poniedziałek, 7 lutego 2011

Ożywcza moc polskiego spirytusu - "Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach", Franciszek Bielaszewski


Każdy chyba od czasu do czasu potrzebuje jakiejś krzepiącej lektury, takiej, która pomogłaby spojrzeć łaskawszym okiem na świat i przywróciłaby wiarę w ludzi i w to, że życie jest piękne. Ja wtedy sięgam po coś Hrabala albo o Hrabalu. Ciepłe historyjki z praskich piwiarni są w tym wypadku niezawodne. Z wielką przyjemnością pochłonęłam więc tę książeczkę autorstwa Franciszka Bielaszewskiego – Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach.


Jest to zbiór zbeletryzowanych wspomnień autora, który Hrabala znał osobiście i w latach 80. i 90. spędził z czeskim pisarzem i jego przyjaciółmi - „stałymi bywalcami” - wiele godzin w praskich gospodach. Bielaszewski odmalowuje rodzinną i twórczą zarazem atmosferę tamtych spotkań, kult piwa, opowieści i legendy przekazywane z ust do ust, na czele z tą, której sam był ojcem – jak to przywieziony z Polski „szpirytus” wywołał u stałych bywalców ekstazę i doprowadził, pełnych nabożnego podziwu, do stanu, który później z piersi biednej sprzątaczki wydarł rozpaczliwy okrzyk „Nawet prosięta wyglądają lepiej niż pijani artyści!” (a po praskich piwiarniach zaczęła krążyć wieść, że tego wieczoru Hrabal zmarł, lecz właśnie sławny polski spirytus przywrócił go do życia).

I Jim powoli bardzo ostrożnie objął palcami szklaną piękność i z całej siły przytulił do piersi a potem mocno pocałował w szyjkę gładką powierzchnię tej przezroczystej krasy... stali bywalcy U Doboszy aż westchnęli na ten wzruszający widok... wszystkim zakręciła się łza wzruszenia... a po policzkach Jima ciekły dwie kryształowe jak zawartość butelki... dwie kryształowe łzy... łzy uszczęśliwienia i bezgranicznego zafascynowania tą pociągającą pięknością...

Elementem spajającym wszystkie te utwory jest oczywiście Hrabal, przedstawiony jako postać ciepła, choć na pozór szorstka:
Kiedy słyszałem od niego pod moim adresem „idź do dupy”... „jesteś debil”... „jesteś głupi jak wół” itd... to wtedy byłem bardzo szczęśliwy... bo wiedziałem... że w ten sposób pan pisarz daje mi do zrozumienia... że mnie lubi...

Dowiadujemy się z tej książeczki także między innymi, jacy pisarze Hrabala inspirowali – Joyce (o Ulissesie mówił, że odnajduje w nim nie tylko piękno ale i puste miejsca, które stara się zapełnić własnym pisaniem), Schulz (którego Sklepy cynamonowe skłoniły go do powrotu do własnego dzieciństwa), Eliot (którego podczas spotkań w piwiarniach lubił tłumaczyć „od ręki” z niemieckiego, improwizując, powtarzając ulubione fragmenty). I jeszcze dwa urocze teksty na deser – Tańczący z cenzurą, rodzaj listu do nieżyjącego już wówczas pisarza, gdzie głównym motywem jest słynne zdanie stryja Pepina („Życie jest piękne, aż do szaleństwa piękne, nie żeby takie było, ale ja je tak widzę”), oraz Dziadek z wykopalisk – hołd dla dziadka autora, poniekąd będący też hołdem dla stałych bywalców z Hrabalem na czele.

Mało tego. Bielaszewski nie tylko pisze o Hrabalu, ale i pisze jak Hrabal. Styl, jakim jest ta książka napisana, jest w zasadzie imitacją gawędziarskiego stylu czeskiego pisarza. Autor zresztą nie kryje się z tym, jak wielki wpływ miał Hrabal na jego życie i jego twórczość:
A moje pisanie jest podziękowaniem dla pana za te lata... jest też pomnikiem... który buduję dla pana i mojej matki przez całe życie...

