sobota, 25 czerwca 2011

Siła złudzeń i gorycz przebudzenia - „Upojenie”, Katherine Mansfield

Katherine Mansfield pochodziła z Nowej Zelandii, od roku 1901 mieszkała jednak w Londynie, gdzie obracała się w artystycznych kręgach bliskich między innymi Virginii Woolf. Gdy miała 29 lat zapadła na chorobę płuc, co doprowadziło do jej licznych podróży po europejskich uzdrowiskach oraz, ostatecznie, do śmierci w wieku lat 34.

Virginia bała się jej – jej ciętego języka i przenikliwości – i jej zazdrościła. W swoim dzienniku pisze między innymi na temat Katherine: „I byłam zazdrosna o jej twórczość – to jedyna twórczość, o jaką kiedykolwiek byłam zazdrosna”. Gdzieniegdzie można natknąć się na stwierdzenia, że te dwie pisarki bardzo się nie lubiły – przeczą temu inne fragmenty z dziennika Virginii: „Mówiłyśmy o samotności i stwierdziłam, że ona wyraża dokładnie moje odczucia, i to w sposób, w jaki ich nikt nigdy dotąd nie wyraził”, zaś po śmierci Mansfield: „Miałyśmy chyba coś wspólnego, coś, czego już nigdy nie znajdę u nikogo innego”. I nie zaszkodziło tej sympatii nawet to, że Katherine ponoć portretowała Virginię jako „poprawną starą nudziarkę”.

Zaczęłam od tych powiązań z Virginią, ponieważ święci ona triumfy popularności (zasłużenie zresztą, sama jestem jej wielbicielką), podczas gdy o Katherine słychać stosunkowo niewiele – wznowień jej tomów opowiadań od dawna nie było, podobnie z jej dziennikiem. A że jej twórczość budzi we mnie niekłamany zachwyt (uważam, że jest równie dobrą pisarką jak Woolf, a może nawet lepszą), mam cichą nadzieję, że choć kropla z tego nimbu, jakim otoczona jest w czytelniczym światku Virginia, skapnie na Katherine.

Przechodzę do meritum – kilku słów na temat Upojenia, zbiorku wydanego po raz pierwszy w roku 1923, a więc już po śmierci pisarki. Podczas gdy w tomie Jej pierwszy bal czytelnik do czynienia ma z korowodem młodziutkich, wchodzących w życie postaci, tutaj w większości utworów bohaterami są kobiety lub mężczyźni w okolicach trzydziestki, a więc, według nich samych, „nie pierwszej młodości”, „mający już wszystko za sobą”. Bywają to stateczni małżonkowie i rodzice, ale i niespełnieni artyści, bawidamki czy zatruwający życie wszystkim dokoła kapryśni nadwrażliwcy. I nawet mimo tego, że nie wszystkie te postaci budzą ciepłe uczucia, przeciwnie, często budzą żądzę mordu, mam wrażenie, że większość z nich ma w sobie coś z samej Katherine.

Wyobrażam sobie na przykład, że bardzo była podobna do bohaterki opowiadania tytułowego tego zbioru, Berty Young. Bertę poznajemy w dniu, gdy wszystko wydaje jej się najpiękniejsze, jej życie – pełne i bogate, jej mąż najprzystojniejszy i najbardziej troskliwy, jej dziecko najurodziwsze, i ma ochotę podskakiwać na ulicy jak mała dziewczynka i krzyczeć na cały głos. Trwa w upojeniu.
Co zrobić, gdy mając lat trzydzieści, znajdziesz się na swojej ulicy i opanowuje cię nagle uczucie upojenia – absolutnego upojenia! Jak gdybyś nagle połknęła lśniący kawałek tego już zachodzącego słońca, a teraz płonie ci w piersi i wysyła całe snopy iskierek do każdej cząsteczki ciała, do wszystkich palców rąk i nóg?
Z tymi radosnymi rozważaniami korespondują deklaracje samej Katherine z jej dziennika:
Pragnę życia, gorącego, pełnego zapału, ruchliwego, chcę w nie wrosnąć, chcę się uczyć, dążyć do wiedzy, czuć, myśleć, działać. Oto, czego pragnę. Mniejszym się nie zadowolę. Do tego będę dążyć.
Niestety, końcówka jest gorzka i nieoczekiwanie Upojenie z radosnej opowieści o spełnionej kobiecie przemienia się w refleksję na temat postrzegania świata. Wszystko jest takie, jak zwykle, grusza w ogrodzie pozostała równie piękna, jak kilka godzin temu, a jednak wszystko się zmieniło, bo sielanka okazała się złudzeniem. W jednej chwili Berta zostaje zmiażdżona jak motyl.

