niedziela, 26 lipca 2015

Powieść straconej szansy – „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”, Pavol Rankov

„Włosy koloru łąkowego miodu”, jak powiedziałby Honza. Kiedyś.
Chociaż książka ta spotkała się u nas z niezwykle entuzjastycznym przyjęciem, a Angelus wydaje się potwierdzeniem jej znakomitości, dla mnie Zdarzyło się pierwszego września jest powieścią straconej szansy. Była szansa na pasjonującą opowieść o burzliwej historii, odchodzącym świecie i przenikających się kulturach, wyszedł nieprzekonujący melodramat. 

Osią powieści jest miłosny czworokąt – trzech chłopców walczących o względy jednej dziewczyny. Akcja rozgrywa się na pograniczu słowacko-węgierskim w samym środku burzliwego XX wieku, na tle II wojny światowej, przewrotu lutowego, okresu stalinizmu i lat 60. aż po inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. I koncepcja jest taka – wichry historii i polityki targają naszymi biednymi bohaterami, zbliżają ich do siebie i gwałtownie oddalają, nie pozwalając im zaznać długotrwałego szczęścia.

Ale w rzeczywistości to wcale nie jest tak. Bo choć wszyscy trzej męscy bohaterowie tej powieści usta wciąż pełne mają słów miłości, dławią się wręcz tymi płomiennymi wyznaniami dla najpiękniejszej i najcudowniejszej Marii, to ostatecznie wszyscy puszczają ją w trąbę. Nadobna wybranka okazuje się przedmiotem, chusteczką, której rogów wszyscy trzej amanci kurczowo się trzymają, nie pozwalając zbliżyć się nikomu spoza swojej trójki, ale ostatecznie jakaś prowokacyjna ruda piękność albo kusząca wizja życia na emigracji zawsze okazują się ciekawsze od tej wyświechtanej już z lekka szmatki. Wichry historii i polityki stają się zgrabnym usprawiedliwieniem własnej niedojrzałości, „brak wyboru” – przykrywką dla szczeniackich wybryków. Choć od rozpoczęcia akcji do jej zakończenia upływa trzydzieści lat, trzej główni bohaterowie w gruncie rzeczy się nie zmieniają – wciąż pozostają tymi trzynastoletnimi chłopcami.

Może to kobieca perspektywa nie pozwala mi odpowiednio docenić tej historii, w której męska solidarność posuwa się do ukrywania bezmyślnych zdrad jednego z bohaterów względem nieszczęsnej ukochanej. Oczywiście, już słyszę te głosy, „to się nazywa przyjaźń, mógł się wygadać i zgarnąć dziewczynę, ale tego nie zrobił”, ale czy ta dziewczyna nie miała prawa wiedzieć?! Koniec końców to nie prześladowany Żyd Gabriel i nie przedwcześnie osierocony Jan okazują się tu największymi ofiarami, ale właśnie Maria, skrzywdzona zarówno przez historię (sprawa jej ojca), jak i tych pożal się Boże zalotników, którzy mieli ją chronić.

Levice, 10 listopada 1938. Przyłączenie do Węgier po pierwszym arbitrażu wiedeńskim.
Rozczarowana jestem tym bardziej, że po pierwszej, uroczej scenie na kąpielisku w czechosłowackich jeszcze wtedy Levicach, gdzie spotykają się „Węgrzy, Słowacy, Czesi, Żydzi, Cyganie”, „demokraci, liberałowie, konserwatyści, monarchiści, socjaliści, nacjonaliści, komuniści i faszyści”, spodziewałam się, że Rankov skupi się na kwestiach wielokulturowości, na przemianach, jakim podlega na przestrzeni lat pograniczne miasteczko, że to będzie coś bardziej w stylu Wniebowstąpienia Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy Oty Filipa (cudownej książki, którą bardzo, bardzo gorąco polecam!). Tymczasem kwestie kulturowe i narodowościowe autor zaledwie liznął, poszedł natomiast w stronę łzawego i wątpliwego melodramatu, czego nie mogę mu wybaczyć.

Zdarzyło się... ratują humorystyczne anegdoty o postaciach historycznych, takich jak ksiądz Tito, Klement Gottwald czy Alexander Dubček. Dodają lekkości, bawią się kamiennymi wizerunkami opisywanych polityków i przywódców, ale za to – jak zauważa Peter F. 'Rius Jílek – pomijając opowiastkę o monstrualnym obżarstwie Tity zestawioną z opisem wojennego głodu są zupełnie wyrwane z kontekstu, trochę jakby doklejone na siłę. Po chwili ożywczego uśmiechu trzeba znów wskoczyć do świata Petera, Gabriela i Jana i z rosnącą irytacją śledzić ich poczynania.

