niedziela, 18 czerwca 2017

Twarde dłonie i miękkie serce – „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”, Anna Kamińska

„Zakochałam się w alpinizmie (…). Punktem wyjścia jest miłość, a dopiero później człowiek zastanawia się, czy to wszystko ma sens” (s. 416).

Choć książka Anny Kamińskiej to opowieść o słynnej himalaistce, góry i wspinaczka schodzą tu gdzieś na dalszy plan. Ważniejsze jest to, skąd wzięła się jej pasja, i ważniejsza jest sama Wanda – jej skomplikowana osobowość, przykre doświadczenia z przeszłości, samotność i zagubienie, skrywające się pod maską twardej i nieustraszonej.

I choć osobiście bardzo lubię tematykę górską, a wspinaczkę uważam za fascynującą dyscyplinę, nie ubolewam wcale nad tym, że pozostają tu one w tle. Autorka bowiem z wnikliwością, ale i ogromną dozą kobiecej delikatności analizuje psychologiczny portret Wandy Rutkiewicz, ukazując nam jej nowy obraz – taki, jakiego nie znamy z artykułów prasowych i tytułów poświęconych polskiemu himalaizmowi.

Klucze do życia

Kluczową postacią dla jej życia i osobowości jest jej ojciec, Zbigniew Błaszkiewicz. Nie bez przyczyny książkę otwiera informacja o zabójstwie, którego ofiarą padł w 1972 roku. Wysportowany, tak samo ambitny i niezależny, jak później jego córka – był dla niej wzorem; od najmłodszych lat była z nim mocno związana i bardzo przeżyła jego odejście od matki po tragicznej śmierci ich najstarszego syna. Skutkiem tej dziecięcej traumy mogła być późniejsza wielka ambicja Wandy, skłonność do rywalizacji i chęć pokazania wszystkim, że jest najlepsza – sugeruje, w oparciu o opinie bliskich im osób, autorka książki. Brutalne zabójstwo ojca, dokonane przez lokatorów jego domu w Łańcucie, miało zaś jeszcze bardziej zdystansować himalaistkę od śmierci.

Początki wspinaczki. Na Krzywej Turni, lata 60.
Fot. Seweryn Bidziński.
Drugi klucz to polskie środowisko alpinistyczne i jego stosunek do Wandy. Z książki wyłania się niezbyt korzystny obraz tego towarzystwa. Początkowo koledzy wspinacze nie doceniają jej i rzucają jej kłody pod nogi (stąd decyzja o wyprowadzce z Wrocławia i związaniu się z warszawskim środowiskiem alpinistycznym). Później, gdy już odnosi swoje pierwsze wielkie sukcesy – na czele ze zdobyciem Mount Everestu jako pierwsza osoba z Polski – wyrażają wobec niej podziw i szacunek, ale podszyte zawiścią. Bardzo powierzchowne wydają się ich relacje, niby wszyscy ją lubią i chwalą, mówią o niej „nasza Wanda”, ale za jej plecami sączą jad, nie mogąc pogodzić się z tym, że kobieta jest lepsza od nich.

Nic więc dziwnego, że z czasem czuje się wśród nich coraz gorzej. Tomasz Szostak, przyjaciel poznany w okresie jej fascynacji rajdami samochodowymi, a więc osoba spoza środowiska alpinistycznego, wspomina, jak Wanda zazdrościła mu „otaczania się życzliwymi ludźmi”. Sugeruje również, że to właśnie wrogie podejście innych polskich wspinaczy, próby umniejszania jej sukcesów, powodowały u niej poczucie nieustannego niedosytu. Gorycz, którą przez to zaprawione były jej zwycięstwa, próbowała zmazać kolejnymi, coraz trudniejszymi do zrealizowania przedsięwzięciami – aż do tej ostatniej wyprawy na Kanczendzongę. A równocześnie w góry ucieka przed ludzką złośliwością i małostkowością. Bo, jak mówi Bogdan Stefko:
„Gdy schodzę z gór, płaczę (…). Wiem, że zbliżam się do ludzi i od razu zaczynam odczuwać złą energię. W górach się oczyszczam, a teraz znowu zaczynam wchłaniać całe zło tego świata, wiem, że wejdę w świat, w którym obowiązuje prawo dżungli” (s. 416).
Despotka i kokietka

Anna Kamińska nie pokazuje jednak jednoznacznie Wandy jako niewinnej sierotki zamęczonej przez złych kolegów. Przytacza również głosy, według których jej bohaterka była osobą bardzo autorytarną, despotką wręcz, co z pewnością wpływało na jej relacje z innymi. Wiele osób twierdzi również, że nie potrafiła myśleć zespołowo, wykorzystywała innych do swoich celów, wszystko podporządkowywała własnej woli.

