przy stoliku numer trzynaście [1].

Już na tym etapie rozpoczynają się podobieństwa i skojarzenia: Hašek, Hrabal, Bukowski. Ćmy barowe, stali bywalcy. Zapisywacze prawdziwych historii. Ale to dopiero początek.

(Poniżej trailer książki, w którym wystąpił i autor – to ten pan w długich włosach).


Kim jest narrator?

Dżudo to facet, który, podobnie jak bohaterowie jego historii, próbuje przeżyć. Chwyta się różnych zajęć, kocha swoją dziewczynę i nie chce jej stracić, ale przez większość czasu przesiaduje w knajpie Na Závisti lub odpływa gdzieś, spalony. Mówi tak:
„Znam wielu ludzi. Ludzi, którzy codziennie wysiadują po knajpach. Sam do nich należę. Uważam ten sposób życia za dobry. Za dnia odwalić swoje, a wieczór przesiedzieć nad piwem. Wydaje mi się to równie sensowne, jak cokolwiek innego” [2].
Jeśli ucieczki od życia nie szuka akurat w knajpie lub w skrętach, ucieka w książki. „Pomagają mi przeżyć”, wyznaje rozbrajająco swojej Sarze.

(Używki i literatura – czy nie inaczej wyglądało życie Bukowskiego? „świetlana sprawa / dla której powinienem się poświęcić / czeka zimna na kowadle / kiedy ja / palę, szczę, czytam Geneta / albo komiksy” [3] – pisał w braku praktycznie wszystkiego).

Kilka razy udowadnia nam jednak, że mamy również do czynienia z nieprzeciętnie wrażliwym facetem. Choć się boi, staje w obronie staruszka Krajánka, atakowanego przez bandę wyrostków, jako jedyny z rodziny odwiedza grób swojej babci i pisze o smutnych losach swoich nuselskich przyjaciół z autentycznym współczuciem. Za wszelką cenę próbuje też ułożyć sobie życie, ale jakoś nigdy nie wychodzi.

Dlaczego Nusle?

By zrozumieć opowieść Green Scuma, trzeba najpierw zrozumieć, czym są Nusle. Dzielnica w samym sercu Pragi, która jednak wciąż jeszcze zachowała swój dawny charakter sprzed ery wszechobecnych turystów i wegańskich knajpek. Tłumacz Krzysztof Rejmer pisze o niej tak:
„Nusle to nie jest najlepsze miejsce na świecie. To nie jest w ogóle dobre miejsce. Dla niektórych to nie jest nawet żadne miejsce, tylko czarna dziura. Proletariacko-romska dzielnica w cieniu prastarej, wyszehradzkiej skały, gdzie przed wiekami nad Wełtawą stał książęcy zamek, oraz pankrackiego więzienia, gdzie… dobrze już wiadomo co. I monstrualnego mostu, wraz z jego sześciopasmową jezdnią, mostu, z którego chętnie skaczą samobójcy” [4].
Również w Nuselskim punku zza każdego rogu na Nuslach zdaje się wyzierać beznadzieja. Ale mimo to narrator je kocha – nie ma wątpliwości, że to jego dom. „W Nuslach wyrosłem. W Nuslach chcę żyć. Nie ma nic, co by przypominało tę dzielnicę” – mówi.

Nusle to hrabalowska Libeń.
Nusle i wznoszący się nad nimi most.
Kim są bohaterowie?

Przechodzimy do sedna. Nuselski punk jest zbiorem historii prostych ludzi, mieszkańców Nusli, którzy mimo biedy i beznadziei usiłują jakoś przeżyć. „Ze wszystkich sił starają się zachować godność”.

Niektóre są bardzo tragikomiczne. Jak opowieść o Tašunce, miłośniku Indian. Gdy doczekał upragnionej transformacji, natychmiast kupił bilet do Stanów. Dzień przed odlotem wystąpił jako znawca na spotkaniu o zachodniej kulturze. Dając upust radości, użył niefortunnego sformułowania: „czuję się, jakbym był między czerwonymi”. Dostał w głowę kostką brukową i umarł. Nigdy nie zobaczył swojej ziemi obiecanej.

Tragikomiczny jest Batman – „tramwaj jedenastka był jego batmobilem” – i Svitáček, który oswaja strach przed śmiercią, chodząc wszędzie w stroju do trumny, i Noe, który skoczył na bungee z mostu nuselskiego, ale źle obliczył długość liny. Ale są tu historie zwyczajnie smutne. Jak wspomnianego Krajánka, emerytowanego nauczyciela biologii, czy Sáčka, bezdomnego, któremu syn zabiera całą emeryturę.

