niedziela, 4 grudnia 2016

Girl power w wiktoriańskim Londynie
– „Szkarłatny płatek i biały”, Michel Faber

Charles Dickens nie pisał o prostytutkach. Świat kobiet upadłych, 80-tysięczne miasteczko w XIX-wiecznym Londynie, z oczywistych względów nie istniał na kartach powieści wiktoriańskich pisarzy. Michel Faber wypełnia tę lukę, tworząc zarazem coś w rodzaju pięknego manifestu kobiecości – Szkarłatny płatek i biały to historia dziewczyny lekkich obyczajów, która dzięki ambicji, inteligencji i wewnętrznej sile wybija się ponad londyńską nędzę.

Zadanie, które postawił przed sobą autor, było jednak trudne. Bo nie dość, że opisuje świat XIX-wieczny, to jeszcze z perspektywy kobiecej. I to nie jednej bohaterki, a wielu. Czy mu się to powiodło? Trochę tak... trochę nie.

Zacznijmy od świata...

Tutaj jest doskonale. Spacer po ciasnych uliczkach Londynu, odgłosy, zapachy, widok sklepowych witryn, uliczny gwar, wszystkie te cudowne szczegóły sprawiają, że od pierwszej chwili czytelnik czuje się jak w powieści Dickensa. Z czasem, czy to za sprawą przeniesienia akcji na przedmieścia, czy to z powodu zaabsorbowania autora zawiłościami fabularnymi – których w końcówce jest zdecydowanie zbyt wiele – ten starannie zbudowany klimat słabnie, nad czym bardzo ubolewam. Pierwsze oczarowanie jednak pozostaje.

Kobiety. Jest ich tu wiele, i reprezentują bardzo różne postawy. Prostytutki i kobiety cnotliwe, anielice i diablice, takie, które widziały wszystko i takie, które pozostają naiwne jak dzieci. Każda z nich to postać cudownie złożona, „te złe” nigdy nie są do końca złe, a „te dobre” – nigdy nie są do końca dobre.

Cudowna jest pani Fox, ze swoją dobroczynnością na pierwszy rzut oka przypominająca karykaturalną postać Dickensa, pod tą fasadą jednak – niezłomna, wspaniałomyślna, do bólu szczera, a przez to nieco ekscentryczna. Mimo ciosów, jakie na nią spadają, mimo zmęczenia i przykrości wdowiego życia nie poddaje się i nie popada w zwątpienie. A jej urocze bluźnierstwa, którymi tak szokuje poczciwego Henry’ego? Moja idolka!

Agnes wywołuje mieszankę irytacji i współczucia. Porcelanowa lalka, której nikt nie przygotował do prawdziwego życia, której nikt nie nauczył miłości, która żoną i matką została, sama będąc jeszcze dzieckiem. Choć taka się wydaje płytka ze swoimi sukniami i pragnieniem olśnienia salonów, choć tak szokuje jej brak zainteresowania dla spragnionej czułości córki, trudno nie dostrzec w niej postaci tragicznej i nie wybaczyć jej, wiedząc o jej obłędzie i o guzie pulsującym w ślicznej blond główce. To również świetnie skonstruowana, wywołująca różne emocje postać.

A Sugar?

Romola Garai jako Sugar w serialu BBC z 2011 r.
No właśnie, Sugar… Jest z jednej strony najmocniejszą, a z drugiej – najsłabszą stroną tej powieści. Niełatwo ją ocenić, ale to jest akurat dobre. Poznajemy ją, gdy po godzinach zabawiania klientów – a robi to pierwszorzędnie, słynie z tego, że w łóżku zrobi wszystko – pisze krwawą powieść, w której wyładowuje swą nienawiść do mężczyzn. Ma jednak prawo nienawidzić – znamy smutną historię jej życia...

