wtorek, 25 czerwca 2013

Czarno-biała gra pozorów – „Ludzie Julya”, Nadine Gordimer

Hector Pieterson to najsłynniejsza ofiara zamieszek w Soweto – 13-letni chłopiec zastrzelony został przez policję. Na zdjęciu inny uczeń niesie ciało Hectora, z boku idzie jego siostra. Fot. Sam Nzima
W latach 70. w Soweto w RPA wybuchło powstanie czarnoskórej ludności, która protestowała przeciwko wprowadzeniu w szkole obowiązku nauczania języka afrikaans, będącego dla nich mową kolonizatorów-ciemięzców. Zamieszki zostały wówczas krwawo stłumione przez rząd (śmierć poniosły m.in. setki protestujących dzieci i młodzieży), Nadine Gordimer napisała jednak alternatywną wersję tej historii – wersję, w której czarni zwyciężają i kończy się doba apartheidu (segregacji rasowej). Ludzie Julya, książka o której mowa, wydana została w 1981 roku. Trzynaście lat później, w 1994 roku, apartheid rzeczywiście upadł.

Osią powieści południowoafrykańskiej noblistki jest skomplikowana relacja między małżonkami Maureen i Bamfordem Smalesami oraz ich czarnoskórym służącym Julyem. Skomplikowana o tyle, że gdy w Soweto wybuchają zamieszki, Smalesowie wraz z trójką dzieci trafiają pod opiekę Julya, do domu jego rodziny w murzyńskiej wiosce.

July nie ma się za co mścić. Smalesowie zawsze traktowali go z godnością i darzyli dużym zaufaniem, dlatego też nawet po nieoczekiwanym przewrocie wciąż zachowuje się względem nich jak oddany służący. Na jak długo jednak wystarczą zakodowane w świadomości zasoby służalczości? Jak długo żywa będzie pamięć o wyświadczonych mu przez przełożonych dobrodziejstwach? Świadomość, że to on jest panem sytuacji narasta w nim powoli, Smalesowie natomiast z lękiem wypatrują jakiejkolwiek zmiany w jego zachowaniu, zdając sobie sprawę ze swego położenia. Nie pomaga również presja ze strony żony i matki Julya, którym nie podoba się obecność białoskórych gości.

Stosunki między poszczególnymi uczestnikami dramatu mimo pozornej serdeczności są więc niesamowicie napięte, a atmosfera z minuty na minutę robi się coraz bardziej duszna. Prócz tego Smalesowie nie do końca potrafią się odnaleźć w rzeczywistości małej murzyńskiej wioski, gdzie żyje się zgodnie z rytmem natury, w warunkach wręcz spartańskich. Nie chodzi o to, że oczekują satynowej pościeli i herbaty podawanej codziennie o piątej w chińskiej porcelanie. Przeciwnie – starają się z wdzięcznością przyjmować każde najmniejsze udogodnienie i z gorliwością niechcianych gości rzucają się do pomocy. Uświadamiają sobie w końcu jednak, że ich wysiłki są groteskowe. Zbiornik na deszczówkę, który z takim zapałem naprawia Bam, wcale nie jest mieszkańcom wioski potrzebny, a zbierająca rośliny wraz z resztą kobiet Maureen raczej je krępuje i bawi niż budzi sympatię.

Dla Maureen jest to szczególnie bolesna świadomość, wychowana bowiem przez nianię-Murzynkę, połączona z nią więzami wielkiej przyjaźni, sądziła że potrafi zasymilować się z czarnoskórymi, że jest poniekąd jedną z nich. Jej wizja świata upada, oparta została bowiem na poddaństwie czarnych, nawet jeśli kobieta nie zdawała sobie z tego sprawy.

