wtorek, 27 września 2016

Nabokoviada po raz drugi: „Samotnia”, Charles Dickens

Zacznę znów od tego cytatu, bo nie bez powodu znalazł się właśnie w rozdziale poświęconym Samotni Charlesa Dickensa:
Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki. Czcijmy zatem te ciarki wzdłuż krzyża. Bądźmy dumni z tego, że jesteśmy kręgowcami, bo jesteśmy kręgowcami zwieńczonymi głową, w której płonie boski ogień (s. 107).
Nie bez powodu, bo już lektura pierwszego akapitu tej książki serwuje nam potężną dawkę kręgosłupowych dreszczy. „Geniusz” – chce się krzyknąć, po raz pierwszy czytając ten fragment, po raz drugi – uświadamiając sobie, za sprawą wykładu Nabokova, jak bogata jest jego metaforyka. Panie i Panowie, przed Państwem Samotnia!

Mistrz obrazowości

Niewiele jest stwierdzeń w tym akurat wykładzie, z którymi bym się nie zgodziła. Bo niewątpliwie rację ma Nabokov, pisząc, że siła prozy Dickensa tkwi w jej obrazowości. Zaskakuje niecodziennymi, ale niezwykle trafnymi metaforami i porównaniami, zachwyca malowniczością, bawi, budzi sympatię lub doprowadza do szewskiej pasji za sprawą swoich wielowymiarowych, barwnych bohaterów. No i niesamowita zdolność operowania nastrojem – jak w przerażającym rozdziale opisującym śmierć Krooka czy tym, w którym pani Rouncewell wieczorem przy kominku snuje swoją opowieść o Chodniku Widma.

Do dziś Dickens jest pod tymi względami niedościgłym wzorem, a jego powieści to, także moim zdaniem, lektura absolutnie obowiązkowa dla młodych autorów. I to niezależnie od tego, czy marzy im się pisanie obyczajówek czy kryminałów, romansów czy powieści grozy, utworów psychologicznych czy sensacyjnych – na wszystkich tych polach Dickens błyszczy swoim talentem. Jak pisze Nabokov: „Współcześni autorzy wciąż mogą się upijać jego starym, szlachetnym trunkiem” (s. 107). I powinni!

Sprawne pióro i wrażliwe serce

Nasz zacny wykładowca analizuje oczywiście opisy Dickensa pod różnymi kątami, klasyfikuje je i charakteryzuje, bogato ilustrując przykładami. Pisze o „żywej ewokacji” czy „opisach w formie pospiesznej wyliczanki”, poświęca mniejsze rozdziały metaforom, porównaniom, powtórzeniom i pytaniom retorycznym. Zwraca uwagę na aliteracje (które Dickens naprawdę uwielbiał; jaka szkoda, że większość z nich ginie w polskim przekładzie!), gry słów i znaczące nazwiska. To wszystko pozwala w pełni docenić kunszt brytyjskiego mistrza pióra.

Zaułek Tom-Sam-Jeden.
Gdyby jednak wielkość prozy Dickensa opierała się wyłącznie na zręczności językowej i lingwistycznych sztuczkach, prawdopodobnie nie byłby do dziś jednym z najbardziej uwielbianych w swojej ojczyźnie (i nie tylko) autorów. Siłą jego pisarstwa jest również wrażliwość i serce. Nabokov podkreśla, że Dickens to jeden z pierwszych autorów, którzy wprowadzili do literatury prawdziwe ludzkie współczucie – coś, czego nie mieli starożytni.
Jak różny jest na przykład świat Dickensa od świata Homera czy Cervantesa? Czy bohater Homera naprawdę odczuwa boskie pulsowanie współczucia? Zgrozę, owszem – i coś w rodzaju ogólnego rutynowego miłosierdzia – ale czy jest w tej ujętej w daktyle przeszłości ów dojmujący, szczególny rodzaj współczucia, rozumianego tak, jak rozumiemy je dzisiaj? (s. 134)
To fakt – opisy, w których u Dickensa pojawiają się dzieci, zwłaszcza te zaniedbane, niekochane, brudne, naprawdę wyciskają łzy z oczu. Jeśli chodzi o małych bohaterów Samotni, szczególnie przejmujące są losy biednego ulicznika Jo, bezdomnej sieroty, zamiatacza ulic, popychanego i przeganianego przez wszystkich. Scena jego śmierci poprzedzonej modlitwą „Ojcze nasz” to chyba najbardziej wzruszający opis spod pióra Dickensa, jaki było mi dane czytać.

Postaci z krwi i kości

Pojawia się w tej powieści również niejaki pan Skimpole, który jest kimś w rodzaju „fałszywego dziecka”. Z początku rozbrajający ze swoim „ja nic nie wiem, jestem dzieckiem”, z czasem zaczyna swoją postawą coraz bardziej drażnić, aż w końcu okazuje się podłym wyzyskiwaczem, oszustem i manipulantem. Na tle jego groteskowej postaci prawdziwe dzieci rysują się tym bardziej niewinnie i anielsko, a doktor Woodcourt – jako szlachetny przedstawiciel profesji medycznej, a nie – przypadek Skimpole’a – jak nędzna karykatura lekarza.

Pani Bagnet (ze swoim szarym płaszczem i parasolem)
przyprowadza panią Rouncewell do George'a.
Ten bohater to dobry przykład tego, jak cudownie niejednoznaczne postaci potrafi budować Dickens. Zauroczona w pierwszej chwili panem Skimpole’em, z miejsca oznajmiłam Facebookowej społeczności, że to mój ulubiony bohater Samotni, z każdą kolejną stroną jednak moja sympatia słabła. Podobne przemiany w oczach czytelnika przechodzą również lady Dedlock i jej mąż, sir Leicester. Pierwsza – z pozoru nadęta dama z wyższych sfer, drugi – bogaty idiota, na końcu powieści okazują się kimś zupełnie innym.

Niejednoznaczności, niedoskonałości, zmienności – to wszystko sprawia, że powołani do życia przez Dickensa bohaterowie nie sprawiają wrażenia papierowych, lecz bardzo prawdziwych, z krwi i kości. „Jego postaci są żywymi ludźmi, nie zaś przebranymi za ludzi ideami i symbolami” – chwali Nabokov. I tak, po barwnej ferajnie opisanej na kartach Dawida Copperfielda, moją galerię ulubionych postaci zasilają kolejni: dzielna mała Charley, poczciwy, świadom własnych niedoskonałości dragon George, zaradna pani Bagnet i jej parasol-torebka…

A od siebie jeszcze mała osobista obserwacja: jak wielka jest siła woli i opanowanie bohaterek Dickensa! W przypadku lady Dedlock jest to wielokrotnie podkreślane, ale przecież i Estera właściwie była gotowa bez mrugnięcia okiem poświęcić swoją miłość, w imię słowa danego swemu opiekunowi. Przywodzi mi to namyśl Agnieszkę z Dawida Copperfielda, która cierpliwie przeczekała pierwsze małżeństwo Dawida, skrzętnie skrywając swoje uczucia. Mój podziw (z lekką nutą niedowierzania) jest bezgraniczny.

Wybitny czarodziej i kulejący gawędziarz

Oprócz tego, że Samotnia jest pięknie napisaną historią, jest również w pewnym stopniu satyrą społeczną i w pewnym stopniu kryminałem. Dickens otwarcie naśmiewa się z popularnego w jego czasach zaangażowania w działania charytatywne (na czym cierpią najbliżsi – pani Jellyby bardziej dba o małe Murzyniątka w Afryce, niż o własne dzieci) i krytykuje sąd kanclerski (w którym procesy ciągną się w nieskończoność, a całe to prawnicze bagno przywodzi skojarzenia z wszechobecną londyńską mgłą i błotem).

Sala z portretami Dedlocków w Chesney Wold.
Te wątki nie są jednak zdaniem Nabokova specjalnie ważne; satyra, choć zjadliwa i smakowita, jest nieco daremna, gdyż Dickensa opis funkcjonowania sądu kanclerskiego nie odpowiada realiom tamtych czasów – a w naszych okazuje się już zupełnie nieciekawy – natomiast wątek kryminalny nieco się gmatwa. Mimo to pod względem spójności fabuły i dokonań artystycznych Samotnia pozostaje jednym z najwybitniejszych dzieł swoich czasów. Jak podsumowuje Nabokov:
W najlepszych partiach na plan pierwszy wysuwa się Dickens-czarodziej, Dickens-artysta. W nieco słabszych widoczny jest wyraźnie w Samotni Dickens-moralista. W najsłabszych Samotnia ukazuje nam gawędziarza potykającego się co krok, choć ogólna struktura pozostaje wspaniałym osiągnięciem (s. 182). 
Po raz kolejny kończę lekturę wykładu Nabokova z uczuciem przyjemnej sytości. Za co jestem mu wdzięczna? Za aliteracje, za rozbiór na części pierwsze magicznych opisów Dickensa i za świetne analizy niektórych postaci, na czele z demonicznym panem Krookiem. A samemu Dickensowi? Za postaci, za miejsca, za nastroje, za śmiech, wściekłość, wzruszenie, oraz za to, że po raz kolejny udało mu się przenieść mnie do XIX-wiecznej Anglii. To wielka sztuka!

