wtorek, 20 stycznia 2015

Wojna jak słoik dżemu i kanapka z pastramą – „Siedem dobrych lat”, Etgar Keret

W swojej najnowszej książce Etgar Keret zrzuca maski. Rezygnuje z efektownych literackich gier, postmodernistycznych zabaw z czytelnikiem, dowcipów i sztuczek, a zamiast tego snuje kameralną, osobistą opowieść, w której rodzinna sielanka i chwile radości przeplatane są goryczą i cierpieniem, jak to w życiu. Tytułowe siedem dobrych lat – to siedem lat z synem, siedem lat odkąd mały człowiek pojawił się na świecie i wywrócił świat pisarza do góry nogami. We wstępie Keret tłumaczy:
Większość opowiadań w tej książce nie wiąże się bezpośrednio z rodzicielstwem, ale wszystkie napisał ojciec ciekawego i ukochanego dziecka, a w ich tle leży próba wyjaśnienia mojemu synowi w nie mniejszym stopniu niż sobie samemu, dlaczego tak trudno jest być człowiekiem i dlaczego, niech to diabli, ciągle warto podejmować ten wysiłek.
Bycie człowiekiem – i zarazem wytłumaczenie swemu dziecku, dlaczego mimo wszystko warto się starać – jest szczególnie trudne w kraju, w którym wojna jest już tradycją. Nie zwiastują jej złowróżbne znaki, nie towarzyszy jej dźwięk trąb, jest bowiem wciąż gdzieś obok, zadomowiła się, i trzeba ją oswajać jak na wpół udomowione, ale wciąż drapieżne zwierzę, trzeba ją sprowadzić do rangi beztroskiej gry. Dlatego aby podczas alarmu bombowego nakłonić przerażonego synka do położenia się płasko na ziemi, Keret i jego żona proponują mu zabawę w kanapkę z pastrami. Oczywiście mały Lew robi za wędlinę – w końcu „najfajniej jest być pastramą”.

Gdy chłopiec ma cztery lata, jego rodzice już kłócą się, czy posłać go kiedyś do wojska czy nie. To nie jest wesoły świat. Ale nie jest też dużo gorszy od innych. Gdzie indziej po siedmiu dekadach wojennej traumy, w 70 lat po okropieństwach holokaustu na świecie wciąż są ludzie, którzy uważają, że nie był taki zły, a właściwie to „zasłużyli sobie”. I pytają Kereta, czy wstydzi się, że jest Żydem.

Dzieci z warszawskiego getta. Swoje dziecięce lata spędziła tam też matka Kereta.
Nie sposób wytłumaczyć tego małemu dziecku, ale sporym wyzwaniem jest też wyjaśnienie mu, skąd biorą się niezrozumienie i nieżyczliwość, z którym chłopiec spotyka się już od małego. Jak wytłumaczyć mu, czemu taksówkarz krzyczy na niego bez powodu? Jak wyjaśnić, czemu ludzie nie są dla siebie po prostu mili?

Rola ojca zmusza także do refleksji na temat swojej rodziny – zwłaszcza własnego taty. I Keret stawia tu ojcu swego rodzaju pomnik, bez skrępowania i mitologizowania opowiadania o ostatnich miesiącach jego życia, kiedy umierał na raka. „Mam dobrego ojca. Mam szczęście, wiem. Nie wszyscy mają dobrych ojców” – pisze w tekście Dom taty otwierającym Rok szósty. Jak się okazuje, to właśnie ojciec był dla Kereta najlepszym nauczycielem miłości do świata, i pisarz po prostu stara się przekazać teraz synkowi nauki, które sam kiedyś pobrał.

Strata to nie tylko śmierć fizyczna, Keret stracił więc również siostrę. „Dziewiętnaście lat temu w niewielkiej sali ślubów w Bnei Brak moja starsza siostra umarła i mieszka teraz w najbardziej ortodoksyjnej dzielnicy w Jerozolimie” – pisze. Tęskni za nią, a skoro tęskni to kocha, a skoro kocha, to stara się uszanować jej decyzję – mimo wszystko. Daleko wyfrunął również jego starszy brat, obiekt podziwu i autorytet, zaklinacz słoni. Wylądował ostatecznie w Tajlandii. Kilometry i bariery religijne czy światopoglądowe są jednak niczym przy tak silnej więzi. Czytając opowieści Kereta o jego rodzeństwie nie ma się wątpliwości – on po prostu za nimi szaleje.

