poniedziałek, 27 października 2014

Bóg jest słabym pisarzem, czyli Festiwal Conrada 2014
– dzień 5. i 6.

Ostatnie dni Festiwalu Conrada były, przynajmniej dla mnie, słodko-gorzkie. Słodkie – bo zmęczenie po kilku tak intensywnych dobach daje się jednak we znaki, gorzkie – bo jest świadomość, że jeszcze tylko kilkadziesiąt, kilkanaście, kilka godzin i skończy się jedna z fajniejszych przygód w życiu. Póki co wracam jednak pamięcią do piątku, kiedy perspektywa końca była jeszcze dość odległa, a smutki zostały rozproszone przez trzy naprawdę ciekawe spotkania.

Pierwsze – z dwoma greckimi pisarzami, na których nazwiskach język łamał sobie nawet sam dyrektor Jankowicz – Kostasem Hatziantoniou oraz Yiannisem Kalpouzosem. Mowa była przede wszystkim o dwóch ich dziełach, które w polskim przekładzie możemy poznać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty – Agrigento Hatziantoniou oraz Imaret. W cieniu zegara Kalpouzosa (która premierę miała zaledwie kilka dni temu).

Już we wprowadzeniu prowadzący Michał Bzinkowski zauważył, że Grecja nie jest krajem, który kojarzy się z literaturą. Wakacje, słońce, morze, starożytność, filozofowie – oczywiście, ale literatura? Tymczasem twórczość dwóch zaproszonych na Festiwal Greków udowadnia, że przedstawiciele tego narodu potrafią pisać naprawdę ciekawie.

W dziełach obydwu pisarzy kluczowa jest kwestia tożsamości i jej poszukiwania, szczególnie ważna w przypadku Greków i ich burzliwej historii. Kalpouzos w swojej książce, której akcja rozgrywa się w połowie XIX wieku w Grecji pod panowaniem Imperium Osmańskiego, chciał przedstawić wizję narodów zachowujących odrębność ale żyjących ze sobą w zgodzie i harmonii, mimo podziałów etnicznych i religijnych. Hatziantoniou ulokował powieściowe wydarzenia na Sycylii, gdzie język grecki ocalał częściowo tylko w południowych rejonach. Język, jak się okazało, nie jest jednak niezbędny by zachować narodową tożsamość, mieszkańcy tamtych terenów pochodzący z Grecji wciąż czują się bowiem Grekami.

Nic dziwnego, mogą się w końcu poszczycić wielowiekową historią i kulturą. Jak zauważył jednak Hatziantoniou, problem Greków polega na tym, że są dumni ze swojego antycznego dziedzictwa, lecz zupełnie nie potrafią z niego korzystać. Lubują się w konfliktach, zamiast postępować w duchu starożytnej filozofii greckiej i kierować się miłością.

Pisarze zwrócili też uwagę na to, że w dzisiejszej literaturze brakuje mitu, elementu bajkowości rodem z historii opowiadanych nam przez rodziców przed snem. W odpowiedzi na to tłumaczka pani Ewa Szyler przywołała Kronikę pewnego miasta Pandelisa Prevelakisa – nasyconą bajkowym i mitycznym klimatem grecką opowieść o świecie sprzed katastrofy małoazjatyckiej. W trakcie tego spotkania moja lista „do przeczytania” urosła więc o trzy pozycje, ponieważ książek Hatziantoniou i Kalpouzosa też jeszcze nie czytałam.

Kateřina Tučková [1]
Popołudniowe spotkanie z Kateřiną Tučkovą nie odbyło się w Pałacu pod Baranami, a w księgarni Bona – Książka i Kawa na Kanoniczej. Przygotowania do niego były nieco pospieszne – jeszcze pół godziny przed planowanym wydarzeniem w tym samym lokalu udzielał wywiadu Jaume Cabré. Udało się jednak wszystko zaaranżować na czas, a autorka pojawiła się niosąc w darze butelkę śliwowicy („napoju bogiń”!), którym to trunkiem uraczeni zostali wszyscy uczestnicy spotkania.

Tučková przyjechała do Krakowa przede wszystkim promować swoją nową powieść Boginie z Žítkowej, przetłumaczoną przez Julię Różewicz i opublikowaną przez Wydawnictwo Afera, i właśnie tej książki dotyczyły niemal wszystkie pytania prowadzącego Łukasza Grzesiczaka. Czy Žítkowa istnieje naprawdę? Kim były boginie? Czy czytelnicy w nie uwierzyli? Jak godziły głęboką religijność z wiarą w czary? Kim był pan Olejniczak?

