środa, 17 sierpnia 2011

W walce z agelastami, głupotą i kiczem - "Sztuka powieści", Milan Kundera

Powieści. Powszechnie czytane, stale nam towarzyszące, na ogół chętniej nawet zgłębiane niż krótkie formy literackie. Wszyscy je czytamy, ale czy często przychodzi nam zastanowić się, czym jest powieść, skąd się wzięła, jakie ma znaczenie i dokąd zmierza?


Sztuka powieści to zbiór esejów, w których Milan Kundera wypowiada się na ten właśnie temat. Tłumaczy obszernie, jakie są jego zdaniem podstawowe zadania powieści, jakimi prawami się rządzi, jak ewoluowała na przestrzeni wieków i jakie jest jej znaczenie dla przyszłości Europy. Za ojca powieści uznaje Cervantesa wraz z jego Don Kichotem. W otwartym przez tę książkę pierwszym etapie rozwoju powieści centralną rolę grała droga i towarzysząca jej przygoda. Wymienić tu można też choćby Kubusia Fatalistę i jego pana Diderota, którego bohaterowie przychodzą nie wiadomo skąd i zmierzają nie wiadomo dokąd – świat wydaje się nieskończony. Dopiero za czasów Balzaka znaczącą rolę w powieści zaczyna grać Historia i od tej pory bohaterowie przestają żyć w słodkim świecie róbta-co-chceta, a narzucone zostają im pewne ograniczenia. W niektórych przypadkach świat zawęża się wręcz gwałtownie – Flaubertowska madame Bovary usycha z tęsknoty za przygodą, z której pełnymi garściami czerpali bohaterowie pierwszych powieści. Lecz prawdziwe zniewolenie staje się dopiero doświadczeniem bohaterów Kafki. Nie mogą już nawet marzyć, ich myśli zostały spętane, pochłonęła ich bezmyślna machina Historii.

Konkluzje Kundery nie są zbyt wesołe. W ostatnim eseju przywołuje on – i wskazuje na jego niepokojącą aktualność – powołany do życia przez Rabelais'go termin agelaści, oznaczający ludzi bez poczucia humoru, którym obcy jest śmiech, i którym wydaje się, że posiedli jedyną prawdę. Tymczasem powieść według Kundery zrodzona została ze śmiechu, ze śmiechu Boga – śmiechu, jaki wywołała u Niego ludzka myśl, nasze nieudolne próby odnalezienia jednej, właściwej ścieżki. Siłą jej jest więc wieloznaczność, jej celem – badanie nieskończenie wielu możliwości z których żadnej nie można uznać za tę jedyną poprawną, poszukiwanie prawdy, które jednak nie ma prawa zakończyć się powodzeniem. Dlatego też agelaści, bezmyślność komunałów (czyli współczesna głupota, obnażona po raz pierwszy przez Flauberta) oraz kicz (przekładający komunały na język piękna i wzruszenia) to w pojęciu Kundery trójgłowy potwór zagrażający powieści, zawężający jej ogromną wyobraźniową przestrzeń.

Bardzo podobało mi się, jak Kundera traktuje powieść i jak o niej pisze – jak gdyby była jakimś odrębnym organizmem, żyjącym własnym życiem, w pewien sposób samodzielnie kierującym procesem własnego tworzenia. Jak gdyby sam pisarz był jedynie narzędziem, jakim powieść się posługuje, aby wyrazić swą mądrość. Tak, jak we wspominanym przez Kunderę przypadku tworzenia przez Tołstoja Anny Kareniny – w pierwotnej wersji tytułowa bohaterka miała być ponoć dużo bardziej antypatyczna, zaś jej samobójstwo sprawiać miało wrażenie zasłużonej kary. Kundera twierdzi, że później wprowadzone zmiany, które wpłynęły na wydźwięk utworu, wcale nie wynikały ze zmiany postawy moralnej Tołstoja, lecz zrodziły się z mądrości powieści, w sercu tego żywego organizmu, jako niemal narzucone odgórnie.