Nusle. Raz jeszcze.
Narrator opowiada historie złamanych przez życie, „zmęczonych”, „smutnych” i „pustych”, i nie ma wątpliwości – to właśnie oni, społeczny margines, zwyczajni ludzie, są solą tej ziemi. „W Nuslach mieszka dużo zwyczajnych ludzi, którzy jeszcze lubią bliźnich” – stwierdza. I to jest przewodnia myśl, która czyni z Green Scuma literackiego krewniaka Haška, Hrabala i Bukowskiego. O fascynacji tym ostatnim autor mówi zresztą wprost w cytowanym już przeze mnie wywiadzie: „Wracam dziś do książek, które dawniej czytałem, na przykład Bukowskiego”.

I jeszcze jedno skojarzenie, na które moją uwagę zwrócił jeden z czeskich recenzentów. Buszujący w zbożu Salingera. Tak samo pełen miłości do świata, która nie zostaje odwzajemniona.

Trafia do Was wrażliwość tych autorów? Bierzcie Nuselski punk w ciemno.

O czym jeszcze?

Nie wszyscy znamy praskie Nusle, nie wszyscy żyliśmy wśród ludzi, o których opowiada Green Scum – czytamy po to, by ten smutny świat poznać. Jest jednak w Nuselskim punku i element uniwersalny, znajomy każdemu. To też książka o relacjach, i o tym, jak trudno jest nam je budować.

Bohaterowie tych nuselskich opowiadań mają proste potrzeby i mnóstwo dobrej woli. „Ja tylko chciałem ją kochać (…). Nie chciałem żadnych zawiłości” – mówi przyjacielowi Dżudo, gdy próbuje się uporać z odejściem Sary. Każdy z nich chce kochać i być kochany, lecz rzeczywistość okazuje się dla nich zbyt przytłaczająca, by byli w stanie zbudować coś stabilnego. Nie radzą sobie nawet ze sobą, a co dopiero z życiem we dwoje?

Jakim językiem?

Green Scum opowiada nuselskie historie językiem swoich bohaterów, a więc bez stylistycznych zawijasów i obecną češtiną. A że obecná čeština jest praktycznie nieprzetłumaczalna, sądzę, że wartością dodaną byłoby zapoznanie się z Nuselskim punkiem w oryginale.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że przekład Krzysztofa Rejmera jest zły. Choć tłumaczenie czeskiego „ty vole” po prostu jako „wole” wydaje mi się pomysłem zbyt prostym, a gdzieniegdzie wkradły się bohemistyczne błędy („być mimo”), myślę, że wersja polska oddaje rytm i charakter języka oryginału, na tyle na ile to tylko możliwe.

Dlaczego to nie jest książka idealna?

Tematyka, bohaterowie, tragikomizm, wrażliwość, przywodząca na myśl moich ulubionych autorów – wszystko to sprawiło, że Nuselski punk z miejsca podbił moje serce. Dlaczego jednak nie dałabym mu dziesięciu gwiazdek w dziesięciostopniowej skali?

W moim odczuciu Green Scum jest mistrzem mikroopowieści. Dlatego w momencie, gdy zaczyna w swoim zbiorze kleić jakąś większą fabułę – wokół uprawy marihuany dla chorego kolegi oraz związku z Bárą – książka staje się męcząca.

Mimo to polecam szczerze i entuzjastycznie. Jeśli szukacie historii prostej, niewydumanej, ale takiej, która rozbawi was do łez, a zarazem wywoła bezbrzeżny smutek – właśnie ją znaleźliście.

***
Green Scum, Nuselski punk, przeł. Krzysztof Rejmer, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Źródła:
[1] https://www.fullmoonzine.cz/clanky/nuselskej-punk-jsem-psal-v-hospode-green-scum
[2] Green Scum, Nuselski punk, przeł. Rejmer K., Warszawa 2019, s. 5.
[3] Bukowski Ch., Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu, przeł. Piotr Madej, Warszawa 2004.
[4] Rejmer K., Od tłumacza [w:] Green Scum, op. cit., s. 321.

