niedziela, 15 lipca 2012

Słoneczne puzzle w wojennej układance – „Złodziejka książek”, Markus Zusak

Markus Zusak nie przeżył II wojny światowej. Urodził się trzydzieści lat po jej zakończeniu, dziesięć tysięcy kilometrów od jej centrum wydarzeń, w dalekim Sydney. Od dziecka jednak słyszał opowieści o wojennych przeżyciach, o bombardowaniach Monachium i przemarszach Żydów przez miasteczko w którym mieszkała jego matka, Niemka. I z tego ulepił swoją historię.

Główną bohaterką i tytułową złodziejką książek jest Liesel Meminger, dziewczynka, która na wstępie książki trafia do miasteczka Molching w pobliżu Monachium, do rodziny Hubermannów. Matka zamierza oddać Liesel i jej brata pod opiekę rodziny zastępczej, aby ich chronić, jednak w trakcie podróży chłopiec umiera i na miejsce trafia tylko jego siostra. Liesel, z początku przerażona i osamotniona, wkrótce odnajduje jednak w przybranych rodzicach (a zwłaszcza w tacie, malarzu pokojowym – tak jak ojciec Zusaka – akordeoniście i rozproszycielu koszmarów, którego pieszczotliwie nazywa „papą”) troskliwych przyjaciół, zaprzyjaźnia się także z ludźmi z sąsiedztwa, szczególnie z równolatkiem Rudym Steinerem. Wkrótce do grona jej przyjaciół dołącza Żyd Maks Vandenburg, którego papa zgadza się ukryć w ramach dotrzymania obietnicy złożonej przed laty.

Wojna, odrzucenie, podział ludzi na lepszych i gorszych okazuje się katalizatorem przyjaźni. Liesel z Maksem łączy zamiłowanie do słów, a do tego dostrzega w nim wyrzutka podobnego do siebie, śledzonego niechętnymi spojrzeniami i toczącego wciąż walkę ze światem (oraz z Hitlerem – co wieczór na ringu, w wyobraźni). Podobnie jest z nią i Rudym. Obydwoje są niepokorni, a w towarzystwie mają opinię nienormalnych. Liesel gra w piłkę na równi z chłopcami i nie stroni od bitki, no i jeszcze ta jej pasja do słów i namiętne kradzieże książek! Za Rudym zaś ciągnie się historia sprzed lat, kiedy to, naśladując czarnoskórego biegacza Jessego Owensa, pobiegł na sto metrów z twarzą wysmarowaną węglem. Postępek, rzecz jasna, bardzo niestosowny w nazistowskich Niemczech.

Podczas jednak gdy przyjaźń Liesel i Maksa w normalnych warunkach pewnie miałaby małe szanse nawiązania, jej związek z Rudym jest swojskim elementem zwyczajnego, pozawojennego życia – wykwita na brudnej uliczce biedoty sam z siebie, wojenna rzeczywistość może go stymulować do nieco większej zażyłości, ale na ogół jest dla niego tylko tłem. Do ponurej układanki autor wciska słoneczny puzzel pod tytułem „pierwsze zauroczenie”. Nie do końca tam w tych okolicznościach pasuje, ale przecież jest czymś jak najbardziej naturalnym – gdyby nie wojna, nikomu nie wydałby się dziwny.

Humor Zusaka jest przewrotny. Na samym początku znalazła się scenka – jedna z pierwszych z udziałem Rosy Hubermann – w której kobieta obrzuca odmawiającą kąpieli Liesel wyzwiskami. Czytelnik gryzie palce, nastawiając się już na kolejną serce krającą historię o wychowanym w patologicznej rodzinie dziecku, by zaraz potem uświadomić sobie, że Rosa ma w gruncie rzeczy złote serce, a czułych słówek w stylu Saumensch (świnia) i Arschloch (dupek) używa w stosunku do wszystkich. Ot, jej urok. Są też szczegóły – jak choćby fakt, że książką, która uratowała Maksowi życie i w której ukryty został klucz do domu Hubermannów, było Mein Kampf. I na kartach tej właśnie książki, pomalowanych białą farbą, Maks opowiedział w obrazkach swe życie oraz napisał bajkę – wyraz niezłomności ducha nawet w obliczu hitlerowskiego odczłowieczenia. Wreszcie – sam fakt, że narratorem jest tu śmierć. Śmierć przyjacielska, o miękkim sercu i trochę zmęczona swoim pełnoetatowym zajęciem.

