piątek, 14 czerwca 2013

Spotkanie z Garym Snyderem (Festiwal Miłosza) – 19.05.2013

Gary Snyder [1]
Pół roku temu recenzowałam u siebie jedną z powieści Jacka Kerouaca, Włóczęgów Dharmy. Z cieniem niesmaku pisałam o wybrykach rozmiłowanego w buddyzmie towarzystwa, skupionego wokół poety Japhy'ego Rydera. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że wkrótce człowieka, który był pierwowzorem tej postaci, poznam osobiście.

Zestawienie tamtego rozbrykanego szaleńca ze statecznym starszym panem, odpowiadającym spokojnie i lakonicznie na postawione mu pytania i zagadującym mnie dobrodusznie, jak mam na imię i co robię w życiu, gdy podeszłam po autograf, było dla mnie osobiście małym szokiem. Ludzie w typie kerouakowskich świętych szaleńców (a wcale nie jest ich tak trudno spotkać) zawsze trochę mnie przerażali, bo nie potrafiłam za nimi nadążyć. U Gary'ego Snydera jednak najwyraźniej to wszystko, całe to opętańcze życie skryło się obecnie jak ślimak w powierzchownej skorupce poczciwego leciwego pana.

Spotkanie zaczęło się od rozmowy o San Francisco. Los związał Snydera z tym miastem bardzo mocno, tymczasem trafił tam zupełnie przez przypadek – jego matka niedługo przed porodem postanowiła przyjechać do zamieszkałej tam siostry. Później poeta przeszedł do opowieści o swej młodości, o podejmowanych dorywczych pracach, znajomości z Kerouakiem, fascynacji wspinaczką górską i nieokiełznaną naturą oraz podróży do Japonii w poszukiwaniu inspiracji – słowem, wszystko to, co znałam już z Włóczęgów Dharmy.

Gary Snyder w młodości [2]
Miłość i szacunek do przyrody towarzyszą Snyderowi do dziś – obecnie mieszka w górach, w drewnianym domu bez wygód, energię czerpiąc z kolektorów słonecznych („They really work!” :)). Koresponduje to z wyrażanym często w jego twórczości dystansem wobec cywilizacji i pragnieniem powrotu do korzeni, do historii opowiadanych zimą (zima jest bowiem czasem opowieści) przy płonących szczapach drewna, biorąc przykład z kalifornijskich Indian opisanych w przeczytanym podczas spotkania wierszu. Poeta dał też upust swojej niechęci wobec użycia energii atomowej (zastrzegając, że do samej energii atomowej nic nie ma – w końcu to też część natury, nieodpowiednio jednak przez człowieka wykorzystywana) i wspominał przysięgę, jaką złożył sam sobie po zrzuceniu bomb na Nagasaki – że będzie zawsze walczył z tym bezmyślnym złem.

Sporą część spotkania zajęła dyskusja nad pojęciami „nature”, „wilderness” i „wild”, które stale pojawiają się w twórczości Snydera (można na ten temat przeczytać również w wywiadzie z poetą, przeprowadzonym podczas Festiwalu Pisarzy w Pradze w 2007 roku). „Nature” to wszystko to, co nas otacza, a więc również stworzone przez człowieka (jak wspomniane wcześniej bomby atomowe), ponieważ gdyby stało w sprzeczności z naturą, nie mogłoby istnieć. „Wilderness” i „wild” („wilderness” – „dzicz” jako przestrzeń, w której króluje „wild” –„dzikość”), choć kojarzą się często negatywnie (dziki jako wściekły, nieposkromiony, brutalny), odnoszą się do pewnej samowystarczalności i wolności. Dzikie zwierzęta czy rośliny to takie, które nie potrzebują pomocy człowieka. Z dzikością obcuje człowiek, gdy wybiera się samotnie na wędrówkę z dala od cywilizacji, bez telefonu czy krótkofalówki – czyli to, co Snyder lubi najbardziej.

Robinson Jeffers [3]
Są to równocześnie pojęcia, które dotyczą nas bezpośrednio i przypominają nam o naszych korzeniach. Jesteśmy zwierzętami, niezależnie od tego, jak mocno będziemy próbowali wyprzeć tę myśl ze świadomości – mówi Snyder i jako przykład podaje nasze „nie do końca kontrolowane”:) rozmnażanie.

W kontekście natury i dzikości przywołany zostaje Robinson Jeffers – żarliwy piewca natury, który doskonale zdawał sobie sprawę, że jesteśmy na Ziemi tylko efektownym dodatkiem. Gdyby ludzkość nie istniała, słońce nadal wschodziłoby każdego dnia; wszystko byłoby tak samo piękne i bez oczu, które mogłyby się tym pięknem sycić. Dla Jeffersa pozostajemy rodem tanich Faustów, wulgarnych magików. Ciekawy tekst o tym amerykańskim poecie – tutaj, polecam.

Dopuściłam się tego występku, że na spotkanie przyszłam zupełnie nie znając twórczości Gary'ego Snydera – przyciągnęła mnie legenda jego osoby. Zbiór jego wierszy, wydany ostatnio przez Znak – Dlaczego kierowcy ciężarówek z drewnem wstają wcześniej niż adepci Zen – stoi już jednak na mojej półce. Wkrótce przeczytam i zdam relację, a na dobry początek – mam autograf:)

Z sesyjnego piekiełka pozdrawiam i życzę Wam, żebyście nie upodobnili się nigdy do kobiety, o której w formie anegdoty wspomniał Snyder – codziennie pisała jeden wiersz i rozsyłała go wszystkim znajomym. Co za dużo, to niezdrowo:)


Fotografie:
[1] http://www.poetryfoundation.org/harriet/wp-content/uploads/2012/09/9-27-12_Snyder.jpg
[2] http://www.english.illinois.edu/maps/poets/s_z/snyder/snyder.jpg
[3] Wikimedia Commons

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz