piątek, 17 października 2014

W poszukiwaniu własnej formy – „Trylogia nowojorska”, Paul Auster

Jeden ze słynnych cytatów Hrabala brzmi: „Porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku”. I zgodnie z tymi kryteriami Trylogia nowojorska jest absolutnie rasową „porządną książką”.

Bo to takie wielkie niewiadomoco. Ni to kryminał, ni psychologiczna, ni filozoficzna... Czyta się i czyta i pogrąża się jak w bagnie, granice między postaciami zacierają się, ślady giną z oczu, aż wreszcie człowiek czuje się jakby błądził w pomieszczeniu pełnym dymu, dym szczypie w oczy i bardzo chciałby już wyjść. Ale gdy już wyjdzie, od niczego się nie uwalnia. Bo historia fascynuje go coraz bardziej, niepostrzeżenie oplata swoimi mackami, i nie może już przestać o niej myśleć. Leży nocą w łóżku, patrzy w ciemność za oknem i wyobraża sobie, że kryje się tam to dziwne i niepokojące miasto, ten groźny, choć na pozór znany i oswojony, ogromny, choć zaskakująco ciasny i duszny, tętniący mroczną energią Nowy Jork.
Przyjechałem do Nowego Jorku, bo nie ma na świecie bardziej nieszczęsnego, żałosnego miejsca. Wszędzie widzi się tu rozkład, chaos jest zjawiskiem powszechnym. Wystarczy mieć oczy otwarte, żeby to zobaczyć. Połamani ludzie, połamane rzeczy, połamane myśli. Całe miasto jest jednym wielkim wysypiskiem śmieci (s. 76).
Nowy Jork stanowił niewyczerpany bezmiar, nieskończony labirynt kroków, i choćby Quinn zaszedł nie wiedzieć jak daleko, choćby poznał na wylot rozmaite dzielnice i ulice, zawsze ogarniało go w końcu uczucie zagubienia. Był zagubiony nie tylko w mieście, ale i w sobie (s. 10).
Zagubienie bardzo dobrze charakteryzuje głównych bohaterów wszystkich trzech utworów składających się na Trylogię. Każdy z nich, detektyw, pogrąża się w zagadce którą ma rozwiązać tak bardzo, że zapomina kim jest. Daniel Quinn, William Wilson, Paul Auster, detektyw czy pisarz, śledzący czy śledzony – postaci zlewają się ze sobą, ulegają niespodziewanym transformacjom, ewoluują. „Każdy człowiek jest jajem, w pewnym sensie. Istniejemy, lecz jeszcze nie odnaleźliśmy przeznaczonej nam formy” (s. 79).

Również słowa zaczynają tracić na znaczeniu, gubią związki z rzeczywistością. Ogromnego znaczenia nabiera w tym kontekście motyw Wieży Babel (wydeptywanej cierpliwie ulicami miasta przez Petera Stillmana) oraz wypędzenia z Raju, gdzie każde słowo odpowiadało ściśle swemu desygnatowi, zawierało istotę rzeczy, podczas gdy po wypędzeniu więź ta została bezpowrotnie zerwana.

Tak naprawdę jednak większość tropów, historii, motywów, którymi zarzuca nas autor, nie ma większego znaczenia. To wyrafinowana gra, zabawa z czytelnikiem pozostawiająca go z uczuciem niedosytu. Dostajemy rozrzucone puzzle, z których kilka uda nam się gdzieś wcisnąć, z czymś połączyć, ale na koniec i tak zostanie nam bezładna kupka, której nijak nie da się ułożyć. Zupełnie jak śmieci zbierane przez Stillmana i skwapliwie spisywane w czerwonym zeszycie przez śledzącego go Daniela Quinna vel Paula Austera. Czytelnik zostaje postawiony w jednym szeregu z nieszczęsnymi bohaterami, też zostaje wciśnięty w rolę detektywa i z góry skazany na porażkę.

Bo tutaj nie ma jasnych odpowiedzi i pełnych rozwiązań. Bo z czasem postaci zaczynają nam się wymykać, ogarnięty obsesją rozwiązania zagadki bohater popada w obłęd, świat przedstawiony nabiera płynności i przecieka nam przez palce... Roi się tu od postaci jak z greckiej tragedii z ciążącym na nich fatum – pogrążą się w szaleństwie, zginą, stracą kontakt z rzeczywistością, nie wiedząc nawet do końca o co tak usilnie walczą, czego czepiają się zziębniętymi i poczerniałymi od wielomiesięcznego brudu palcami. Niczym bohater jednej z wielu przywołanych w tej książce opowieści, pechowiec uwięziony w igloo, budują sobie trumnę każdym kolejnym oddechem.

Jest jednak jakaś klamra spajająca pierwszą i ostatnią opowieść, jakaś rama, którą wypełnić możemy naszymi puzzlami. Jest dom, gdzie pogrążona w szaleństwie jednostka przez długi czas żyje w izolacji, i jest czerwony zeszyt. „Czy autor zna rozwiązanie? Czy on wie?”, krążyło mi po głowie. Czy może dla niego też jest to niekompletna mozaika, którą tylko spisuje, jak litanię pozbawionych znaczenia przedmiotów w czerwonym zeszycie?

Kim jest Paul Auster? „Pisanie to zajęcie dla samotników. Zastępuje im życie. Pisarz w pewnym sensie w ogóle nie ma życia. Niby jest, ale właściwie nie istnieje”.

***
P. Auster, Trylogia nowojorska, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 1996.

Paul Auster już w środę 22.10 na Festiwalu Conrada!

Fotografie:
Nathan Congleton / Foter.com / CC BY-NC-SA
Darice / Foter.com / CC BY-NC

4 komentarze:

  1. Austera przeczytałam tylko "Dziennik zimowy" ale zamówiłam już ze Znaku "Sunset park" oraz "Trylogię nowojorską" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dal mnie ten nadmiar dymu był uciążliwy. Wolę bardziej przejrzystą atmosferę Szaleństw Brooklynu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie podobała mi się ta ksiazka. Zmeczylanie tym, ze ciągle doszukiwalam się sensu, jakiś konkretów tam gdzie ich nie bylo. Przeczytałam i nic mi po niej zostalo oprócz garstki niezłych cytatów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wkrótce będziemy mogli skonfrontować poezję Paul'a Austera w tłumaczeniu na język polski.
    Ja czytałem w oryginale.
    To jest dopiero ciekawe...
    Pozdrawiam
    Ciekawski

    OdpowiedzUsuń