To nie jedyne opowiadanie, w którym bohater doznaje nagłego wstrząsu. W Słoneczku i Gwiazdce mały chłopiec przeżywa szok uświadamiając sobie, że wszystko co piękne i dobre w końcu niszczeje, a świadomość tę budzi w nim widok opustoszałego i zaśmieconego salonu, jeszcze kilka godzin wcześniej pełnego smakołyków i tak pięknie przystrojonego na przyjęcie gości! Są też tacy, u których za szokiem idą i pozytywne zmiany. Monika Tyrell z Odkrycia uświadamia sobie, że nie jest pępkiem świata i zapomina o poczuciu bycia przez wszystkich prześladowaną, gdy dowiaduje się o śmierci malutkiej córeczki swojego fryzjera. Z kolei w przypadku bohatera Je ne parle pas français rewolucja niby jest, ale jej nie ma. Odkąd jako mały chłopiec pozwolił obcałować się murzyńskiej służącej i dostał za to pocukrzony placuszek, żyje jak pasożyt, bowiem „zawsze zjawi się jakaś afrykańska praczka i >>przybudówka<<, a on jest bardzo szczery i bon enfant, byle potem placuszek był suto pocukrzony...”. Spotkanie z Myszką, porzuconą ukochaną przyjaciela, wywołuje co prawda u pasożyta pewną refleksję, ale przecież swojego postępowania nie zmienia – wciąż żyje, żerując na uczuciach innych. To, co sam nazywa wielkim przełomem i dowodem na to, że nie jest odczłowieczony, jest chyba przełomem tylko w jego oczach.

Do Virginii Woolf upodabnia Mansfield jej dar obserwacji, umiejętność wchodzenia do głów stworzonych przez siebie postaci, gdy nikt nie patrzy. Widać to w otwierającym zbiór Preludium, gdzie po mistrzowsku odmalowała wzajemne powiązania, napięcia i emocje członków rodziny Burnellów. Co ciekawe, tutaj wielkich zmian nie ma – prócz początkowej, przeprowadzki do nowego domu. Akcja toczy się leniwie i nawet ostatnie słowa nie zapowiadają, by coś w spokojnym życiu Burnellów miało się zmienić. Podobnie jednak jak w Między aktami Virginii, subtelną zapowiedź da się wyczuć. W gorzkich rozmyślaniach Lindy – kocha, ale i nienawidzi, zmęczona jest takim życiem, jakie jej zostało narzucone – czy w kokieterii Beryl względem Stanleya... Sam tytuł zresztą może sugerować, że to wstęp zaledwie. Podobnie upuszczona przez Kasję pokrywka – mimo, że tragedia nie nastąpiła, pokrywka nie została zbita, to jednak krucha jest emocjonalna konstrukcja, na jakiej stoi obecnie ta rodzina.

Moim zdecydowanym faworytem jednak – ze względów bardziej osobistych, nie dlatego, bym to opowiadanie uważała za obiektywnie najlepsze, bo laur ten przyznałabym raczej Upojeniu lub Preludium – jest Feuille d'album. Bo lubię historie, które wywołują uśmiech rozczulenia i ciepło w sercu. Bo przypomina mi miejscami ukochane Białe noce Dostojewskiego – tyle w tym młodzieńczej nieporadności, wrażliwości, samotności! Bo jest przemyślane i zaskakuje zakończeniem, tak, jak lubię. I może jeszcze dlatego, że sama jestem na co dzień chorobliwie nieśmiała i dylematy Iana Frencha nie są mi obce. Popisowo więc złamałam kardynalny zakaz profesora Nabokova i zidentyfikowałam się z bohaterem – całym sercem.