***
C. Dickens, Samotnia, tłum. Tadeusz Jan Dehnel, wyd. Czytelnik, Warszawa 1975.
V. Nabokov, Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005.

***
A co na to Pyza? Sprawdźcie u niej na Pierogach pruskich!

Polecam Wam też wpisy Pyzy (wraz z bardzo ciekawą dyskusją w komentarzach!) i Tarniny na temat Samotni, opublikowane w ramach Pikników z klasyką.

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – Gustave Flaubert i Pani Bovary. O tym klasyku literatury francuskiej porozmawiamy 27 listopada. Zapraszamy!

Poprzednie teksty spod znaku Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park

Ilustracje: Wikimedia Commons 

czwartek, 22 września 2016

Goliat triumfujący – „Wilimowski”, Miljenko Jergović

Tak na pierwszy rzut oka Ernest Wilimowski niewiele ma wspólnego z opowiedzianą w tej książce historią. Tak na pierwszy rzut oka – liczy się tu przede wszystkim profesor Mieroszewski i jego relacja z chorym synem, jego przeszłość, jego zmarła żona, wszystko to, od czego w pewien sposób ucieka lub ku czemu zmierza latem 1938 roku, wspinając się wraz ze swoim dzieckiem i tragarzami do położonego w Dalmacji małego hotelu, o którym kiedyś opowiedział mu poznany przypadkiem bośniacki student. Hotel, zwany Niemieckim Domem, miał być miejscem, w którym chory na gruźlicę młodzieniec cudownie odzyskał zdrowie i powrócił do świata żywych.

Podobnie jednak jak w wielu powieściach środkowoeuropejskich, których akcja rozgrywa się w XX wieku, pierwsze skrzypce gra tu Wielka Historia. Spycha na margines wspomnienia profesora, jego relację z umierającym synem, quasi-miłosny związek z Katariną, właścicielką hotelu, i bezczelnie wkrada się między bohaterów. „Niemcy!” krzyczy ze złością profesor w trakcie pamiętnego meczu Polska-Brazylia, węsząc sabotaż w polskiej drużynie, w której roi się od zawodników o korzeniach niemieckich, i przez dłuższą chwilę okrzyk ten wisi złowrogo między nim a jego niemiecką gospodynią.

Mecz – to on stanowi centralny punkt całej powieści i łączy losy Mieroszewskich z Wilimowskim. Profesor przypisuje temu sportowemu wydarzeniu niemałe znaczenie – wlecze do hotelu skonstruowaną przez siebie antenę, aby odsłuchać wraz z synem transmisji z meczu, licząc na to, że radość z wygranej w magiczny sposób ułatwi mu porozumienie się z dzieckiem.
Dotarli do miejsca, do którego nie prowadzi żadna droga, i to tylko – albo przede wszystkim – z jednego powodu: ojciec wyobraził sobie, że właśnie tutaj Polska pokona Brazylię, a potem będzie walczyła o tytuł mistrza świata. I w ten sposób w ciągu dwóch tygodni swego wielkiego marszu, jak ten Napoleona, i narodowego triumfu, który nie miałby sobie równych w tragicznej i niepewnej historii Polski, piłkarska reprezentacja ułatwi ojcu to, co ma do załatwienia z synem” (s. 71). „Piłka nożna w gruncie rzeczy go nie interesowała. Zastępowała mu jedynie coś ważniejszego, coś, czego nie mógł mieć. Piłka nożna była metaforą (s. 77).
Wilimowski (pierwszy z lewej) w barwach Ruchu Hajduki Wielkie.
Mecz z Wartą Poznań, 15 maja 1937.
Jak wiemy jednak, mecz kończy się wynikiem 6:5 dla Brazylii. Staje się tym samym metaforą okrutną, symbolem wielkiej przegranej sprawy. Nawet mimo tego, że okazuje się jednym z najpiękniejszych i najbardziej emocjonujących starć sportowych w historii, i że Polacy, na czele z Wilimowskim, dzielnie stawiają czoła pełnej herosów drużynie brazylijskiej – niczym Dawid walczący z Goliatem. To chyba nie przypadek, że mały Mieroszewski nosi właśnie imię tego biblijnego bohatera. Ale w tej wersji historii drobny chłopiec ulega mocarzowi.

W tej przegranej kryje się równocześnie jakaś ponura zapowiedź wojny. Atmosfera jest już bardzo napięta, w niemieckim radiu rozbrzmiewa straussowska „histeria symfonicznych finałów”, krążą pogłoski o tym, co Hitler robi z Żydami, i że się zbroi. Wielka Historia już rusza swoim defiladowym krokiem, gotowa zmiażdżyć największych śmiałków.

Miażdży też Wilimowskiego. Bo mimo wszystko jest to też opowieść o nim – o sportowym herosie, którego wojna zrównała z innymi nieszczęśnikami. Nie pomógł fakt, że jako jedyny w dziejach podczas mundialu strzelił Brazylii cztery gole w jednym meczu – i tak musiał rozliczyć się ze swojego pochodzenia. A sprawa nie była prosta. Jergović pisze o ciężkiej sytuacji Górnoślązaków, którzy byli trochę Niemcami, trochę Polakami, „wrośli między sąsiednie tak różne narody niby jakiś żywy cud”. Wojna wymogła na nich jednoznaczną deklarację, i zostały im tylko dwie drogi – mogli zostać „albo zbrodniarzami, albo męczennikami”.

Ernest Wilimowski, rok 1936.
I tak – Fritz Scherfke, strzelec pierwszego gola w tym sławnym meczu, kilkanaście miesięcy później był już szoferem szych gestapo. A Wilimowski? Wilimowski nie wysługiwał się nazistom, ale krótko grał w piłkarskiej reprezentacji Trzeciej Rzeszy, i to wystarczyło Polakom, by uznać go za zdrajcę. Straszny był jego los po wojnie – dla Niemców Polak, dla Polaków Niemiec, nigdzie u siebie, wszędzie obcy, pozbawiony został ojczyzny. Bał się wrócić do kraju. I nikt już nie pamiętał o jego bohaterskich czterech golach. Jak pisze Jergović w zamieszczonej na końcu książki „Nocie o Erneście Wilimowskim”: „Smutek Ernesta Wilimowskiego i ludzi o podobnym losie należałoby opowiedzieć, gdyby jeszcze się dało”.

Pięknie pisze ten chorwacki mistrz pióra o Wielkiej Historii i jej smutnym wpływie na losy jednostek. Ale nie tylko o tym. Tematem, któremu poświęca w swojej opowieści wiele uwagi, jest również choroba – ciężka, nieuleczalna, jak gruźlica, na którą cierpiał bośniacki student, i gruźlica kości, która powoli zabijała małego Dawida Mieroszewskiego. Bohaterowie godzą się ze swoim losem, z poczuciem tymczasowości, uczą się żyć z widmem śmierci:
To żadna tragedia. Człowiek nawet nie czuje się nieszczęśliwy. Może tylko wpada w lekką melancholię wobec tak pewnego i szybkiego odejścia. Nie zaczyna czytać grubych książek, bo nie wie, czy dotrze do końca. On na przykład nigdy nie przeczytał Wojny i pokoju Lwa Nikołajewicza Tołstoja. I choć jest pisarzem – a przecież usiłuje nim być – nie pisze powieści, tylko wiersze i opowiadania. To, czego miarą są dni, tygodnie lub miesiące, w żadnym razie lata. Powieści piszą zdrowi ludzie (s. 43).
Wreszcie – sport. Profesora Mieroszewskiego piłka „w gruncie rzeczy nie interesowała”, poza jej znaczeniem metaforycznym, ale Jergović czuje i kocha futbol, to widać w jego opisach. Fragmenty poświęcone relacji z pamiętnego meczu są tak malownicze i obrazowe, że czytelnik sam zaczyna czuć sportowe ciarki; wydaje mu się, jakby tam był, w czerwcu ‘38, wierząc głęboko, że Polska może pokonać potężną Brazylię i jeszcze wszystko będzie dobrze. Tym boleśniej odczuwa się gorycz porażki. I z tym większym współczuciem myśli się o losach pewnego strąconego z piedestału piłkarskiego bohatera – i pewnego chorego, pozbawionego ojcowskiej czułości chłopca.

***
M. Jergović, Wilimowski, tłum. Magdalena Petryńska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Za sportowe emocje, „romantyczny smutek” i środkowoeuropejską melancholię dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty. 

A wszystkich zainteresowanych historią Wilimowskiego odsyłam do tekstu Marka Bobakowskiego.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Wilimowskiego, wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[2] Tygodnik „Światowid” / Wikimedia Commons
[3] Autor nieznany / Wikimedia Commons
[4] Navaey / Wikimedia Commons
[5] Okładka polskiego wydania książki / ksiazkoweklimaty.pl 

piątek, 16 września 2016

Świnka, pająk i mysz – Elwyn Brooks White i jego wesoła kompania

Niezbyt często zdarza mi się sięgać po literaturę stricte dziecięcą. Bywa jednak tak, że przytłoczona wielostronicowymi opowieściami, trudnymi tematami i intelektualnymi gierkami potrzebuję odetchnąć, wybierając lekką, ciepłą opowiastkę skierowaną do najmłodszych, która przecież wcale nie musi być płytka czy głupia. Przeciwnie – w literaturze dziecięcej kryje się czasem więcej mądrości, niż w przeintelektualizowanych tomiskach. Przykładem takich opowieści mogą być pewnością te spisywane przez E.B. White’a.

