czwartek, 1 grudnia 2016

Nabokoviada po raz trzeci: „Pani Bovary”, Gustave Flaubert

Edmund Tarbell, The Blue Veil, 1898. Niebieska woalka pojawia się w scenie, gdy Emma po raz pierwszy dopuszcza się cudzołóstwa.
Mistrza Nabokova zdążyłam już poznać na tyle dobrze, że w trakcie czytania książek z jego listy zastanawiam się, co o nich napisze. W przypadku wykładu o Pani Bovary czekałam na jedno zdanie: „Emma była złą czytelniczką”.

I oczywiście pojawiło się. Musiało się pojawić. W końcu madame Bovary jest ucieleśnieniem tego wszystkiego, co Nabokov w podejściu do literatury tak bardzo potępia, a jej los – mroczną przestrogą. „Tylko dzieciom można wybaczyć utożsamianie się z bohaterami książki” [1] – grzmi w tym wykładzie mistrz, i choć zawsze trochę buntowałam się przeciwko temu surowemu przykazaniu, po trzecim bolesnym spotkaniu z nieszczęsną cudzołożnicą zaczynam wierzyć w jego sens.

C’est moi
Emma i Karol przybywają do Yonville.
Alfred de Richemont, ilustracja do
wydania Pani Bovary z roku 1905
(Paryż, wyd. Ferroud).

Mimo wszystko zawsze jej współczułam. Im starsza jestem, tym bardziej. Bo im człowiek starszy, tym bardziej sobie uświadamia, że życie jednak fajne nie jest. Złudzenia pękają jedno po drugim, nic się nie układa tak, jak powinno, jest proza życia, praca na etat, nuda. Chciałoby się gdzieś wyrwać, przeżyć coś wspaniałego, w czymś się zatracić. I to się nie zmienia od setek lat, większość z nas jednak te pragnienia tłumi, chowa do kieszeni, wyciąga czasem późną nocą, gdy już wszyscy śpią, ale rano znów chowa i pokornie wchodzi w swoją rolę. Emma nie potrafiła. A od tego już tylko krok do życiowych potknięć, błędnych decyzji.

Pierwszy jej błąd to małżeństwo. Poruszenie, które odczuwała przy Karolu, pomyliła z miłością. I kiedy uczucie nie rozkwitło, a zamiast romantycznego dżentelmena jej oczom ukazał się pozbawiony ambicji, prostaczkowaty grubasek, zaczęła czuć do niego wstręt. Nabokov zresztą też nie zostawia na biednym Karolu suchej nitki: „Jest to nudny, ociężały, zapracowany jegomość, pozbawiony wszelkiego uroku, bez krzty inteligencji czy kultury (…). Jest filistrem, ale także żałosną figurą ludzką” [2]. Ratuje go tylko uczucie, jakim obdarzył Emmę – bo choć to postać nieznośnie bezbarwna, jako jedyna spośród bohaterów jest zdolna do prawdziwej miłości. Dla pani Bovary to nie ma znaczenia. I, prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że każdy mężczyzna, choćby sam wicehrabia Vaubyessard ze wszystkimi swoimi końmi (konie to motyw freudowski – uśmiecha się Nabokov), prędzej czy później by ją znudził, bo przecież nie ma ludzi bez wad, a życia nie da się zamienić w scenerię romansu. Stąd – kolejni kochankowie i kolejne pomyłki.

Flaubert preparuje Madame Bovary.
A. Lemot, La Parodie, 1869.
Emma trochę za bardzo uwierzyła, że jest lepsza od innych, że zasługuje na coś wielkiego, że jej światek jest dla niej zbyt ciasny. Wielu z nas z pewnością to przekonanie dzieli. I dzielił je też Flaubert, stąd jego „Madame Bovary, c’est moi”. Nie bez przyczyny Jan Parandowski we wstępie do mojego wydania książki pisze: „Była to jedna z tych prawd poufnych, które odprężona szczerość wyrywa pisarzowi wbrew jego woli”. I dalej: „Historia Emmy złożyła się z przygód jego własnej duszy. Krył się w tym czar osobliwy, że można było cały dręczący świat strącić na barki wątłe i urocze, pragnienia mężczyzny oddać sercu kobiety, wszystkie tęsknoty i marzenia, własną nudę, czczość, bezbronność wypłakać ustami pachnącymi od pocałunków, zrzucić starą, twardą skórę i wejść nerwami, niepokojem krwi w ciało młode i rozkoszne, i w tym nowym kształcie ożyć nareszcie wszystkim, co w nim samym było tkliwe, wrażliwe, zdeptane wstydem i przybraną szorstkością” [3]. Mimo więc, że jako autor pozostawał zdystansowany i niemal niewidoczny, snując historię Emmy – opowiadał trochę o sobie.

