sobota, 15 stycznia 2011

Kim jest John Galt? Ayn Rand, "Atlas zbuntowany"



Tajemnicze pytanie w tytule postu pojawia się na samym początku Atlasa zbuntowanego, aby później pobrzmiewać na wszystkich niemal kartach tej powieści i – w czasach, gdy wywołała ona największy szał i dzięki temu stała się drugą (po Biblii, co jest o tyle ciekawe, że pod pewnymi względami Atlas jest rodzajem anty-Biblii) najczęściej czytaną książką w Stanach Zjednoczonych wg Biblioteki Kongresu – stać się sygnałem rozpoznawczym wielbicieli dzieła Ayn Rand. Ponad 1000 stron tej soczystej prozy można uznać za obszerną odpowiedź na to pytanie – kim jest John Galt, niszczycielem czy zbawicielem, jaki jest jego cel, jaką bronią się posługuje?

Powieść ta prezentuje przerażającą wizję świata popadającego stopniowo w ruinę wskutek nieprzemyślanych rządów grabieżców. Polityka mająca na celu zrównanie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych, potępiająca monopol w dziedzinie przemysłu i ludzi biznesu dzięki swym zdolnościom wybijającym się ponad tłum, wykorzystująca szumne frazesy dobra społecznego i pomocy słabszym, prowadzi do wybuchu strajku pod przewodnictwem Johna Galta. Wszyscy najzdolniejsi, a więc i najbardziej potrzebni światu – naukowcy, wynalazcy, inżynierowie, bankierzy, filozofowie – zdając sobie sprawę, że jeśli będą się nadal godzić na obecne warunki rządu, wszystko, czego dokonali, zostanie im odebrane, przyłączają się do strajku i pozwalają światu pogrążyć się w chaosie. Zawalone tunele i mosty, zatrzymane na środku pustkowia pociągi, porzucone fabryki, brak pożywienia, elektryczność jako produkt luksusowy – oto rozkład, jakiemu ulega świat, gdy się go pozbawi jego „silnika”. Kiedy Atlas, do tej pory cierpliwie podtrzymujący kulę ziemską na swych barkach, zbuntuje się.

John Galt wraz ze swoimi poplecznikami głosi, że źródłem wszelkiego zła jest poświęcenie. Człowiek powinien zawsze kierować się w życiu swoim własnym dobrem, nie zważając na żądania innych, zaś podstawą jego poznania musi być rozum, nie emocje. Relacje międzyludzkie winny opierać się zawsze na zasadzie wymiany – jak w biznesie – miłość w zamian za podziwiane cnoty, pomoc głodującemu w zamian za niezasłużone cierpienie itd. Jeśli ktoś jedynie żąda, nie oferując nic w zamian, nie ma prawa otrzymać. Według tego wzorca Galt pragnie odbudować świat, kiedy już zostanie doszczętnie zniszczony przez tych, którzy mianują się dobroczyńcami ludzkości, w rzeczywistości zaś są chciwymi karzełkami, których głównym motywem jest nie miłość do ludzi, lecz kompleks niższości, poczucie bycia gorszym wobec tych zdolniejszych i inteligentniejszych, których teraz, będąc u władzy, można zniszczyć.

Mówi się o tej książce, że zmienia ludzkie życie. Że otwiera oczy, że wstrząsa. Myślę, że mną także wstrząsnęłaby – gdybym uznała słuszność filozofii Rand, wyrażonej ustami Johna Galta. I gdybym była w stanie uwierzyć, że to rzeczywiście przepis na świat idealny. Tymczasem nie potrafiłam potraktować tej ideologii jak coś więcej niż zwykłą ciekawostkę. W trakcie swojego osławionego trzygodzinnego monologu Galt mówi:

Emocje są wpisane w twoją naturę, ale ich zawartość dyktuje umysł. (A. Rand, Atlas zbuntowany, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005)