Wydana po raz pierwszy w roku 1952 Pajęczyna Charlotty z miejsca podbiła moje serce już samym faktem, że jej główną bohaterką jest… pajęczyca, Charlotta. Pełnym nazwiskiem – Charlotta A. Cavatica. Tak, tak, bohaterowie White’a, także ci zwierzęcy, mają imiona i nazwiska, bardzo ludzkie cechy charakteru i nawyki i rozmawiają ze sobą językiem, którego nie powstydziłby się niejeden erudyta.

Wiluś próbuje utkać sieć, „bo to przecież takie proste”.
Jego wysiłkom sceptycznie przygląda się szczur Tymoteusz.
Do tego wiele z nich przewyższa swoich ludzkich braci pod względem wrażliwości i empatii. Świat White’a nie jest jednak czarno-biały i podzielony na dwa obozy, nieczuli ludzie i czułe zwierzęta, co mi się szalenie podoba. Wszak biedny Wiluś nie zostaje miło przyjęty na farmie, a wyniosłe jagniątko kwituje jego nieśmiałe próby nawiązania kontaktu bezwzględnym: „Towarzystwo świń mnie nie interesuje. Świnie to dla mnie mniej niż zero”. Ciekawym przypadkiem jest też szczur Tymoteusz, moja chyba ulubiona postać z tej książki. Choć kreowany na czarny charakter, interesownego typka, który o nikogo nie dba i myśli tylko o własnym brzuchu, w potrzebie potrafi okazać „ludzkie” odruchy i ratuje innych bohaterów z opresji.

Nic dziwnego, że ten barwny zwierzęcy świat fascynuje małą Franię. Dziewczynka reprezentuje dziecięce, otwarte i nie ulegające uprzedzeniom spojrzenie na świat, które oczywiście zderza się z niezrozumieniem dorosłych – przede wszystkim jej matki, pani Arable. To nie jej syn Antoś, niesforny łobuziak, dostarcza jej powodów do niepokoju, ale grzeczna Frania, rozmawiająca ze zwierzętami i preferująca ich towarzystwo nad ludzkie. Postawa pani Arable: „Jeśli czegoś nie rozumiem, to mi się to nie podoba” jest typowa dla zamkniętych na świat dorosłych. Tymczasem, jak mówi doktor Dorian:
Być może gdyby ludzie mówili mniej, zwierzęta zaczęłyby z nami więcej rozmawiać. Ludzie nieustannie gadają – tego jednego jestem pewien (s. 154).
Pajęczyna Charlotty w piękny sposób uczy, że nie należy ulegać uprzedzeniom. To naturalne, że do niektórych rzeczy z początku podchodzimy z rezerwą; grunt, aby przełamać się i dostrzec więcej – tak jak Wiluś, który zobaczył w Charlotcie nie tylko odrażający sposób zdobywania pożywienia, ale i jej dobre serce. Uczy też zwracać uwagę na to, co w naszym otoczeniu piękne, choć zwyczajne i na... tych najmniejszych wokół nas, często niedostrzeganych i niedocenianych.

Stuart jako nauczyciel.
Takich jak Stuart Malutki, główny bohater kolejnej powieści E.B. White’a, wydanej w roku 1945. Mały Stuart, myszka, która przyszła na świat w ludzkiej rodzinie Malutkich, musi stale udowadniać innym, że mimo mikrej postury w odwadze i zręczności dorównuje większym niż on.

Stuart też jest postacią złożoną. Choć to bohater pozytywny, bywa też odrobinę przemądrzały i wyniosły. Nazwisko bardzo mu pasuje, bo to taki „stary malutki” – jeździ samochodem, chodzi w garniturze i z laseczką oraz domaga się brandy (na rozgrzanie, po tym jak pół godziny spędza zamknięty przez przypadek w lodówce). Dzięki jego postaci jednak w Stuarcie Malutkim jest trochę więcej humoru – do moich ulubionych scen należy ta, w której Stuart prowadzi lekcję w szkole w zastępstwie za nieobecną nauczycielkę.
- Henry Rackmeyer, powiedz nam, co jest ważne.
- Ostatni promień słońca w ciemny dzień, każda nuta melodii i zapach szyjki niemowlęcia, pod warunkiem że mama codziennie je myje – odpowiedział Henry.
- Bardzo dobrze – pochwalił go Stuart. – To są faktycznie ważne rzeczy. Ale o czymś zapomniałeś. Mary Bendix, o czym zapomniał Henry?
- O lodach z polewą czekoladową – rzuciła szybko Mary.
- Właśnie – przytaknął Stuart. – Lody są niezmiernie ważne (s. 122).
Elwyn Brooks White
Stuart, podobnie jak Pajęczyna Charlotty, podkreśla znaczenie przyjaźni – uratowany niegdyś z opresji przez uczynnego ptaszka Margalo, po zniknięciu przyjaciela zdeterminowany Stuart rusza na jego poszukiwanie. I tylko szkoda, że nie dowiadujemy się ostatecznie, czy odnajduje ptaszka – ale może nie cel się liczy, lecz sama obfitująca w przygody (także miłosne) droga?

Najpiękniejsza nauka płynąca z opowieści White’a jest taka, że warto czasem spojrzeć pod nogi lub na zapomniany kąt stodoły. Że odrażający pająk potrafi zadziwić świat i ocalić przyjaciela, najsłabsza świnka w miocie może zdobyć nagrodę na jarmarku, a maleńki myszoczłowiek jest kimś więcej niż tylko zabawnym kuriozum. To przesłanie, a do tego wciągająca akcja i przepiękne ilustracje – te wydania prezentują się naprawdę wspaniale! – sprawiają, że Pajęczyna Charlotty i Stuart Malutki to świetny wybór na prezent dla małego człowieka. I nie tylko dla małego, bo w końcu każdy czasem potrzebuje odrobiny czytelniczego wytchnienia :).

***
E.B. White, Pajęczyna Charlotty, ilustracje: Garth Williams, tłum. Maria Jaszczurowska, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.
E.B. White, Stuart Malutki, ilustracje: Garth Williams, tłum. Maria Jaszczurowska, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Fotografie:
[1],[2],[3] Zdjęcie własne
[4] White Literary LLC / Wikimedia Commons

czwartek, 11 sierpnia 2016

Czeska literatura jest kobietą


XX-wieczna literatura czeska to przede wszystkim męskie pióra. Hašek, Čapek, Hrabal, Škvorecký, Kundera – wielkie nazwiska można mnożyć, kobiet jest jednak w tym gronie jak na lekarstwo. Dzisiaj sytuacja się zmienia. W najnowszej czeskiej literaturze kobiety coraz częściej dochodzą do głosu. I jest to zdecydowany, mocny głos!

Jarmila Flaková w artykule Česká moderní literatura psaná ženami na łamach portalu CzechLit.cz stawia tezę, że dzisiejsza literatura naszych południowych sąsiadów ma kobiecą twarz. Kreśli obraz współczesnej czeskiej pisarki oraz prezentuje nazwiska, które wypada znać.

Jaka jest więc česká moderní spisovatelka? Utalentowana, wykształcona, otwarta. „Nie boi się szokować, przekraczając granice – nie zna bowiem granic. Nie przeszkadza jej, że między linijkami serwuje krytykom i czytelnikom – bynajmniej nie na srebrnej tacy – szczegóły swojego własnego życia intymnego”.

O czym pisze i jak pisze? „O czeskiej historii i losach ludzi przez nią naznaczonych. Interesuje się odległymi kulturami, a o mieszkańcach dalekich krajów opowiada tak, jak gdyby byli naszymi bliskimi sąsiadami. Pisze o miłości kobiety do mężczyzny i o miłości kobiety do kobiety. Na nowo odkrywa budzący niesłabnące zainteresowanie temat seksualności i orientacji seksualnej. Współczesna czeska pisarka nie zna słowa tabu. Lubi kontrowersje, ale nie prowokuje dla samego prowokowania. Zna swoją cenę”.

O kim mowa? W artykule zaprezentowanych zostało kilkanaście autorek, które najbardziej liczą się dziś na czeskiej literackiej scenie. Spośród nich wybrałam te, których książki są już dostępne po polsku. Oto damski panteon najnowszej literatury czeskiej!

Daniela Hodrová
Daniela Hodrová. Zdobywczyni czeskiej Nagrody Państwowej w dziedzinie Literatury i Nagrody Franza Kafki oraz zeszłoroczna laureatka nagrody Magnesia Litera. Jej twórczość, określana jako postmodernistyczna, naszpikowana jest metaforami i alegoriami, dlatego postrzega się ją jako trudną, skierowaną do ambitniejszych czytelników. Do jej najważniejszych dzieł należy trylogia Trýznivé město (Miasto utrapienia), na którą składają się: Podobojí, Kukly oraz Théta. Pierwsza z nich została wydana po polsku w roku 2001 przez Fundację Anima „Tygiel Kultury” pod tytułem Pod dwiema postaciami (tłum. Leszek Engelking) – o moich wrażeniach z tej lektury możecie poczytać tu. Ważną bohaterką twórczości Hodrovej jest Praga, zaprezentowana jednak jako miasto groźne, mroczne, raniące, „miasto utrapienia”. Wiele uwagi poświęca życiu duchowemu, a w jej utworach nasz ziemski żywot i życie pozagrobowe mocno się przenikają.