Od Pani Bovary do Ulissesa

Ale Nabokov o tym wszystkim nie pisze. Jak się można domyślić, to dla niego niezbyt interesujące. Z zachwytem za to, tradycyjnie, rozprawia o konstrukcji i stylu. Podkreśla, jak ważne były dla Flauberta. Cytuje fragmenty jego listów do Louise Colet, w których pisarz zwierzał się z wysiłków wkładanych w budowanie poszczególnych scen. Na przykład rozdziału o zjeździe rolnym, który powstawał kilka miesięcy, ale pod względem strukturalnym jest rzeczą zachwycającą – i ponoć zainspirował samego Joyce’a do napisania Ulissesa. O mrówczej pracy francuskiego mistrza Nabokov pisze z wyraźną sympatią: „Osiemdziesiąt do dziewięćdziesięciu stron rocznie – oto moja bratnia dusza!” [4].

Rouen w połowie XIX wieku. To między innymi tutaj
rozgrywał się dramat Emmy Bovary.
Zwraca uwagę na motyw warstw, który przewija się przez cały utwór (warstwy śmiesznej czapki Karola, która ma być symbolem całego jego późniejszego życia, warstwy tortu ślubnego bohaterów, i warstwy trumienne, w które „ubrana” została Emma po śmierci), na jeszcze silniej obecny motyw koni, a także na coś, co nazywa kontrapunktem – równoległe prowadzenie i przeplatanie toków myśli lub rozmów (co widać m.in. w scenie w oberży, po przyjeździe Emmy i Karola do Yonville, oraz, przede wszystkim, we wspomnianej scenie zjazdu rolnego) – oraz płynne przejścia strukturalne w obrębie rozdziałów. Oczywiście podaje liczne przykłady na te wszystkie pisarskie zabiegi, i jak zwykle wzbudza we mnie wstyd, że tak mało widzę i w tak niewielkim stopniu doceniam maestrię i trud autora.

Pod lupę bierze też realizm w Pani Bovary. Okrzyknięta pierwszą powieścią realistyczną, nie jest wolna od elementów, które budzą wątpliwości. No bo faktycznie – jak to możliwe, że Karol nigdy nie przebudził się w nocy i nie zorientował się, że żony nie ma przy nim? Jakim prawem tajemnica romansu Emmy z Rudolfem nie wyszła na jaw w prowincjonalnym miasteczku, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich? Jak naiwny musiał być woźnica fiakra z najbardziej szokującej i obrażającej moralność sceny tej powieści? :)

Gustave Flaubert, fotografia autorstwa
Gasparda-Félixa Tournachona (Nadara).
W poszukiwaniu tego jednego słowa