Fotografie:
[1] zyphichore / TrendHype / CC BY-NC
[2] analog_m0nkey / Trends Hype / CC BY-NC-SA
[3] janjaromirhorak / TrendHype / CC BY-NC-SA
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa Prószyński i S-ka

poniedziałek, 23 grudnia 2019

Święta na Nuslach

„Cymbał rzeczywiście był cymbał. Nie umiał grać na żadnym instrumencie. Nazywano go tak, bo zawsze wszystko spierniczył. Z uśmiechem i niedowierzaniem na twarzy. Nie poznałem jeszcze nikogo innego, kto potrafiłby wkurzyć tylu ludzi.
     Roznosił plotki. Wszędzie (…).
     Przy stole z tyłu siedział Bártek. Szczęśliwie żonaty. Do czasu, gdy go zauważył Cymbał. Potem się rozwiódł.
     Cymbał upodobał go sobie. Nawrzucał na jego starą tyle gnoju, że wyprowadziła się z Nusli.
     Od tego czasu Bártek zastanawiał się tylko nad jednym. Co połamać Cymbałowi (…).
     Z radia leciały kolędy i cała Závist była odświętna. Bártek wkurwiony patrzył w stół. Potem wstał. Podszedł do Cymbała. Podał mu rękę.
     – Wesołych świąt, Cymbał.
     Cymbał potrząsnął mu rękę. Szczerze. Uśmiechnął się.
     – Nawzajem, Bártek. Naprawdę nie jesteś na mnie zły?
     – Kurwa, Cymbał. Jest Boże Narodzenie. Chyba nie będziemy na siebie warczeć jak psy.
     Widać było, jak mu to z trudem przechodzi przez usta.
     – Jesteś dobry, Bártek. A to z twoją byłą i z tym psem to może jednak nie była prawda (…).
     Kufel, którym Bártek jebnął, trafił go dokładnie między światła. Opadł na ziemię jak szlaban.
     O mało co, a tym razem było po nim (…).
     Czasem nawet Boże Narodzenie się nie uda”.
Green Scum, Nuselski punk, przeł. Krzysztof Rejmer, Warszawa 2019, s. 88–91.

***
 Kochani, życzę Wam, by tegoroczne Boże Narodzenie jednak się udało. By wzajemne urazy poszły w niepamięć i by nikt w nikogo nie rzucał kuflami. Choćbyście spędzali swoje Święta w knajpie Závist na praskich Nuslach :)

Fot. Engin_Akyurt / pixabay.com

sobota, 14 grudnia 2019

„Widać mam duszę anarchisty”. Wywiad z Jáchymem Topolem

Po ośmioletniej pisarskiej przerwie Jáchym Topol powrócił z nową powieścią. Z okazji premiery polskiego przekładu Wrażliwego człowieka autor odwiedził Polskę, dzięki czemu udało mi się z nim spotkać i porozmawiać. Nie tylko o nowej książce, ale również o tym, dlaczego już nie wydaje swoich wierszy, co mu przeszkadza w najnowszej czeskiej literaturze i… oczywiście o Hrabalu.

Anna Maślanka: Niedawno w trakcie dyskusji w Krakowie z okazji Czeskiej Nocy Poezji pisarka Sylva Fischerová mówiła o tym, jak bardzo uwielbia wiersze Jáchyma Topola i jak bardzo żałuje, że przestał pisać poezję. Zacznę więc od pytania: dlaczego pan przestał?

Jáchym Topol: Wcale nie przestałem. Nadal czasem piszę wiersze, ale już ich nie wydaję, wykorzystuję je bardziej jako materiał do prozy lub piszę po prostu dla siebie. Mogę pani pokazać, coś by się tu dobrego znalazło… [wyciąga telefon i pokazuje krótkie wiersze zapisane w formie notatek].

Pisać wiersze i stworzyć tomik poezji to dwie różne rzeczy, to drugie wiąże się z ogromną pracą, a mnie się zwyczajnie nie chce. Ta faza już za mną. Kiedyś jeszcze pisałem teksty do piosenek dla ludzi, z którymi się dobrze znaliśmy, ale dziś już nie mam dla kogo.

Jak by pan więc opisał drogę, którą pan przeszedł jako pisarz w ciągu ostatnich dwudziestu lat?

Przede wszystkim jestem dosyć zaskoczony, bo myślałem, że w końcu znajdę w życiu czas i możliwości, żeby skupić się na pisaniu, a nigdy mi się to nie udało. Ciągle chodzę do pracy, po wyjściu nowej książki ruszam w trasę… Ale pogodziłem się z tym. Zrobiłem sobie na przykład w domu pracownię, wstawiłem tam stół mojego dziadka [Karla Schulza, znanego czeskiego powieściopisarza], idealne warunki do pracy. I od tamtej pory nie napisałem tam ani słowa. Marzy mi się regularność, unormowany tryb pracy, ale widać mam duszę anarchisty.

Akcja Wrażliwego człowieka rozgrywa się w pana rodzinnych stronach, na prowincji, a główny bohater, były dysydent, tęskni za czasami, kiedy sztuka była walką i pod pewnymi względami wydaje się podobny do pana. Jak bardzo ta historia jest osobista?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo w zasadzie wszystko, co piszemy, powstaje na bazie jakichś rzeczywistych wydarzeń. Oczywiście nie piszę wprost o sobie, po prostu wykorzystuję pewne przeżycia jako materiał. Doświadczenie powieściowego Taty trochę pokrywa się z moim, ale nie, nie traktuję tej historii jako osobistej.