Radka Denemarková
Radka Denemarková. Jedna z najczęściej tłumaczonych współczesnych autorek czeskich. Zdobywczyni nagrody Magnesia Litera za powieść Peníze od Hitlera. Letní mozaika (opublikowaną po polsku w roku 2008 przez Wydawnictwo Atut w tłumaczeniu Tomasza Timingeriu pod tytułem Pieniądze od Hitlera – więcej o niej tutaj). Historia Gity, czeskiej Niemki o żydowskich korzeniach wypędzonej po wojnie z rodzinnego domu, to mocna, miejscami brutalna opowieść, której, jak pisze Jarmila Flaková, aż do ostatniej kropki przyświeca cytat z Franza Kafki: „Książka musi być jak siekiera, która rozłupuje zamarznięte morze wewnątrz nas”.

Petra Hůlová
Petra Hůlová. Zdobywczyni nagrody Magnesia Litera w roku 2002 za powieść Paměť mojí babičce (którą, nie wiedzieć czemu, wydawnictwo W.A.B. wydało w Polsce pod zupełnie innym, już nie tak pięknym tytułem – Czas Czerwonych Gór, w tłumaczeniu Doroty Dobrew; o książce piszę tutaj). Akcja tego utworu rozgrywa się w Mongolii, a autorka – z wykształcenia mongolistka – wykorzystała przy jej pisaniu doświadczenia ze swoich podróży do tego kraju. Z kolei za swoją kontrowersyjną, kipiącą seksem powieść Umělohmotný třípokoj (brawurowo przetłumaczoną przez Julię Różewicz i wydaną w wydawnictwie Afera jako Plastikowe M3 – moja recenzja tutaj) Hůlová otrzymała Nagrodę Jiřiego Ortena. Po polsku ukazała się również nagrodzona w roku 2008 Nagrodą Josefa Škvoreckiego Stanice Tajga (Stacja Tajga, tłum. Piotr Godlewski, wyd. W.A.B. – mam, przeczytam i opowiem Wam o niej niedługo).

Kateřina Tučková
Kateřina Tučková. Znana stała się dzięki swojej pierwszej powieści, wydanemu w roku 2009 Vyhnání Gerty Schnirch (na razie nie tłumaczonemu na polski), poruszającemu, podobnie jak powieść Denemarkovej, temat wypędzenia Niemców z Czech po wojnie. Z najcieplejszym przyjęciem czytelników spotkała się jednak wydana trzy lata później powieść Žítkovské bohyně (czyli wydane przez Aferę w 2004 roku Boginie z Žítkovej w tłumaczeniu Julii Różewicz – pisałam o nich tu). Książka otrzymała m.in. Nagrodę Josefa Škvoreckiego, nagrodę Czeski Bestseller oraz Nagrodę Czytelników Magnesia Litera. Była najczęściej wypożyczaną książką w czeskich bibliotekach w roku 2013 i doczekała się przekładu na osiem języków.

Irena Dousková
Inną często tłumaczoną czeską pisarką jest Irena Dousková. Sławę przyniosła jej przede wszystkim wydana w 1998 roku powieść Hrdý Budžes (czyli wydany w roku 2007 przez Zysk i S-kę w tłumaczeniu Joanny Derdowskiej Dumny Bądźżeś – zachwycam się nim tutaj) – tragikomiczna opowieść o epoce czeskiej normalizacji widzianej oczami dziecka. Określa się ją jako jedno z najważniejszych czeskich dzieł opublikowanych po Aksamitnej Rewolucji.

Petra Soukupová
Wśród autorek wymienionych w artykule Flakovej pojawiają się jeszcze trzy, których książki dostępne są po polsku – Petra Soukupová, Markéta Pilátová i Iva Procházková. Petra Soukupová jest m.in. zdobywczynią Nagrody Jiřiego Ortena za powieść K moři, która ze względu na wymowę i styl bywa ponoć porównywana z Do latarni morskiej Virginii Woolf (a ponieważ Do latarni morskiej to jedna z moich książek życia, pytam: jak to możliwe, że jeszcze nie znam K moři?!). Jej kolejna powieść, Zmizet (czyli przetłumaczone na polski przez Julię Różewicz i wydane przez Aferę w roku 2012 Zniknąć – mam, też przeczytam niedługo i Wam o niej opowiem, obiecuję!), przyniosła jej natomiast nagrodę Magnesia Litera. W swojej twórczości Soukupová koncentruje się na problematyce relacji rodzinnych.

Pisarka, dziennikarka i autorka tekstów piosenek Markéta Pilátová zasłynęła swoim debiutem prozatorskim, wydaną w roku 2007 powieścią Žluté oči vedou domů (po polsku wydane w roku 2011 przez Good Books jako Żółte oczy prowadzą do domu w tłumaczeniu Tomasza Grabińskiego i Katarzyny Dudzic – czy mam, nie jestem pewna, bo od jakiegoś czasu mam duży i podzielony na dwie odległe części księgozbiór :) jeśli mam, też wkrótce o niej napiszę). Iva Procházková jest natomiast przede wszystkim chętnie tłumaczoną autorką książek dla dzieci, zdobywczynią licznych nagród literackich. W Polsce wyszedł ostatnio po polsku jej kryminał Vraždy v kruhu – Muž na dně (czyli wydany w tym roku przez Aferę w tłumaczeniu Julii Różewicz Mężczyzna na dnie – pisałam o nim tu).

Cytaty (w moim tłumaczeniu) pochodzą ze wspomnianego artykułu Jarmili Flakovej. Jest on w całości dostępny na stronie CzechLit.cz.

Fotografie:
[1] Zdjęcie własne
[2] Zofia Tarajło-Lipowska, Historia literatury czeskiej. Zarys, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2010 / zdjęcie własne
[3] Literaturhaus / Wikimedia Commons
[4] Pavel Hrdlička / Wikimedia Commons
[5] Robert Hédervári / Wikimedia Commons
[6] Martin Kozák / Wikimedia Commons
[7] Pavel Hrdlička / Wikimedia Commons

niedziela, 7 sierpnia 2016

Piękna panna z ciężarówki – „Ja, Olga Hepnarová”, Roman Cílek

Olga była ładną, ciemnowłosą dziewczyną. Trochę przygarbioną, trochę dziwnie chodziła, ale wielu wspomina jej delikatną urodę. „Piękna panna” – mówił o niej kat z opowiadania Bohumila Hrabala.

W szkole dzieci się z niej śmiały. Była wrażliwa, bardzo to przeżywała. „Czułam się jak kamień, który każdy może kopnąć” – mówiła. W domu również nie doświadczała czułości. Matka rzadko okazywała uczucia, a rodzice często się kłócili.

Wyrosła na inteligentną dziewczynę. Uwielbiała kino. Dużo czytała. „Lubię książki. Mam z nich zresztą więcej pożytku niż z ludzi” – mówiła. Jej ulubionym pisarzem był Jean-Paul Sartre. Autor słynnego „Piekło to inni”.

Nie była głupia. Więc wymyśliła sobie własną filozofię. Ponieważ inni ją krzywdzą, ona ma prawo skrzywdzić innych. Nie konkretne jednostki. Losowych ludzi. Całe społeczeństwo.

***
Olga była zagubiona. „Jakby bez przerwy się bała i nie tylko nie rozumiała świata wokół, ale też samej siebie” – mówili. Ale nie była zupełnie sama. Miała zapatrzonego w nią jak w obrazek przyjaciela, Miroslava Davida. Miała również znajomych, którzy próbowali przekonać ją, że nieuzasadniona wrogość społeczeństwa wymierzona w jej osobę jest tylko w jej głowie. Że wiele zachowań sama prowokuje.

Nie dała się przekonać. W niektórych punktach przyznaje się jej rację. Dobrze, że nie chciała czczych rozmów o niczym, babskich pogaduszek. Ale nie chciała też szczerych uśmiechów, powitań, „dzień dobry” i „do widzenia”. Żądała ciepła, ale sama bombardowała chłodem. „Wokół tej dziewczyny zawsze panowała taka gęsta atmosfera” – mówili.

Była pokrzywdzona i niezrozumiana. Ale też zapatrzona w siebie i przewrażliwiona. Zamiast dźwignąć się po ciosach, wolała leżeć i rozkoszować się swoim bólem. Z masochistyczną satysfakcją rozdrapywała własne rany. Czuła się męczennicą, bohaterką. Mścicielką.

***
Olga lubiła szokować. Chodziła do klubów w kurtce na nagie ciało. Służbowym autem zjeżdżała po schodach. W swoim trabancie za szybą woziła ludzką czaszkę, kupioną od studenta medycyny. Umieszczone w oczodołach żarówki służyły jej za migacze.

Uwielbiała jazdę autem. Pewnie też dlatego wybrała taki, a nie inny sposób zemsty na społeczeństwie. Wypożyczyła ciężarówkę, rozpędziła się i wjechała w grupę osób stojących na przystanku. Trzy zginęły na miejscu, kolejne pięć umarło potem.