Wreszcie – styl, sposób opisu, czyli to, co na równi z przemyślnością konstrukcji budzi osławione dreszcze w kręgosłupie. I Flaubert rzeczywiście to potrafi. Opłaciło się ślęczenie tygodniami nad jedną sceną, opłaciły się wszystkie te męki twórcze – tutaj nie ma ani jednego zbędnego słowa, a opisy Flauberta są cudownie obrazowe i sugestywne. Światło słoneczne wciskające się przez szpary w okiennicach, szklanki z niedopitym jabłecznikiem, muchy – i już mamy doskonale odmalowaną atmosferę letniego dnia w wiejskiej posiadłości. Jak pisze Parandowski:
„Styl pojmował Flaubert jako wyrażenie rzeczy we właściwych barwach, ruchu i natężeniu przez użycie słów z daną rzeczą tak zrośniętych, jak gdyby i rzecz sama, i słowo ją określające urodziły się razem. Była w tym pojęciu nieomal mistyczna wiara w jakiś byt zaginiony, w którym i słowa i rzeczy trwały we wspólnym uścisku, dopóki nie rozerwała ich wichura nowych światów. Zdanie stawało się precyzyjnym mechanizmem, jego części musiały być odszukane w olbrzymich składach języka, musiało się znaleźć ten jedyny rzeczownik, który był nazwą przedmiotu, ten jedyny przymiotnik, który dawał mu barwę, odcień, dźwięk, i ten jedyny czasownik, który przedmiot poruszał i ożywiał” [5].
Bez wątpienia czytam Flauberta trochę bardziej sercem, niż mistrz Nabokov, czego by pewnie nie pochwalił. Paradoksalnie, powieść-przestrogę przed identyfikowaniem się z literackimi postaciami czytam, bardzo mocno identyfikując się z bohaterką. Też jestem złą czytelniczką. Ale będę się pilnować – nie chcę skończyć, wyjadając ze słoika arszenik :). A w zachwycie, tak czy siak, możemy sobie podać ręce. Bo Flaubert wielkim pisarzem był.

***
Bibliografia:
[1] Nabokov V., Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 213.
[2] Tamże, s. 193.
[3] Parandowski J., Przedmowa [w:] Flaubert G., Pani Bovary, tłum. Aniela Micińska, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986, s. 12.
[4] Nabokov V., dz. cyt., s. 210.
[5] Parandowski J., dz. cyt., s. 10.

***
Za kilkudniowy poślizg, z jakim ukazują się tym razem nasze nabokoviadowe posty, przepraszamy :).

Na Pierogach pruskich możecie poczytać, co na temat Pani Bovary i Nabokova ma do powiedzenia Pyza Wędrowniczka.

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – nowela Dr Jekyll and Mr Hyde Roberta Louisa Stevensona, o której będziemy dyskutować 27 lutego. Zapraszamy!

Poprzednie teksty spod znaku Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia

***
Fotografie: 
[1] irinaraquel / Foter.com / CC BY
[2], [3] Wikimedia Commons
[4] William Henry Fox Talbot, Museum of Photographic Arts Collections / Wikimedia Commons
[5] Wikimedia Commons
[6] Grafika autorstwa Pyzy :) 

27 komentarzy:

  1. Właśnie, a o Colet Nabokov chyba za każdym razem wspomina jako o kochance Flauberta -- dość niesprawiedliwie, zważywszy na to, że Flaubert pisał do niej również jako do koleżanki po piórze, w dodatku wszystko wskazuje na to, że była mu bardzo bliska. To jakoś zwróciło moją uwagę :-).

    Zastanawia mnie (o samym "realizmie" napisałam we wpisie, więc tutaj taka mała wycieczka), czy faktycznie jest tak, jak chce Nabokov, że nikt nie wie o romansie Emmy i Rudolfa. Wie na pewno Lhereux, może ktoś jeszcze, ale milczą, bo to jakoś wymyka się ich postrzeganiu świata tak długo, jak długo Emma jest wypłacalną, szacowną żoną miejscowego lekarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się ukryć, że "kochanka" brzmi trochę lekceważąco :). Zastanawiam się tylko, czy Nabokov świadomie umniejsza znaczenie Colet, czy po prostu stosuje taki skrót myślowy, nie chcąc za bardzo wnikać w naturę łączących ich relacji. W każdym razie krótka wzmianka "koleżanka po piórze" na pewno by nie zaszkodziła. Tylko że, jak wiemy, on nie miał zbyt dobrego zdania o kobiecym pisaniu, więc pewnie nie przechodziło mu to za bardzo przez gardło/palce :).

      Fakt, jeśli chodzi o mieszkańców miasteczka nie mamy pewności, że nie wiedzą, w końcu nie mamy wglądu w ich myśli i spostrzeżenia. Dziwić może co najwyżej fakt, że nie znalazł się żaden "życzliwy", który by doniósł na niewierną żonę, no ale z drugiej strony, jaki w tym interes? Chyba ewentualnie tylko satysfakcja z upokorzenia wiarołomnej.

