niedziela, 24 lutego 2013

Poskromienie despotki – „Sztuka uprawiania róż z kolcami”, Margaret Dilloway

[1]
Gdy myślę o różach, staje mi przed oczami ten znany obraz Johna Williama Waterhouse'a – My Sweet Rose. Galilee Garner, główna bohaterka Sztuki uprawiania róż z kolcami Margaret Dilloway, różni się jednak od przedstawionej na nim rudowłosej marzycielki tak bardzo, jak to tylko możliwe. Mimo ograniczeń jej schorowanego ciała (cierpi na przewlekłą niewydolność nerek) jest osobą bardzo aktywną i zdecydowaną, ale niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To mała, pewna siebie despotka, która wydaje o ludziach twarde sądy i tylko sobie przypisuje prawo do absolutnej racji. Na co dzień zachowuje się podobnie jak w szkolnej sali – stawia wszystkim wysokie wymagania i nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś może być słaby i niedoskonały. Nie bawi się przy tym w subtelności – znajomemu ze szpitala, starszemu panu Markowi Waltersowi, mówi bez ogródek że zasługuje on na przeszczep nerki mniej niż ona, gdyż zaprzepaścił swe zdrowie przez alkoholizm.

Nawet w jej stosunku do róż, których hodowla jest jej największą pasją, nie widać matczynej troski – zdaje się raczej traktować je jako przepustkę do uznania i sławy wśród innych hodowców. Owszem, zajmuje się nimi z ogromną dbałością i poświęceniem, ale nie sposób opędzić się od myśli, że tak naprawdę chodzi o pielęgnowanie własnego ego.

Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy do Gal przyjeżdża jej nastoletnia siostrzenica Riley. Jest nieślubną córką siostry Gal, Becky, która zawsze postrzegana była jako czarna owca rodziny – cierpiąc z powodu braku uwagi rodziców, wiecznie zaabsorbowanych zdrowiem drugiej córki (których chuchanie i dmuchanie, choć uzasadnione, leży moim zdaniem u podstaw wybujałego ego Gal), zaczęła eksperymentować z alkoholem i narkotykami. Wyjazd Becky do pracy do Hongkongu i zostawienie córki pod cudzą opieką jest oczywiście dla nieskazitelnej Gal kolejnym dowodem na nieodpowiedzialność siostry i z początku niechętnie przyjmuje siostrzenicę.

To Riley daje jednak Gal – mimo że nie do końca świadomie – pierwszą lekcję pokory, troski o cudze uczucia i zaglądania w głąb ludzkiej duszy, pod zewnętrzną powłokę sprawiającą nieraz mylne wrażenie. Wkrótce wychodzi na jaw, że Walters jest bardziej sympatyczny, niż z początku sądziła, jej szkolni pupilkowie – wcale nie tak nieskazitelni, jak na to wyglądają, a lord Byron róż, legendarny hodowca, który wprowadził ją w świat wystaw i konkursów – bardziej małoduszny, niż skłonna była sądzić po jego pomocnym zachowaniu.

A więc – okazuje się, że może jednak nie mieć racji! Stopniowo łagodnieje, choć rewolucyjnej przemiany nie ma. Otwiera się na innych, rozwija się jak pączek róży, ale wciąż kłuje, a obchodzenie się z nią to prawdziwa sztuka uprawiania róż z kolcami.

Narracja w tej powieści jest sucha i nieco łopatologiczna – nic jednak dziwnego, skoro narratorką jest sama Gal. Nawet w jej sposobie relacjonowania zdarzeń zaznacza się wyraźnie stanowcza, nauczycielska osobowość – widzi świat w sposób prosty, zdecydowany i kategoryczny, więc tak go opisuje.

Ponieważ to ona opowiada tę historię, przedstawia ją również z korzystnego dla siebie punktu widzenia, stale usprawiedliwiając swe postępowanie. Łatwo jednak dojść do wniosku, że postępuje samolubnie i despotycznie. Oczywiście należy wziąć poprawkę na jej ciężką chorobę, ale nawet mając to na uwadze nie byłam w stanie wykrzesać z siebie współczucia. Gal cierpi, ale równocześnie wykorzystuje swój stan zdrowia by przekonać innych i samą siebie, że wszystko się jej należy – i usprawiedliwia nim absurdalne nieraz żądania wobec przyjaciół.

Postać panny Garner była ponoć inspirowana szwagierką autorki, którą ta bardzo podziwiała za energiczność i pewność siebie zachowaną nawet w obliczu ciężkiej choroby (która w roku 2011 doprowadziła do jej śmierci). Nie jestem więc pewna, czy zamiarem Dilloway było przedstawienie tej bohaterki w tak niekorzystnym świetle, czy po prostu „tak wyszło”. Przypuszczam, że zwłaszcza po swej przemianie miała jednak być postrzegana jako bardziej sympatyczna, ale ostatecznie dobrze się stało. Powstała bowiem postać złożona, która będzie na pewno budziła sprzeczne emocje i może stać się tematem burzliwych dyskusji.

Margaret Dilloway [2]
Sztuka... ma więc niewątpliwy atut w postaci głównej bohaterki, mam jednak żal do autorki za niedopracowanie niektórych wątków. Rozgrywająca się gdzieś w tle rodzinnych i zdrowotnych dramatów Gal historia Brada, Samanthy i innych dzieciaków ze szkoły zapowiadała się z początku na kawał niezłego motywu kryminalnego, tymczasem jej rozwiązanie jest banalne i rozczarowujące. Duży potencjał miała też moim zdaniem tajemnicza postać Byrona, różanego lorda, który ostatecznie skończył jako niewiele znacząca figurka w zawiłych losach Gal. No i Becky – po wszystkich tych wspomnieniach i rozmowach na jej temat czekałam niecierpliwie, aż wkroczy do akcji, spodziewając się jakiegoś trzęsienia ziemi. Wypadła jednak blado i epizodycznie, jakby autorce spieszyło się do zakończenia i zabrakło jej już siły na sprawne zamknięcie tego wątku.

Ciekawie było za to dowiedzieć się co nieco na temat hodowli róż – Gal bowiem często i gęsto dzieli się z czytelnikiem informacjami i uwagami dotyczącymi swojej pasji. Autorka nie kryje, że przygotowując się do napisania tej książki spędziła sporo czasu zgłębiając tę tematykę pod okiem specjalistów z Towarzystwa Różanego San Diego. Poza tym Sztuka... podzielona jest na kilka części, z których każdą otwiera krótki rozdzialik z fikcyjnego Wielkiego poradnika hodowli róż Winslowa Blythe'a, zawierający wskazówki dotyczące pielęgnacji kwiatów w nadchodzącym miesiącu. Każdy z tych fragmentów w sposób bardzo subtelny – tak subtelny, że zwróciłam na to uwagę dopiero kilkanaście stron przed zakończeniem – nawiązuje do treści części, która jest nim opatrzona. Fajny pomysł.

To przyjemna kobieca lektura, nie polecam jej jednak wielbicielkom wielkich romansów. Zwabione opisem, po lekturze mogą poczuć się rozczarowane, bo miłość nie gra tu pierwszych skrzypiec, a spektakularnych scen jak z sióstr Brontë na próżno szukać.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu M.

***
M. Dilloway, Sztuka uprawiania róż z kolcami, Wydawnictwo M, Kraków 2012.

***
Ilustracje:
[1] Wikimedia Commons
[2] http://www.blogher.com/files/Margaret_Close.jpg

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz