niedziela, 11 września 2011

Złocista melancholia umierającego lata - "Światłość w sierpniu", William Faulkner

Na wstępie w kilku słowach pragnę wyrazić moje uwielbienie dla samego tytułu tej książki. Prześladował mnie niemal od chwili, kiedy go pierwszy raz usłyszałam – jego brzmienie, skojarzenia które natychmiast przywodzi, mój osobisty sentyment dla sierpnia (nigdy świat nie jest piękniejszy niż wtedy!). Nie owijając więc w bawełnę, Faulkner był na mojej liście od dawna, ale o tym, od której jego książki tę znajomość zaczęłam, zadecydował właśnie tytuł.

Nie potrafię powiedzieć, czego właściwie się spodziewałam po Światłości w sierpniu, ale na pewno nie pokryło się to z tym, co dostałam. Od pierwszych stron czułam się, jakbym trzymała w dłoniach zamkniętą szkatułkę. Czytałam, czytałam, próbowałam ją ugłaskać, obracałam łagodnie w dłoniach z nadzieją, że mi się podda, ale niestety – do końca nie dała się oswoić. Pozostała obca, jakbym przez cały czas ślizgała się po powierzchni. Nie udało się otworzyć szkatułki!

Mamy w tej historii kilka kluczowych postaci. Lena – młoda dziewczyna, która, brzemienna, wyrusza w uciążliwą podróż śladami tatusia swojego dziecka. Christmas – bękart z domieszką murzyńskiej krwi, któremu przez całe życie ciąży jego pochodzenie. Hightower – duchowny wyklęty przez własne owieczki za ekscentryczne kazania oraz za skandal związany ze zdradami i samobójstwem jego żony. Byron Bunch – pracownik tartaku, który zakochuje się w Lenie i w porywie szlachetności pomaga jej odnaleźć ojca jej dziecka. Ojciec tegoż dziecka, znany najpierw jako Łukasz Burch, później – jako Joe Brown, kretyn, opryszek, bawidamek, któremu ani w głowie zakładanie rodziny. Panna Burden – starsza, samotna kobieta, żyjąca w częściowej izolacji przez swoje murzyńskie sympatie, która zostaje kochanką Christmasa. Losy ich wszystkich krzyżują się w małej mieścinie Jefferson, gdzie Bunch, Christmas i Brown byli pracownikami tartaku, gdzie mieszkają także Hightower i panna Burden, a gdzie Lena trafia w poszukiwaniu ojca swego dziecka.

Nie będę wnikać w zawiłości fabuły, wspomnieć jednak muszę o tym, co przykuwa uwagę, jeśli chodzi o bohaterów tej powieści, ich myśli, ich postępowanie, ich wzajemne relacje. Zdawali się oni – przynajmniej mnie – istotami z zupełnie innego świata. Na próżno szukać racjonalnych podstaw ich zachowania, ich wątpliwości są dla mnie zupełnie niezrozumiałe, zasady funkcjonowania ich wzajemnych relacji – niewytłumaczalne. Jakby wszystkim rządziło jakieś gorące, gęste, tętniące szaleństwo, jakby wszyscy byli opętani tym złocistym sierpniowym skwarem. I o ile, z tego co zauważyłam, czytelnicy tej powieści na ogół poczytują to za zaletę, za jakąś zupełnie nową literacką jakość, mnie to irytowało – bezustanne poczucie zagubienia, ciągłe dobieranie się do tej szkatułki, tępienie sobie na niej zębów i paznokci, i wszystko na nic. Może trzeba było się poddać temu szaleństwu, może jakoś nieodpowiednio do tej lektury podeszłam. Może, może.

Bardzo mieszane uczucia wywołał też u mnie sam język, styl Faulknera. Niektóre jego metafory były tak dziwaczne i „nie na miejscu”, że trudno mi było uwierzyć w to, co czytam. Bywało jednak i tak, że zaraz następne zdanie po tak pokracznym tworze zachwycało mnie swoim kształtem, wdziękiem, istne cudeńko! Nieraz długo trwałam w oczarowaniu plastycznością Faulknerowskich obrazów. I podobało mi się, jak przyroda wciąż korelowała z losami bohaterów, jak ten sierpień złocił się wciąż gdzieś w tle ze swoim przepychem, ze swoją światłością, ale i z melancholią przemijającego lata – szczególnie to było widać w przypadku panny Burden.
Było to coś pochodzącego z ciemności, z ziemi, z umierającego lata, coś groźnego i straszliwego dla niej, ponieważ instynkt upewniał ją, że nie zrobi jej to krzywdy, ale ogarnie ją zupełnie i zwiedzie, nie krzywdząc; przeciwnie, zostanie ocalona, a życie pobiegnie dalej tak samo, może nawet lepiej, mniej przerażająco. Przerażające było tylko to, że nie chciała być ocalona. (...) Był to ostatni błysk upartego, umierającego lata, zaskoczonego niespodziewanie przez świt jesieni, będącej już tylko na wpół życiem.