      Nie mamy za to wątpliwości, że o niczym nie wie Karol, a to już trochę zakrawa na farsę, bo Emma jest w tych swoich schadzkach jednak dosyć bezczelna. Wymykać się z łóżka niemal co noc, spotykać się z kochankiem we własnym ogrodzie, na sygnał grudki ziemi uderzającej o szybę? :) A potem te wycieczki do Rouen? Pewnie miało to jeszcze podkreślać głupotę, naiwność i zapatrzenie Karola w Emmę, niechęć do przyjęcia przykrej prawdy, nawet jeśli ją momentami podejrzewał, ale naprawdę trudno uwierzyć, że ktoś w rzeczywistości byłby aż tak zaślepiony :).

      Usuń
    2. No właśnie. Mnie się wydaje, że to nie skrót myślowy, a zamierzona konstrukcja i to dość nieprzyjemnie zaskakująca w ciekawym, skądinąd, wykładzie (czy też: notatkach).

      Dokładnie -- tutaj po prostu brak było interesu. Sam Karol, przekonany o uczuciach żony, też nie miał interesu w snuciu domysłów czy postrzeganiu czegoś jako zachowania co najmniej podejrzanego. Ta siatka konwenansów i braku zainteresowania w czymś, co by odbiegało od normy, moim zdaniem sprawiała, że "nikt niczego nie widział".

      Usuń
    3. No cóż, jeśli chodzi o podejście do piszących kobiet, to on był raczej niereformowalny :). A co do Karola, to sądzę, że on nawet podejrzeń nie miał – gdyby miał, nie byłby tak zszokowany po odkryciu starych listów, przechowywanych przez Emmę.

      Usuń
  2. Książek Nabokova o książkach nie czytam, jego Gogol wystarczył, zresztą nie wiem, czy także i w nich nie podejmuje gry z czytelnikiem i na ile jego twierdzenie traktować serio a na ile jako prowokacje. Doprawdy byłby głupcem gdyby na serio twierdził, że czytelnik nie powinien utożsamiać się z bohaterem a zamiast tego zachwycać się kompozycją powieści. Stosując kryterium Nabokova i jego ocenę Emmy, co można powiedzieć o samym Flaubercie i jego „Madame Bovary, c’est moi”? - cóż, wychodzi na to, że wg Nabokova "Flaubert był złym czytelnikiem" utożsamiając się ze swą bohaterką, niewydarzonym don Kichotem w spódnicy, poszukującym nadaremnie miłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam czasem wątpliwości, na ile on tak na poważnie, bo faktycznie, poglądy na literaturę ma kontrowersyjne i jest w nich niesamowicie stanowczy. Z Flaubertem celna uwaga - a w końcu w całym tym wykładzie, poświęconym "Pani Bovary", jeśli dobrze pamiętam (nie mam niestety w tej chwili książki przy sobie, sprawdzę to jeszcze po południu), Nabokov sprytnie przemilczał kwestię "Madame Bovary, c'est moi" :). Parandowski dużo pisał o tym we wstępie w moim wydaniu, ale u Nabokova - ani słowa.

      Dystans na pewno się przydaje przy obcowaniu z tymi wykładami; są niesamowite, jeśli chodzi właśnie o analizowanie konstrukcji powieści, tego całego "jak to jest zrobione" (co widać najlepiej w wykładzie o "Ulissesie", który miałam już kiedyś przyjemność czytać), ale takie zimne, zakazujące identyfikowania się z bohaterem podejście mimo wszystko odbiera sporo z przyjemności czytania. W końcu, jak pisał C.S. Lewis, "Czytamy, by wiedzieć, że nie jesteśmy sami". Oczywiście nie można też przesadzać w drugą stronę, jak to było w przypadku Emmy (a i życie obfituje w podobne przypadki, znam to z autopsji).

      A co z tym "Nikołajem Gogolem"? Nie warto? Bo kupiliśmy go sobie niedawno, byłam go bardzo ciekawa.