Jest więc dla mnie ten zbiór najpiękniejszym wyrazem przywiązania i podziwu dla ulubionego twórcy i przyjaciela - oraz uroczym zapisem epoki, która wraz ze śmiercią Hrabala dobiegła końca.

***
Cytaty: F. Bielaszewski, Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2003.

9 komentarzy:

  1. Nostalgiczna recenzja. Swoją drogą ilu pisarzy miało TAKICH przyjaciół!

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, czytając te wspomnienia skręcałam się z zazdrości, bo co ja bym dała, żeby też tam wtedy być, pić z nimi piwo, słuchać ich opowieści i też słyszeć od Hrabala te słodkie obelżywe słówka! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzisiaj telefonicznie z Pragą i wspominałem lata spędzone u Zlateho Tygra i w innych praskich gospodach... cóż powiedzieć... tęskno do tamtych lat... stali bywalcy się wykruszyli... kiedy pojawiam się na kilka dni w Pradze... to organizuję spotkanie u Zlateho Tygra jak przed laty... i kryształki gwiazd z nieba wędrują po orbitach oczu... siadamy jak kiedyś - po prawej mojej stronie (oparty o ścianę wyłożoną boazerią i bębniący na krawędzi stołu opuszkami palców niecierpliwość wyczekiwania na Plzen) siedzi Hrabal, naprzciw mnie siedzi Vasek Kadlec, po lewej stronie Tomas Mazal (nadworny fotograf pana Doktora), obok Vaska siedzi Jiri Trnka (nas nadworny grabarz), w lewym rogu siedzi (nie wiem za co - ale jak to bywa za niewinność) pan Vodicka (Dyrektor Teatru Na Zabradrli "Na poręczy")... ufff... tak bywało w każdy wtorek u Zlateho Tygra przez wiele lat... czasami któryś z nas mógł przyjść to zastępował go ktoś inny z dalszej orbity wokół hrabalovskiego stolika u Zlateho Tygra... kiedyś za nas płacił Hrabal (czasami... kiedy chciałem sam zapłacić to dosłownie wyrywał mi listek z zaznaczonymi kreskami piwem z ręki) a teraz zawsze ja pokrywałem rachunek stałych bywalców u Złotego Tygra... pierwszy (dosłownie) uciekał vasek Kadlec... przgnieciony ogromnym głazem smutku i tęsknoty był coraz bardziej zgarbiony i wychodząc z gospody wygładał jakby był na czworakach... jak mój Etruski Dziadek kiedy miał 95 lat na karku)... potem Jirka Trnka ze spuszczoną głowa coś mamrocąc "ze teraz musi się iść wyspać bo rano do pracy"... a robienie trumien jest pracą bardzo odpowiedzialną... i znikał jakby się pod ziemię zapadał... pan Vodicka musi używać laski by dojść do gospody... i chociaż mieszka w pobliżu naszej Świątyni Boskiego Napoju (jakim jest czeskie piwo a nie wino czy inny trunek wyskokowy) to trwa jego droga powrotna do domu o wiele dłużej niż dawniej... z Tomase Mazalem kończy w jakiejś innej gospodzie i schlani (ale po ludzku) wracamy taksówkami do swoich domów... i tak się powtarza co dwa lata... moja pielgrzymka do świata którego już dawno nie ma... do świata... który jest w nas... nie w naszych wspomnieniach... ale jest naszym drugim jestestwem... światłem... do którego wracamy jak ćmy parząc się o smutek i tęsknotę... przez kilka dnie chodzę z wyciągniętymi rękoma jak ślepiec szukający krawędzi nad przepaścią by z niej odlecieć poza nieistnienie tamtego świata...
    mam jeszcze kilka drobnostek związanych ze światem... który odleciał na skrzydłach gołębi do naszych wnętrz...
    gdybyście chciały to mogę je podesłać e-mailem... f.a.bielaszewski@brandbook.co.uk
    dzięki za serdeczności
    franciszek a. bielaszewski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite! Być tak blisko legendy! Ależ Panu zazdroszczę! Bardzo dziękuję za komentarz, i za to piękne świadectwo minionych czasów, które mi przybliżyło i pokazało od tej mniej literackiej, bardziej ludzkiej strony pisarza, który, co do tego nie mam wątpliwości, jest i będzie mi najbliższym spośród wszystkich literatów kiedykolwiek tworzących. Niedoścignionym czempionem krytych kortów. Oczywiście bardzo, bardzo też chcę poznać te "kilka drobnostek", wszystko, co tylko jest z panem Hrabalem jakoś związane, każdy szczególik! Zgłoszę się na pewno mailowo w najbliższym czasie, dziękuję za kontakt.