Nie próbowała się bronić. Żądała najwyższego wymiaru kary. „Wolałabym zostać stracona, mój czyn miałby wtedy większą wartość” – mówiła. Sąd spełnił jej życzenie – niecały rok po zajściu została skazana na karę śmierci. Ale przed śmiercią przyszedł strach. Jak mówi kat w opowiadaniu Podziemne rzeczki Bohumila Hrabala (Cílek pominął te słowa jako „niezbyt smaczne”): „Zanim ją zaprowadziłem, a potem powiesiłem, zesrała mi się i zeszczała, i na dodatek porzygała”… Wszak nie była demonem, szatanem, złym duchem. Była tylko skrzywdzonym człowiekiem.

***
Roman Cílek opowiada historię Olgi Hepnarovej w sposób obiektywny, unikając osobistych komentarzy. Czasem jednak nie może się powstrzymać i przestaje być niewidzialny jako autor – jak wtedy, gdy ironicznie nazywa „wybitnym znawcą ludzkich dusz” psychiatrę, który odmówił pomocy dziewczynie. I dobrze. Bo nie otrzymujemy suchej relacji, ale opowieść, w której czuć prawdziwe emocje. Cílek nie usprawiedliwia Olgi. Ale współczuje jej. Sprawia, że przez chwilę widzimy świat jak ona, budzi w nas uśpione demony, domagające się krwi za nasze własne przykrości, otrzymane wyzwiska i drwiny.

Pewien młody Czech wszedł w tę opowieść aż za bardzo. Po lekturze tej książki, zafascynowany Olgą, sam zaczął zabijać. Historia otrzymała swój smutny epilog – trzy kolejne ofiary nienawiści. Dlatego autor zastrzega – to nie jest instruktaż, to ostrzeżenie. A fakt, że trzeba to komukolwiek wyjaśniać, jest chyba najbardziej w tym wszystkim przerażający i smutny.

***
R. Cílek, Ja, Olga Hepnarová, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za przejmujący i dający do myślenia reportaż o dziewczynie, która zabijała, bo nie potrafiła żyć, dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

Ilustracje: 
[1] Fotografia z książki Ja, Olga Hepnarová, wyd. Afera / zdjęcie własne
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Afera (www.wydawnictwoafera.pl)

środa, 27 lipca 2016

Nabokoviada po raz pierwszy: „Mansfield Park”, Jane Austen

Zacznę od siebie. Mój stosunek do Jane Austen najlepiej wyrażają słowa panny Rachel Vinrace z Podróży w świat Virginii Woolf: „Ona jest jak ciasno zapleciony warkocz!”. Nie przepadam za pisarstwem Jane – zawsze wydawało mi się nieznośnie powściągliwe i chłodne. Nie sposób odmówić mu elegancji, ale brakuje mi w nim kolorytu, rumieńców, życia.

Również Nabokov nie wydaje się darzyć miss Austen i jej twórczości wielką sympatią. W liście do Edmunda Wilsona pisze zresztą wprost: „Nie lubię Jane” [s. 22]. Polecona mu jednak przez przyjaciela powieść Mansfield Park ostatecznie okazuje się dla niego fabularnie i konstrukcyjnie na tyle interesująca, że postanawia włączyć jej omówienie do swojego cyklu wykładów.

Na wstępie co prawda zastrzega: „Powieść miss Austen nie jest tak oszałamiająco żywym arcydziełem, jak inne omawiane tu książki” [s. 44] i nazywa Mansfield Park „dziecięcą grą”. W dalszej części wykładu nie omieszka też wytknąć autorce braku oryginalności – stwierdza, że jej styl jest mało efektowny i ubogi w metafory i porównania. Równocześnie jednak docenia zwięzłość i precyzyjność tego stylu, inteligentną ironię, a także umiejętne budowanie powieściowej intrygi i wykorzystywanie rozwiązań fabularnych dla celów opowieści. I to tym elementom poświęca w swoim wykładzie najwięcej uwagi.

Ja o fabule

Powstałe w 1814 roku Mansfield Park to historia Fanny Price, dziewczyny z ubogiej rodziny, którą przyjmują na wychowanie jej zamożni krewni, pryncypialny sir Thomas Bertram i jego żona, apatyczna lady Bertram. W całym przedsięwzięciu macza również palce wścibska i skąpa ciotka Norris, która przez kolejne lata skutecznie uprzykrza życie przygarniętej siostrzenicy (i przy okazji doprowadza do szału czytelnika).

Fanny wychowuje się wśród dzieci Bertramów – lekkoducha Toma, próżnych i utrzymywanych w przekonaniu o własnej doskonałości Marii i Julii oraz spokojnego Edmunda, do którego żywi więcej niż siostrzane, ale skrzętnie skrywane uczucia. Życie w Mansfield Park płynie leniwie i bez większych trosk, aż do czasu, kiedy w okolicy pojawiają się goście z Londynu – rodzeństwo Mary i Henry Crawfordowie. Parka ta rozkochuje w sobie kilku członków rodziny i wprowadza spory zamęt w ospałym światku Bertramów.

Crawfordowie w ekranizacji Mansfield Park z roku 1999 (reż. Patricia Rozema).
W roli Mary – Embeth Davidtz, w Henry'ego wcielił się zaś Alessandro Nivola.
Nabokov o kompozycji

Jednym z centralnych punktów powieści jest projekt amatorskiego wystawienia w Mansfield Park sztuki teatralnej Elizabeth Inchbald Śluby miłosne (w tłumaczeniu Hanny Pasierskiej, które czytałam, pod tytułem Przysięgi kochanków; w oryginale – Lovers’ Vows). Ten kluczowy dla całej opowieści motyw – wszak próby stają się dla uczestników wydarzeń pretekstem do zbliżeń – nie jest jedynym, co łączy powieść Jane Austen z teatrem; zdaniem Nabokova cała powieść przypomina sztukę teatralną. I w takim ujęciu okazuje się najciekawsza – najbardziej pasjonujące w lekturze Mansfield Park jest śledzenie rozgrywek między bohaterami, ich powiązań, ich sekretnych lub jawnych posunięć, które prowadzą do takiego a nie innego rozwiązania.

Nabokov zwraca też uwagę na to, jak autorka wykorzystuje pewne niewinne motywy jako elementy towarzyskich rozgrywek. Przykładowo moment gry w spekulację to zarazem moment spekulacji nad różnego rodzaju krokami – jak w przypadku Mary Crawford, która rozważa, czy powinna wyjść za Edmunda. Z kolei zdobny łańcuszek do krzyżyka, który panna Crawford usiłuje wcisnąć Fanny, okazuje się również narzędziem miłosnych intryg – w końcu otrzymała go od brata, który zawzięcie zabiega wówczas o względy młodziutkiej siostrzenicy Bertramów.

Bardzo podobały mi się również spostrzeżenia Nabokova na temat Podróży sentymentalnej. Dzięki nim wiem, że powiązania Mansfield Park z dziełem Sterne’a nie ograniczają się do „Nie mogę się wydostać!” szpaka, ale i że cały motyw oczekiwania przed zamkniętą bramą jest zaczerpnięty z tego XVIII-wiecznego dzieła.

Ja o wymowie utworu

O ile wiele uwagi Nabokov poświęca elementom kompozycyjnym, które najbardziej przykuły jego uwagę – i są to oczywiście ciekawe obserwacje – o tyle zupełnie pomija wymowę powieści, wnioski na temat współczesnego Jane Austen świata, jakie płyną z opowiedzianej przez nią historii. Jak się domyślam, były to dla niego rzeczy zbyt oczywiste, aby wspominać o nich w swojej analizie, ale ja poświęcę im kilka słów, ponieważ w moich oczach pozytywnie wyróżniają one Mansfield Park na tle innych dzieł autorki – są wyjściem poza nudny światek zalotów i gier towarzyskich.

Crawfordowie reprezentują zepsuty „wielki świat”, Londyn z jego wszystkimi pokusami, rzeczywistość, w której obowiązują inne standardy moralne, gdzie króluje obłuda i dbałość o własne korzyści i przyjemności. Burzliwe wydarzenia z końcówki powieści, udział Henry’ego Crawforda w całej sprawie oraz reakcja jego siostry Mary, „gruboskórność” obojga rodzeństwa, o której pisze również Nabokov, mają nas przekonać, że mimo przyjemnej powierzchowności i pozorów dobrego charakteru są to ludzie zepsuci i bezwzględni. Równocześnie, w opozycji do nich, Mansfield Park, nawet z nieco anachronicznym sir Thomasem i nieco ślamazarną lady Bertram, jawi się jako ostoja tradycyjnych wartości, kolebka moralności.

Można więc stwierdzić, że Mansfield Park jest wyrazem obaw autorki co do kierunku, w jakim zmierza świat i zarazem oznaką przywiązania do tego, co stare i sprawdzone. Wszak Fanny Price – ponoć ulubienica samej Jane Austen, bohaterka obdarowana przez nią imieniem ukochanej siostrzenicy – jest przedstawiona jako osoba, która nade wszystko ceni sobie przyzwyczajenie i z niechęcią przyjmuje wszelkie zmiany.

