piątek, 28 listopada 2014

Miniaturowa wolność w zakłamanym mieście – „Miniaturzystka”, Jessie Burton

Plac Dam w Amsterdamie w drugiej połowie XVII wieku. Gerrit Adriaenszoon Berckheyde, De Dam in Amsterdam.
Obecnie w zbiorach Galerii Obrazów Starych Mistrzów w Dreźnie [1].

Rok 1686. Osiemnastoletnia Petronella Brandt, świeżo poślubiona żona amsterdamskiego kupca, przybywa do jego domu, by rozpocząć nowe życie jako małżonka. Jest młodziutka, naiwna, odrobinę przestraszona, ale przede wszystkim podekscytowana tym, co ją czeka. Jak chyba każda młoda mężatka (tu, jak sądzę, niewiele się zmieniło od XVII wieku), mimo kpin matki ma nadzieję na wielką miłość i harmonijne pożycie. Tymczasem mąż – choć tak imponujący, opanowany, uprzejmy, istny książę z bajki – jakoś nie kwapi się, by odwiedzić ją w małżeńskiej sypialni. Napięcie seksualne narasta, coś wisi w powietrzu. W każdym zafascynowanym spojrzeniu Nelli w kierunku innego przedstawiciela płci pięknej doszukujemy się zapowiedzi jakiejś przyszłej intrygi, dramatu, skandalu. Pewnie wda się w romans, myśli czytelnik, holenderska Emma Bovary, może poleje się krew... A ten miniaturowy domek dla lalek, prezent od męża? Efektowny dodatek w tle. Ale nie, tą kliszą autorka tylko nas zwodzi, od samego początku, niczym sama powieściowa miniaturzystka.

Fabuła idzie bowiem w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, a motyw domku silnie wplata się w historię bohaterów, wnosząc budzący ciarki element paranormalny. Gdy Nella, nie wykazująca z początku zainteresowania ślubnym prezentem (jest „obrazą dla jej kobiecości”; przecież nie jest już dzieckiem!), zamawia kilka sprzętów do wyposażenia domku, do jej życia bezceremonialnie wkracza tytułowa miniaturzystka – tajemnicza przybyszka z Bergen, która pozwala się oglądać tylko z daleka. Prorokini, wróżka, wiedźma? Anioł stróż czy podstępny demon? Wyczekując jej przesyłek wraz z enigmatycznymi liścikami i przyglądając się uważnie miniaturom w poszukiwaniu znaków, Nella wbrew temu, co wyczytała w jednym z pierwszych listów – „każda kobieta architektem własnego losu” – traci poczucie, że wszystko zależy od niej. Oddaje stery w ręce tej dziwnej kobiety, z którą nigdy nie udało jej się nawet zamienić słowa, popada w obsesję na jej punkcie, ufa ślepo jej przepowiedniom. Niesłusznie.

Port holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w Amsterdamie. Ludolf Bakhuisen, De werf van de Verenigde Oost-Indische Compagnie te Amsterdam, 1696. Obecnie w zbiorach Muzeum Historycznego w Amsterdamie [2]

Na szczęście w porę uświadamia sobie, że uzależniając się od miniaturzystki zamyka samą siebie w klatce. A to jest zupełnie sprzeczne z duchem domu Brandtów, w który mimo wszystko wrosła. Domu, który jest samotną wyspą na amsterdamskim morzu hipokrytów i świętoszków. Domu, w którym nikt nikomu nie zagląda do łóżka, nie krytykuje, nie nawraca. Domu, gdzie najwyższą wartością jest wolność, nawet jeśli przyjdzie okupić ją wysoką ceną. Ukochany ptaszek Nelli, Peebo, ucieka przez otwarte okno nawet mimo zagrożeń, jakie czyhają na niego na zewnątrz. Nella również nie chce zostać zamknięta w domku dla lalek niczym jedna z miniatur, dlatego w końcu decyduje się zniszczyć prezent. To gest symboliczny.

Element zaskoczenia, wartka akcja, ekscytująca tajemnica to najmocniejsze strony powieści Jessie Burton. Dużo wysiłku autorka włożyła również we wiarygodne odmalowanie powieściowego świata. O rzetelnym przygotowaniu świadczą zamieszczone na końcu informacje o zarobkach i cenach w XVII-wiecznym Amsterdamie, pojawiające się w powieści szczegóły dotyczące ubiorów, potraw i zwyczajów, zakładam też, że i topografia miasta oraz wygląd Stadhuis czy Starego Kościoła zostały odtworzone wiernie... No i rzecz jasna niesamowity pomysł, który tak bardzo zafascynował wydawców na aukcji podczas Targów Książki w Londynie (prawo do publikacji natychmiast nabyło kilkanaście wydawnictw z całego świata!). Motyw miniatur i domku dla lalek został zainspirowany prawdziwym domkiem prawdziwej Petronelli Oortman, który Jessie Burton zobaczyła pewnego razu w amsterdamskim Rijksmuseum. 

Domek Petronelli Oortman namalowany na jej zlecenie przez Jacoba Appela w 1710 r.
Obraz znajduje się dziś w zbiorach Muzeum Narodowego (Rijksmuseum) w Amsterdamie [3].

Jessie Burton [4].
Jest więc dobrze, ale mimo wszystko widać, że autorce Miniaturzystki brakuje jeszcze pisarskiej wprawy. Pod koniec tempo opowieści staje się nierówne – pisarka rozwija tak wiele wątków równocześnie, że zaczyna mieć problem z ich opanowaniem; zamiast płynnie je przeplatać, nerwowo pociąga za sznureczki. Podczas gdy na jednej płaszczyźnie akcja galopuje w oszałamiającym tempie, na innej, równie ważnej, zupełnie zamiera, i powracamy do niej nagle, jakby autorka dopiero sobie o niej przypomniała. Sądzę, że ta pewna ręka w rozwijaniu i zaplataniu fabuły to coś, co pisarz wypracowuje sobie z czasem, trudno więc wyrzucać jej brak debiutantce.

Drugie moje zastrzeżenie jest takie, że zabrakło pogłębienia niektórych postaci. Frans Meermans kończy jako zły i mściwy człowiek, i tyle, a przecież okrutny akt, którego się dopuścił, aż się prosi o pogłębienie jego sylwetki, jakąś retrospekcję, wyjaśnienie, co go do tego miejsca doprowadziło. Oczywiście z perspektywy Nelli byłoby to trudne, ale może jakieś odnalezione listy, pamiętnik, nowy, dobrze poinformowany świadek... Było sporo możliwości.

Osobiście czekam więc na kolejne książki Jessie Burton, bo jestem bardzo ciekawa, jak się pisarsko rozwinie. A Miniaturzystkę polecam wielbicielom porywających historii i wartkiej akcji – ci na pewno się nie zawiodą!

***
J. Burton, Miniaturzystka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

Fotografie:
[1] Web Gallery of Art / Wikimedia Commons
[2] www.geheugenvannederland.nl / Wikimedia Commons
[3] Rijksmuseum / Wikimedia Commons
[4] Fot. Alexander James / Wydawnictwo Literackie

6 komentarzy:

  1. Mam w planach i chciałabym niedługo przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz! Miłej lektury :)

      Usuń
  2. Ja już się tyle dobrego o tej książce naczytałem, że wydaje mi się, że to wręcz grzech po nią nie sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grzech może nie, ale nie będzie to czas stracony :) Tylko najpierw Czesi! :p

      Usuń
    2. Dobra już dobra - kupię w najbliższym czasie coś czeskiego :P

      Usuń