Bohaterowie mają dosyć smutny obraz świata – ludzie już nie są w stanie ze sobą rozmawiać, wszędzie mamy elektroniczne tablice, smartfony. Czy i pan tak to widzi?

Myślę, że przez to ludzie potrzebują się dziś nawzajem jeszcze bardziej. Widzę to po sobie – nigdy nie bałem się samotności, raczej jej szukałem, żeby móc pisać, ale teraz moje córki, duże dziewczyny, 18 i 23 lata, mają swój świat i nie wiem za bardzo, co z tym zrobić. Byłem przyzwyczajony, że spędzaliśmy razem dużo czasu…

Mam też te nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na wsi: rodzin, które siadały wieczorem razem przed telewizorem, czasem jedenaście czy dwanaście osób. Wtedy trochę nimi gardziłem, wydawali mi się wiejskimi prymitywami, gapili się na tego Karla Gotta. Ale dzisiaj to dla mnie utracony raj. Wtedy, dzięki temu jednemu telewizorowi, ludzie się ze sobą komunikowali, a dziś – to też znam z własnego życia – każdy siedzi w innym pokoju i ogląda własny film.

Więc ta „pospolitość”, która się kształtowała tysiące lat, która jeszcze niedawno polegała też na wspólnym oglądaniu Gotta w telewizji, została rozbita. Ale nie powinniśmy chyba tego krytykować, bo na tym polega wolność. Jak w Biblii: kiedy Mojżesz wyprowadził lud Izraela na pustynię, mówił, że ruszają w kierunku wolności, która jest okrutna. Ale to i tak lepsze niż wygodna niewola w Egipcie.

Nie czuję nienawiści do technologii. Z jednej strony nas męczy, z drugiej – wszyscy jej potrzebujemy. Gdyby nie technologia, nie mógłbym przyjechać do Polski, bo mnóstwo rzeczy załatwiam przez telefon. Więc nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

Wrażliwy człowiek to też trochę książka o polityce. Myśli pan, że komentowanie w ten sposób rzeczywistości może coś zmienić? Czy dziś literatura ma jeszcze taką siłę?

Moim zdaniem potrzebujemy intelektualisty, który potrafiłby równocześnie bawić tłum. To prawda, że dawniej pisarze i artyści mieli może nieco większy wpływ na rzeczywistość, ale myślę że i dziś, gdyby znalazł się intelektualista, który odnalazłby się w mediach i potrafiłby z nimi pracować, miałby ogromną szansę coś zmienić. Przepraszam, że odpowiadam trochę naokoło, ciężko się o takich rzeczach mówi.

Wiem, to trudne pytania – o znaczenie literatury w dzisiejszym świecie…

A przecież sto lat temu literatura też wcale nie była taka istotna. Myślę, że jej złoty wiek przypadł na lata 50., 60. i 70., to był po prostu taki czas.

Zainteresował mnie we Wrażliwym człowieku motyw radzieckiego czołgu, który bohaterowie wyciągają z rzeki. Czy miał sugerować, że Czesi są narodem, który nie może przestać patrzeć wstecz i uwolnić się od swojej przeszłości?

Oczywiście czołg jest tu pewnym symbolem rosyjskiego imperializmu. Teoretycznie jest mało prawdopodobne, żeby dziś znów wdarły się do nas rosyjskie czołgi, ale ten rosyjski imperializm nie umarł, wciąż jest i straszy.

To jednak też historia, która ma swoje korzenie w rzeczywistości – w Poříčí nad Sázavou, tej wiosce, gdzie rozgrywa się akcja i skąd pochodzę, mówiło się zawsze, że „tam pod mostem leży czołg”. Podobno jacyś faceci podpalili kiedyś na moście czołg i spadł do rzeki. Byliśmy małymi chłopcami, więc nie wiedzieliśmy za bardzo, czyj to był czołg – czy jeszcze niemiecki, czy radziecki po inwazji ‘68. Ale zawsze gdy pływaliśmy w rzece, rozglądaliśmy się w tym miejscu, czy go gdzieś nie zobaczymy.

Później oglądałem zdjęcia takich wyciąganych z wody wraków – jak w Polsce z Bugu wyciągali sowiecki transporter albo jak gdzieś w Rosji wyciągają z rzeki T-34. Te czołgi są już dziś trochę jak dinozaury, więc nic dziwnego, że krążą o nich legendy.

Także o najnowszej czeskiej literaturze twierdzi pan, że jest zbyt zanurzona w przeszłości.