Frances O'Connor jako Fanny Price w ekranizacji z roku 1999.
Nabokov o miss Austen

Oprócz zawiłości kompozycyjnych Nabokov pochyla się również nad stylem Austen, ale już na wstępie stwierdza, że nie ma na jego temat za wiele do powiedzenia. Ocenia go jako elegancki, ale mało efektowny. Jeden z fragmentów przyrównuje do joyce’owskiego strumienia świadomości, ale zaraz potem wyrzuca autorce brak rozmachu, chwali ją za perfekcjonizm, by chwilę później, przy okazji omawiania pewnej przenośni, stwierdzić, że jest to „jedyna oryginalna metafora w książce” [s. 80]. Sugeruje więc, że miss Austen jest zręczną pisarką, sprawną rzemieślniczką, ale brak jej świeżości i błysku pisarskiego geniuszu.

Całe to opracowanie szczególnie mnie nie zaskoczyło, nie było tu uwag na tyle odkrywczych, aby wyrwały mi z piersi okrzyk „wow, nie wpadłabym na to!”, ale wydało mi się ciekawe głównie ze względu na stosunek Nabokova do pisarki – nie pozbawiony szacunku, ale i z lekka ironiczny, może nawet odrobinę pobłażliwy. W swoich notatkach wykładowca kpi z „filisterstwa” miss Austen (które objawia się jej zainteresowaniem kwestią dochodów), wyrzuca jej, że w końcówce powieści poszła na łatwiznę i posłużyła się formą epistolograficzną, zwraca uwagę na to, że bez powodu przez tak długi czas wstrzymywała zaręczyny Edmunda: „Edmund wciąż się nie oświadczył, a jego ślamazarność zakrawa na farsę” [s. 91]. (Ale równocześnie broni prawa Fanny do zakochania się w „nudnym” Edmundzie, a poświęcony temu zagadnieniu fragment urzekł mnie chyba najbardziej z całego wykładu). Wreszcie – zamyka wykład osobliwym stwierdzeniem, które może być zarówno protekcjonalną uwagą, jak i powściągliwą pochwałą.

Nabokov się zachwyca

Najbardziej rozbrajające w pisaniu Nabokova o literaturze są jednak emocje, które czuć w jego słowach, mimo całego tego analitycznego i pełnego powagi podejścia. To nie jest typ zasuszonego akademika produkującego długie, nudne, naszpikowane mądrymi słowami wywody, których hermetyczny język poza samym autorem rozumie ledwie garstka osób. W sposobie, w jaki potrafi się zapalić do pewnych zagadnień, w tych momentach zachwytu („ta scena jest cudowna”, „ten opis jest przepyszny” itp.) widać, że ten człowiek naprawdę czuje literaturę i wie, o czym mówi, gdy pisze o towarzyszących lekturze ciarkach w kręgosłupie. I jeszcze coś – wtrącenia na temat współczesnego świata, trochę w stylu zrzędliwego dziadka, ale jakże przy tym urocze!
Nasze kulturalne lub tak zwane kulturalne środowiska są być może bardziej zróżnicowane i liczniejsze niż w pierwszych dziesięcioleciach ubiegłego wieku, ale kiedy pomyślę o wulgarności radia, wideo lub niewiarygodnie banalnych współczesnych magazynach dla pań, zastanawiam się, czy nie należałoby odnieść się z większym uznaniem do tego zatapiania się Fanny w lekturze poezji, bez względu na to, jak była ta poezja rozgadana i nudna [s. 60].
Słowem – przekonałam się raz jeszcze, że czytanie wykładów Nabokova o literaturze to czysta przyjemność. I już się cieszę na jego omówienie Samotni, o którym będę pisać za miesiąc. Zacny wykładowca stwierdza, że „szokiem jest przejście do hałaśliwego, rozbuchanego, krzepkiego Dickensa po spotkaniu z delikatną, filigranową, subtelną i bledziutką Jane” [s. 99]. Mając za sobą pierwsze sto pięćdziesiąt stron tej następnej lektury z jego listy stwierdzam, że po raz kolejny ma rację.

***
J. Austen, Mansfield Park, tłum. Hanna Paiserska, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.
V. Nabokov, Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005.

***
Sprawdźcie też, co ma do powiedzenia na temat Mansfield Park i wykładu Nabokova Pyza Wędrowniczka – tutaj!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – Samotnia Charlesa Dickensa. Na dyskusję o tej powieści zapraszamy za dwa miesiące, 27 września :)

***
Wszystkie cytaty pochodzą z Wykładów o literaturze Vladimira Nabokova (wyd. MUZA SA, Warszawa 2005).

Fotografie:
[1] Motyw z okładki jednego z brytyjskich wydań Mansfield Park, wyd. Penguin Classic, 1999.
[2],[3] Facebook.com
[4] Giuseppe Pino (Mondadori Publishers) / Wikimedia Commons
[5] Grafika autorstwa Pyzy :)

wtorek, 19 lipca 2016

Nabokoviada i Jane Austen – zapowiedź!

Vladimir Nabokov w Uniwersytecie Cornella w roku 1957. Fot. Cornell University Faculty Biographical Files
„Jak być dobrym czytelnikiem” lub „Życzliwość wobec autorów” – tak mniej więcej mógłby brzmieć podtytuł do tych rozważań o różnych pisarzach, zamierzam bowiem zająć się z miłością, przypatrując się czule i bez pośpiechu wszystkim detalom, kilkoma arcydziełami literatury europejskiej (s. 33).
Takimi oto słowami Vladimir Nabokov otwiera swój cykl wykładów o literaturze, wygłoszonych na Uniwersytecie Cornella na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Reprezentując oryginalne, niezwykle wnikliwe podejście do czytania, biorąc pod lupę najmniejsze szczegóły, analizując drobiazgowo wygląd bohaterów, wystrój opisywanych wnętrz czy rozkład pokojów w posiadłości, gdzie rozgrywa się akcja, Nabokov wprowadzał młodych miłośników literatury w światy stworzone przez Prousta, Joyce’a czy Kafkę. O tym, jak niełatwym zadaniem jest zgłębienie literackiego dzieła i jak na ogół jako czytelnicy nieznośnie ślizgamy się tylko po jego powierzchni, przekonywał swych słuchaczy słowami Flauberta.
Sto lat temu Flaubert poczynił w liście do swej kochanki następujące spostrzeżenie: Comme l’on serait savant si l’on connaissait bien seulement cinq á six livres. „Jakimże mędrcem byłby człowiek, gdyby poznał dobrze choćby pięć lub sześć książek!” (s. 33).
Strona tytułowa pierwszego wydania
Mansfield Park. Fot. Lilly Library,
Indiana University / Wikimedia Commons
Listę Nabokova otwiera Mansfield Park, napisana w roku 1814 powieść Jane Austen, trzecia z kolei w dorobku autorki. Wybór nieoczywisty, propozycja podsunięta Nabokovowi przez przyjaciela Edmunda Wilsona, do której długo nie mógł się przekonać – stwierdzając z rozbrajającą szczerością, że jest „uprzedzony do wszystkich piszących pań” – zyskała jednak w końcu jego uznanie i zaskoczyła go misternością konstrukcji i błyskotliwością. W wykładach mówił o niej tak:
Powieść miss Austen nie jest tak oszałamiająco żywym arcydziełem, jak inne omawiane tu książki. Powieści takie jak Pani Bovary czy Anna Karenina są zachwycającymi, cudownie kontrolowanymi eksplozjami. Mansfield Park natomiast jest dziełem damy i dziecięcą grą. Ale z koszyka do robótek wyłania się urocza wyszywanka, majstersztyk misternego haftu, a w dziecku wyczuwamy olśniewający talent (s. 44).
I od tej właśnie lektury zaczynamy wraz z Pyzą naszą Nabokoviadę. 27 lipca opublikujemy nasze teksty o Mansfield Park i zaprosimy Was do dyskusji. Wszystkich chętnych raz jeszcze serdecznie zapraszamy – został jeszcze ponad tydzień, zdążycie! :)

***
Cytaty: V. Nabokov, Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. Muza SA, Warszawa 2005.

środa, 6 lipca 2016

Miłość to dotyk i jeszcze nie dotyk. „Oona i Salinger”, Frédéric Beigbeder

Zdarza się, że jakaś postać, żyjąca lub już nie, zawładnie naszą wyobraźnią. Zobaczymy jej zdjęcie w gazecie, natkniemy się przypadkiem na artykuł o niej, napotkamy wzmiankę w czytanej właśnie książce. Ulegamy fascynacji, zaczynamy drążyć temat, fantazjujemy. Nie możemy przestać o niej myśleć. Dla Frédérica Beigbedera taką postacią była Oona O’Neill.

Córka laureata Literackiej Nagrody Nobla, Eugene’a O’Neilla. Bywalczyni najmodniejszych nowojorskich lokali, Glamour Girl klubu Stork. Wieloletnia żona Charliego Chaplina i matka jego ośmiorga dzieci. Oraz dziewczyna, która w wieku lat 16 złamała serce J.D. Salingerowi.

Beigbeder zobaczył jej zdjęcie – to, które zamieszczone zostało potem na okładce Oony i Salingera – w kafeterii w Hanower, w New Hampshire. Zafascynowała go ta „ciemnowłosa królewna o pięknie nakreślonych łukach brwi”, tak jak kiedyś oczarowała jego ulubionego pisarza. A ponieważ ich historia jest pełna tajemnic, a listy wojenne wysyłane przez Jerry’ego do Oony są pilnie strzeżone przez spadkobierców żony Chaplina, postanowił spisać własną wersję wydarzeń. Oraz oddać swój hołd pięknej Oonie.