Wielka Powieść to nie jest. A tak niewiele brakowało.

***
P. Rankov, Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej), tłum. Tomasz Grabiński, wyd. Słowackie Klimaty / Książkowe Klimaty, Wrocław 2013.

Fotografie:
[1] {Lina} / Foter.com / CC BY-NC
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty
[3] Ladislav Luppa / Foter.com / CC BY-SA 3.0

16 komentarzy:

  1. Czyli Ci się... nie podobało? Kurcze, mogłam Cię nie czytać, bo zamierzałam przeczytać tę książkę na 1 września! A teraz to ją przeczytam na pierwszego, ale chyba za rok jak zapomnę :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nie, przeczytaj! Ciekawa jestem Twojego odbioru. Może mnie przekonasz, że to jest jednak tak dobra książka, jak o niej piszą? Skądś się ten Angelus musiał wziąć :)

      Usuń
    2. Przeczytam. A teraz w miesiąc spróbuję zapomnieć o Twojej opinii :P

      Naia, ponieważ wiem jak bardzo kochasz wirtualne łańcuszki, idąc za przykładem Owcy też Cię wywołałam do wyspowiadania się. Jeśli będziesz mieć ochotę oczywiście odpowiedzieć, to dorzuć mnie do swojego stosiku ;)

      Usuń
    3. Widziałam, Żabciu, dziękuję! Z Kerouakiem i Bukowskim na bezludnej wyspie, niezła jazda! :) Z łańcuszkami strasznie już zalegam, szlifuję odpowiedzi od kilku miesięcy, ale chętnie dorzucę jeszcze porcyjkę pytań od Ciebie :)

      Usuń
  2. Ja bardzo cenię męską przyjaźń, więc może mi się książka spodoba. Zwłaszcza że mimo upływu lat też pozostaję trzynasto, no może szesnastoletnim chłopcem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla ścisłości – nie mam nic przeciwko pielęgnowaniu w sobie dziecka i uważam, że wieczni chłopcy mają swój niezaprzeczalny urok (sama zresztą żyję z jednym takim). Ale w momencie kiedy ta chłopięcość zaczyna się objawiać brakiem odpowiedzialności i tchórzliwymi kłamstwami, urok pryska. W przywołanej sytuacji nie potrafię nie stawiać się w pozycji skrzywdzonej kobiety, choćbym nie wiem jak się starała. Ale bardzo jestem ciekawa Twoich wrażeń z tej lektury, może rzeczywiście odbierzesz ją „jak należy”? Przeczytaj, jak będziesz mieć okazję :)

      Usuń
  3. Jakiś czas temu wypożyczyłam ją na próbę z biblioteki i nie doczytałam, ale miałam podobne wrażenia do Twoich (np. takie, które ujęłaś w trzecim akapicie) już na początku. Scena na kąpielisku też mi się podobała (ogólnie chyba nastrój i wizja takiego czechosłowackiego kąpieliska) i szkoda, że nie potoczyło się to wszystko w inną stronę. A myślałam jeszcze, by tę książkę kiedyś kupić. Może i kupię, ale teraz wiem przynajmniej co i jak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się wobec tego, że odebrałyśmy ją podobnie. Zastanawiałam się, czy trochę nie przesadzam z taką ostrą oceną bohaterów, ale tak to odczuwam i kropka. Miałam cały czas wrażenie, że ta cała Wielka Historia w tle gra tu tak naprawdę niewielką rolę, że nawet żyjąc w spokojnych czasach, w wolnym, nie ogarniętym wojną kraju, ci chłopcy zachowywaliby się podobnie. A dziewczyna siedziałaby sobie gdzieś w kąciku i płakała (bo musiała płakać, choć Rankov tak niewiele uwagi poświęca jej uczuciom).

      Usuń
  4. Pamiętam, jak mówiłaś o tej książce, gdy się widziałyśmy w Krakowie. Od tej pory wyglądałam recenzji, no i jest :) Cieszę się, że na WTK zdecydowałam się na Rudisa, a nie Rankova, bo jeszcze bym się zawiodła. A przecież czeska literatura jest cudna, prawda :)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rudiš cały czas przychodził mi do głowy, kiedy rozmyślałam o języku, jakim pisze Rankov. Na zasadzie przeciwieństwa – bo ten pierwszy robi z językiem nieprawdopodobnie rzeczy, a język Rankova jest płaski, monotonny, prosty – co niektórzy uznają za zaletę, ale dla mnie momentami jest to już balansowanie na granicy infantylności. Pod tym względem na pewno Rudiš wypada lepiej.