Tak, ale mam dwie ulubione młode autorki – młode w ujęciu badaczy literatury, czyli 35- czy 40-letnie – u których tego nie ma. Przeszłość oczywiście jest obecna w ich twórczości, bo jak każdy inteligentny człowiek zdają sobie sprawę z jej znaczenia, ale nie mają na jej punkcie obsesji, jak wielu dzisiejszych czeskich autorów.

Pierwsza to Veronika Bendová. Niedawno wyszła jej powieść Vytěženej kraj o północnych Czechach – krainie, gdzie dawniej działały kopalnie, dziś już zlikwidowane. Te północne Czechy i Sudety to taka nasza tajemnicza, w pewien sposób groźna kraina, i w tej właśnie scenerii główna bohaterka przeżywa historię miłosną. Druga autorka to Dora Kaprálová, Czeszka mieszkająca w Berlinie. Najnowsza jej książka nosi tytuł Ostrovy i składa się na nią dwanaście pięknych opowiadań.

Mam nadzieję, że nasi wydawcy zdecydują się na zaprezentowanie ich też polskim czytelnikom. Ostatnie pytanie musi dotyczyć Bohumila Hrabala – wiem, że go pan ceni, jeszcze wczoraj na Festiwalu Conrada podkreślał pan, że Hašek i Hrabal są panu bliżsi niż Kafka, a to autor ważny i dla mnie. Co osobiście znaczy dla pana Hrabal i jego twórczość?

Mój stosunek do Hrabala był dosyć skomplikowany. Za młodu działałem w undergroundzie i moimi autorytetami byli ludzie, którzy siedzieli w więzieniach, jak Ivan Jirous. A Hrabal był wszędzie, w głównym nurcie. Nie przyjmowałem do wiadomości, że to był już wtedy 70-letni pan. Później i to zaczęło mi się w nim podobać – że nie był człowiekiem politycznym.

Lubię jego świat gospód i piwa, który wbrew pozorom wcale nie jest głupi czy śmieszny, bo jest podszyty depresją i dogłębnym poznaniem świata. Bliska jest mi też jego nostalgia, w ogóle świat Hrabala jest bardzo „mój” i smuci mnie, że prawdopodobnie ten świat bezpowrotnie znika. O ile już nie znikł.

Ale także cała Grupa 42, poeci, przyjaciele Hrabala – oni wszyscy uwielbiali estetykę peryferii, która jest i głęboko we mnie. Czasem, kiedy mam wszystkiego dość, idę na piwo, a potem chodzę po zdewastowanych dzielnicach robotniczych, które mają w sobie mnóstwo poezji – pokażę pani zdjęcia! [wyciąga telefon i pokazuje zdjęcia z praskiej Libni, dzielnicy Hrabala] – i jestem tam szczęśliwy. To świat surowy, ale piękny, i chyba dlatego Hrabal jest mi tak bliski.

***
Zainteresował Was Wrażliwy człowiek? W grudniowym numerze „Nowych Książek” możecie też przeczytać moją recenzję książki. Tekst dostępny jest również na stronie czasopisma.

Zdjęcie główne: Amrei-Marie / Wikimedia Commons

czwartek, 12 grudnia 2019

Przyciasne kobiece życie – „Wyspa Krach”, Ina Wyłczanowa [patronat]

Autorka Wyspy Krach, bułgarska pisarka Ina Wyłczanowa, pokazuje dwa zupełnie różne kobiece światy i udowadnia, jak bardzo możemy się mylić w ocenie innych, jak często wymyślamy sobie ich wizerunki, ich życia, ich osobowość na podstawie skrawków informacji, które posiadamy.

Dwie kobiety, dwie historie. Częściowo powiązane. Pracują w jednym miejscu, kiedyś jedna dzięki szczerej rozmowie pomogła drugiej odzyskać równowagę i pewność siebie po incydencie z udziałem brutalnego męża. Trudno jednak nazwać je przyjaciółkami. Asja nie zwraca większej uwagi na Radost, której kiedyś pomogła. Radost milcząco śledzi i podziwia Asję. W gwiazdach wyczytała, że są kimś w rodzaju astrologicznych sióstr.

Kiedy więc Asja nagle znika, a według horoskopu wkrótce przytrafi jej się coś strasznego, Radost postanawia za wszelką cenę ją ostrzec. Kontaktuje się więc z jej mężem, poznaje jej rodzinę, podczas gdy Asja funduje właśnie sobie samotnościową sesję terapeutyczną na wyspie Krk. Czy rzeczywiście okaże się ona tytułową wyspą Krach? Wyspą życiowego krachu?