Nie tylko za nimi zresztą. Z każdej niemal strony tego tomu wspomnień wyłania się obraz autora jako człowieka o niesamowitych pokładach empatii i miłości do ludzi, takiego dobrego aż do szpiku kości, który nawet taksówkarzy zaprasza do siebie do domu, żeby mogli się wysikać. „Skąd on to bierze?!” – myślałam sobie raz po raz, bo choć bezustannie staram się wykrzesać z siebie ciepłe odruchy, wystarczy jedna patrząca spode łba ekspedientka w sklepie albo rozpychający się w autobusie facet, a wszystko diabli biorą. Oczywiście, nie wiadomo do końca, ile w tym wszystkim autokreacji. Ale opowieści mówią same za siebie, a ja wierzę, że są prawdziwe.

Etgar Keret w Domu Kereta.
Na marginesie tych rozważań jest również Polska – mityczny kraj przodków. Kraina, w której wychowywała się matka Kereta i z którą wiążą się jej najwcześniejsze wspomnienia, ale również kraina, która zabrała jej rodziców i brata i jej samej omal nie przyprawiła o śmierć. Mimo całej tej wojennej grozy było to miejsce, które pisarz od dziecka lubił sobie wyobrażać.
Poza zamazaną fotografią w podręczniku historii mojego starszego brata, przedstawiającą wysokiego wąsatego mężczyznę na tle wozu zaprzężonego w konia, nie miałem żadnego obrazu tego dalekiego kraju, ale moja potrzeba wyobrażenia sobie miejsca, w którym dorastała moja matka i pochowani zostali moi przodkowie, była wystarczająco silna, by spróbować je sobie odtwarzać. Warszawskie ulice wyobrażałem sobie jak ulice z rysunków ilustrujących książki Dickensa, a kościoły, o których opowiadała mama, jak ze starego, pożółkłego egzemplarza Dzwonnika z Notre Dame, należącego do mojej siostry.
„Mistyczny” pociąg do miejsca, które dla jego matki było źródłem i szczęścia i cierpienia, sprawił, że Keret często wraca do Polski. Dzięki inicjatywie Jakuba Szczęsnego ma nawet w Warszawie własny dom, które jest równocześnie instalacją artystyczną. Właśnie z tym domem związane jest opowiadanie Dżem – najpiękniejszy moim zdaniem wyraz przywiązania do ojczyzny przodków, utwór, który przekonał mnie, że Keret potrafi mnie nie tylko rozbawić i zadziwić, ale i doprowadzić do łez. Słoik dżemu ofiarowany przez warszawską sąsiadkę, staruszkę, staje się tu łącznikiem z historią matki, ze wszystkim, co przeżyła w czasie wojny. Posmarowane tym samym dżemem kromki zabrały ze sobą dwie koleżanki sąsiadki z dzieciństwa, kiedy wyjeżdżały do getta. Nigdy potem już ich nie zobaczyła.

Te smutne, poważne historie przeplatają się tu z codziennymi błahostkami, humorem, czymś w rodzaju dzienniczka mężczyzny uczącego się być ojcem. Czasem słodko, czasem gorzko – dokładnie tak, jak w życiu.

Grunt jednak to nie ulec zwątpieniu i nie poddać się wszechobecnej znieczulicy. Nie dać sobie wmówić, że świat jest szary i straszny jak w gazetach i w wiadomościach telewizyjnych, ale dostrzegać piękne drobiazgi i pokazywać je swoim dzieciom. W Biblii po siedmiu latach tłustych nastąpiło siedem lat chudych. Ale z takim podejściem po siedmiu dobrych latach przyjdzie następne siedem lat dobrych, i następne, i następne.

***
E. Keret, Siedem dobrych lat, przeł. Agnieszka Maciejowska, Maja Lavergne, wyd. W.A.B., Warszawa 2014.

Fotografie:
[1] Mc Knoell / Foter.com / CC BY-ND
[2] fotograf nieznany / Wikimedia Commons
[3] Forgemind ArchiMedia / Foter.com / CC BY  

14 komentarzy:

  1. O samym autorze po raz pierwszy usłyszałem w TV właśnie wtedy, gdy miała miejsce prezentacja jego domu w Polsce i szczerze powiem, że od tamtej chwili ani razu nie przyszło mi do głowy sięgnięcie po jego dzieła. Akurat w tym przypadku "winowajcą" jest chyba telewizja - paradoksalnie. Po samym, wyżej wspomnianym newsie z domem, miałem wrażenie, że to jakiś zwykły ekscentryk - pisarz, który koniecznie chce być znany i robi coś takiego dla reklamy, co, jak widać po Twojej recenzji, było wrażeniem błędnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skrzywdziła Cię ta wstrętna telewizja! Zupełnie Twój opis nie pasuje do Kereta, czy to tego wyłaniającego się z jego książek, czy tego, którego poznałam osobiście, więc ręczę za to, że wrażenie błędne :) Może się kiedyś skusisz na jego prozę? Wciągnęła nawet mojego tatę, a to już jest coś :D