      No i fakt, że czeska literatura jest cudna, ale słowacka też cudna potrafi być :). Czy ta starsza – jak choćby proza Jaroslavy Blažkovej (http://literackie-skarby.blogspot.com/2015/02/notatki-z-literatury-sowackiej-1.html) czy baaardzo klimatyczne opowiadania Dušana Mitany (http://literackie-skarby.blogspot.com/2015/02/notatki-z-literatury-sowackiej-4-nocne.html) – czy nowsza, jak Maroš Krajňak, o którym pisałam niedawno (http://literackie-skarby.blogspot.com/2015/07/ziemia-zablizniona-szkieletami-i-cisza.html).

      Usuń
    2. Dzięki za podpowiedzi, bo chciałabym się z czeską literaturą lepiej zapoznać :) Ze słowacką też, czemu nie? Swoją drogą, cieszę się, że Książkowe Klimaty zaczęły wydawać takie mniej u nas znane i popularne literatury.

      Usuń
    3. Też się cieszę. Wcześniej było kilka wydawnictw, które od czasu do czasu wydawały coś czeskiego, ale trzeba było uważnie śledzić rynek wydawniczy, żeby tych tytułów nie przegapić. A teraz pojawiają się wydawnictwa – takie jak Czeskie Klimaty, Afera, Stara Szkoła – które się na tych literackich rejonach skupiają i dzięki temu wszystko jest „w jednym miejscu”. Wystarczy śledzić ich działalność, żeby być na bieżąco ze wszystkimi najważniejszymi premierami. To samo zresztą ze Słowackimi, Greckimi i Rumuńskimi Klimatami, a teraz startują jeszcze Bułgarskie. A, a gdyby Cię interesowała literatura bułgarska lub macedońska, to polecam Toczkę, o której Ci zresztą w trakcie tej naszej wspólnej soboty wspominałam :)

      Usuń
    4. Pozostaje tylko zakrzyknąć: tak dużo książek, tak mało czasu ;)!

      Usuń
  5. A mnie się akurat podobała. Oczywiście - Maria traci w tej historii najwięcej, ale dla mnie oni wszyscy są ofiarami. Wojny, ustrojów, własnych przekonań, zaślepienia, głupoty. Każdy z chłopców (bo rzeczywiście, do samego końca pozostają chłopcami) tracił Marię na własne życzenie, ale mam wrażenie, że oni sami podświadomie wiedzieli, że tak będzie. Ale koniec końców ten cały miłosny czworokąt był dla mnie podczas czytania tylko tłem. Potraktowałam biedną Marię po macoszemu, skupiając się bardziej na wszystkich wątkach pobocznych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mówię, że nie ucierpieli w ogóle, bo to by była przesada. Ale chciałam zwrócić właśnie uwagę na fakt, że Maria jest najbardziej poszkodowana, a pozostaje w cieniu tych wszystkich głupstw, które wyczyniają jej adoratorzy. Rzeczywiście jest w pewien sposób odsunięta i nie dziwię się, że tak ją postrzegałaś w czasie lektury. Ale ja lubię tych bohaterów z marginesu, bardziej niż krzykaczy z pierwszego planu. Lubię ich bronić, i stąd moja reakcja.

      Ale! Przyznaję, że trochę mi namieszałaś w głowie tym komentarzem (na co zresztą liczyłam – że ktoś pokaże mi tę książkę z innej strony, takiej, która mi umknęła). Pisząc, że podświadomie wiedzieli, że tak będzie, masz na myśli, że w jakiś sposób mieli ciągłą potrzebę rywalizowania o Marię? Że nie chcieli doprowadzić do szczęśliwego zakończenia, żeby stale powracać do tego popołudnia na kąpielisku, do czasów utraconego pokoju i niewinności? Bo jak tak teraz o tym myślę, to ma to sens – i może nawet dałoby się w ten sposób obronić tę książkę. Wciągnąć historię z powrotem na pierwszy plan. Jako siłę, która niekoniecznie oddziałuje na bohaterów bezpośrednio, ale na jakimś wyższym poziomie. Będę jeszcze nad tym myśleć :).

      Usuń
    2. I choć każdy twierdził, że tak bardzo ją kocha, bał się być może podświadomie jak szczęśliwe zakończenie wpłynie na życie całej czwórki. Nie bez powodu kilka razy stwierdzają, że Maria powinna być z kimś innym. Żaden chyba nie uważa, że byłaby z nim szczęśliwa i odsyła ją do kolejnego. Wyjątkowo łatwo rezygnują i mam wrażenie, że wcale nie walczą o Marię, tylko pilnują, żeby tkwiła w tym układzie, bo na nim opiera się jedyna stała rzecz w ich życiu - dziecięca przyjaźń i wrześniowe zawody ;)

      Usuń