Ubrane w życia, które nie pasują

Ina Wyłczanowa pokazuje życie swoich bohaterek – a równocześnie życie nas wszystkich – trochę jak mapę gwiezdnych konstelacji. Spotykamy się, mijamy się na chwilę, dla jednych z nas te spotkania mają kluczowe znaczenie, dla drugich żadne. Myślimy o sobie różnie. Lepimy nawzajem swoje wizerunki z tych okruszyn informacji, które o sobie posiadamy.

Ina Wyłczanowa. Fot. Bułgarski Instytut Kultury
Obydwie bohaterki Wyspy Krach zmieniają się w naszych oczach nie tylko pod wpływem własnych relacji o sobie, ale także dzięki perspektywie innych. Piękna, elegancka, pewna siebie kobieta z opowieści Radosti okazuje się zagubiona i nieodpowiedzialna (w oczach czytelnika), a w dodatku nieco histeryczna (w oczach czytelnika oraz jej syna i męża). Z kolei sama Radost to też trochę zagadka – na pierwszych stronach sprawiająca wrażenie bardzo zdecydowanej, nieco ekscentrycznej damy, z każdą kolejną stroną okazuje się coraz bardziej zakompleksiona, za swoimi dziwnymi rytuałami, wielkimi kapeluszami i astrologią ukrywająca się przed światem, który ją przeraża. 

Po zrzuceniu masek obie bohaterki są do siebie bardzo podobne, obydwie ubrane w życia, które nie za bardzo im pasują, choć bardzo starają się przekonać same siebie, że jest inaczej.

Mąż absolutnie niezbędny

Wyspa Krach to jedna z tych książek, które bardzo trudno zaszufladkować. Choć bowiem czyta się lekko i książka pod pewnymi względami wpisuje się w ramy tak zwanej literatury obyczajowej, pojawiają się tu poważniejsze tematy i problemy, które zdecydowanie nie pozwalają nam na tak łatwą klasyfikację.

Weźmy pozycję kobiety w bułgarskim społeczeństwie. Autorka w zasadzie ślizga się po temacie, ale używa przy tym bardzo mocnych, sugestywnych obrazów. Jak w scenie, gdzie popis swojego prostactwa, arogancji i bezmyślnej agresji daje mąż Radosti:
„Bobi balangował z kumplami i ona przechodziła tuż obok. I nagle Bobi złapał ją w talii i posadził ją sobie na kolanach. Jej synek stał obok, w oczach miał samo zdziwienie. A Bobi zaczął głośno wykrzykiwać, że proszę, co za babka, nie taka jak jego żona, takie szczupłe laski to jest właśnie to, za czym on przepada i dzisiaj wieczorem to będzie jego dziewczyna (...). Dalej się darł, jak im będzie razem dobrze i wręcz zaczął ją obmacywać, wtedy ona wzięła ze stołu jego szklankę z piwem i wylała mu je na głowę (...). I wtedy Bobi zaczął kląć, powiedziałam mu, że jest świntuchem, a on wstał i uderzył mnie tak, że upadłam na ziemię razem z krzesełkiem” (s. 56).
Dalej Radost mówi wprost, że „wydawało jej się absolutnie niezbędne, aby mieć męża”, więc zniosła to upokorzenie, zniosła fakt, że ich towarzysze nie tylko nie potępili zachowania Bobiego, ale wręcz wydało im się zabawne, i rozpłakała się dopiero w zaciszu swojego pokoju. Dalej mówi:
„Mój mąż zachowywał się nieprzyjemnie, krzyczał, dokuczał mi, a ja myślałam, że to jest normalne, kiedy się ma żonę. Nie chciałam żyć bez męża” (s. 115).
Bałkańskie piekło kobiet?

Choć w scenie wspominanej przez Radost Asja wydaje się tą silną, tą, która nie da sobą dyrygować, kiedy indziej zdaje się równie uległa wobec własnego męża i jego humorów. „Wyobrażałam sobie, że głównym problemem jest Miszo, bardzo go kocham, ale z nim wcale nie jest łatwo żyć” – myśli.