Katherine Mansfield jest w swoich opowiadaniach lekka, barwna, dziewczęca, nawet gdy pisze o sprawach przykrych i poważnych. Nie kluczy, nie bije słownej piany, perfekcyjnie odmierza słowa, a przy tym zawsze udaje jej się zachować odpowiednie proporcje i niedbały urok. Nie potrafię inaczej wyjaśnić fenomenu jej prozy – i nie umiem jej lepiej zarekomendować. Mam nadzieję, że to wystarczy.

***
Cytaty: 
V. Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007,
K. Mansfield, Dziennik, wyd. Czytelnik, Warszawa 1985,
K. Mansfield, Upojenie, wyd. Czytelnik, Warszawa 1962.

32 komentarze:

  1. Fachowa recenzja, a książką na pewno godna uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Do opowiadań Mansfield przymierzam się od kilku miesięcy, ale zastanawiam się, czy nie ciekawszy będzie jej dziennik.
    Bardzo ciekawy wpis;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Drze Kohoutek, dzięki. A książka, owszem, godna uwagi jak mało która - zachęcam do lektury, jeśli będziesz kiedyś miał okazję.

    Aniu (mogę tak? też jestem Anią i lubię jak ktoś się tak do mnie zwraca, ale nie wszyscy lubią, więc jeśli masz coś przeciwko, to krzycz), dziennik Katherine co prawda czyta się jak powieść (inaczej niż u Virginii, której zapiski były raczej zabałaganione i chwilami ciężko się przez nie brnęło, przynajmniej mnie), więc spokojnie mógłby posłużyć za wprowadzenie w jej twórczość, ale nie jest znowu aż tak ciekawy - chyba radziłabym Ci jednak zacząć od opowiadań. U mnie pierwszy był dziennik, ale to dlatego, że akurat znalazłam go wśród książek rodziców, więc mogłam się na niego natychmiast rzucić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Można, można, do żadnej Ani nie zwracam się per Anka (w nazwie bloga chodziło o rym;)).

    Pewnie opowiadania będą pierwsze, bo w bibliotece ku mojemu zdziwieniu jest wydanie oryginalne, a i na stronie Projektu Gutenberga jest ich sporo.

    Co do znajomości obu ww. pań - przeglądając wczoraj przypisy do The Assassin's Coat w notce o Mansfield przeczytałam, że Woolf jej wręcz nie lubiła. Co oczywiście nie wyklucza strachu i zazdrości;)Temat równie ciekawy jak twórczość oby pań;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tą sympatią lub antypatią sprawa jest jakaś niejasna - natykałam się w różnych miejscach na wzmianki, że Virginia i Katherine były sobie wrogie itd., a odniosłam się do tego, bo na podstawie zapisków Virginii takiego wniosku wysnuć nie można - jest co prawda opis tego pierwszego, niemiłego wrażenia ("ona ma zapach cywety, która się prostytuuje" - tego chyba nigdy nie zapomnę ;)), ale zaraz potem rozpisywała się o tym, jaka Katherine jest inteligentna, jakie olśniewające uwagi wygłasza na temat Henry'ego Jamesa i jak dobrze byłoby się z nią zaprzyjaźnić. Później były te fragmenty, które cytowałam, z których również nie wynika, by Mansfield nie lubiła, ale z drugiej strony nie wynika też z nich wprost, że ją lubiła. Raczej - że ceniła i znajdowała u niej zrozumienie. Więc się nie upieram, zwłaszcza że bazuję tylko na tym jednym źródle, a kwestia jest bardzo delikatna i wymyka się jednoznacznej ocenie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Myślę, że polskie wydanie Dzienników VW może wprowadzać w błąd, bo jest okrojone. Ale też nie twierdzę, że na pewno lubiła lub nie swoją koleżankę;).