Jest interesowna, skłonna do oszustw i intryg, bez większych skrupułów wykrada pamiętniki Agnes – ale robi to wszystko, aby zakorzenić się w domu Rackhamów i pozostać z dala od swego dawnego świata, czego też nie można jej mieć za złe. I mimo wszystko czytelnik ją uwielbia – za jej ambicję, za jej intelekt, za współczucie, szczerość i troskę o Sophie, za to, że jako jedyna rozumiała, czego naprawdę potrzebuje to pozbawione czułości dziecko, bo w końcu sama niewiele ciepła ze strony swej matki zaznała. Jest autentyczna, wielkoduszna i żywa, w przeciwieństwie do przedstawionych w powieści arystokratów i dorobkiewiczów, odgrywających swoją smutną szopkę.

Ale jest też niekonsekwentna. [Uwaga, spoiler!] Współczuje Agnes, gdy William zamierza zamknąć ją w przytułku dla obłąkanych, ale jej późniejsze losy nie wydają się specjalnie jej obchodzić. Choć wiąże z dzieckiem duże nadzieje, rzuca się ze schodów z nadzieją poronienia. [Koniec spoilera]. Jej działania są nieracjonalne, i mimo że patrzymy na świat z jej perspektywy, nie wiemy, co tak naprawdę myśli i czuje. Czy to wada, czy zaleta tej narracji? Obstawiam, że jednak to pierwsze.

Dziewczyny górą!

Są tu też mężczyźni, choć zdecydowanie w cieniu. Ten najważniejszy, William, przechodzi swoistą metamorfozę i coraz bardziej odrzuca od siebie czytelnika. Choć w pierwszych scenach budzi raczej wstręt, krążąc po Londynie w poszukiwaniu dziwki, która spełni jego wyszukane żądania, na kolejnych stronach jawi się w nieco lepszym świetle – dba o Sugar, liczy się z jej zdaniem, i wierzy się mu nawet, gdy mówi, że ją kocha.

[W dalszej części możliwe lekkie spoilery…] Kiedy jednak przestaje doceniać swoją nieocenioną doradczynię i partnerkę, kiedy zaczyna znów traktować ją jak dziewczynę z półświatka, a swoje zainteresowanie kieruje ku obrzydliwie przymilnej lady Bridgelow, gwałtownie traci punkty. Można go już teraz potraktować w sposób należny wszystkim nieczułym samcom, przez których Sugar i tysiące innych dziewcząt trafiło na ulice – na końcu nawet kot Henry’ego wypina się na niego swoim futrzastym zadkiem.

Chris O'Dowd jako Rackham i Liz White jako Caroline.
Piękne jest to zakończenie. Po kilkuset stronach dziwacznych fabularnych perypetii, które zmęczyły mnie na tyle, że z lekką ulgą zmierzałam do końca tej lektury, przywróciło mi ono zachwyt, z pewnością należny powieści Fabera. Jest w tej końcówce Szkarłatnego płatka cały ten triumf kobiecej siły, pogoń za marzeniami, nowe, niezwykłe możliwości, podeptanie ciasnego świata, w którym kolejna surowa guwernantka uczy Sophie francuskiego, tańca i życia w niewoli.

Jest też pewien symboliczny powrót do początku. Między Rackhamem a Caroline, która mimo wszystko mu pomaga, powstaje więź, oparta na wdzięczności. Tworzy się piękna pętla, a wizerunek prostytutki, jaki kreśli w swojej powieści Faber, ostatecznie się ustala. Nie zdeprawowane, cyniczne, interesowne żmije – a wrażliwe kobiety, które o uczuciach wiedzą więcej niż „wyższe sfery”, a mimo to przez mężczyzn pozbawione zostały godności. [Koniec lekkich spoilerów :)].

A na koniec… cały ten seks

Oczywiście odgrywa tu ważną rolę. Ale cóż za brak językowej inwencji, panie Faber! W kółko tylko te „kutasy” i „cipy”… I ten cień zakłopotania, gdy mowa o miesiączce – „kobieca przypadłość”, myśli o niej Sugar. Czy przywykła do dosadnych określeń prostytutka tak by to nazwała? Wątpię… Wychodzi tu z pana mężczyzna, i w tym całym szokowaniu cielesnością, mimo odważnych, przyznaję, opisów, pobrzmiewa pewna nuta niepewności.