Autorka wyraźne sugeruje, że podobny sposób traktowania kobiet – czy raczej kobieca bierność, która daje na to przyzwolenie – to cecha kulturowa. Różnice między Bałkanami a innymi europejskimi kręgami kulturowymi pokazuje między innymi w tej rozmowie Asji z drugą żoną jej byłego męża, Niemką – Bułgarce obsługiwanie mężczyzn przy stole wydaje się oczywistością:
„– Moim zdaniem ty jesteś dość zdyscyplinowana. Podajesz do stołu, podczas kiedy mężczyźni siedzą i czekają (…).
– Przecież wiesz, ze Bułgaria leży na Bałkanach – mówię. – A czy twoja mama i babcia nie podawały do stołu?” (s. 65).
Niepokojąco przypomina mi to wszystko wypowiedź Vedrany Rudan z wywiadu Magdaleny Żakowskiej w miesięczniku „Uroda życia”: „W Chorwacji kobieta nie wyjdzie na ulicę nieumalowana, bo u nas podstawową relacją między kobietami jest rywalizacja o mężczyzn. Zawsze i wszędzie. A jak już go zdobędziesz, to uważaj, bo może ci zostać odebrany”. I jeszcze: „Kiedy ojciec wpadał w furię, chowała się gdzieś. Udawała, że nie widzi. Ją też bił. Przez całe życie traktowana była jak szmata”.

Lektura zaskoczeń

Wyróżniona Literacką Nagrodą Unii Europejskiej Wyspa Krach to lektura zaskoczeń, bo autorka co rusz w jakiś sposób wytrąca nas z, wydawałoby się, ustalonego rytmu – a to wprowadzając mocny, zupełnie niespodziewany akcent, a to wywracając nasz sposób widzenia bohaterów do góry nogami. Tym samym powstała niebanalna, na pozór lekka, ale również na swój sposób niepokojąca powieść. Sprawdźcie, co Wy w niej odkryjecie.

***
I. Wyłczanowa, Wyspa Krach, przeł. Hanna Karpińska, wyd. Ezop/Wyszukane, Warszawa 2019.

wtorek, 10 grudnia 2019

9 czułych książek na 9. urodziny Skarbów


„Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje (…). Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu”.

Choć ten fragment przemowy noblowskiej Olgi Tokarczuk był cytowany w ostatnich dniach aż do znudzenia, nie mogłabym również od niego nie zacząć dzisiejszego wpisu. W dzień dziewiątych urodzin Literackich Skarbów Świata Całego – i równocześnie w dzień, kiedy ta wspaniała pisarka, jedna z tych, którzy rozbudzili we mnie miłość do książek, odebrała Literacką Nagrodę Nobla.

Nie mogłabym, bo przywołany fragment dotyka tego, czego przede wszystkim poszukuję w książkach. „Czułości. Współczucia. Pięknego smutku” – tak pisałam o tym niecały rok temu. Dlatego z okazji dziewiątych urodzin mojego książkowego miejsca w sieci postanowiłam stworzyć dla Was – w podziękowaniu za te wspólnych dziewięć lat – moją listę książek pełnych czułości.

Jest na niej trochę tytułów, którymi zachwycam się od lat, ale jest również trochę nowych odkryć, i – nowinka u mnie – wyjątkowo nie ma na niej żadnej książki Mistrza Hrabala. Oczywiście nie dlatego, by czułości było u niego mało, postawiłam jednak na nieco bardziej nieoczywiste wybory. Są tu książki z Norwegii, Malty i Izraela, z Polski, Czech i Stanów. Bo czułość, ta najskromniejsza odmiana miłości, jest przecież międzynarodowa.


1. Nuselski punk, Green Scum
(przeł. Krzysztof Rejmer, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019)

Jedyny czeski autor na mojej liście, do tego reprezentant pięknej hrabalowskiej tradycji pisania o ludziach zwyczajnych, z marginesu, zagubionych – w tym tytule jest wszystko, czego potrzeba! Śmiech, łzy i śmiech przez łzy, tak bym podsumowała emocje towarzyszące lekturze tych opowieści z praskich Nusli. Każdy bohater tego zbioru zasługuje na współczucie, i autor z autentycznym współczuciem o jego losach pisze.


2. Beatlesi, Lars Saabye Christensen
(przeł. Iwona Zimnicka, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016)

Z czułością i zrozumieniem o dorastaniu. O tym najpiękniejszym, a zarazem najgorszym okresie w życiu każdego z nas, kiedy okazuje się, że dorosłe życie wymaga od mierzenia się z bardzo niewygodnymi prawdami. O odnajdywaniu się w świecie pełnym okrucieństwa – tym na pierwszym planie i gdzieś w tle, na drugim końcu świata.


3. Co pozwala powiedzieć noc, Pierre J. Mejlak
(przeł. Krzysztof Szczurek, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2018)

Moje maltańskie odkrycie ubiegłego roku i książka, która swoim ciepłem uratowała mi wtedy życie. Zbiór opowiadań właściwie bardzo smutnych, o relacjach w jakiś sposób niespełnionych lub zaprzepaszczonych, ale na pierwszy plan wysuwający to, co w tych relacjach najpiękniejsze, choć mało spektakularne – bliskość, czułość, bezpieczeństwo. Mała wielka książeczka.