Czas przyjemnie płynął, a autorka – bardzo sympatyczna i skromna dziewczyna – cierpliwie wyjaśniała, na czym polegały praktyki bogiń i przekazywanie (tylko w formie ustnej!) wiedzy młodym adeptkom oraz dlaczego zdecydowała się napisać książkę właśnie o nich i dlaczego nie wybrała formy reportażu (ponieważ powieść dawała jej więcej możliwości – mogła np. snuć historię z perspektywy bogini). Przyznała, że zaczęła pisać ponieważ straciła pracę i zyskała nagle mnóstwo wolnego czasu, zaś zbieranie materiałów (w tym szperanie w archiwach służb bezpieczeństwa, gdzie znajdowało się sporo zapisów o boginiach, oraz wyprawy w rejony Moraw, gdzie rozgrywa się akcja powieści i rozmowy z miejscowymi) i pisanie Bogiń zajęło jej około trzech lat. Chociaż w książce znalazło się spostrzeżenie, że Poznań przypomina Brno, autorka z rozbrajającą szczerością wyznała, że nigdy nie była w Poznaniu. Wszystko co na jego temat wie zawdzięcza Google Street View.

Pojawiły się też pytania do pani tłumacz – jeden z uczestników zarzucał jej, że pozostała przy dosłownie tłumaczonej formie „boginie” (cz. bohynĕ) zamiast zastosować polskie określenie na kobietę obdarzoną podobnymi właściwościami – „szeptucha”. Julia Różewicz odparła zarzuty tłumacząc, że poprzez takie nazewnictwo mylnie utożsamiłaby bohaterki powieści Tučkovej z szeptuchami, wyznającymi przecież inną wiarę (prawosławie) i żyjącymi na Podlasiu, byłoby to więc przekłamanie.

Boginie z Žítkowej zostały w Czechach bardzo dobrze przyjęte (pomijając jednego jedynego krytyka Petra Bílka, który wysłał Tučkovą z powrotem do kuchni do knedlików). Ja mam już swój egzemplarz, zaczęłam czytać i moja czytelnicza intuicja podpowiada mi, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Jaume Cabré [2]
Wieczór piątego dnia Festiwalu należał do Jaume Cabré, który podobnie jak Paul Auster ugoszczony został w ICE. Przez półtorej godziny kataloński autor snuł swoje rozkoszne opowieści o pisaniu. Jednym z pierwszych impulsów do chwycenia za pióro było w jego przypadku niezadowolenie z zakończeń czytanych za czasów chłopięcych książek. Ale co było dalej? – pytał niecierpliwie mały Cabré i zamiast bezsensownie łamać sobie głowę, siadał do biurka i sam dopisywał kontynuację.

Pamięta przyjemność, jaką mu to wtedy sprawiało. W pamięci utkwiło mu wspomnienie opisywania słonecznego poranka na wsi i czysta radość tworzenia. Innym przełomowym momentem było powołanie do życia pewnego rowerzysty i wprawienie go w ruch – wówczas właśnie pisarz uświadomił sobie, jak wielką moc ma niepozorne pióro.

Pisać intensywnie. Pisać tak, aby czytelnik mógł poczuć i przeżyć to samo co bohater – oto jego ideał. Chce jednak także intrygować, co wytłumaczył na przykładzie nakrętki od butelki – wystarczy długo i z namysłem czemuś się przyglądać, jak tej nakrętce, by sprawić żeby ktoś inny również się tym czymś zainteresował, nawet jeśli to najbardziej nudna i prozaiczna rzecz na świecie.

Jego bohaterowie żyją własnym życiem. Pewną kobiecą postać usiłował uchwycić dwa razy, zanim udało mu się ulokować ją i zatrzymać w jednej z powieści. Wcześniej zniknęła gdzieś, nie pasując do kompozycji, za drugim razem natomiast... zamieniła się w mężczyznę. „W końcu usadziłem ją na fotelu i przykazałem, że ma się nigdzie stąd nie ruszać. Nazwałem ją ślicznotką, może dzięki temu dała się obłaskawić” – opowiadał. Jego powieści sprawiają w ten sposób wrażenie nieposkromionych, jakby rządziły się własnymi prawami (jak u Bodora).

Opowieści o pisaniu przeplatane były wątkami autobiograficznymi. Cabré wspominał swoje dzieciństwo w czasach dyktatury Franco i dotkliwy zakaz mówienia po katalońsku. Wyraził też niezachwianą wiarę w to, że Katalonia wkrótce uniezależni się od Hiszpanii; jego zdaniem to proces, którego już nie sposób powstrzymać. Na deser zaś podał trochę smakowitych osobistych anegdotek, takich jak ta: ojciec, głowa niezwykle muzykalnej rodziny, nie pytał nigdy chłopaków swych córek o to kim są w życiu i z czego zamierzają się utrzymać, ale o to czy są tenorem czy barytonem, by znaleźć im jakieś miejsce w rodzinnym chórze. Są w końcu pewne priorytety.

Miljenko Jergović [3]
Na uroczych opowieściach Cabré zakończył się dzień piąty Festiwalu. W szóstym najbardziej interesowało mnie wieczorne spotkanie z Chorwatem Miljenko Jergoviciem. Odbyło się ono w przestronnej sali w Międzynarodowym Centrum Kultury.