Mam więc trzy małe zastrzeżenia – niekonsekwencja postaci Sugar, fabularne udziwnienia i język seksu. Poza tym jednak lektura Szkarłatnego płatka i białego była dla mnie ogromną frajdą. Ponad 800 stron pełnokrwistej, iście dickensowskiej prozy, ze wszystkimi smakami i zapachami wiktoriańskiego Londynu – nie odmawiajcie sobie tej przyjemności!


***
M. Faber, Szkarłatny płatek i biały, tłum. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007.

A relację ze spotkania z Michelem Faberem w ramach Festiwalu Conrada, w której dzielę się swoim zachwytem osobą autora, możecie przeczytać tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2], [3] bbc.co.uk,
[4] okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa / wab.com.pl

16 komentarzy:

  1. Od momentu ostatniej lektury "Płatka..." obraz wiktoriańskiego Londynu według Fabera zatarł się trochę w mojej pamięci - ale przeczytałam Twój wpis i mam ochotę na powtórne czytanie!
    Język seksu - no cóż. Dosadny styl ma pewnie korespondować z bezlitosnym światkiem, w którym żyje Sugar. Co do samej Sugar, trudno mi zdecydować, czy to niekonsekwencja w rysunku postaci, czy może próba ukazania bohaterki jako złożonej, skomplikowanej, niejednoznacznej? Natomiast doskonale pamiętam, że, podobnie jak Ciebie, niemiłosiernie irytowała mnie efemeryczna Agnes. A panią Fox polubiłam od razu :-)
    P.S. Czy znasz powieści Sarah Waters? To soczyste historie, często w wiktoriańskim sztafażu (np. "Złodziejka"). I podobnie jak Faberowski "Płatek...", również o kobietach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja nawet nie mam mu za złe dosadności, bo faktycznie, jest tu uzasadniona, tylko ten brak inwencji językowej. No bo jednak nawet na poczekaniu znalazłabym przynajmniej kilka równie dosadnych synonimów na nazwy „tych” części ciała ;).

      Co do Sugar – tak, przeszło mi to również przez myśl, tylko przy przyjętej przez Fabera narracji wygląda to trochę tak, jakby ona sama nie wiedziała co robi i dlaczego. Bo teoretycznie mamy wgląd w jej myśli, odczucia i zamiary, a nie jesteśmy w stanie mimo to wyjaśnić niektórych jej posunięć. Ale może i fakt, że z kobietami też tak bywa? W końcu zdarza nam się zachowywać zupełnie nieracjonalnie. Musimy coś zrobić, „bo tak”, i koniec dyskusji :).

      Agnes chyba najtrudniej jest wybaczyć to zachowanie względem córki. Bierność, dziwne zachcianki, płytkie ambicje, ograniczające się do korzystnego zaprezentowania się „w towarzystwie” – w porządku, nikogo tym nie krzywdzi, ale to, jak traktowała Sophie (i to, że nikt nie próbował na nią wpłynąć, wyjaśnić jej; inna sprawa, że nie wiem, czy w tamtych czasach w Wielkiej Brytanii taki „zimny chów” nie był na porządku dziennym), jest dla mnie niewyobrażalne.

      Emmeline Fox była cudowna. Ja chyba nie od razu obdarzyłam ją sympatią, mając jeszcze na świeżo te wszystkie opętane ideą dobroczynności dewotki z „Samotni” Dickensa, podeszłam do niej z pewną rezerwą, ale kiedy tylko zorientowałam się, że to zupełnie nie ten typ, i zaczęłam śledzić te jej urocze rozmowy z Henrym, kupiła mnie całkowicie :).

      A co do Sarah Waters, czytałam kiedyś jedną jej książkę, ale to było tak dawno temu, że nie pamiętam już nawet tytułu. Mam jednak mgliste wspomnienie, że mi się podobało. Ona chyba naukowo zajmuje się literaturą epoki wiktoriańskiej, dobrze kojarzę? Przyjemnie będzie poczytać o wiktoriańskich kobietach tym razem z perspektywy kobiety :). Poszukam jej książek, dzięki!