Po części więc zbiór ten zachwycił mnie, po części jednak też rozczarował. Język, jakim posługuje się autor jest dość hermetyczny, pojęcia, którymi operuje, abstrakcyjne, a w części szóstej – Szcześćdziesiąt trzy słowa – stanowiącej rodzaj słowniczka kluczowych dla twórczości Kundery pojęć, dochodzi jeszcze specyficzny, fragmentaryczny styl, równoważniki zdań, co utrudniało dodatkowo lekturę. Są to więc teksty raczej ciężkie, do tego naszpikowane odniesieniami literackimi, w których nie tyle wypadałoby się orientować, co jest to konieczne, by coś wynieść z lektury (na przykład zupełnie bezsensowne było w moim przypadku czytanie Zapisków pod wpływem "Lunatyków", skoro dzieła Brocha nie znałam).

Ostrożnie więc, ale polecam. Bo naprawdę daje do myślenia.

***
M. Kundera, Sztuka powieści, wyd. Czytelnik, Warszawa 1998.

10 komentarzy:

  1. Ciekawe teksty i ciekawa Twoja recenzja tych esejów, ale zadziwiło mnie jedno. Czy Kundera nie wspomniał nawet o najstarszej powieści świata, która ma ponad 1000 lat, w powstała w Japonii? "Genji Monogatari" napisana została przez kobietę i to kobiety na początku tworzyły powieści, więc powieść ma matkę, nie ojca. Cervantes pojawił się paręset lat później, a przed nim napisane zostały w Japonii setki powieści. Cóż za irytujący eurocentryzm Kundera prezentuje! I to zrodzenie powieści ze śmiechu, śmiechu Boga... Japończycy zapewne zrobiliby okrągłe oczy na tę nowinę. Mnie też ona bawi i wydaje mi się mocno naciągana. Kundera chciał napisać coś mądrego, a wyszło... coś niewiarygodnego, czego nie można traktować poważnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Dlatego też agelaści, bezmyślność komunałów (czyli współczesna głupota, obnażona po raz pierwszy przez Flauberta) oraz kicz (przekładający komunały na język piękna i wzruszenia) to w pojęciu Kundery trójgłowy potwór zagrażający powieści, zawężający jej ogromną wyobraźniową przestrzeń."

    A mnie zainteresowało mnie to zdanie. Poszedłbym jeszcze dalej niż K. i powiedział, że współczesna powieść (a przynajmniej ta bardziej samo-świadoma jej część) tak panicznie boi się wpaść w objęcia tego trójgłowego potwora, że zatraca zdolność do autentycznego przeżywania piękna i wzruszenia. A jeśli już te figury się pojawiają to muszą być opatrzone obowiązkowym "cudzysłowem". {Haha :)}

    Że Kundera nie wspomniał o Tale of Genji to się specjalnie nie dziwię i podejrzewam, że nie celowo, a z niewiedzy. Poza tym to nie jest jakiś systematyczny wykład tylko luźny esej i raczej on wyraża własne myśli na temat tego, co "się" uważa za historię powieści.

    Chichiro: a znasz może książkę Stevena Moore'a (http://www.amazon.com/gp/product/1441177043/ref=ox_sc_act_title_2?ie=UTF8&m=ATVPDKIKX0DER)? To jest wg mojej wiedzy najpełniejsze obecnie kompendium historyczne tego gatunku, gdzie Moore cofa się jeszcze dalej.

    Ania: przepraszam i kajam się jak tylko potrafię, że nie odpowiedziałem na twojego maila. Żaden nawał obowiązków tego nie usprawiedliwia. Bardzo mnie ucieszyło to, co piszesz i dodało wiary we własne możliwości. Nigdzie nie zniknąłem, ale wszystko idzie mi tak wolno.