    Teraz znalazłam w sieci taki artykuł:
    http://www.katherinemansfield.net/life/woolf.html
    gdzie drugi akapit wiele mówi;)

    Może Patrycja z www.bezszmer.wordpress.com będzie mogła za jakiś czas naświetlić sprawę - wspominała, że czyta biografię Woolf;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki za ten link. Co źródło, to inny punkt widzenia. Mnie to póki co wciąż wygląda na raczej ciepłą relację... Pozostaje mi w takim razie śledzić blog Patrycji, może rzeczywiście będzie w stanie dostarczyć jakichś nowych informacji na temat relacji Virginia-Katherine. Zgadzam się z Tobą, że to kwestia ciekawa i budząca równie żywe emocje, co twórczość obydwu pisarek :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Och, profesor Nabokov rzeczywiście szalenie konstruktywnie podchodził do lektury. I czytelnika szukał o duszy chirurga ;)
    Tymczasem Twoje osobiste zanurzenie w nastroje Katherine jest bezcenne.
    Dotąd nie poznałam. Bardzo mi przypada do gustu ta subtelność, o której piszesz - wchodzenie do głów, by podpatrzeć odczucia nieartykułowane i na pół świadome. Cytat też przekonuje. Cudnie tak się poczuć jak Berta Young. Ale wiadomo: za chwilę wszystko zblednie i cień nostalgii ma swój zalążek już w euforii.
    Poza tym: zaciekawiłaś mnie tymi trzydziestolatkami, którzy są już passe, a zwłaszcza tymi, którzy "budzą żądzę mordu".
    Nie mam w tej chwili werwy, by wertować, ale zapamiętałam z "Dzienników" VW Mansfeld, jako kogoś cenionego przez autorkę.
    Świetnie, że przybliżyłaś tę pisarkę. Dla mnie to bardzo cenne rozszerzenie własnego rozeznania i mobilizacja, by kiedyś przeczytać.
    Pozdrawiam
    ren

    OdpowiedzUsuń
  9. Znajomości między pisarzami zawsze były dla mnie ciekawe: to, jak na siebie wpływają, jak czasem atakują się wzajemnie. Czasem to wiele mówi o artyście jako człowieku;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak, kojarzę relacje tych dwóch wspaniałych postaci. Czy to nie dziwne, że dużo więcej miejsca w historii literatury zajmuje Virginia? Osobiście bardzo ją lubię, cenię, niekiedy wręcz tęsknie do tych wyważonych, trącących brytyjską emfazą słów, ale uświadomiłaś mi właśnie, że powinnam nieco więcej uwagi poświęcić Kathie, gdyż bliższe mi są cięte języki alla Susan Sontag czy Beauvoir. Tak też zrobię, zwłaszcza że twórczość Mansfield jest skromniejsza (ilościowo).
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. widzę, że zostałam wywołana do tablicy ;) i bardzo dobrze, bo będę miała dodatkową motywację do czytania biografii Woolf, która opasłym tomem jest.
    odnośnie stosunków Woolf - Mansfield, to z tego, co się orientuję, Woolf mogła być krytyczna w stosunku do Katherine, jak z resztą była krytyczna w stosunku do wielu osób. Co nie oznacza jednak, że ich nie szanowała czy nie lubiła. artykuł zalinkowany przez Anię cytuje najczęściej przytaczaną opinię Woolf o Mansfield, co uważam najlepiej o niej mówi, jeżeli Virginia szanowała Katherine jako przeciwnika, to już chyba nie ważne jak tam jej pachniała ;)
    jak się czegoś więcej dowiem na pewno doniosę!