Moja recenzja: LINK

4. Instrukcja dla pań sprzątających, Lucia Berlin
(przeł. Dobromiła Jankowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2017)

Kolejny zbiór opowiadań i pierwsza z serii amerykańskiej na mojej liście. Książka, którą mogłabym opisać tym jednym cytatem: „Każdy ból jest prawdziwy”. Znów – margines, ludzie niedoskonali, zagubieni, ale jednak na swój sposób piękni, bo tak ich widzi autorka. Która dobrze zna ich ból, bo sama latami walczyła z alkoholizmem. Książka, która łamie serce.

5. Buszujący w zbożu, Jerome D. Salinger
(moje wydanie: przeł. Maria Skibniewska, wyd. Iskry, Warszawa 2006)

Ktoś mógłby uznać ten wybór za kontrowersyjny, biorąc pod uwagę cytat „Ja w tej czapce strzelam do ludzi”, złą famę ciągnącą się za książką Salingera po zabójstwie Lennona i stosunek autora do ludzi (w kulminacyjnym momencie swojej pisarskiej kariery postanowił na wiele lat po prostu zniknąć). Jednak motyw łapania dzieci w zbożu to dla mnie wyraz największej miłości wobec ludzi, których wrażliwość z czasem stępia nieczuły świat.

Moja recenzja: LINK

6. Z szynką raz!, Charles Bukowski
(moje wydanie: przeł. Michał Kłobukowski, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2015)

Choć mogłabym tu wymienić jakąkolwiek książkę Bukowskiego, zwłaszcza jego wiersze. W Z szynką raz! mamy jednak do czynienia z czułością podszytą rozczarowaniem i smutkiem, to czułość wynikająca – jak u Lucii Berlin – z własnego strącenia na margines. Choć Buk miał opinię twardziela, który nie dba o nikogo, o cierpieniu tych słabych, brzydkich i samotnych, tych dzieci, z którymi nikt nie chciał bawić się w szkole, pisze tak, że cytat „najlepszych z was / lubię bardziej niż myślicie. / inni się nie liczą” okazuje się w stu procentach prawdziwy. Mistrz smutnej czułości.

Moja recenzja: LINK
7. Korekty, Jonathan Franzen
(moje wydanie: przeł. Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek, wyd. Sonia Draga, Katowice 2015)

Losy jednej rodziny z perspektyw wszystkich jej członków, dzięki czemu każdy z nich okazuje się równie winien złych relacji z innymi, co godny współczucia. Bo za każdym głupim, nieodpowiedzialnym występkiem, za każdym przykrym słowem kryje się jakiś mały osobisty dramat, coś, o czym wiedzieć może tylko ten jeden człowiek we wszechświecie. Równocześnie Franzen snuje opowieść o próbach odnalezienia się w nowoczesnym, stechnologizowanym świecie, w którym każdy z nas jest trochę klientem, obiektem manipulacji, trybikiem w wielkiej maszynie.

Moja recenzja: LINK

8. On, Zośka Papużanka
(wyd. Znak, Kraków 2016)

Książka, przy której wylałam morze łez. Bo głównym bohaterem, choć opisywanym zawsze z perspektywy kogoś innego, jest, jak u Bukowskiego, jedno z tych dzieci, z którymi nikt nie chce się bawić. Śpik – dziwny, trochę śmieszny, niezbyt mądry, którego nawet własna mama czasem chciałaby zamienić na jedną z tych ślicznych dziewczynek z samymi piątkami w dzienniku. Ale to właśnie on wszystkie pieniądze na odpuście wydaje na bukiet plastikowych kwiatów i przynosi mamie w prezencie. „najlepszych z was…”.

Moja recenzja: LINK
9. Siedem dobrych lat, Etgar Keret
(moje wydanie: przeł. Agnieszka Maciejowska, Maja Lavergne, wyd. W.A.B., Warszawa 2014)

Zapis prób wytłumaczenia świata swojemu kilkuletniemu synowi. Choć codziennie spotykamy się z aktami nieuzasadnionej agresji, co rusz ktoś traktuje nas źle zupełnie bez powodu, nie możemy się poddawać i zacząć grać na ich zasadach, musimy na własną rękę starać się uczynić świat lepszym – mówi tu autor, człowiek promieniujący autentycznym ciepłem. Wszyscy powinniśmy być jak Etgar Keret.

Moja recenzja: LINK


Kończę, mając jeszcze wciąż przed oczami ciepły uśmiech Olgi Tokarczuk na gali wręczenia Nagród Nobla. W ten piękny dzień życzę sobie i Wam tej czułości, o której mówiła noblistka. I dziękuję Wam za dziewięć wspólnych lat na Skarbach!

Zdjęcie główne: StockSnap / pixabay.com