Pojawiają się tu przykłady z wypraw – kiedy kazała komuś wrócić się niebezpiecznym wejściem po zostawioną przez siebie kamerę albo wciskała dodatkowy bagaż koleżankom, które ledwie szły – ale również z życia osobistego, bo w końcu jej drugie małżeństwo, z zakochanym w niej po uszy austriackim lekarzem Helmutem Scharfetterem, było wyłącznie manewrem ze strachu, że po wprowadzeniu stanu wojennego nie będzie mogła wyjeżdżać na Zachód. Wiele osób twierdzi, że Wanda miała poważne problemy z nawiązywaniem głębszych relacji:
„Zawsze było z nią tak jak z kimś poznanym w pociągu. Najpierw jest krótka i miła pogawędka, ale potem każdy wysiada na swojej stacji i idzie w swoim kierunku. Tak było ze strony Wandy. Zupełnie jakby ta krótka pogawędka jej wystarczała” (s. 119).
Z wypowiedzi niektórych osób wynika jednak, że Wanda miała również drugą twarz. Krzysztof Wielicki podkreśla, że była jedyną osobą spośród starszych alpinistów, która interesowała się młodymi adeptami wspinaczki i pomagała im. W opowieściach jest często tą, która jako pierwsza śpieszy z pomocą. Wiele jej przyjaciółek i przyjaciół zapewnia również, że była doskonałą słuchaczką, potrafiła zmotywować i dodać otuchy.

Przy tym, jak podkreślają niemal wszyscy, miała klasę. W przeciwieństwie do wielu jej wspinających się koleżanek, które klęły jak szewc i zachowywały się bardzo „po męsku”, ona była schludną dziewczynką w białym kołnierzyku, grzeczną, elegancką, nawet w bazie na wysokości 7000 metrów dbającą o swój wygląd. Przy całej swojej determinacji i męskiej sile, mimo szorstkich, twardych dłoni, miała w sobie kobiecą delikatność, a także urodę, uroczy uśmiech i wdzięk, które świadomie wykorzystywała. Nic więc dziwnego, że tak wielu mężczyzn (i kobiet!) z jej otoczenia szalało na jej punkcie.

Tęsknota za makowcem

W miłości nie miała jednak szczęścia. Choć wiecznie otoczona amantami, nie zdołała z nikim zbudować trwałej relacji. Pierwsze małżeństwo, z Wojciechem „Kiciusiem” Rutkiewiczem, zawarła zdaniem Janusza Fereńskiego „dlatego, że tak robiły inne dziewczyny, które się wspinały” (s. 187). Nie potrafiła się odnaleźć jako mężatka, nie umiała się podporządkować, nie chciała jeszcze, w odróżnieniu od jej męża, zakładać rodziny, dlatego związek szybko się rozpadł. „Nie potrafiłam ugiąć się ani zagrać przeznaczonej mi roli. Podejrzewam, że bardzo często kobiety grają, nawet jeśli robią to z miłości”, przyznaje po latach (s. 188).

Jej drugim mężem był wspomniany Helmut Scharfetter, było to jednak „modelowe małżeństwo z rozsądku” i znaczyło dla niej jeszcze mniej. „To było na zasadzie: «Wyszłam za mąż, zaraz wracam»”, mówi jej przyjaciółka Barbara Grabowska. I choć o drugim małżonku Wandy jej znajomi wypowiadają się z dużą sympatią, nazywając go „austriacką wersją świętego Franciszka”, szybko zaczyna ją doprowadzać do szału życie u jego boku, w domu pełnym zwierząt.