I to mi zgrzyta. Faktycznie, jeśli przyjąć takie założenie, wszystko się zgadza. U bohaterów Rand rzeczywiście emocje zdają się mieć swoje źródło w umyśle, w racjonalnym poznaniu. Miłość i pożądanie stają się odzwierciedleniem własnej osobowości, pokochać można tylko tego, kto dorównuje nam wielkością. Ale jak często zdarzają się uczucia zupełnie sprzeczne z umysłowością, niewytłumaczalne. Jak dla mnie sprawa jest bardziej złożona, autorka popełniła jakiś błąd dotyczący natury emocji, coś za bardzo uprościła, coś dopowiedziała... Nie można żyć według zasady „Kieruj się przede wszystkim rozumem”. Filozofia Rand jest nie do zastosowania w przypadku ludzi z krwi i kości. Sprawda się w przypadku Johna Galta, człowieka idealnego – jakim w istocie miał w tej powieści być, sprawdza się w przypadku Dagny Taggart, Francisca d'Anconia, Hanka Reardena – ale są to tytani, nie ludzie. Jaki człowiek jest w stanie kochać tak mocno, a przy tym bez cienia żalu i bez walki oddać obiekt swojego uwielbienia innemu człowiekowi, nawet jeśli tamten jest autorytetem, przewodnikiem i przyjacielem? Czy miłość nie jest samolubna, nie wymaga wyłączności? I tak – w rzeczywistości ci wszyscy mężczyźni zakochani na zabój w Dagny (nawiasem mówiąc, tylko jedna piękna i inteligentna kobieta na taką ilość bohaterów męskich to za mało – naturalne, że prędzej czy później wszyscy robili do niej maślane oczy) wyzabijaliby się nawzajem, albo przynajmniej pokłócili śmiertelnie. Nastąpiłby w każdym razie jakiś wstrząs, tymczasem tutaj tego nie ma.

Ogólnie rzecz biorąc Atlasa czyta się lekko, a przy tym autorka wspaniale potrafi budować napięcie – podobało mi się, jak wprowadzała co chwilę nowe zagadki, potrafiła przyciągnąć uwagę i utrzymać przy sobie czytelnika. Z drugiej strony jednak płomienne monologi, którymi przemawiali bohaterowie, o ile jeszcze z początku budziły emocje, o tyle po kilkuset stronach stały się męczące. Patos z tych stron aż się wylewał, praktycznie w kółko potwarzane były te same stwierdzenia (może bluźnię, ale moim zdaniem z powodzeniem można by tę ksiażkę skrócić o 1/3 jej objętości), a co gorsza – wszyscy niemal uczestnicy strajku Galta mówili w ten sam sposób i podobnie się zachowywali. Nie określiłabym ich na pewno jako „papierowych” bohaterów, bowiem mieli swój koloryt, zostały jednak najwyraźniej te postaci zbudowane według podobnego schematu. Nasuwa mi się, że to dowód na to, że z Rand jednak – choć to pisanie beletrystyki, tworzenie fikcji było dla niej ważniejsze – lepszy był filozof niż pisarka, ale nie wiem, nie znam się na tyle.

Autor przedmowy zacytował taki fragment z notatek autorki, radząc czytelnikowi samemu się do niego odnieść po lekturze powieści:
Jeśli tworzenie fikcji jest procesem przekładania abstrakcji na konkrety, istnieją trzy możliwe etapy takiego tworzenia: przekładanie starej (znanej) abstrakcji (tematu lub tezy) za pomocą starych środków (czyli postaci, zdarzeń lub sytuacji stosowanych już wcześniej w tym samym celu; ten sam przekład) - tu należy większość popularnego chłamu; przekładanie starej abstrakcji za pomocą nowych, oryginalnych środków - tu należy większość dobrej literatury; i wreszcie - tworzenie nowych, oryginalnych abstrakcji i przekładanie ich nowymi, oryginalnymi środkami. To, o ile mi wiadomo, robię tylko ja - to mój rodzaj tworzenia fikcji. Niech mi Bóg przebaczy (przenośnia!), jeśli jest to zarozumiały błąd! (L. Peikoff, Przedmowa w 35. rocznicę ukazania się powieści [w:] A. Rand, Atlas zbuntowany, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005) 
Jestem w stanie przyznać, że nie był to z jej strony zarozumiały błąd - choć wiele książek trzeba by było jeszcze przeczytać, aby się w tym utwierdzić. Ostatecznie, mimo powyższych sceptycznych uwag, do jakich skłoniła mnie ta lektura, zrobiła na mnie ona też spore pozytywne wrażenie – przede wszystkim tym przerażającym obrazem rozpadającego się świata oraz sugestywnym przedstawieniem walki bezsilnych jednostek wobec wszechogarniającej głupoty.

Ponoć jest obecnie kręcony film na podstawie tej knigi. Jestem go bardzo ciekawa i z wielką chęcią pójdę na niego do kina, kiedy już się pojawi, bowiem jest w tej powieści wiele spektakularnych scen, które – jeśli nie zostaną pominięte i zrealizuje się je z odpowiednią dbałością – mają potencjał „wbijania w fotel”.

I jeszcze na koniec, w ramach tradycyjnej anegdotki z cyklu „a skąd znam tego pisarza” - miałam o tym napisać na początku, ale doszłam do wniosku, że gdybym od tego zaczęła, nikt by tej recenzji nie przeczytał – nazwisko Ayn Rand znam z serialu pt.: Gilmore Girls (Kochane kłopoty). Pewnego razu Jess (nieziemsko przystojny i nieziemsko oczytany, bożyszcze wszystkich dziewcząt i dziewczątek oglądających ten serial) skrytykował twórczość Rand i podsumował ją stwierdzeniem political nut, Rory zaś (gdyby ten serial oglądali jacyś przedstawiciele płci brzydkiej, to pewnie ona byłaby ich bożyszczem – choć, z drugiej strony, oczytana dziewczyna to w dzisiejszych czasach nie towar tak deficytowy jak czytający chłopak, więc nie wiadomo) jej broniła. A ja postanowiłam się przekonać, kto miał rację. Jednak i z seriali jest czasem jakiś pożytek.

11 komentarzy:

  1. Hm...nie wiem czy bym przebrnęła przez tę lekturę..

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tego co piszesz to strasznie smutna książka. Nie podoba mi się i zupełnie się nie zgadzam ze stwierdzeniem, że poświęcenie prowadzi do zła i najważniejsze jest moje dobro. Również ta wymiana - coś za coś - nie chcę tak żyć i nie chcę by tak funkcjonował świat. Kierowanie się rozumem i tylko nim nie prowadzi do naprawy świata, myślę, że raczej do chaosu.

    I jeszcze chciałam zgłosić protest, jako maniakalna fanka Gilmore Girls: niejaki Jess nie jest ani nieziemsko przystojny (umięśniony knypek kołyszący się na boki), ani nieziemsko oczytany (jest oczytany całkiem dobrze i tyle), w dodatku cham. Dlatego proszę mnie usunąć z listy jego wielbicielek ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Monika - nie jest aż tak ciężka, jak by się wydawało - z wyjątkiem fragmentów - ale na pewno wymaga sporo cierpliwości. I chyba nawet nie będę próbowała Cię specjalnie zachęcać, bo nie wiem czy warto... Ktoś z rzekomo szerokiego grona wielbicieli tego dzieła być może zadałby sobie ten trud, na mnie nie wywarła aż tak dobrego wrażenia :)

    sQrko - słusznie, mnie też ta filozofia egoizmu racjonalnego wydała się zbyt skrajna, choć ją tak zręcznie autorka zilustrowała i uargumentowała, momentami zmuszając mnie do głębszego zastanowienia i zweryfikowania swoich poglądów. Pozostanę mimo wszystko przy swoim sceptycznym nastawieniu wobec "nieograniczonej potęgi" ludzkiego rozumu.