      P.S. Oczywista sprawa, że tylko czeskie piwo może być Boskim Napojem. Nie bez przyczyny ustaliłam, że pytaniem które zadałabym ulubionemu pisarzowi, czyli panu Hrabalowi, gdybym mogła, byłoby "Czy w niebie jest pod dostatkiem czeskiego piwa?". Oby było :)

      Usuń
  4. Dziękuję za miłe słowa o Bohousi...
    Oczywiście... że nie w niebie ale tam w nieistnieniu jest piwa CZESKIEGO pod dostatkiem... jest tylko mały szczególik... ci wielcy chodzą sączyć Boski Napój... wędrując w senną rzeczywistość swoich przyjaciół i znajomych... którzy pozostali na tym świecie by umożliwić Im dostęp do Boskiego napoju... kiedyś mnie odwiedzili w sennej rzeczywistości... na tej uczcie Bogów byli obecni - Lao Tsy... C. K. Norwid... Witold Gombrowicz oraz Bohumil Hrabal... byłem gospodarzem orgii intelektualnej światowych trunków... i tę ucztę Bogów zapisałem w opowiadaniu pod tytułem - Tańczący z diabłami - do prdele... mam nową świecącą klawiaturę i jest mniejsza niż ta poprzednia i co chwilę uderzam w nie ten klawisz co mam... i wściekam się...
    sorki... innym razem napisze coś więcej aż nauczę jest tej klawiatury jak umierania... serdeczności z mokrego i ciepłego Londynu... FAB

    OdpowiedzUsuń
  5. Ano tak...
    tylko na chwile... podrzucam wiersz a panu pisarzu z Kerska:
    CHŁODNE PIWO

    Widzę panie Hrabal
    uśmiech zadowolenia
    na fotografii ze Złotego Tygrysa
    spowodowany przeczuciem
    że już wkrótce się napijemy
    tak jak przed laty Pilsnera
    przy stoliku stałych bywalców
    w niebiańskiej gospodzie
    U Bram Piekła

    jak kiedyś w każdy wtorek
    przychodzić będą stali bywalcy
    na kilka piw i długie gawędzenie
    uszczęśliwieni chłodem "złotego moku"
    szwejkowskim humorem zamroczeni

    nie zabraknie samizdatów
    dzieci papierowych
    na papierze toaletowym
    przyniesionym w ciasnej kieszeni
    głośnego śmiechu pijackich oczu
    milczenie będzie szeleściło
    we wspomnieniach
    nostalgicznym rozpamiętywaniem
    jak pusty portfel tęskniący
    za następnym kuflem piwa

    nad ranem
    zaczerwienione oczy
    leczyć się będzie treścią
    ostatniego poetyckiego krzyknięcia
    w otwartych ustach prozy lub wiersza

    P. S.
    Święci będą nam zazdrościli
    pięknych słów
    zapisanych białą pianą piwa
    na brudnym stole
    w gospodzie U Złotego Tygrysa

    fab

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam piwnie...
    przeglądając swe stare teksty... znalazłem nie tylko ten wiersz ale i ten maleńki fragmencik większej prozy... więc go wkleiłem...

