środa, 11 lutego 2015

Notatki z literatury słowackiej (2)
– „Wiklinowe fotele”, Dominik Tatarka

Antoine de Saint-Exupéry napisał kiedyś, że „kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, lecz patrzeć razem w tym samym kierunku”. I tym zdaniem najkrócej można streścić Wiklinowe fotele Dominika Tatarki. Dwójka młodych ludzi, którzy ramię w ramię, bez słów, godzinami przesiadują w tytułowych fotelach, wpatrując się w dal. Nie trzeba im rozmów, nie trzeba dotyku, uścisków, pocałunków, które wręcz psują tę wyczuwalną, tajemniczą więź.

Jest jednak i tło. Skomplikowane. Końcówka lat 30. ubiegłego wieku, Hitler już połknął Czechosłowację a główny bohater Bartłomiej Slziczka jest Słowakiem i przyjechał właśnie na studia do Paryża. W pensjonacie, gdzie się zatrzymał, wszyscy traktują go jak osierocone dziecko, z zakłopotaniem spuszczają wzrok, z poczuciem winy ściskają mu dłoń, jakby to oni osobiście wydali jego kraj na pastwę dyktatora. Nie pomaga mu to odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przeciwnie – wpędza go w kompleksy. Jest obcy, jest gorszy, jest z „ziemi niczyjej”.

Daniela, urocza guwernantka-idealistka, od razu wpada mu w oko, ale musi wejść w rolę pokornego cudzoziemca, nie ma odwagi zdecydowanie po nią sięgnąć. Wychodzi im to na dobre, bo z czasem rodzi się niezwykła więź. Dziewicza, naturalna, nieprawdopodobna wręcz w nastawionym na formy i wytworną mowę, efektownym i efekciarskim, rozmiłowanym w zmysłowych rozkoszach Paryżu.
Nie zabiegałem o względy Danieli, nie próbowałem wyznawać jej miłości, niepostrzeżenie skręcać z nią w ciemne zakątki parku, chwytać jej za rękę albo się z nią całować, a tym bardziej nie usiłowałem jej uwodzić, przynajmniej nie dążyłem do tego, by uczynić z niej swoją kochankę. W cichym porozumieniu siadywaliśmy najchętniej obok siebie na wiklinowych fotelach na tarasie kawiarni jak na brzegu rzeki (…). Na wszystkim i we wszystkim jest ona. Jest powietrzem, którym oddycham. Wchłaniam ją w siebie, kąpię się w niej jak korek w dobrym winie (s. 94).
Mając lat dwadzieścia i kipiąc hormonami trudno jest nie dopuszczać do siebie zmysłów, ale tutaj przeszkadzają – gdy tylko zbyt bezceremonialnie dochodzą do głosu, nić się urywa, splecione do tej pory dłonie rozłączają się zawstydzone, a bohaterowie tracą się z oczu, muszą na nowo się szukać, nawołując się przez ściany i przebijając się przez drzwi szaf. To więź czysta, idealna, pierwotna. Nie patrzeć na siebie – patrzeć przed siebie, razem.

Choć strach. Bo przerażające rzeczy rysują się na horyzoncie, wojenna groza jest coraz bliżej, już czuje się jej cuchnący oddech na karku, już ma się przedsmak nadciągającego koszmaru. „Byliśmy jak dzieci, które mają wejść do ciemnego lasu”. Wojna wtargnie w życie stanowczo i gwałtownie, zerwie wszystkie nici nieodwołalnie, ale póki co jest wciąż jeszcze gdzieś daleko, odsunięta przez wiklinowe fotele i wszystko, co symbolizują.

Nie jest łatwo nastroić się na melodię tej powieści. Jest pełna barokowych, paryskich zawijasów, pełna koronek i falban, wśród których ukrywa się sens, ale fotele, tytułowe fotele jaśnieją ponad wszystkim jak słońce. Stale rozdzielane przez historię i zestawiane z powrotem, ilekroć tylko połączy dwójkę ludzi szczera rozmowa i ta ponadczasowa więź. Surowe, naturalne i piękne w swojej prostocie.

Dominik Tatarka dotkliwie przekonał się, jak może boleć brak tej więzi. Był działaczem antykomunistycznym, jako jeden z niewielu Słowaków podpisał Kartę 77. Kara była okrutna – izolacja, zepchnięcie na margines, skazanie na zapomnienie. Przez wiele lat jego fotel uporczywie odsuwano gdzieś w kąt. Nie doczekał się wolności – zmarł w maju 1989, kilka miesięcy przed Aksamitną Rewolucją.

***
D. Tatarka, Wiklinowe fotele, wyd. Czytelnik, Warszawa 1965.

Fot. Wicker Paradise / Foter.com / CC BY

4 komentarze:

  1. Fajnie by bylo, gdyby jakies wydawnictwo zdecydowalo sie na wznowienie niektórych autorów, np. Tatarki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupełnie nie znam literatury słowackiej, dlatego z zainteresowaniem czytam Twój cykl. Martwi mnie tylko to, że może nie być łatwo znaleźć książki, o których piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, że jest to pewne wyzwanie... Ale jaka satysfakcja, jeśli się je podejmie i odniesie sukces :) A gra warta świeczki!

      Usuń