sobota, 13 sierpnia 2011

Bawełna w czekoladzie i rajskie jabłuszka - "Paragraf 22", Joseph Heller

Mam wielki problem, przystępując do pisania o tej książce. Bo raz - tak wiele o niej wszędzie, że zdaje się, że wszystko, co napiszę, będzie tylko powtórzeniem tego, co napisał gdzieś już ktoś inny, a dwa - jak w kilkudziesięciu zdaniach unieść całe jej bogactwo, wszystkie smaczki, słowne gierki, dowcipy, absurdalne dialogi? Chciałabym, bo na to zasługuje, ale wiem, że to niemożliwe. Zrobię więc tyle, ile jestem w stanie. Z nadzieją, że to wystarczy.

Bohaterami Paragrafu 22 są amerykańscy lotnicy stacjonujący podczas II wojny światowej na włoskiej wysepce Pianosie. Absurdalne mechanizmy działania wojennej machiny, opisane w książce, można jednak równie dobrze odnieść do funkcjonowania świata ogólnie, dzięki czemu opowieść ta zyskuje wymiar bardziej uniwersalny. Yossarian zaś, jedyny nie respektujący ślepo narzuconego porządku, to postać, z którą utożsamić mógłby się każdy, podobnie jak bezsilny wobec systemu Józef K. z Procesu Kafki.

Bezsens porządku, przeciwko któremu buntuje się Yossarian, idealnie oddaje tytułowy paragraf 22 - przepis wojskowy, na który stale powołują się dowódcy pomiatając niższymi od siebie rangą, przepis nie do spełnienia (np. zwolnić z odbywania lotów można tylko kogoś, kto jest wariatem, jednak fakt, że zgłasza się po zwolnienie, świadczy o tym, że wariatem nie jest, więc zwolnić go nie można), którego jednak nie da się obalić ani podważyć, bo najprawdopodobniej w ogóle nie istnieje. Paragraf 22 funkcjonuje zresztą nie tylko w strukturach wojskowych - czyż nie przywodzi go na myśl też postępowanie Lucjany, która „nie może zostać żoną Yossariana, bo jest wariat, a jest wariat dlatego, że chce się z nią ożenić”? Nie bez powodu sformułowanie to przyjęło się w języku potocznym jako określenie każdej życiowej sytuacji bez wyjścia.

Faktem jest oczywiście, że Yossarian, choć powszechnie uznany za wariata, spośród wszystkich biorących udział w wojennej szopce jest najbliższy normalności. Pozostali zresztą jego koledzy, niscy rangą, wykazują również podejście bardzo zdroworozsądkowe - jest w tym wręcz coś ze świeżości i prostoty właściwej spojrzeniu dziecka. Podczas gdy niektórym - głównie tym stojącym wyżej w hierarchii wojskowej, których obowiązkiem jest pierdzenie w stołek, wymyślanie kolejnych bezsensownych przepisów (albo ogłaszanie i odwoływanie defilad) i wysyłanie szeregowców na rzeź - pogodzenie się z potworną wojenną rzeczywistością przychodzi bardzo łatwo, tacy jak Yossarian nie dają się znieczulić i wmówić sobie, że „tak musi być”. Analogię do tej sytuacji można zauważyć w znamiennym fragmencie rozmyślań Yossariana:
W niektórych częściach Afryki dorośli handlarze niewolników nadal porywają małych chłopców i sprzedają ludziom, którzy ich patroszą i zjadają. Yossarian zdumiewał się, że dzieci mogą poddawać się tak barbarzyńskim praktykom nie zdradzając najmniejszych oznak strachu lub bólu. Uważał za rzecz oczywistą, iż godzą się na to ze stoickim spokojem. Gdyby było inaczej, rozumował, zwyczaj dawno by zaginął, gdyż nie wyobrażał sobie żądzy bogactwa lub nieśmiertelności tak wielkiej, by mogła żerować na cierpieniu dzieci.

Zachwyca mnie w Paragrafie, jak doskonale łączy w sobie to, co zabawne z tym, co przerażające i smutne. A może to właśnie ten kontrast decyduje o tak wielkim wrażeniu? Mogę w każdym razie napisać, że jest to zarazem najzabawniejsza i najsmutniejsza książka, jaką było mi dane przeczytać. W jednej chwili płakałam ze śmiechu, śledząc przebieg przesłuchania Clevingera przez komisję dyscyplinarną, czytając o żołnierzu, który wszystko widział podwójnie, o majorze Majorze Majorze który przyjmował interesantów tylko wtedy, kiedy nie było go u siebie, o Milo Minderbinderze który karmił żołnierzy bawełną w czekoladzie i na zlecenie Niemców zbombardował własny obóz, bo był to świetny interes, o poruczniku Scheisskopfie którego „tragedia życia polegała na tym, że był połączony dozgonnymi więzami z kobietą, której sprośne chucie całkowicie przesłaniały tytaniczną walkę o realizację nieosiągalnych ideałów, pochłaniającą szlachetniejsze natury”, o doktorze Daneeka „uginającym się pod ciężarem podręcznego zestawu krzywd, z jakim nigdy się nie rozstawał” i wielu, wielu innych, a w następnej zamierałam przy relacjach z nalotów, wielokrotnie powracającym opisie śmierci Snowdena i wstrząsającym wręcz nocnym spacerze Yossariana po Rzymie - „i wydawało mu się, że wie, co musiał czuć Chrystus idąc przez świat, jak psychiatra przez oddział pełen wariatów, jak ofiara przez więzienie pełne złodziei”.