    XVI

    siedząca naprzeciwko mnie kobieta skończyła jeść... napiła się piwa... „wie pan... że dobrze tutaj gotują... nawet nie myślałam... że będzie mi tak smakowało... i piwo jest odpowiednio wychłodzone... chyba ma pan rację... będę piła pilznera... w smaku tego piwa czuć tajemnicę wieków... serce i duszę naszych przodków... ich poczucie bezinteresownego piękna... którym obdarowywali bliźnich... i to piękno jest teraz zaklęte w smaku piwa... naprawdę można powiedzieć... że pilznera można pić tylko wtedy... kiedy się czuje go duszą... kiedy usta czują smak wieków zawarty w tym piwie”... patrzyłem na Cygana z niedowierzaniem... to już nie był ten sam człowiek... to nie był już ten sam „maczo”... który myślał siłą mięśni... dzięki tej wewnętrznej metamorfozie z osiłka tępo myślącego przeistoczył się w człowieka wrażliwego na otaczającego go piękno... a przede wszystkim stał się wrażliwy na innych ludzi... już nie patrzył na nich jak na potencjalnych dostarczycieli rozrywki... często brutalnej i sadystycznej... Cygan stał się wrażliwy na problemy bliźnich... może dlatego tak swobodnie czuł się jako kobieta... pomimo potężnej budowy ciała poruszał się z wielką gracją i wdziękiem... jego gesty posiadały lekkość... a głos i wyraz twarzy miał tak łagodny... jak święty Franciszek z Asyżu... jakby był tak jak on otoczony kochającymi go ptakami i zwierzątkami... które mu bezgranicznie ufały... rysy Cygana straciły pierwotna ostrość... prawie równocześnie dopiliśmy piwo... Cygan zapytał się czy się z nim napiję pilznera... odpowiedziałem z uśmiechem... że z miłą chęcią się napiję w tak miłym towarzystwie... Cygan podniósł rękę i przywołał kelnera...
    „słucham panią”...

    Nie wiem czy to jest powieść... czy zbiór opowiadań czy "dwa w jednym" jak to jest dzisiaj modne... ale to przecież nie ma żadnego znaczenia... ważne jest to... że zanotowałem tę roznowę sprzed wielu laty..
    Miłego wieczoru...
    fab
    kelner w ukłonie z przyklejonym uśmiechem zapytał się Cygana czekając na zamówienie... Cygan odwzajemnił uśmiech kelnera i zamówił...

    OdpowiedzUsuń
  7. Znalazłem stary wiesz... wiec daję do poczytania...

    PANIE HRABAL...

    Czarno-białe plamy
    na czterech nogach
    ozdobione rogami
    zjadają zapamiętale
    świeżą zieleń
    wiosennych dni

    nad nim rozwieszone
    długie płótna chmur
    jak na sali karnawałowej
    kiedy ściany tańczą
    z pijanymi oknami

    a pociąg ekspresowy
    zakładając teoretycznie
    wiezie ileś tam set
    przedwczesnych zgonów

    P.S.
    A ja Panie Hrabal
    wiem dobrze
    że to nie jest ten pociąg...
    pociąg mego przeznaczenia
    o którym Pan kiedyś
    mi powiedział...
    bo napisałem ten
    i kilka innych wierszy...
    FAB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Wiersz wspaniały. Z pociągiem rzeczywiście Hrabal się pomylił, i Bogu dzięki :)

      I przy okazji przepraszam za opieszałość w czytaniu rzeczy, które mi Pan przesłał. Bo czytam, czytam, ale bardzo powoli z powodu natłoku zajęć...

      Usuń