Ale czy tylko o tę korelację chodziło w tytule? Ciągle o tym myślę. Jak głosi (nie wiadomo do końca, na ile prawdziwa) historyjka na anglojęzycznej Wikipedii, tytuł roboczy tej książki był zupełnie inny, ale gdy pewnego sierpniowego wieczoru Faulkner siedział z żoną na ganku i ta zwróciła uwagę na niezwykłe właściwości światła w sierpniu, olśniło go. Tak zrodzony tytuł miał podkreślać symboliczne znaczenie światła i miesiąca sierpnia w tej powieści, ale jakie jest to znaczenie, co to za symbol? Dlaczego akurat Światłość w sierpniu miała być tak znamienna?

Dużo, dużo jeszcze do przemyślenia! Także zagadek fabularnych, które w powyższych wynurzeniach obeszłam szerokim łukiem. Ale to dobrze, lubię książki w ten sposób wżerające się w mózgownicę, więc mimo że trochę się przy czytaniu tej powieści zmęczyłam, to z mojej strony należy się panu Faulknerowi głęboki ukłon.

***
W. Faulkner, Światłość w sierpniu, wyd. Czytelnik, Warszawa 1975.

13 komentarzy:

  1. Dla równowagi można posłuchać płyty Stańki "Wolność w sierpniu" . A tak serio. Przeczytałam "Dzikie palmy" Faulknera. To niewielka książeczka, ale po niej zrezygnowałam z czytania książki "Wściekłość i wrzask". Pozdrawiam.
    Ale swoją drogą, seria Nike to porządna seria.

    OdpowiedzUsuń
  2. 'Światłość' jeszcze przede mną, więc na jej temat nic nie powiem, ale jeśli chodzi o niejasności,zawiłości w książkach, to bardzo lubię. Wiem, że to może w jakiś sposób kojące, że książka ma początek, środek i koniec i na końcu się wyjaśnia wszystko, ale zarazem to (jak dla mnie) fałszywe i papierowe. Lubię jak zostanie coś nienazwanego, nieuchwytnego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie miałam tego w planach, ale teraz to się łamię. Bo napisałaś tak, jakby ta książka była otwierana jakimś kluczem, wytrychem - Ty się przyznajesz, że klucza nie znalazłaś, a komuś innemu może się to udać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spodobało mi się to stwierdzenie->Od pierwszych stron czułam się, jakbym trzymała w dłoniach zamkniętą szkatułkę. Czytałam, czytałam, próbowałam ją ugłaskać, obracałam łagodnie w dłoniach z nadzieją, że mi się podda, ale niestety – do końca nie dała się oswoić.

    Ja również mam często problem z obłaskawieniem danej pozycji.
    Wtedy najczęściej odkładam ją na później. Jej obraz dojrzewa we mnie i dopiero wtedy odczytuję znów jej znaczenie.
    Nie wiem, czy ,,Światłość w sierpniu,, będzie dla mnie, obecnie, dobrą lekturą :)
    Nie szukam na razie rozgorączkowania, a coś czuję, że ta książka zawiera go w nadmiarze:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Faulknera mam w planach już od pewnego czasu. Sama jeszcze nie wiem od czego zacznę. A ta pozycja, dzięki Twojej recenzji, mnie intryguje.

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałem dokładnie to samo uczucie czytając Światłość. Wszystko jest tak dokładnie ze sobą spasowane, tak doskonałe, że nie wiadomo za bardzo jak się dostać do środka. Ale może to być kwestia niedostrojonego ucha i oka. Albo to, że trzeba się bardziej wysilić, więcej samemu dopowiedzieć, poszukać jakichś bardziej abstrakcyjnych tropów.

    Przeciwstawiłbym Faulknera Steinbeckowi. Tak jak jest napisane Na Wschód Od Edenu Faulkner nigdy by nie napisał żadnej książki. Steinbeck od razu wykłada kawę na ławę i jego wszystkie niedoskonałości czy "niedoskonałości" są na swój sposób urocze i przyciągające.

    Mam zamiar przeczytać Światłość jeszcze raz. Nie wiem kiedy, ale spróbuję jeszcze raz do niej podejść. Trochę łatwiej dostać się do szkatułki w przypadku Absalomie, Absalomie.

    OdpowiedzUsuń
  7. miałam podobne odczucia przy czytaniu "As I lay dying".
    wymagająca lektura, ale sprawiająca też trochę satysfakcji. tak jak napisałaś, 'wżera się w mózg'. chociaż trochę czasu musi minąć zanim sięgnę po kolejną pozycję Faulknera.