    OdpowiedzUsuń
  3. Stephendedalus, obiło mi się kiedyś o uszy nazwisko autora tej książki, ale zapomniałam o niej, dziękuję za link.
    Ja właśnie w tym kontekście pisałam o "Tale of Genji" (jeśli trzymamy się angielskiego tytułu, po polsku nawet tej powieści nie ma w całości), że ją "się" uważa za początek historii. Naprawdę zadziwia mnie, że Kundera, żyjący nie w Pcimiu Dolnym, na koncu świata, a we Francji, mający dostęp do bibliotek i wszelakich źródeł, mógłby o japońskiej powieści i w ogóle wkładzie Japończyków w powieść nie wiedzieć. Nie mieści mi się to w głowie. To przecież żadna tajemnica. A sama powieść niedawno obchodziła tysiącletnią rocznicę i pisano o niej dużo.

    OdpowiedzUsuń
  4. No to faktycznie ciekawe :)

    Ja i tak uważam tę książkę za mały rarytas, bo nie ma takich wiele, a jest to bodaj mój ulubiony gatunek.

    OdpowiedzUsuń
  5. O powieściach można jeszcze przeczytać u innego znanego pisarza: "Wykłady o literaturze" Nabokova przypomniałaś mi tym wpisem. Co prawda są to opracowane skrypty rzeczywistych wykładów i dotyczą konkretnych dzieł, ale również sporo można z nich wyczytać.
    A za esejami Kundery rozejrzę się, ponieważ nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Chihiro, Kundera ogólnie pisał w tych esejach o powieści w kontekście Europy, o historii powieści europejskiej, o jej wpływach, przyszłości, znaczeniu dla Europy itd., może powinnam to wyraźniej zaznaczyć w swoim tekście. Ale fakt, że o tych pozauropejskich korzeniach powieści warto byłoby też choćby wspomnieć - bo nie, nie ma tam ani słowa o "The Tale of Genji" ani o żadnej z powieści japońskich, powstałych przed Cervantesem. A ta metafora ze śmiechem Boga, choć może i trochę wydumana, mnie się akurat dość podoba - nieźle wyraża, czym jest wg Kundery powieść, wątpienie jako jej sens, skazane na niepowodzenie poszukiwanie właściwej ścieżki itd.

    Stephen, co racja to racja, też coś takiego wyczuwam, strach przed kiczem i płytkością jest dziś wielki i wciąż na siłę szuka się jakichś dziwnych rozwiązań, byle tylko nie zostać o nie posądzonym. Mam tylko wątpliwości, czy to faktycznie ta samo-świadoma część powieści dochodzi w ten sposób do głosu.

    Kajać się nie musisz :) Nie gniewam się, tyle tylko że właśnie zastanawiałam się, co się z Tobą dzieje. Że idzie wolno to się nie martw, jak to się mówi - co nagle to po diable. Ja poczekam cierpliwie na dalsze efekty Twojej pracy, choć jestem już ich bardzo ciekawa. A przy okazji - i tak miałam zgłaszać zastrzeżenia w tej sprawie - byłabym rada, odzyskując wstęp na Twojego bloga :)

    Maiooffko, znam "Wykłady o literaturze" i jestem ich wielką fanką, głównie za cudowną analizę "Ulissesa". Ale te ogólne refleksje o książkach, podejściu do nich, sposobach czytania, też były świetne! Podoba mi się bardzo, jak wiele Nabokov potrafi z książki "wycisnąć", chociaż czytanie w jego stylu to dość ciężka praca :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mój blog ma kryzys. Na razie nie ma tam nic nowego do oglądania ani czytania. Skapitulowałem przy opisie jednej z książek i jakoś nie mogę ruszyć dalej. Ostatnio zacząłem coś tam zmieniać, ale tylko rozgrzebałem wszystko i dlatego tymczasowo go wyłączyłem.