Oona w roku 1944.
Bezdomny kotek z Nowego Jorku

Pochodziła z rodziny, której przy najszczerszych chęciach nie sposób nazwać szczęśliwą. Ojciec nie interesował się nią i jej dwójką braci – dzieci przeszkadzały mu w pisaniu. I choć sam był zaniedbywany przez swoich rodziców i bardzo z tego powodu cierpiał, powtórzył dokładnie ten sam schemat we własnej rodzinie. „Jeśli chodzi o szczęście, Eugene był wyjątkowym antytalentem” – kwituje Beigbeder. A w usta Salingera wkłada stwierdzenie: „To wielki autor i mały człowiek”.

Obydwaj dorastający w takim środowisku bracia Oony jako dorośli mężczyźni popełnili samobójstwo. Ona natomiast, spragniona ojcowskiej troski i uwagi, ukojenia szukała w wielkomiejskim życiu, w nocnych klubach, alkoholu, zachwyconych spojrzeniach. Przedwcześnie dojrzała, ozdobą nowojorskiego Stork Club została już jako piętnastolatka.

Daleko było jej jednak do prowokacyjnej lolitki. Mimo podziwu, jakim była otaczana, wciąż brakowało jej pewności siebie i była bardzo nieśmiała. Choć olśniewała powierzchownością pięknej młodej kobiety, tak naprawdę była wciąż dzieckiem. Nieszczęśliwym i odtrąconym.
Oona była najmilsza z trójki, a także najbardziej nieśmiała mimo czarnej sukni odważnie odsłaniającej ramiona (…). Niezręczność, brak pewności siebie, jąkanie się, dodawały uroku każdemu gestowi – sposób, w jaki przyciskała do siebie kieliszek, mieszała kostki lodu palcem wskazującym, a potem go ssała, jakby krwawił, wieczne przepraszanie, jakby nie wiedziała, że Stork Club jej potrzebuje, żeby być modnym miejscem. Przymiotnik clumsy wymyślono chyba tylko po to, żeby opisać jej nieporadność. Chciało się zaadoptować tego bezdomnego kotka (s. 33).
Beigbeder poleca czytelnikowi obejrzeć na YouTube film z castingu do filmu Dziewczyna z Leningradu, na którym możemy zobaczyć siedemnastoletnią Oonę. I nie szczędzi dla niej zachwytów. Dla jej urody, jej naturalności, ponadczasowego wdzięku. Jest przekonany, że gdyby jej losy potoczyły się inaczej, zostałaby wielką gwiazdą. Pisze: „Oona to nie kobieta, to byt absolutny”. I cytuje za Trumanem Capote: „Miała tylko jedną wadę: była idealna. Poza tym była idealna”.


Wstrzemięźliwi, ale zmysłowi

I taką właśnie – piękną, olśniewającą, idealną – dostrzega ją pewnego razu w Stork Club dwudziestojednoletni Salinger. Podchodzi, zaczynają rozmawiać. Beigbeder ze szczegółami odtwarza przebieg tej pierwszej wymiany zdań, z całą jej nieporadnością, a zarazem przekonaniem każdego z tej dwójki, że spotkało właśnie kogoś wyjątkowego.

Stork Club w 1944. Przy stoliku na pierwszym planie, z cygarem w zębach,
siedzi Orson Welles, który zresztą też zabiegał o względy Oony. Jak pisze Beigbeder
„Oonie podobał się głęboki dźwięk jego głosu, ale uważała, że ma brzydki nos,
i ich romans nie doszedł do skutku. Nie możemy się w kimś zakochać,
jeśli nie lubimy jego nosa, bo ciągle będziemy narażeni na ten przykry widok”.
Później śledzimy jeszcze przebieg pewnego sowicie zakrapianego wieczoru na plaży, który kończy się problemami żołądkowymi małej Oony. Od tych kilku godzin zakończonych wstydliwym wspomnieniem rozpoczyna się jednak związek tej dwójki młodych ludzi. Nie trwający co prawda zbyt długo, ale za to niezwykle ważny dla Salingera i całego jego późniejszego życia.

Beigbeder pięknie pisze o łączącej ich więzi, o jedzeniu kasztanów, czytaniu razem czasopism filmowych, ulubionych ławkach w parku i ulubionych księgarniach, o bliskości, o erotyce – o tych pierwszych niewinnych zbliżeniach, niepełnych, ale upajających. „Love is a touch and not yet a touch” („Miłość to dotyk i jeszcze nie dotyk”) – pisał Salinger.
Nie wierzył we własne szczęście, że może trzymać ją w ramionach, wsuwać czubek języka w czerwone usta, głaskać jedwabiste włosy, przebierać rozcapierzonymi palcami po gołych plecach, udając pająka, który sunie w górę kręgosłupa, godzinami czuć przy sobie drżące ciało, a na szyi oddech. Co za luksus! Choć wstrzemięźliwi, oboje byli bardzo zmysłowi; trudno to zrozumieć w XXI wieku, kiedy penetracja zastąpiła dzień dobry, ale te niezbyt daleko posunięte pieszczoty im wystarczały (…). Jerry był przystojny i mógłby stracić cnotę z łatwiejszymi dziewczynami, ale wolał pieścić tę infantylną gwiazdkę. Sposób, w jaki opierała się jego zalotom, był tysiąc razy bardziej erotyczny niż noc z jakąś cycatą pindą, której na imię Samanta (s. 89).
Życie z Salingerem nie było jednak łatwe. Miał swoje humory, był kłótliwy, zaborczy, zapatrzony w siebie. Robił Oonie wyrzuty, że nie jest wystarczająco ambitna, że spędza czas w taki a nie inny sposób. Nie potrzebowała posępnego pisarza, potrzebowała kogoś, kto ją rozbawi, pocieszy, dowartościuje. Z czasem zaczął ją męczyć i nudzić. Kiedy więc wyjeżdżał, by w Europie walczyć z nazistami, nie było jej już przy nim i nie stała na brzegu, machając koronkową chusteczką.

Wojna i szampan

Wkrótce po wyjeździe Jerry’ego Oona poznała Charliego Chaplina. Ten, oczarowany nią od pierwszej chwili i pewien, że spotkał miłość swojego życia, szybko postanawia ją poślubić. Kiedy stają przed ołtarzem, ona ma 18 lat, on – 54.
Rodzina Chaplinów w roku 1961.
Beigbeder w sposób bardzo filmowy zestawia obrazki z życia młodziutkiej żony bogatego reżysera z dantejskimi scenami rozgrywającymi się 6 czerwca 1944 u wybrzeży Normandii, a później w lesie Hürtgen. Oona je obiad w eleganckiej restauracji, Jerry przedziera się przez morze trupów swoich zastrzelonych chwilę wcześniej w czasie lądowania towarzyszy broni. Oona w słoneczny poranek uczy się grać w tenisa, Jerry leży w rowie pełnym lodowatej wody, odmraża sobie palce i zastanawia się, czy to on będzie następny. Ten kontrast nie jest jednak po to, aby potępić bohaterkę – ostatecznie Beigbeder nie ma do niej pretensji o to, że wybrała dobrobyt i stabilizację.

O jej małżeństwie i ciąży Salinger dowiaduje się z gazet. Z wojennych okopów śle do niej listy, których treści nie znamy (z wyjątkiem fragmentów – jeden z nich na poniższym wideo czyta córka Oony, Annie Chaplin). Wyobraźnia nie znosi jednak próżni, więc Beigbeder próbuje je zrekonstruować. Jego wersja tej korespondencji jest utrzymana w płomiennym tonie, pełna pretensji, ale również miłosnych wyznań. Jerry Beigbedera nazywa samego siebie „oonistą” i wyznaje: „Twoja twarz jest moją religią”.
Będę się bić, wybacz patos, nie za mój kraj ani za wolność, dobro i wszystkie te pierdoły, ale za twoje różowe policzki, duże siekacze, delikatne ramiona, jedwabiste jak brzoskwinia. Tym będzie moja wojna: będę pisał do Ciebie listy, które zostaną bez odpowiedzi (…). Będę do Ciebie pisał listy przez całe życie, a później, kiedy ukażą się moje książki, wszyscy pomyślą, że to powieści, bo tak przeczytają na okładce, ale Ty będziesz wiedziała, że to są listy, zaadresowane jedynie do Ciebie (s. 113).

Beigbeder nie ma wątpliwości – ta pierwsza, niespełniona i utracona miłość ukształtowała Salingera na całe życie, również jako pisarza. W wyzwolonym Paryżu Jerry spotyka swojego idola, Ernesta Hemingwaya. Odbywają długą rozmowę o życiu i o pisaniu, w trakcie której Papa przekonuje młodszego kolegę po piórze, że „każdy pisarz powinien wiedzieć, co to znaczy mieć złamane serce”. Tak właśnie, w bólu miłosnego zawodu i w wojennej zawierusze, rodzi się J.D. Salinger, autor Buszującego w zbożu.