    OdpowiedzUsuń
  12. --> bezszmer

    Z góry dziękujemy;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Naia, zarekomendowałaś Mansfield chyba najlepiej, jak się dało. I wierz mi, to wystarczy. Nigdy jeszcze nic jej nie czytałam, ale teraz sięgnę na pewno, chociażby po to, by skonfrontować jej styl w Woolf. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tamaryszku, ja byłam tym podejściem Nabokova zafascynowana, przez pewien czas nawet czytałam książki robiąc bardzo szczegółowe notatki, każdy detal traktując jak klucz do innego świata, ale w końcu cierpliwości zabrakło... Nadal podziwiam takie skrupulatne, analityczne czytanie, bo na pewno wiele daje, ale za to ja się chyba trochę do tego nie nadaję, brak mi dystansu, może dyscypliny, rwę do przodu i umykają mi te szczególiki, wzory, prawidłowości. Może to tak za młodu, krew buzuje, człowiek wiecznie niecierpliwy i żądny uniesień, może za kilka lat będę zdolna zrobić książce operację na otwartym sercu :) Tę zdolność do grzebania w umysłach bohaterów zarówno u KM jak i VW uwielbiam! Zdaje się, że te wszystkie postaci żyją naprawdę i że wyciąga im się z głów to, czego sami do końca nie są świadomi. Biedne małe kukiełki, o których czytelnik wszystko wie, którymi autorka się bawi, a oni zamknięci są w światku swoich myśli i wydają się tak mało rozumieć. Ci budzący żądzę mordu to takie zrzędliwe żony zatruwające życie swoim mężom, obwiniające tych biedaków na przykład o to, że spadł deszcz, lub że spóźnił się pociąg, albo mimozy, którym się wydaje, że są pępkiem świata i wszyscy powinni im padać do stóp. Scyzoryk w kieszeni się otwiera, naprawdę. A z kolei ci trzydziestoletni, którzy się już miłości nie bali, bo "są już na to za starzy", bawili mnie - co będą mówić, gdy będą mieć lat 60? :) Bardzo się cieszę, że Cię zachęciłam do Katherine, czuję się spełniona :) A myślę - i mam nadzieję - że i Ty nie pożałujesz, kiedy już sięgniesz po jej twórczość.

    Basiu, dokładnie, myślę, że obydwie na równi zasługują na uznanie i podziw. I choć Virginia tak bardzo chciała być od Katherine lepsza, to nie sądzę, aby aż taką satysfakcję czerpała wiedząc, o ile jest dziś bardziej popularna, i z chęcią zrobiłaby troszkę miejsca Katherine na podium sławy ;) Czytaj czytaj, a jak przeczytasz, to skrobnij najlepiej coś u siebie, aby wieść o tym talencie się niosła dalej. Pozdrawiam :)

    Bezszmer, ja, jak na nieśmiałka przystało, trochę się czaiłam, wstydziłam się w tej sprawie zagadać, ale Ania widzę nie omieszkała (dzięki Aniu!) :) To co piszesz o relacji Woolf-Mansfield brzmi bardzo sensownie, i też tak sobie mniej więcej Virginię wyobrażam - w jej dzienniku roi się od tego typu ciekawych, choć nie do końca miłych uwag, większość jej znajomych chyba trafiła pod lupę i otrzymała swoją dawkę cierpkich słów, ale taki widocznie jej urok. Nawiasem mówiąc, ciekawa jestem, jaki to jest ten zapach prostytuującej się cywety ;) Zgadzamy się w każdym razie, że obydwie panie szanowały się i ceniły nawzajem. A wszelkie nowe informacje przyjmę z otwartymi ramionami :)
    I oczywiście dołączam się do Ani podziękowań na zaś :)

    Agatoris, cieszę się bardzo, zależało mi, by wypadło zachęcająco :) I niezmiernie jestem ciekawa Twoich wrażeń, napisz o nich koniecznie, jak już któraś książka Katherine Ci wpadnie w łapki. Również pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Tyle dobrego można dowiedzieć się z Twoich wpisów! Nie wiem czy trafiłabym na postać Katherine Mansfield, ale dzięki Tobie jej osoba została mi w jakiś sposób naszkicowana, a przede wszystkim zaciekawiła mnie do tego stopnia, że z przyjemnością sięgnę po jej twórczość. Wspominając wpisy z dzienników Virginii, masz na myśli dziennik "Chwile wolności", tak? Ostatnio spotkałam się z tą pozycją i bardzo mnie ona ciekawi :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Kasiu, cieszę się, że jesteś kolejną osobą, którą udało mi się zainteresować :) Zgadza się, miałam na myśli "Chwile wolności", to cudowne różowe tomiszcze które po długim okresie wzdychania trafiło wreszcie w zeszłym roku, jako prezent, w moje ręce. Wiele radości dostarczyła mi ta lektura, ale Tobie, gdybyś miała do wyboru dziennik lub biografię, polecałabym na początek to drugie, jak wspominałam w komentarzu pod poprzednią notką. Lub - cokolwiek z twórczości Woolf. Na dziennik przyjdzie czas. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Rzeczywiście wszystkie Twoje recenzje to "literackie skarby" - bardzo trafna nazwa i piękne pozycje recenzujesz, same 'perełki'. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Koleżanko droga!
    Wybacz, że dopiero teraz odpisuję na Twój komentarz u mnie, ale dopiero przed chwilką go zauważyłam.
    Pragnę podpisać się pod Twoimi słowami obiema rękami, naprawdę! (mam nadzieję, że nie będziesz mi miała za złe, że zacytowałam Cię w moim nowym poście?). Kerouac w swojej powieści sprawił, że jego świat stał się taki malutki, a Jego język; tak dokładnie dobierane słowa, po prostu mnie zachwyciły!
    Właśnie skończyłam czytać inną powieść, z Jego dorobku- Włóczędzy Dharmy, która mnie zachwyciła!(Swoją drogą właśnie napisałam o niej co nieco u siebie, wybacz taką autoreklamę, ale bardzo zleży mi na Twojej opinii). Pokochałam styl Kerouaca i nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z tym genialnym pisarzem.