A kto okazuje się Atlasem dźwigającym świat z jego sensem, światełkiem w tunelu, ostatnią nadzieją? Poczciwy Orr, wypychający sobie policzki jabłuszkami, „jeden z najmilszych i najsympatyczniejszych wariatów, jakich Yossarian kiedykolwiek spotkał”, ten prostaczek, który wedle obaw Yossariana miał sobie nie poradzić sam po wojnie. W małym ciele wielki duch. Budujące.

Lektura Paragrafu 22 przywiodła mi na myśl kilka innych, wcześniej czytanych książek. Po pierwsze - Przygody dobrego wojaka Szwejka - w podobny sposób obśmiana wojenna rzeczywistość i główny bohater do złudzenia przypominający mi Yossariana (podobno zresztą Heller przyznał, że gdyby nigdy nie przeczytał Szwejka, pewnie nie napisałby Paragrafu). Poza tym to dzięki Szwejkowi w ogóle trafiłam na trop powieści Hellera. Aż mnie naszła ochota, żeby sobie dzieło Haška odświeżyć. Po drugie - Lot nad kukułczym gniazdem Keseya - cała paragrafowa ferajna mocno przypominała tę z Lotu, a więc pacjentów szpitala psychiatrycznego... Po trzecie - Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy Oty Filipa, świetna książka, którą przeczytałam na krótko przed założeniem tego bloga, więc notki o niej tu nie ma. W przypadku tej ostatniej jednak podobieństwo dotyczyło głównie konstrukcji narracyjnej - tak jak w Paragrafie, we Wniebowstąpieniu mamy do czynienia z ciągłymi retrospekcjami uzupełniającymi wydarzenia wcześniej opisane, raz po raz do wcześniejszych epizodów dorzucane są kolejne elementy układanki, i akcja posuwa się naprzód, ale bardzo powoli. Pamiętam, że czytając Filipa zastanawiałam się dość intensywnie nad tym, w jaki sposób ta książka powstała, czy autor miał na wstępie przygotowany cały skomplikowany szkielet wydarzeń i w trakcie pisania odsłaniał co rusz następny fragment całości, czy dodawał kolejne szczegóły raczej spontanicznie, i gdy czytałam Paragraf podobne myśli krążyły mi po głowie.

Tyle musi wystarczyć, żeby jeszcze nie zaznajomionych zachęcić. A kto czytał, ten wie. :)

***
Cytaty: J. Heller, Paragraf 22, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989.

7 komentarzy:

  1. moja absolutnie przeulubiona powieść! Kocham kocham kocham! Koniecznie do niej wrócę. Twoja recenzja rozbudziła mój nigdy niezaspokojony apetyt na Hellera. Troszkę jednak odradzam kolejne "części" paragrafu - Yossarian już nie jest ten sam... co nie oznacza, że nie warto przeczytać. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj Naiu i co ja zrobię? Tyle książek przede mną do przeczytania, a przez Ciebie nabrałam ochotę na powtórną lekturę "Paragrafu". To jedna z najlepszych książek o bezsensie wojny. A major Major Major to dla mnie z pewnych względów postać kultowa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. gdzież jest niegdysiejszy Snowden? :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam ją dość dawno temu... Pamiętam, że w paru momentach podziałała na mnie odpychająco, w innych wstrząsnęła, ale ogólnie stwierdzam, że kawał dobrej literatury, choć nie dla każdego. Ale też nie każdy lubi absurd powieści Kafki.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Orchisss, podzielam Twój zachwyt :) Za kontynuacje może się kiedyś zabiorę, jak będzie okazja, ale pewnie bez pośpiechu, skoro mówisz, że nic specjalnego - tak zresztą słyszałam też z innych źródeł. Trudno się dziwić, skoro, z tego co się orientuję, dalsze części pisane były trochę na siłę, na fali popularności pierwszej... Pozdrawiam również!

    sQrko, wybacz :) zgadzam się, że jako powieść obnażająca absurd wojny "Paragraf" naprawdę miażdży, a major Major Major był prawdziwie rozkoszny!

    Zacofany, zaiste, pytanie, na które nie było odpowiedzi :)

    Anhelli, też uważam, że to nie książka dla każdego, potrzeba pewnie trochę specyficznego poczucia humoru, no i apetytu na absurd, żeby ją docenić. Akurat wszyscy z mojego otoczenia, którym było dane ją przeczytać, byli nią zachwyceni, ale nie mam złudzeń - nie ma w końcu przepisu na książkę idealną, która podobałaby się wszystkim. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Strona jest nieczytelna

    OdpowiedzUsuń