    Samo-świadomość może w sumie przybierać różną postać, więc możemy mówić o zupełnie różnych rzeczach. Może to być np. coś w rodzaju emigracji w kierunku pastiszu rozmaitych stylów, może być ucieczka w eksperyment, może też być świadomość własnego miejsca w historii gatunku czy w historii literatury. Większość moich ulubionych powieści ma którąś z tych rzeczy. Bo czy można dzisiaj pisać tak jak pisał Tołstoj albo Flaubert? (W wywiadzie z Iris Murdoch, który zamieściłem na blogu Bryan Maggee pyta ją o to samo i odpowiedź brzmi "Nie wiem".) Ale sztuka polega też na tym, żeby stosować te zabiegi z wdziękiem i to jest rzecz bardzo trudna do zrobienia i uchwycenia przez czytelnika.

    OdpowiedzUsuń
  8. A. Myślałam, że może postanowiłeś z niego zrobić elitarne miejsce tylko dla wybrańców :) Pozostaje mi życzyć trwałego przełamania kryzysu. Ale jak już z Karpowiczem jakoś poszło, to może teraz będzie z górki.

    No tak, trochę chyba inaczej zrozumiałam tę samo-świadomość, jako coś bardziej hm niezależnego od autora? I fakt, że powieść nie jest dziś tym samym czym za czasów Tołstoja czy Flauberta, bazuje na tych wzorcach, ale ewoluuje jak wszystko. Swoją drogą, to ciekawe, jak będą wyglądały powieści np. za sto lat i czy to się da przewidzieć na podstawie tych tendencji zauważalnych dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałem tę książkę rok temu. Podobała mi się interpretacja "Zamku". Mnóstwo mówi się i mówiło o Kafce w kręgach humanistów, niektórych czytelników, czasami chyba nawet za dużo. Pamiętam, że interpretacja Kundery do mnie przemawiała, ale... może dlatego, że nie mogłem z nią polemizować, bo nie przeczytałem "Zamku". nie no, poważnie, to się zgadzam z Kunderą. Ciekawy jest też ten słownik sześćdziesięciu trzech wyrazów. Taki słownik aforyzmów. Oryginalny pomysł.
    Kundera jest bardzo wnikliwym czytelnikiem. Jedyne czego mi czasami brakuje w jego esejach tych odczytaniach to przewrotności.
    Co do szkicu o "Lunatykach" - pisałaś, że bezsensowne była lektura ich, skoro nie znasz tej książki. Ale czy po przeczytaniu "Lunatyków" te zapiski zrobiłyby takie wielkie wrażenie? A lektura ich miałyby sens?
    Tym_87

    OdpowiedzUsuń
  10. Tymek, mnie też się podobało to, co Kundera pisał o "Zamku" (a ja akurat "Zamek" czytałam :)), brzmiało bardzo sensownie. A co do słownika - owszem, pomysł ciekawy, i zaczęłam czytać z zapałem, który jednak szybko stopniał - przez ten fragmentaryczny styl brnęło mi się przez to tak ciężko, że ostatecznie tego tekstu nawet nie zdołałam doczytać do końca. Ale może to też trochę wina ogólnego wstrętu do literek, który odczuwałam w czasie, gdy czytałam tę książkę. Nie potrafię Ci odpowiedzieć na pytanie, czy te zapiski na temat "Lunatyków" zrobiłyby na mnie wrażenie gdybym "Lunatyków" znała, bo zajrzałam do nich tylko na tyle, żeby przekonać się, że to nie jest jakiśtam powierzchowny opisik, po którym mogłabym się prześlizgnąć bez znajomości obiektu rozważań. Jakoś nie przyswajam analiz książek, których sama nie czytałam. Jak dzieło Brocha przeczytam to pewnie i na ten esej rzucę okiem i wtedy Ci powiem, czy było warto :) Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

    OdpowiedzUsuń