    Natomiast co do Twojego wpisu i tej niezwykłej kobiety, którą opisujesz, to szczerze mówiąc nigdy o niej nie słyszałam. Wspaniale, że opisujesz takie nieznane postacie i umożliwiasz nam, czytelnikom, odkrywanie coraz to nowych horyzontów i literackich perełek, do których z pewnością możemy zaliczyć ten zbiór!
    Co tu dużo mówić- niezwykle przyjemnie czytało mi się Twoje słowa, którymi sprawiłaś, że jak najszybciej chcę zapoznać się z twórczością tej pani (jak i Virginii, po której książki chcę sięgnąć już od tak dawna...)
    Pozdrawiam Cię bardzo ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  19. Bibliofilko, różnie mi się trafia, czasem i wpadają mi w ręce lektury, którym do skarbów daleko, ale przy wyborze ufam swojej czytelniczej intuicji i na ogół się nie zawodzę. Ponadto często stawiam na klasykę, która rzadko rozczarowuje, bo to jednak rzeczy sprawdzone przez pokolenia czytelników :) Pozdrawiam również!

    Alu, napisałam już co nieco u Ciebie, tutaj powtórzę tylko że absolutnie nie mam nic przeciwko, że mnie zacytowałaś, przeciwnie - jest mi bardzo miło. Podoba mi się Twój zachwyt Kerouakiem - piszesz o nim z taką pasją, aż miło się to czyta.
    Jeśli chodzi o Katherine Mansfield - miałam nadzieję, pisząc o niej, że dotrę też do osób, które o niej wcześniej nie słyszały. Zasługuje na to. Cieszę się, że moja reklama okazała się skuteczna i z chęcią przeczytam Twoją opinię na temat Katherine - w taki zachwyt jak Kerouac może Cię nie wprawi, ale mam nadzieję, że się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Możesz być pewna, że dzięki Tobie Katherine Mansfield będzie czytana :). Zwróciłam na nią uwagę, przeglądając twoją Biblioteczkę na LC i wypożyczyłam dziś jej "Dziennik". Właściwie w ciemno, bo wpis jej dotyczący przeczytałam przed chwilą. Ale już wiem, że powinno być dobrze.
    Mam nadzieję, że ożywi mnie czytelniczo, bo ostatnio było z tym u mnie słabiutko, blog ucierpiał, dziś średnia próba rehabilitacji, ale nie można się poddawać melancholii. No, to sobie pomarudziłam, mogę skończyć.