      Usuń
    2. Nie wiem czy nie warto - ja byłem rozczarowany. Co do konstrukcji i stylu, to oczywiście że mają znaczenie i są powieści, w których to one grają pierwsze skrzypce (np. "Gra w klasy") ale spójrzmy prawdzie w oczy, czy w "Pani Bovary" interesuje nas bardziej główna bohaterka czy kompozycja książki? :-)
      Myślę, że Nabokov pogrywa sobie z czytelnikami trochę tak jak Boy-Żeleński kiedy pisze o "warstwach śmiesznej czapki Karola", która ma być symbolem jego późniejszego życia - nie dostrzegłem by jego życie było śmieszne albo składało się z warstw - wręcz przeciwnie.

      Usuń
    3. A mogę jeszcze podrążyć? Czym Cię rozczarował? :) Na blogu, z tego co widzę, o nim nie pisałeś.

      Dla mnie to oczywiste, że bardziej interesuje nas główna bohaterka, ale dla Nabokova, podejrzewam, nie ;). On chyba ma lekką obsesję na punkcie struktury. Za to, co jest bardzo na plus, we własnych powieściach nie zaniedbuje na jej rzecz warstwy emocjonalnej, współczucia – czego najlepszym dowodem „Lolita”.

      Przytoczę to zdanie o czapce: „Czapka jest żałosnym i niegustownym horrendum: symbolizuje całe przyszłe życie biednego Karola - równie żałosne i pozbawione smaku”. Pisząc „śmieszna” miałam na myśli „żałosna, kuriozalna” i to określenie już prędzej opisuje życie Karola, moim zdaniem. Nie wiem tylko, czy na pewno zamiar Flauberta był taki, jak odczytał to Nabokov; czapka pewnie ma znaczenie, skoro autor poświęca jej tak dużo uwagi, ale może nie jest jakąś zapowiedzią, a prościej – charakteryzuje trochę Karola jako postać.

      Usuń
    4. Już nie pamiętam, bo dawno go czytałem i chyba nawet dwa razy, to w końcu cienka książka. Ogólne wrażenie, to nie znalazłem nic naprawdę interesującego. Byłem zawiedziony bo lubię i Nabokova i Gogola (jego "jeden jest u nas człowiek uczciwy...", to jeden z najlepszych cytatów literatury światowej ever :-), przynajmniej dla mnie) a tu takie coś - możliwe, że to zachwyty nad konstrukcją i stylem mnie znudziły :-).
      Nie mam nic przeciwko strukturze ale twierdzić, że na niej opiera się znaczenie książki to nieporozumienie. Ile osób czyta "Panią Bovary" koncentrując się na strukturze powieści a ile na postaci głównej bohaterki? :-)
      Życie Karola żałosne i pozbawione smaku?! Ani jedno, ani drugie. To było życie przeciętniaka, który miał nieszczęście ulokować swoje uczucia w niewłaściwej kobiecie. Przeciętny lekarz, który zasuwa od rana do wieczora i ze zmęczenia przysypia po kolacji w cieple kominka jeszcze nie jest żałosny. Ktoś kto kocha, jest szczęśliwy przy boku własnej żony i wierzy, że druga strona czuje to samo jeszcze nie jest ani żałosny ani pozbawiony smaku. Może naiwny, owszem ale co do tego ma smak. Może Nabokov pisał swoje przemyślenia w takim stanie jak Irigaray swoje "odkrycia", to by dużo tłumaczyło :-).

      Usuń
    5. Tak tylko wtrącę, żeby stanąć po stronie Nabokova w tej akurat kwestii (niezależnie od tego, w jakim stanie pisał bądź nie pisał tego akurat wykładu/notatek) -- ja również czytam dla struktury. Jasne, interesujący bohater mile widziany, ale jeśli książka posiada bohaterów mi stosunkowo obojętnych, ale skomponowana jest tak, że jeszcze długo mogę myśleć, kiedy pojawia się jakiś motyw, jak przebiega, z czym się łączy, co zapowiada -- jestem przeszczęśliwa. Także są tacy czytelnicy ;-).

      Usuń
    6. Ostatnio na zajęciach z kursu pisania, przy którym pomagam, jedna z uczestniczek (Jowita, jeśli to czytasz, pozdrawiam! :)), powiedziała bardzo ciekawą rzecz na temat czytania – że nie da się skupić na czystej przyjemności lektury i na śledzeniu „jak to jest zrobione” równocześnie. Albo czytasz, i poddajesz się czarowi opowieści, albo rozbierasz ją, jej narrację, kompozycję, na czynniki pierwsze, analizujesz, patrzysz na nią od tej strony technicznej.