      Usuń
    2. OK, niech Ci będzie ;) Spróbuję, aczkolwiek terminu sięgnięcia po jego książkę nie podam :)

      P.S. Za niedługo zabieram się za "palacza zwłok" ;]

      Usuń
    3. „Niech Ci będzie”? No wiesz? A gdzie „Ależ z przyjemnością, z Twojej rekomendacji biorę wszystko w ciemno!” opcjonalnie z dopiskiem „o bogini!” ;p oficjalnie się obrażam (a nieoficjalnie wybaczam, bo sama mam takie kolejki, że się nie wygrzebię z książek przez 20 lat; po prostu jakby jakimś cudownym trafem Keret trafił w Twoje ręce, to zapomnij o ekscentrycznym panu z TV i czytaj :)). Czekam na recenzję „Palacza”!

      Usuń
    4. Faktycznie to "Niech Ci będzie" mogło zabrzmieć nieco pretensjonalnie :d Kajam się z tegoż powodu i już błąd naprawiam!

      "Na wszystkie słodkości! Naiu! Twa recenzja tak pięknie dobrym słowem przyozdabiana, w całym swym bogactwie naszego wspaniałego języka zachwyt mój wzbudziła bezgraniczny!
      Och, Naiu! Cużem bym zrobił gdyby nie ona? Gdzież by mnie powiodły ścieżki literackie, gdyby nie ujawniony mi został ten cud pisarski? Och, Naiu! Jakże bardzo moje dalsze życie byłoby pustką, gdybyś nie wskazała mi tej zacnej książki!
      Och i ach! Och i Ach!
      Portfel mój już sam się otwiera!
      Och i ach! och i ach!
      Na półkach ciężkich od książek miejsce samo się robi, gotowe przyjąć nowe dziecię!
      Och i ach! Och i ach!
      Dzięki stokrotne!
      Dzięki nieskończone!

      O bogini!"


      "Odobraziś" się teraz? (tak w pełni oficjalnie) :>

      Usuń
    5. No, teraz to jest już coś! Nadmiar ochów i achów stawia co prawda pod znakiem zapytania powagę Twej skruchy i budzi podejrzenie, że nie zrozumiałeś wagi swego przewinienia, ale... niech Ci będzie ;) znaj mą łaskę, oficjalnie wybaczam!

      Usuń
    6. Ochy i achy były jak najbardziej prawdziwe ;d jakże możesz jeszcze wątpić!

      Ale za wybaczenie dziękuję serdecznie! :)

      Usuń
  2. Świetny, po prostu świetny tekst! No i Keret <3 "Siedem dobrych lat" wciąż przede mną, ale już nie mogę doczekać się kiedy posmakuję jego przy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Tylko nie zwlekaj z tym za długo, nie pozbawiaj się przyjemności :) Masz tę książkę z autografem, prawda? Co Ci narysował?

      Usuń
  3. Kereta poznałam przy okazji jego tęsknoty za Kissingerem. Poruszył we mnie tę wrażliwą strunę. Wydaje mi się, że przed nim wcale nawet nie lubiłam czytać opowiadań.

    Właśnie mi uświadomiłaś, że jeszcze nie wróciłam do Kereta (a tak bardzo chciałam!). I już za nim troszkę tęsknię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja o tęsknocie za Kissingerem jeszcze nie czytałam, ale jak najbardziej rozumiem, że można tęsknić za Keretem :). Więc nie zwlekaj i pędź po jakąś jego książkę, najlepiej tę, bo jest niezwykła!

      Usuń
    2. Narysował mi od główki Kereta dymek, a w dymku kwiatek :D i podpis Happy Thoughts! :D Nadal rozpamiętuję jaki z niego świetny facet :D

      Usuń
  4. Na Kereta poluję już od jakiegoś czasu, bo narobiłaś mi smaka dużo wcześniej "Rurami". Mam nadzieję, że i ta pozycja wpadnie do mojej biblioteczki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna recenzja. Nie zaczęłam jeszcze swojej podróży z tym pisarzem, choć mam na półce jedną jego książkę i niedługo przyjdzie na nią czas ;)

    OdpowiedzUsuń