    Nie masz pojęcia, jak się cieszę z odkrycia i w Tobie fanki gilmorek :) z listy wielbicielek Jessa mogę Cię usunąć, ale gotowa jestem na jego temat się kłócić - miał swoje humorki, zadziorne chłopię było z niego, ale wszystko to się składało na "to coś" :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem szczęśliwą posiadaczką tej powieści, ale jej monstrualna długość - 1323 strony! - mnie onieśmiela.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lirael - to prawda, niezła kniga :) jeśli jednak kiedyś odważysz się po nią sięgnąć, chętnie poznam Twoje zdanie - może się mylę w ocenie tej książki, skoro niegdyś taką furorę zrobiła? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Książkę, mimo że gruuuba, czyta się z lekkością i przyjemnie, jej czytanie jest jak wyprawa w nieznane góry. Abstrachując od suchej filozofii Alissy Rosenbaum (która po emigracji z Petersburga do USA zmieniła nazwisko)trudno nie dostrzec pewnej analogii świata literackiego do obecnej rzeczywistości społeczn-gospodarczej z jaką mamy do czynienia. Postepujaca socjalizacja zadłużenia, globalny kryzys, państwa na skraju upadłości, socjalne gwaranty świata zachodniego pogłębiające kryzys, cała pasożytnicza warstwa polityczno religijna(wyjatkowo widoczna w polskich realiach) żerujaca na emocjach, poświęceniu itp.itd. Znakomite prawdopodobnie ponadczasowe dzieło nie tylko filozoficzna fanaberia....moim zdaniem :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To prawda, tak jak napisałam zresztą, ale może niewystarczająco to podkreśliłam, jedna z rzeczy które najbardziej mi się w tej książce podobały to sugestywna wizja pogrążającego się w chaosie świata - sugestywna, być może, bo tak niepokojąco znajoma i prawdopodobna. Ale czy racjonalny egoizm to lekarstwo na te niekorzystne zmiany? Wydaje mi się, że to przegięcie w drugą stronę... Chwała pani Rand, że naświetliła problem, ale - również moim zdaniem, oczywiście - nie tędy droga by go rozwiązać bądź przed nim się ustrzec. Więc - filozoficzna fanaberia to nie, ale chyba trochę... mrzonka? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Naturalnie, że pewna filozoficzno-utopijna mrzonka, ale wydaje mi się że nie większa jak w swoim czasie mrzonki Marxa i Engelsa. A jednak znalazło się miejsce na Ziemi, gdzie specyficzne uwarunkowania społeczne pozwoliły by te mrzonki zostały zrealizowane. Gdyby chcieć zrealizować mrzonki Rand musielibyśmy powołać do życia polityczne państwa Sparty (This is Sparta ! - nie ma miejsca dla słabych, leni a przede wszystkim pasożytów, w Świecie Rand nie ma miejsca dla ZuSu, KRuSu, "darmowej opieki zdrowotnej" zasiłków itd itp. Ile istnien trzeba by zabić by taki Świat powołać ? Ilu "białych" musieliby zabić "czerwoni"...:) Wogóle wydaje mi się że literackiego rozwiazania, nie należy do końca brać serio, większą wymowę (przynajmniej dla mnie)ma ta przewijająca się idea kontestacji systemu, w istocie bedąca walką o świadomość jednostki.
    Wżmy takiego Pana Kluskę taki polski John Galt, (albo chociaż Wayatt) teraz hoduje owce, on zrozumiał... :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A, skoro tak, to chyba się rozumiemy. Też uważam, że wizje Marksa i Engelsa nie były bardziej "realizowalne" niż wizja Rand, żadnej z nich jednak nie da/nie dało się wprowadzić w życie bez poświęcania kogoś. Racja, że nie można żerować na cudzym współczuciu, racja, że nie można nikogo zmuszać do tego, by dzielił się z nierobami owocami swojej ciężkiej pracy, racja, że należy się każdemu człowiekowi przestrzeń i wolność... Ale przerażająca jest też perspektywa życia w świecie, w którym, jak piszesz, dla słabych nie ma miejsca, nie mogę od nikogo oczekiwać pomocy i mogę liczyć tylko na siebie - choć pasożytem i potencjalnym grabieżcą się nie czuję :) Więc - owszem, jeśli nie traktować tej wizji do końca serio, pod kątem urzeczywistnienia, to "Atlas zbuntowany" to bardzo sensowna książka.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeszcze tej książki nie skończyłem ,a już wiem ,że zacznę czytać ją na nowo.Przydługie monologii ,być może ,patos -trochę .Dzisiaj ta książka jest bardziej aktualna niż bez mała 60 lat temu .Mówić i pisać o wszystkich tych absurdach należy bez przerwy .Może coś z tego przebije się do głuchych ,ślepych i nie korzystających z rozumu , natomiast jakże często kierujących się emocjami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grunt, to zachować równowagę między rozumem a emocjami. Żadna skrajność nie jest dobra. I zgadzam się, że w dzisiejszych czasach wielu niebezpiecznie przechyla szalę na stronę emocji, rozmijając się z rozsądkiem. Gdyby tylko trochę tę książkę uszczuplić - rozmiary to jednak spora przeszkoda, a, nie oszukujmy się, „Atlas zbuntowany” nie jest szalenie wciągającą lekturą - można by z niej zrobić podręcznik dla wszystkich aspirujących do władzy. Na pewno by im się to przydało.

      Usuń