U Jergovicia, podobnie jak u niemal wszystkich zaproszonych na tegoroczny Festiwal pisarzy, pojawił się motyw „wspólnych światów”. Zapytany o Galicję i jej mit pisarz odpowiedział, że dawna galicyjska wielokulturowość jest dla niego ideałem, do którego dziś nam daleko. Nawet mimo nienawiści, jaką rodzą różnice między narodami, jest to mimo wszystko dużo lepszy układ niż społeczeństwo zupełnie spłaszczone etnicznie. Jego zdaniem Chorwacja wcale nie byłaby lepsza bez Serbów, a mniejszości nie należy odrzucać, tymczasem na ulicach Zagrzebia – w porównaniu na przykład z Krakowem – trudno wypatrzeć jakiegokolwiek kolorowego.

Autor mówił także o historycznej odpowiedzialności, o tym, że nie można jej na nikogo zrzucać – jeśli nasz dziadek lub ojciec był zbrodniarzem, musimy nosić to brzemię na swoich ramionach, podobnie jak grzechy całego naszego narodu. Z własnych historii rodzinnych przywołał postać babci, która nienawidziła Żydów i odmówiła pielęgnowania własnego syna, po tym jak ten wstąpił do partyzantki i wrócił chory na tyfus. Wszystko to godziła z żarliwą wiarą w Boga i fanatycznym katolicyzmem.

W temacie pisania Jergović wyjaśnił, skąd u niego tak wielkie zamiłowanie do fikcji, potrzeba mistyfikacji, tendencja do wymyślania nieistniejących miejsc (tak jak np. opera w Zagrzebiu). To po to, by uczynić opowieść bardziej prawdziwą – twierdził przekornie autor. Jego zdaniem bowiem rzeczywistość jest zawsze najbardziej nieprawdopodobna, a Bóg jest słabym pisarzem. Po to więc właśnie nasze ziemskie pisanie – żeby trochę złagodzić to przejaskrawienie, zmniejszyć poziom nieprawdopodobieństwa.

Na koniec uczestnicy spotkania obsypali autora pytaniami i ostatecznie szósty festiwalowy dzień zakończył się grubo po dziesiątej wieczorem. Pozostał ostatni, siódmy, ale dla mnie był on dniem bez spotkań, żyłam już tylko wspomnieniami minionych, z niepokojem wypatrując końca. Czasu nie udało się zatrzymać, a więc szósta edycja Festiwalu Conrada przeszła do historii. Będzie jeszcze jedna conradowska notka, podsumowująca całą imprezę. A potem co? Żyć, studiować, pracować, wysypiać się, jeść? Da się tak po prostu do tego wrócić po takim tygodniu?

Fotografie:
[1] Pavel Hrdlička / Wikimedia Commons
[2] Albin Olsson / Wikimedia Commons
[3] Toni / Wikimedia Commons

6 komentarzy:

  1. Dziękuję za obszerną i ciekawą relację z Festiwalu. Nie mogłam być niestety. Udało mi się jedynie na sobotnie Targi przyjechać - jak co roku dzień pełen wrażeń :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co, w tym roku miałam to szczęście że byłam na większości spotkań, więc chętnie dzielę się wrażeniami. Ale za to ja z kolei na Targi już nie dotarłam, szkoda że są zawsze w tym samym czasie, więc musi być albo-albo... Jakieś nowe, cenne autografy? Zdobycze książkowe? :)

      Usuń
  2. Śliwowicę piłam na Targach :D mocna była!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo :)
      A przy okazji dodam jeszcze, że Kostas Hatziantoniou okazał się bardzo miłym i spokojnym człowiekiem. Nie wiem czy ten stoicki spokój jest u Greków typowy, ale dzięki temu stresowałam się przed wywiadem trochę mniej :)

      Spotkania z Miljenko Jergoviciem bardzo Ci zazdroszczę, bo sama miałam ochotę się wybrać, ale nie dało się już wszystkiego ogarnąć. Festiwalową przygodę miałaś wspaniałą, chętnie przepatrzyłabym coś podobnego! Może za rok wezmę tydzień urlopu w pracy, żeby szaleć w Krakowie? :)

      Usuń
    2. Takie właśnie sprawiał wrażenie! Bardzo spokojnego i dostojnego człowieka :) Może rzeczywiście Grecy mają to we krwi?

      Spotkanie z Jergoviciem bardzo ciekawe, choć wieczór po sześciu dniach pomagania przy festiwalu nie był już sprzyjającą porą do uważnego i skupionego uczestnictwa :) Festiwalową przygodę polecam, dla mnie to był pierwszy raz kiedy mogłam wziąć udział w większości wydarzeń, wcześniejzawsze wymawiałam się sama przed sobą studiami i pracą. Nie wiem jeszcze, co będę robić w życiu za rok, po drodze czekają mnie spore zmiany, ale Conrada już sobie nie odpuszczę! Więc może spotkamy się na nim za rok :)

      Usuń