Książka o Beigbederze

Frédéric Beigbeder
Oona i Salinger, choć z założenia o wybitnym amerykańskim pisarzu i jego pierwszej wielkiej miłości, jest w dużym stopniu również książką o Frédéricu Beigbederze. Na marginesie historii słynnej dwójki autor szczerze, bezpośrednio i z humorem opowiada o sobie, o własnej miłości, swoim kryzysie wieku średniego i próbach odmłodzenia się. Z miejsca urzekł mnie otwierającą utwór opowieścią o wyprawie do Cornish, do domu Salingera, by przeprowadzić wywiad, który w końcu nie doszedł do skutku, bo „Fred” stchórzył. („Przecież nie mogłem zadzwonić do drzwi pustelnika jak nieznośny bachor domagający się cukierków w Halloween” – tłumaczy, zakłopotany). I – jak się należało spodziewać – oczarował opisem pierwszego wieczoru i nocy spędzonej z ukochaną Larą Micheli, łącznie z opisem mycia zębów swojej wybrance. To zresztą Larze dedykowana jest ta powieść.

Nawet w rozdziałach, w których skupia się na opowieści o Oonie i Jerrym, Beigbeder nie pozwala o sobie zapomnieć. Poufały ton, jakim pisze o tej dwójce, jak gdyby byli jego dobrymi przyjaciółmi, jego wtrącenia, jego „patrzę na nich, mimo że dzieli mnie siedemdziesiąt lat od tamtego letniego wieczoru...”. Przedstawiana historia staje się też dla niego pretekstem do snucia refleksji na różne tematy – rozpisuje się na temat miłości, dowodzi okrucieństwa i bezsensu wojny (z głębokim przekonaniem, że już wkrótce czeka nas kolejny podobny koszmar), jako wierny uczeń Salingera krytykuje współczesny świat.
Świat zamieszkują dziś ludzie straszliwie niezależni, skomplikowani, niezadowoleni; zakochani niezdolni do miłości, barany, które nie chcą być baranami, lecz mimo wszystko skubią trawę, śniąc, że nie należą do stada; krótko mówiąc, klienci Freuda, Buddy, Fashion TV i Facebooka (s. 61).
Przyznaję – nie wszystkie jego zmyślenia na temat Oony i Salingera mi się podobały. Wolałabym, żeby niektóre wymiany zdań zostały przemilczane, bo jako element fikcji literackiej brzmiały sztucznie i afektowanie. Pominęłabym przedśmiertną rozmowę Eugene’a O’Neilla z Jerrym, pominęłabym zmyślone spotkanie samego autora z Ooną w pewnego sylwestra w Szwajcarii. Ale mimo to książka Beigbedera ma w sobie dużo cudownej lekkości, nawet przy całym tragizmie niektórych fragmentów. Urzeka familiarnym tonem i nawiązaniami do popkultury, zachwyca plastycznością i filmowością opisów i zaskakuje świetnie dobranymi mottami. Łącznie z tym otwierającym całą powieść – XVI-wiecznym poematem Scarborough fair anonimowego barda z Yorkshire w wersji zespołu Simon & Garfunkel z 1966 roku (dopisane przez Paula Simona wersy – w nawiasie):
Are you going to Scarborough fair?
(War bellows blazing in scarlet battalions)
Parsley, sage, rosemary and thyme
(Generals order their soldiers to kill)
Remember mi to one who lives there
(And to fight for a cause they’ve long ago forgotten)
She once was a true love of mine.
W przekładzie Anny Michalskiej: 
Czy idziesz na targ do Scarborough?
(Miechy wojny rażą szkarłatnymi batalionami)
Pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek
(Generałowie rozkazują żołnierzom zabijać)
Wspomnij o mnie dziewczynie stamtąd,
(I walczyć za dawno przebrzmiałą sprawę)
Która była moją wielką miłością.
I to wszystko. 

*** 
F. Beigbeder, Oona i Salinger, tłum. Anna Michalska, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2016. 

Za tę fascynującą, choć na wpół zmyśloną historię pierwszej wielkiej miłości jednego z moich ulubionych pisarzy dziękuję pani Joannie i wydawnictwu Noir Sur Blanc

Zachęcam też do lektury mojego dłuższego tekstu o J.D. Salingerze, w oparciu o biografię Shane’a Salerno i Davida Shieldsa. Książka Beigbedera jest dobrym wprowadzeniem do życiorysu pisarza, ale skupia się tylko na okresie do końca wojny. W przywoływanym tekście piszę również o tym, jak niespełniona miłość do Oony wpłynęła na dalsze życie Salingera.

Ilustracje:
[1] Zdjęcie z okładki Oony i Salingera / wyd. Noir Sur Blanc
[2] Ogiyoshisan / Wikimedia Commons
[3] Time Inc., Alfred Eisenstaedt / Wikimedia Commons
[4] Associated Press photographer / Wikimedia Commons
[5] JFpg / Wikimedia Commons
[6] Okładka książki ze strony wydawnictwa / noir.pl

piątek, 1 lipca 2016

Futbolowa bajka – „Jedenastka Kłapząba”, Eduard Bass

Sport to nie bajka. To godziny treningów, hektolitry potu, setki wyrzeczeń i mordercza dyscyplina. Ci najwytrwalsi i najbardziej pracowici mogą jednak liczyć na bajkowy sukces. I o tym właśnie pisze Eduard Bass w swojej Jedenastce Kłapząba.

O życiu i o sporcie

Eduard Bass
Nie ma wątpliwości, że licząca prawie sto lat powiastka Bassa o biednym rolniku Kłapząbie i jego jedenastu synach, którzy jako drużyna podbili cały futbolowy świat, to przede wszystkim propozycja dla najmłodszych. Jej cudowne odrealnienie, niezwykłe przygody młodych piłkarzy, humor, a zarazem naszpikowanie morałami to coś, co jak najbardziej potwierdza pozycję Jedenastki w czeskim kanonie literatury dziecięcej.

Ale można tę powieść odczytywać też na inne sposoby, zwłaszcza dziś. Pisząc o poczciwych, szlachetnych i pracowitych Kłapząbach Bass pokazuje młodym czytelnikom, jakimi wartościami powinni kierować się w życiu. Ale pokazuje również, nie tylko najmłodszym, jakimi wartościami należy kierować się w sporcie. Kłapząbowie docierają na sam szczyt, bo są braćmi, bo się kochają i szanują, bo grając zapominają o sobie, myślą o drużynie. Bo przestrzegają zasad fair play i nie wiedzą, co to brutalny futbol. Bo jak dzieci – którymi zresztą są – cieszą się z gry w piłkę. I nie dbają o pieniądze. W momencie, gdy pewien wyrostek uświadamia im, że grają dla pieniędzy – czar pryska, znika dziecięca radość z gry.
To prawda, że zarabialiśmy dzięki grze w piłkę, ale to nie znaczy, że graliśmy dla pieniędzy (s. 95).
To wizja idealistyczna, oczywiście, ale czy nie o to właśnie powinno chodzić w sporcie? O pasję, zdrową rywalizację, satysfakcję z pokonywania swoich słabości, radość z efektów ciężkiej pracy? Dlatego właśnie ta bynajmniej nie bajkowa droga doprowadziła Kłapząbów do bajkowego sukcesu.

Inwazja ludzików Michelin? Nie, to tylko Kłapząbowie i ich sposób na brutalnych rywali!
Uroku tej publikacji dodają oryginalne ilustracje autorstwa Josefa Čapka.

Od Bassa do Pavla

Czytając Jedenastkę zrozumiałam, jak silnie Bass inspirował innych czeskich pisarzy – jak choćby piszącego o sporcie Otę Pavla. W Bajce o Raszku, choć jej bohaterem jest postać autentyczna, mamy do czynienia z tym samym fantastycznym wyolbrzymianiem, z tym samym dziecięco naiwnym i zarazem barwnym sposobem opowiadania. Obydwa utwory są też równie silnie przesiąknięte morałem – jeśli czegoś bardzo chcesz, będziesz uczciwie pracował i włożysz w to całe swoje serce i energię, wszystko jest możliwe.

Jednastka Kłapząba to ładna opowieść o więzach rodzinnych, pochwała skromności, uczciwości i pracowitości, ale również, a może przede wszystkim – piękny wyraz miłości autora do piłki nożnej. W powieści Bassa futbol to radość, futbol to emocje, uprawia się go w każdym zakątku nieba i ziemi – grają w niego nie tylko ludożercy, ale nawet aniołowie w niebie (choć nie wszędzie wygląda tak samo...). Bohaterowie myślą futbolem i futbolem mówią. Futbol to życie, a życie jest futbolem.
A Jezusku, Panie Wasza wysokość królu, jak może się mieć taki rolnik jak ja? Gdyby nie moi chłopcy, wciąż byłoby u mnie zero-zero, a nawet jeśli wpadłby jakiś gol, to i tak zawsze okazałoby się, że był spalony (s. 46).
***
E. Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Za uroczą opowieść o pięknie sportu, tak aktualną mimo upływu czasu, dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

[1] Denis Dervisevic / Foter.com / CC BY
[2] Wikimedia Commons
[3] Ilustracja autorstwa Josefa Čapka / zdjęcie własne z książki Jedenastka Kłapząba, wyd. Stara Szkoła
[4] Okładka książki / wyd. Stara Szkoła