      Usuń
    2. Właśnie czytam felietony Houellebecq'a ("Interwencje 2") i w jednym z nich padają takie słowa, nienowe może, ale chyba prawdziwe:
      "To, co z literackiego punktu widzenia jest ciekawe i trudne, to doznania zmysłowe. Język nie został stworzony do wyrażania doznań, ani przyjemnych, ani bolesnych. Auguste Comte bardzo celnie zauważył, ile kłopotu sprawia przedstawienie swoich dolegliwości lekarzowi. Ból można zlokalizować, określić jego intensywność, ale trudno o nim powiedzieć coś bliższego. Podobnie jest z rozkoszą. A trudności jeszcze rosną, gdy nie chcemy się odwoływać do metafor".
      Pozostaje jeszcze możliwość, że ten irytujący niedobór słów w wiadomej kwestii to wynik przekładu. Może w oryginale Faber szasta synonimami? ;-)
      Żałuję, że dziurawa pamięć nie pozwala mi się w pełni odnieść do szczegółów fabuły - ale podejrzewam, że z Agnes sprawa jest dość skomplikowana. To chyba nie tylko postępowanie zgodne z regułami epoki (dzieci z pewnością nie były wówczas "głowami rodzin", jak to dziś bywa), ale niepokojący zanik woli, coś na kształt wyuczonej bezradności. Bardziej kwestia psychicznej konstrukcji, niż "czasów".
      Tak, Waters ma doktorat z literatury brytyjskiej (gay and lesbian historical fiction). Podobają mi się zarówno te jej powieści, które osadza w wiktoriańskich dekoracjach - jak "Złodziejka" właśnie, jak i bardziej współczesne (świetne "Za ścianą") :-)

      Usuń
    3. P.S. Dopiero teraz przeczytałam komentarze poniżej - zatem kwestia przekładu odpada. Pozostaje jedno: twórca tak chciał!

      Usuń
    4. Hehe, może więc faktycznie za wiele wymagam :). Ale, kurczę, nawet w takiej XVIII-wiecznej ramotce jak „Zwierzenia Fanny Hill” jednak więcej było tej inwencji językowej i biegłości w opisywaniu doznań zmysłowych, niż tu. Obstaję przy tym, że Faber, choć o epoce wie bardzo dużo, mógłby się w tym akurat zakresie jeszcze podszkolić :). A co do tłumacza, to nie mogę orzec na 100%, skoro tego oryginału w rękach nie miałam – po prostu z szacunku i sympatii do niego staję w jego obronie :).

      Co do Agnes – tak, myślę, że w tamtej epoce jej zachowanie było ewentualnie ciut mniej szokujące niż dziś, ale na pewno nie było typowe. O czym świadczy zaskoczenie Sugar, kiedy dowiedziała się, że Agnes nie widziała córki od dnia jej narodzin.

      Wydaje mi się, że ta jedyna książka Waters, którą czytałam, to „Pod osłoną nocy”. Ale to i tak już nie ma znaczenia, bo nie pamiętam nic :). Więc chętnie sobie i tę odświeżę, i po inne sięgnę, te wiktoriańskie.

      Usuń
  2. Co do języka to ja bym spojrzała do oryginału, bo możliwe, że tłumacz zdecydował się na takie, a nie inne okreslenia. Ja czytałam te ksiązkę po niemiecku, już dość dawno, ale wtedy językowo nie miałam zastrzeżeń. Co do niekonsekwencji Sugar, też ją zauważyłam ale odebrałam ją jako jej miotanie się, rozwój osobowści, niejednoznaczność...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świerkocki to świetny tłumacz, nie chciałam go nawet skrzywdzić takim podejrzeniem. Z dostępem do oryginału niestety może być problem, ale jeśli będę miała okazję, to na pewno zajrzę i porównam :). Co do Sugar, odniosłam się do podobnego stwierdzenia pod komentarzem Marty, piętro wyżej. Pozdrawiam, Aniu!