Wydawało się, że Wanda zbyt ceni sobie swoją niezależność, by zakładać rodzinę. W ostatnich latach życia żałuje jednak tej straconej szansy. Chętnie przebywa w „mieszczańskich” domach swoich zamężnych, dzieciatych koleżanek, wypytuje o ich życie rodzinne, a po alkoholu wpada w nastrój sentymentalny i mówi wprost, jak bardzo jej tego brakuje. Zdaje sobie sprawę, jak trudno byłoby pogodzić jej pasję z życiem rodzinnym, ale widzi też koleżanki alpinistki, którym się to udaje – i jest jej przykro.
„Mówiła, że ma momenty, że wraca do Polski i nie chce jechać do pustego domu, ale nie rozklejała się, była twarda. Powtarzała mi: «Słuchaj, ja chciałabym być taką kobietą w domu i pójść z mężem i dziećmi w niedzielę do parku czy do Konstancina do restauracji, ale nie pogodzę tego z moim stylem życia, a nie mogę zrezygnować z gór». Miała takie krótkie chwile załamań, że nie założyła rodziny i nie siedzi w domu i nie robi makowca” (s. 322).
Kanczendzonga, święta góra buddystów.
To tam zaginęła Wanda Rutkiewicz.
Niektórzy alpiniści twierdzą, że rodzina nie przeszkadza, a wręcz pomaga we wspinaczce. Jeden ze znajomych Wandy uważa, że gdyby miała najbliższych, których wspomnienie towarzyszyłoby jej podczas wypraw, nie wspinałaby się tak straceńczo i miałaby więcej siły, by przeżyć.
„Gdyby miała rodzinę, to może by to się inaczej skończyło. Tak było w przypadku Jurka Kukuczki. Jurek opowiadał, że w strefie śmierci, chyba na Lhotse, zaczął przemarzać i zasypiać, tak był zmęczony, że nie mógł się podnieść. To było silniejsze od niego. Przyśnił mu się jednak dom w Istebnej, który wyremontował po swoich przodkach, i cała jego rodzina (…). I kiedy Jurek usłyszał w tym śnie głos Celiny, wstał i się ruszył. Gdyby Wanda miała rodzinę i miała do czego wracać, to może też by się podniosła na tej Kanczendzondze” (s. 344).
Jeden z jej bliskich przyjaciół, którego tożsamość nie została w książce ujawniona, wyznaje, że Wanda chciała mieć z nim dziecko. Dziś żałuje, że się na to nie zdobył, bo być może w ten sposób by ją ocalił.

Kobieta z krwi i kości

Książka Anny Kamińskiej to udana biografia Wandy Rutkiewicz, skoncentrowana na jej życiu osobistym. Autorka dotarła do wielu osób z otoczenia himalaistki, przestudiowała imponującą liczbę źródeł i stworzyła w ten sposób wiarygodny obraz swojej bohaterki. Zamiast żywego pomnika himalaizmu zaserwowała czytelnikom skomplikowaną kobiecą osobowość, poważny ton przełamując od czasu do czasu akcentami humorystycznymi – na przykład opowieściami o tym, jak to Wanda dogoniła złodzieja, który wyrwał jej w parku torebkę, i obiła go butem, aż przerażony porzucił łup, albo o tym, jak podczas jednej z wypraw wykorzystywała w roli nocnika pojemnik, w którym później inne wspinaczki gotowały kompot. Do tego książkę świetnie się czyta.

I tylko do jednego drobiazgu się przyczepię; jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi! Autorka pisze, że Wanda wyruszyła na Mount Everest z anemią sierpowatokrwinkową. Tymczasem ten rodzaj anemii to schorzenie genetyczne, które uprzykrzałoby życie himalaistki nie tylko w trakcie jednej wyprawy, ale i przez całe życie. Myślę, że to pomyłka i chodziło o „zwykłą” niedokrwistość niedoborową.

***
Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Z okazji premiery książki w najbliższym czasie zaplanowano spotkania z autorką. Najbliższe, w ramach Big Book Festivalu, odbędzie się w niedzielę 25 czerwca o godz. 18 w centrum festiwalowym przy ul. Emilii Plater 31 w Warszawie. 28 czerwca natomiast Annę Kamińską gościć będzie Księgarnia pod Globusem w Krakowie, start również o godz. 18. 

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Wikimedia Commons,
[3] zdjęcie własne,
[4] Siegmund Stiehler / Wikimedia Commons,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / www.wydawnictwoliterackie.pl. 

2 komentarze:

  1. Czytałam wczoraj recenzję tej książki na Wielkim Buku, ale Twoja jest zdecydowanie bardziej szczegółowa i sprawia, że jeszcze bardziej mam na nią ochotę. Chyba jestem skazana na "Wandę"... Piętrzą się stosy nieprzeczytanych książek, tej jeszcze co prawda nie mam, ale będę mieć ;) A ponieważ dawno nie czytałam inspirującej biografii, będzie miała pierwszeństwo. Na pewno uwzględnię w lipcowym budżecie książkowym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie potrafię nie-szczegółowo, serio się tym razem starałam, bo mam ostatnio bardzo mało czasu na pisanie, ale tyle zawsze ciekawych rzeczy przy pisaniu o książce do mnie wraca, tyle szczególików, o których bym chciała opowiedzieć, że się nie mogę powstrzymać i się rozpisuję ;). Skazana na „Wandę” – bardzo miły wyrok! :) Też sobie lubię raz na jakiś czas strzelić jakąś ciekawą biografię. A tę się naprawdę fajnie czyta.

      Usuń