    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  21. sQrko, myślę, że Mansfield może pomóc przełamać kryzys czytelniczy, bo jest lekka i świeża, ale, z drugiej strony, jej dziennik akurat trochę przygnębia - mnóstwo tam rozpaczliwych fragmentów o pragnieniu pisania, któremu jednak, chorując i będąc bardzo słabą, często Katherine nie mogła dać upustu. Mam nadzieję, że Cię całkiem nie pogrąży w odmętach melancholii :) W każdym razie warto, a dziennik ma akurat tę dodatkową zaletę, że to nie fikcja - zupełnie inaczej się czyta mając tę świadomość, prawda?
    A próba rehabilitacji nie taka znowu średnia, moim skromnym zdaniem :) I trzymam kciuki, aby pociągnęła za sobą kolejne "średnie" próby. Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  22. Już czuję Naiu, że to coś dla mnie, choć mam za sobą dopiero kilka stron. Ale jest coś takiego w samym tomiku, wydanie, format, pożółkłe strony...
    Masz rację, fakt, że jest to dziennik zmienia sposób odbioru i chyba czegoś takiego akurat mi brakowało, zwłaszcza, że czytanie dzienników daje mi zupełnie inny rodzaj przyjemności i zazwyczaj daje jej dużo.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Cieszę się w takim razie, mam nadzieję że te pozytywne wrażenia się utrzymają do końca lektury. Też bardzo mi odpowiadało to stare wydanie, pożółkłe strony są takie apetyczne! Czeka u mnie jeszcze w kolejce kilka książek z serii Nike, między innymi "Światłość w sierpniu" Faulknera i "Franny i Zooey" Salingera, większość to zdobycze z antykwariatów, i nie mogę się już doczekać, aż się w nich zagłębię. Nawiasem mówiąc, fotografia "Dziennika" Katherine na LC jest koszmarna - ja co prawda dodałam tę książkę, ale zdjęcie to już sprawka któregoś Bibliotekarza, a teraz ja się wstydzę. Choć tutaj się mogę wytłumaczyć ;)

    OdpowiedzUsuń
  24. nie wiedziałam, że mam w domu taki skarb, leży bez okładki, bez blurbów, więc od Ciebie się musiałam dowiedzieć:)

    OdpowiedzUsuń
  25. Bywa i tak :) miałam podobnie z dziennikiem Katherine, stał gdzieś na półce w najbardziej zapomnianym kącie wśród książek rodziców, a kiedy, zachęcona wzmiankami u Virginii, sięgnęłam wreszcie po niego, okazało się że niektóre strony nie są jeszcze porozcinane więc pewnie nigdy nie był czytany. Ale miło odkrywać takie skarby :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Naiu, piękny tekst. Jako świeżo nawrócony na Mansfield mam Upojenie jeszcze przed sobą, ale rozczarowań nie będzie, jak sądzę:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Dziękuję :) Też myślę, że rozczarowań nie będzie. Jeśli te opowiadania z "Garden party" Cię zachwyciły - tego zbiorku akurat ja z kolei jeszcze nie czytałam, ale część opowiadań z niego pojawia się też w "Jej pierwszy bal", którą już mam na koncie - to te z "Upojenia" tym bardziej powinny. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Jestem nastawiony jak najbardziej pozytywnie:)

    OdpowiedzUsuń
  29. W końcu udało mi się zdobyć książkę "Kobiety Virginii Woolf". Może tam więcej o relacji V.W i K.M doczytam, bo ciągle czuję niedosyt w tym temacie. Nie czytałam jeszcze nic Mansfield, ale mam wielką ochotę zarówno na dziennik jak i opowiadania. Po Twoim wzbogacającym wpisie jeszcze większą niż dotychczas. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  30. Virginio, nie słyszałam wcześniej o tej książce, ale wygląda na smaczny kąsek! Choć po krótkim rozeznaniu w internecie wnioskuję, że rzeczywiście w tym momencie bardzo ciężko ją zdobyć, szkoda. Mam nadzieję, że podzielisz się ciekawostkami, które tam znajdziesz, zwłaszcza na temat relacji Virginia-Katherine, bo mnie też oczywiście ta kwestia wciąż nurtuje. A że do Mansfield jeszcze bardziej zachęciłam, bardzo się cieszę, bo naprawdę warto jej twórczości poświęcić trochę czasu. Tak więc - przyjemność po mojej stronie :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Hej, zastanawiałam się, czy kupić Mansfield, a Ty przekonałaś :)
    Piękny wpis!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kupuj, ani się nie zastanawiaj. Naprawdę warto! I dziękuję za miłe słowo :)

      Usuń