      Usuń
    2. Jeśli faktycznie uda ci się trafić na oryginał i porównać te określenia, to daj znać. Też jestem ciekawa!

      Usuń
    3. Dam znać na pewno :).

      Usuń
  3. Przeczytałam z zainteresowaniem wpis i też mam ochotę na powtórną lekturę, bo po poprzedniej mam blade wspomnienia.
    Jeśli mogłabym coś polecić "wiktoriańskiego" to, oprócz wspomnianej wyżej "Złodziejki", koniecznie "Kochanicę Francuza" Johna Fowlesa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że przywołuję miłe czytelnicze wspomnienia :). O, a „Kochanicę Francuza” to mam na swojej liście już od dawna! Tylko wtedy, kiedy akurat miałam zryw, żeby ją wypożyczyć, chyba była zajęta w bibliotece. Ale siedzi mi cały czas gdzieś z tyłu głowy i wrócę do niej, a po tej rekomendacji to już na pewno. Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń
  4. Dosadnego języka już nie pamiętam, ale wiktoriański sztafaż jak najbardziej.;) Faber jest przewrotny, wykorzystując konwencję powieści wiktoriańskiej w taki a nie inny sposób. Próbowałam czytać "Złodziejkę", ale przy Faberze to było po prostu czytadło.
    Kilka miesięcy temu widziałam inscenizację Płatka w stołecznym Teatrze Studio - świetna rzecz. Aż mi się zachciało powtórzyć lekturę, niestety z tym różnie u mnie bywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pomysł miał zdecydowanie świetny. Po „Złodziejkę” mimo wszystko z ciekawości sięgnę, ale w takim razie bez wielkich oczekiwań. A o tym spektaklu była nawet mowa na spotkaniu z Faberem w ramach Festiwalu Conrada, ktoś z publiczności poruszył ten temat. Mówił, że oczywiście wiedział o tym projekcie i bardzo chciał pomóc przy jego tworzeniu, ale było to akurat w okresie, kiedy jego żona była już bardzo chora, i musiał jej poświęcić całą swą uwagę. Dobrze słyszeć, że to była udana inscenizacja, bo przerabiając powieść, a zwłaszcza taką powieść, na spektakl, można się chyba na wielu rzeczach wyłożyć. Szkoda, że jej nie widziałam. A co do powtarzania lektur to rozumiem Cię, lubię sobie odświeżać dobrze wspominane książki, ale tyle jest też nowych, które czekają na przeczytanie...

      Usuń
    2. Myślę, że dobrze się stało, że Faber nie uczestniczył w pracy nad spektaklem. Obecność autora może wprowadzać zbyt wiele zamieszania, a reżyser - jak każdy inny odbiorca - ma prawo do własnej wizji i interpretacji.;) Spektakl miał premierę w tym roku, na pewno będzie szansa na obejrzenie go.

      Usuń
    3. To chyba też zależy od autora, na ile jest otwarty, ale zasadniczo pewnie masz rację :). A na spektakl w takim razie postaram się wybrać. Dzięki za informacje!

      Usuń
    4. Muszę wziąć w obronę "Złodziejkę" - zwłaszcza, że sama ją tak gorąco polecam kilka komentarzy wyżej ;-)
      "Płatek" również, moim zdaniem, należy do pojemnej kategorii czytadeł, co wartości mu nie odbiera. U Waters mamy równie złożone i ciekawe psychologicznie portrety postaci, jak u Fabera. Więcej: autorka wykorzystuje wiktoriańskie klimaty, żeby pokazać walkę kobiet o wyzwolenie spod męskiej opresji (świetnym przykładem jest choćby ostatnia scena powieści, ale więcej nie napiszę, żeby nie spojlerować). Zatem: wciąż aktualne tematy w świetnie odtworzonych historycznych dekoracjach. Jeśli ktoś zachwycił się "Płatkiem", "Złodziejka" też powinna mu się spodobać. Zwłaszcza, że to jedna z lepszych - o ile nie najlepsza - powieść tej pisarki :-)

      Usuń