    OdpowiedzUsuń
  8. Monotema, oj, aż tak źle było z tymi "Dzikimi palmami"? Zgadzam się co do serii Nike, też ją uwielbiam, kilka już pozycji przeczytałam a następne kilka wdzięczy się do mnie z półki, i już się ich nie mogę doczekać. Pozdrawiam!

    Porzadek_alfabetyczny, to co piszesz ma sens, dobrze jak książka do końca intryguje i pozostawia pewien niedosyt, jakąś niepewność, a nie obnaża się całkowicie na końcu i nie pozostawia pola dla wyobraźni i dociekań :) ale tutaj czułam już jakiś przesyt, wybitnie mnie te niejasności irytowały, brakowało mi choćby jakiegoś punktu zaczepienia. Ale może Ty to inaczej odbierzesz. Mimo wszystko uważam, że warto spróbować.

    Agnes, no tak, są ludzie zachwycający się "Światłością", więc przypuszczam, że udało im się jakoś do niej dotrzeć, może i Tobie się uda :)

    Biedronko, czasem faktycznie pomaga takie odłożenie książki na później, ale ja jakoś - może niesłusznie - rzadko stosuję takie rozwiązanie, zwykle traktuję lektury jak wyzwania, więc niehonorowe wydaje mi się takie poddanie się na wstępie. Jeśli nie szukasz akurat rozgorączkowania, to chyba rzeczywiście lepiej ze "Światłością" poczekać na lepsze czasy :)

    Balbino, nie doradzę Ci, bo na razie tylko tę jedną mam na koncie - ale słyszałam, że jest dobra na początek. Mnie może nie zachwyciła, ale też na pewno i nie zniechęciła do Faulknera.

    Stephen, masz rację z tym Faulknerem i Steinbeckiem - jak dwa przeciwne bieguny. Faulkner, może paradoksalnie, mimo całej tej gorącej atmosfery wydaje się jakiś zimny, hermetyczny? a Steinbeck to zupełnie inna bajka. Ale na pewno będę jeszcze zgłębiać temat, skoro piszesz że "Absalomie, Absalomie" jest przystępniejsza, to może będzie następna. (Steinbecka zresztą też będę zgłębiać, bo na razie tylko NWOE i "Myszy i ludzi" czytałam, a chciałabym więcej).

    Bezszmer, o, "Kiedy umieram" też mnie trochę kusi, ale to fakt, że Faulknera się chyba na jednym wdechu czytać nie da, ja też zamierzam teraz od niego odpocząć.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak czytałam to, byłam gówniarą, więc w pamięci ostało się zaledwie kilka motywów. Gorące amer. południe, Murzyni, ciężka praca i jak wynika z Twojej recenzji bodajże Christmas. Moje skojarzenia z tytułem opierają się na ostatnim wysiłku, ostatnim odruchem energii przed porą umierania - jesienią. Ta Ameryka, o której pisał Faulkner, miała wkrótce zniknąć. Mogę nie mieć racji, w końcu to faktycznie trudna książka, trudno się w nią gryźć. Czasem żałuję, że czytałam takie książki jako dzieciak, ale, kurcze, w sumie jak się wychowywać, to na najlepszych, co? ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Kornwalio, taka koncepcja ma sens, zgadzałoby się to też ze sposobem, w jaki opisane zostały odczucia panny Burden. Moje spojrzenie na tę książkę było do tej pory raczej mało globalne, usiłowałam się wgryźć w szczegóły, a może trzeba mi było kroku w tył, żeby ogarnąć jeszcze to, co Faulkner chciał przekazać na temat przemian w Ameryce tamtych czasów. Tylko co miałoby być tutaj śmiercią? W kwestii dyskryminacji Murzynów wszystko chyba szło ku lepszemu, a ta jesień kojarzy mi się raczej z czymś negatywnym, z takim "na wpół życiem", jak u panny Burden. Będę się musiała jeszcze zastanowić, ale dzięki za ten inspirujący punkt widzenia!

    A z tym czytaniem trudnych książek w młodocianym wieku, świetnie Cię rozumiem - też mam kilka takich, które czytałam jeszcze jako nierozumny szczyl (pisałam zresztą chyba coś na ten temat i u Ciebie, przy okazji "Lamparta" Lampedusy, który był jedną z takich książek) i z jednej strony żałuję, ale z drugiej - faktycznie, mimo wszystko jeśli chodzi o dobrą literaturę to im wcześniej tym lepiej, choćby żeby się z nią zacząć oswajać :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zakładałam powolną śmierć Południa takiego, jakie znano przez lata, ale Ty masz świeższe wspomnienie, więc nie mam żadnej pewności :)

    OdpowiedzUsuń
  12. I znowu trafiłam do ciebie na blog :) I początek mojego posta będzie taki sam: niektóre rzeczy chce się przeczytać, bo tytuł. Uwielbiam tytuły Faulknera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło Cię znów widzieć, wpadaj częściej :)
      Tytuły rzeczywiście pierwsza klasa!

      Usuń