Obcość wkrótce wkrada się również między małżonków. Ich ostentacyjna, brudna cielesność, wyeksponowana w obecnych warunkach, brzydzi ich. Bam przyrównuje w myślach opaloną szyję żony z prostackim, czerwonym karkiem jej ojca-sztygara, zaś Maureen nie może się pogodzić z tym, że ciało jej męża, które zwykła pieścić w łóżku, w ciasnej glinianej chacie pozbawionej okien wydaje tak nieznośny odór. Stopniowo zamykają się w sobie i w narzuconych sobie rolach, przeżywając każde po swojemu swój dramat, a ich drogi rozchodzą się coraz bardziej.
Poczuła nagły, krótki impuls (…) aby podejść do tego mężczyzny, wtulić się w niego, objąć go, dotknąć kogoś utraconego, nie człowieka, który przetrwał w jego imię i od czasu do czasu dostarcza ludziom mięsa oraz ryb.
Ona. Nie „Maureen”. Nie „jego małżonka”. Obecność w glinianej chacie, milcząca, zajęta własnym byciem, jaźń za którą nie mógł podążyć, bo nie było tam żadnych znajomych przestrzeni, w których mógłby sobie wyobrazić jej ruch, ani żadnych znajomych obiektów, na które mogłaby zareagować.

Zmęczenie trudną sytuacją i nieustannym napięciem doprowadza wreszcie Maureen do gorzkiej konstatacji – należą do Julya. Są „stworzeniami tych ludzi tak jak bydło i świnie”. Równocześnie tytuł powieści zawiera w sobie opozycję, „ludźmi Julya” określeni bowiem mogą być zarówno Smalesowie, jak i współplemieńcy służącego, a więc przedstawiciele tego obcego świata, ograniczonego ramą horyzontu – tak ciasnego, ale zarazem tak z ową ciasnotą pogodzonego i swobodnego. Dwa bieguny, biel i czerń.

Skąd natomiast porównanie Ludzi Julya do Władcy much? Sądzę, że to przez motyw upolowanej świni i jej groteskowego truchła, pojawiający się w obu powieściach (ale w utworze Goldinga pełniący ważniejszą rolę), a także nieco podobny schemat fabularny – ekstremalna sytuacja nieludzko zniekształcająca wzajemne postrzeganie się bohaterów i związana z tym duszna, mroczna atmosfera. Różnica polega jednak na tym, że znalazłszy się nieoczekiwanie na wyspie dzieci z Władcy much nie dźwigały na plecach jarzma dawnej zależności pan-sługa, tymczasem między bohaterami Ludzi Julya relacja ta pojawia się i jest bardzo istotna. Niezależnie od tego, jak bardzo Smalesowie staraliby się znieść ten dystans, zawsze będzie stał między nimi a Julyem, wisiał niczym klątwa, strasząc widmem zemsty.

***
Wszystkim zainteresowanym kontekstem historycznym tej powieści, czyli południowoafrykańską walką z apartheidem w drugiej połowie XX wieku, polecam ten artykuł. Dokładnie tłumaczy on motywy postępowania bohaterów Ludzi Julya i wyjaśnia szczegóły historyczne, których nie sposób wyczytać z książki.

***
N. Gordimer, Ludzie Julya, wydawnictwo M, Kraków 2013.

4 komentarze:

  1. O rany, to ci temat. Rzadko obecny w literaturze, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba rzadko, ja też się wcześniej z tą tematyką nie zetknęłam. Inna sprawa, że specjalnie nie szukałam, a ta książka wpadła w moje ręce przez szczęśliwy zbieg okoliczności :)

      Usuń
  2. Świetna recenzja, zainteresowałaś mnie tą książką bo sama tematyka ,,siedzi we mnie" już od dłuższego czasu. Cieszę się, że ostatnio powstaje coraz więcej książek odczarowujących RPA, które większości kojarzy się jedynie jako organizator piłkarskich MŚ w 2010 roku. Ten kraj zasługuje na nieco bardziej dogłębne poznanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się:) Ja o RPA przed tą lekturą nie wiedziałam właściwie nic, na szczęście twórczość Gordimer inspiruje do grzebania w temacie. Im więcej zainteresowanych, tym lepiej!

      Usuń