Wspomniałam o bajce Maksa. Porusza ona pewną istotną kwestię, która przyświeca całej Złodziejce książek. Otóż bohaterem tej powieści, na równi z Liesel, Rudym, Maksem i Hubermannami, są słowa. Słowa, które jednak mogą być zarówno nośnikiem magii, płaszczyzną porozumienia, lekiem na strach, jak i, niewłaściwie użyte – narzędziem zniszczenia, tak jak w ustach Hitlera. Jakże bowiem inaczej udało mu się dojść do tak wielkiej władzy, jak udało mu się zawładnąć tyloma sercami, jeśli nie za pośrednictwem umiejętnej mowy? Gromadząc te wszystkie doświadczenia, Liesel odbiera swoją naukę i uświadamia sobie, jak wielka jest moc słów.  

Wydaje się, że już wystarczająco wiele podałam powodów, dla których warto tę książkę przeczytać, bo też prócz jednej drobnostki – momentami zbytniej teatralności, przesadnego nastawienia na robienie wrażenia, czego osobiście nie lubię – nie mam jej nic do zarzucenia. Wystarczająco wiele podałam powodów, ale podam jeszcze jeden. Jest warta lektury dla samego konceptu. Niewiele w końcu jest historii (a przynajmniej ja nie kojarzę), które pokazują drugą stronę medalu, pozwalają nam spojrzeć na wszystko nie ze strony Żydów czy Polaków, a ze strony Niemców. Dowiadujemy się w ten sposób, jakie i oni cierpieli męki i głód podczas wojny, jak trudne było życie pod rządami Hitlera dla tych, którzy nie podzielali jego idei i jak potwornym doświadczeniem jest bycie zmuszanym do nienawiści. Taki zresztą był cel Zusaka, o czym sam mówił – zaserwować nam opowieść z drugiej strony barykady. I ja to doceniam.

***
M. Zusak, Złodziejka książek, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2008.

8 komentarzy:

  1. Czytam tak sobie Twojego bloga i dziękuję Ci za wpis
    oraz zapraszam także do moich recenzji książek na stronę
    http://dodeski.pl

    Gorąco polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zajrzałam. Z tego co widzę, koncentrujesz się raczej na nowościach, które mnie interesują trochę mniej, ale będę od czasu do czasu zaglądać. Tylko mam problem - nie wiem, czy to tylko u mnie - niektórych Twoich recenzji nie widzę, klikam w nie i wyświetla mi się tylko pierwszy akapit lub okładka książki. Tak było na przykład z "Małżeństwem Klaudyny", którą to recenzję bym akurat chętnie przeczytała. Pozdrawiam.

      P.S. Ja też kocham jeść, ale gotować już niespecjalnie :)

      Usuń
  2. Hej, ja mam pytanie małe. Czy byłabyś zainteresowana umieszczeniem w Katalogu Czytelniczym? Wystarczy tylko, że dodasz Katalog do linków i napiszesz w komentarzu bądź w mailu, żebym wpisała na listę Twojego bloga. :) Oczywiście, do niczego nie zmuszam.
    Pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OK, czemu nie. Zgłoszenie poszło :)

      Usuń
  3. Bardzo mi się ta książka podobała, podobnie zresztą jak zupełnie inny "Posłaniec". A ta bajka o słowach moim zdaniem rewelacyjna i genialnie przekazana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Posłańca" też będę chciała przeczytać, ale nie spieszy mi się z tym jeszcze jakoś dziko. Co do bajki - ja, szczerze mówiąc, nie jestem pewna czy ją do końca zrozumiałam, jakieś przesłanie, chyba słuszne, wyciągnęłam, ale miałam chwilami wrażenie, że autor przesadził z enigmatycznością. Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Obecnie jestem w trakcie czytania tej książki i jak na razie bardzo mi się podoba. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisz coś więcej, jak już skończysz! Chętnie przeczytam.

      Usuń