      Nabokov swoim podejściem do czytania zdaje się trochę temu przeczyć (bo w końcu, jak deklaruje, u niego ten osławiony dreszcz w kręgosłupie wywoływany jest dostrzeganą doskonałością kompozycji), ale mnie to koncentrowanie się na strukturze też trochę odbiera lekkość i przyjemność czytania. Oczywiście odkrywanie tej struktury też jest źródłem satysfakcji, ale to coś innego niż przeżywanie losów bohatera, zachwyt samą opowiedzianą historią.

      Dlatego, Pyzo, trochę Ci zazdroszczę, bo wydaje mi się, że Ty potrafisz jednak skupić się i na jednym, i na drugim, dać się oczarować, ale zachowując chłodną perspektywę badacza, wychwytując wszystkie te techniczne niuanse. Takie czytanie na pewno opłaca się, jeśli ktoś zawodowo zajmuje się książkami, a szczególnie, kiedy sam je pisze. Ja natomiast, żeby niczego nie uronić z lektury, musiałabym czytać wszystko dwa razy, raz – dla przyjemności, drugi – analitycznie. Tylko kto ma na to czas? :)

      Oczywiście, Marlow, zgadzam się, że struktura to za mało, żeby dzieło uznać za wybitne. Jest od groma utworów, w których autorzy popisują się zmyślną kompozycją, ale jeśli nie mają do zaoferowania nic poza tym, jeśli brakuje w takim pisaniu życia i nie potrafi ono przemówić do czytelnika w inny sposób – to klapa. „Pani Bovary” akurat jest pod tym względem dziełem doskonałym, bo zachwyca i treścią, i formą (nawet jeśli na tę drugą Nabokov kładzie większy nacisk).

      A moim zdaniem ten przeciętny lekarz, którego żona zdradza we własnym ogrodzie, kiedy on smacznie chrapie w łóżku, który nie ma pojęcia o tym, że żona go nie znosi, ba, jest wręcz na tyle przekonany o jej miłości, że chce jej podarować własny wizerunek, aby nosiła go zawsze przy sobie, jest jednak trochę żałosny. Choćby w znaczeniu „budzący litość” :). Za to sama jego miłość na pewno nie czyni go ani żałosnym, ani pozbawionym smaku – przeciwnie, Nabokov o tym też pisze, że jest to jedyne, co wynosi go ponad jego przeciętność, i ponad innych, na pozór ciekawszych bohaterów.

      Usuń
    7. Pyzo, nie kwestionuję tego, że ktoś może się zachwycać konstrukcją powieści, twierdzę tylko, że tym co przyciąga czytelników do "Pani Bovary" (z wyjątkami) jest dramat jej bohaterów. Z podobnego założenia wychodził i Flaubert.
      Naio, jest jednak różnica pomiędzy byciem żałosnym a budzącym litość. Już szybciej Emma wydaje mi się żałosna ze swoimi pretensjami i narzucając się facetom, którzy gdy tylko wyczuwali nadchodzące kłopoty czym prędzej się jej pozbywali. Karol pewnie nie byłby żałosny gdyby wzorem aptekarza trzymał żonę "krótko" i zapędził do roboty a on sądził, że skoro wyszła za niego za mąż to go kocha, faktycznie, żałosne :-).

      Usuń
    8. Ale czy Flaubert tak długo nie cyzelował scen właśnie po to, by mogło przyciągać i jedno, i drugie? Padło pytanie, ile osób przyciąga jedno, ile drugie -- skoro już wiemy, że może przyciągać i to, i to, to czemu by odmawiać Flaubertowi przypuszczenia o tym, że ważne są obie składowe?

      "Żałosny" może też znaczyć "wzbudzający współczucie" -- tu zgadzam się z Naią. Nie widzę zresztą, dlaczego i Karol, i Emma nie mogą wzbudzać podobnych uczuć, czy to negatywnych, czy pozytywnych (czy obojętnych, w zależności od czytelnika), zależnie od tego, jak patrzymy na ich sytuacje. Przecież jedno drugiego nie wyklucza.

      Usuń
    9. Nad "Kuszeniem św. Antoniego" Flaubert pracował znacznie dłużej niż nad "Panią Bovary" więc można uznać, że wycezylował je do bólu a jednak mimo tego dzisiaj mało kto o "Kuszeniu..." pamięta.

      Usuń
    10. Chyba, że było to cyzelowanie tak długie, bo nieudane -- to przypuszczenie może iść w dwie strony ;-).

      Usuń
    11. Ojej, Marlow, ale po co ta ironia :). Ja mam naprawdę dużo sympatii dla Karola, uważam, że tylko tacy ludzie jak on są coś warci, ale wiem też, że świat składający się wyłącznie z takich ludzi byłby płaski i nudny, stąd pewnie krytyka Nabokova. Bovary to dobry człowiek, ale gruboskórny i krótkowzroczny, a wobec Emmy – nieznośnie bezkrytyczny. Co nie oznacza oczywiście, że powinien ją traktować jak aptekarz swoją połowicę, wtedy byłby żałosny na inny sposób. I na pewno nie w znaczeniu „budzący litość” (słownikowa definicja, sprawdzałam ;)).

      Usuń
    12. Mnie ironia wydaje się uprawnionym środkiem polemicznym :-), jeśli poczułaś się urażona to przepraszam. To nawet nie chodzi o sympatię i antypatię do bohaterów tylko o sprawiedliwe ich potraktowanie. Przyjmując, nawet że Karol jest żałosny par excellence z tym swoim zaślepieniem na punkcie Emmy, to wypadałoby powiedzieć, że ta żałosność w powieści nie jest niczym nadzwyczajnym. Jeśli chodzi o głównych bohaterów to norma. Żałosna (budząca nie litość lecz politowanie - :-)) jest Emma, jej kochankowie, aptekarz - choć każde z nich na swój sposób.

      Usuń
    13. Nie, nie, masz rację, odrobina ironii pobudza dyskusję. Jestem trochę przewrażliwiona :). I tak, myślę, że można tak powiedzieć, w powieści Flauberta niemal wszyscy są żałośni, ale na różne sposoby i w różnych znaczeniach tego słowa. Tak chyba miało to właśnie wyglądać.

      Usuń
    14. To byłaby bardzo pesymistyczna, rzekłbym darwinistyczna, wizja społeczeństwa w której triumfowali by tylko ludzie pokroju Homaisa i Lheureuxa, ale oni w końcu nie nosili w dzieciństwie śmiesznej czapki :-). Szykuję się teraz do przekładu Engelkinga, który jak twierdzi redakcja wydawnictwa objaśnił wreszcie jak należy właściwie odczytywać "Pani Bovary" - zobaczymy :-)

      Usuń
    15. Owszem, i sądzę, że taki mógł być zamiar Flauberta :). Patrz: zakończenie, łącznie ze znaczącym ostatnim zdaniem. Podzielisz się u siebie wrażeniami z lektury tego nowego tłumaczenia? Jeśli nie, to wspomnij choć tu w kilku słowach, ciekawa jestem Twoich obserwacji. Może faktycznie objaśnienia Engelkinga rzucą jakieś nowe światło :).

      Usuń
    16. Sceptycznie podchodzę do jedynie słusznych interpretacji, choć jednocześnie uznaję, że jedne są bardziej a inne mniej prawdopodobne, a deprecjonowanie wcześniejszych przekładów traktuję generalnie jako agresywny zabieg marketingowy (choć czasami nie pozbawiony słuszności). Jeśli będzie tam coś ciekawego to odezwę się.

      Usuń
  3. Nabokov przesadza z tym złem. ;) Czasami to czysta przyjemność utożsamić się z bohaterką czy bohaterem. Podzielam też Twój podziw dla Pyzy i zgłaszam podobne do Twoich rozterki: żeby wszystko wyłapać musiałabym czytać książki kilka razy. Dlatego też lubię Nabokoviadę czy Pikniki z klasyką. Podczas czytania mogę się skupić na przeżywaniu, a potem na spokojnie przeanalizować resztę. ;)
    Co ciekawe, lektura "Pani Bovary" zaskoczyła mnie w tym kontekście. Wydawało mi się, że najwięcej emocji wzbudzi we mnie główna bohaterka, tymczasem najbardziej zachwycam się genialnością sceny festynu rolnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dałby nam pewnie popalić, gdyby nas teraz słyszał ;). Ale tak, ja sobie za bardzo nie wyobrażam tak bardzo pilnować się przy czytaniu, utrzymywać cały czas chłodny dystans. Ani to łatwe, ani przyjemne.

      A u mnie jednak tym razem było klasycznie, podobnie jak przy wszystkich moich lekturach „Pani Bovary” – przede wszystkim przeżywałam to, co się działo z Emmą. Jasne, zauważam też mistrzostwo formalne, z każdą kolejną lekturą coraz wyraźniej, ale jednak emocje biorą nade mną górę. A prawdziwy tajfun szaleje we mnie, kiedy czytam „Annę Kareninę” :). To takie dwa klasyki, które odświeżam sobie co kilka lat, i za każdym razem odbieram trochę inaczej, ale równie mocno. Jestem bardzo nie-nabokovską czytelniczką, niestety (czy w końcu stety?)!

      Usuń
    2. Uf! Czuję się rozgrzeszona :).

      Usuń
  4. Ja mam trochę problem z Emmą. Bardzo lubię książkę (nie tylko dlatego, że w porównaniu z "Placówką" Prusa, którą musiałam przeczytać w ten sam weekend, wypadła o nieba lepiej;)), wpadłam w nią całkowicie, ale mimo mojego całego zrozumienia sytuacji bohaterki, tego, co wpłynęło na jej fałszywe wyobrażenia o życiu, miłości i mężczyznach, w ogóle nie mogłam jej współczuć. A naprawdę próbowałam. Pewnie ma to poniekąd związek z pewnymi moimi problemami odbioru pewnych kwestii nie tylko w literaturze i sądzę, że teraz trochę inaczej bym na nią spojrzała, ale moje główne uczucie towarzyszące tej lekturze to irytacja. Bo i Emma i ten nieszczęsny Karol (choć masz rację, jedyna postać, która potrafiła prawdziwie kochać i może ta miłość nie pozwalała mu zobaczyć lub uwierzyć w to, co robi ukochana) sprawiali, że miałam ochotę zdzielić jedno i drugie. Może bywam bez serca, ale Emmy nie było mi żal nawet w chwili jej końca.
    A co do utożsamiania się z bohaterem, już o tym wspominałam u Ciebie, no ja bym bardzo chciała dostać receptę, jak tego nie robić. Serio. Bo jestem beznadziejnym przypadkiem, jeśli trafię na postać, która w jakiś sposób na mnie zadziała (tu też ciężko mi stwierdzić, kto, kiedy i dlaczego). Choć kwestie formalne, struktury, język bardzo cenię, to i tak jak nie zaboli, to nie to samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, Aniu, przepraszam Cię bardzo, że dopiero teraz na Twój komentarz odpisuję, na śmierć o nim zapomniałam!

      Rozumiem też, że można Emmie nie współczuć. Wiem, co masz na myśli. Ja zresztą też kiedyś dużo surowiej podchodziłam do takich przypadków, i wydaje mi się, że tę wrażliwość miałyśmy podobną. „Panią Bovary” czytaną w wieku lat bodajże 19 odebrałam zupełnie inaczej. Ale trochę mi się zmieniła perspektywa od tego czasu; dziś rozumiem takie Emmy, po prostu, choć piszę to z pewną przykrością :).

      Co do utożsamiania... Dzisiaj przez przypadek natknęłam się na ten cytat Zafóna: „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie”. Brzmi niezbyt oryginalnie, ale chyba to prawda, i właśnie dlatego tak zapadają nam w serce książki, z których bohaterami możemy się utożsamić, i dlatego tak trudno jest nam się od tego utożsamiania powstrzymać :). Chyba pozostaje nam mimo wszystko pogodzić się z tą słabością. Ściskam Cię serdecznie!

      Usuń