piątek, 30 grudnia 2016

W kleszczach sceptycyzmu – „Bez dogmatu”, Henryk Sienkiewicz

Analiza jest czymś podobnym do oskubywania kwiatu. Psuje się przez nią najczęściej piękność życia – a zatem i szczęście, czyli to, co jedynie ma sens” (s. 371).

Powieść psychologiczna Bez dogmatu, napisana przez Sienkiewicza w ramach odmiany po kilku latach pracy nad Trylogią, to dla mnie osiągnięcie wybitne. Przede wszystkim dlatego, że niepokoje głównego bohatera – inteligentna z bogatego domu, człowieka sceptycznego i niezdolnego do działania, postawy charakterystycznej dla czasów pisarzowi współczesnych – do dziś pozostają zaskakująco aktualne.

Zachwyt – tak krótko mogę podsumować moje wrażenia z tej lektury. Z lekkim zdziwieniem stwierdzam jednak, że niewielu współczesnych czytelników podziela mój entuzjazm. I niewielu jest takich, którzy, na wzór polskich dekadentów przełomu XIX i XX wieku, w targanym wątpliwościami Leonie Płoszowskim odnajdują samego siebie. Na głowę gagatka sypią się za to obelgi i dziś już biedny Leon zdaje się budzić wyłącznie płomienną nienawiść. Dlaczego?

W przeciwieństwie do większości osób sięgających dziś po Bez dogmatu, widzę w tej historii autentyczny dramat „cudownego dziecka”, które, rozpieszczone dostatkiem i powszechnym podziwem dla swoich zdolności, traci wolę działania i zdolność podejmowania decyzji. Za dużo myśli, za mało robi, sparaliżowane wątpliwościami i sceptycyzmem, nie jest w stanie w nic się zaangażować, żadnego życiowego projektu doprowadzić do skutku – i wcale nie jest mu z tym dobrze. „Ze wszystkich zadań życiowych nie rozwiązałem żadnego, jestem niczym” – pisze o sobie ten wyrośnięty mały geniusz, „geniusz bez teki”, doskonale świadomy własnych wad.

Henryk Sienkiewicz. Autor: Kazimierz Mordasewicz.
I dziś nie brak nam podobnych jemu. Może już nie ma bogatych arystokratów, „wymazujących z siedmiu dni tygodnia sześć powszednich”, ale są całe zastępy „cudownych dzieci”, inteligentnych, rokujących wielkie nadzieje, wychowywanych w poczuciu własnej wyjątkowości. W starciu z prawdziwym życiem okazuje się, że ich talenty i rozum niewiele są warte, nie potrafią wybrać swojej ścieżki ani się jej poświęcić, a bardziej przedsiębiorczy i zdolni do działania okazują się ich trójkowi koledzy ze szkoły.
„Byłem pierwszym uczniem, wodziłem więc rej w całej szkoły i nikomu nie przyszło do głowy spierać się ze mną o to stanowisko. Rosłem w mimowolnym przekonaniu, że i później, na szerszym polu, tak samo będzie. Przekonanie to dzielili nauczyciele i koledzy; tymczasem faktycznie tak jest, że wielu z moich towarzyszów szkolnych, którym do głowy nie przychodziło wówczas, żeby kiedykolwiek mogli współzawodniczyć ze mną, zajmuje dziś we Francji wybitne stanowiska, bądź na polu literackim, bądź naukowym, bądź politycznym, podczas gdy ja nie wybrałem sobie zawodu, a po prawdzie byłbym w kłopocie, gdyby mi kazano go wybrać” (s. 14).
Cudowne dzieci za wiele myślą, każde swoje posunięcie i decyzję skrzętnie analizują, aż w końcu wydaje im się bez sensu. I dotyczy to wszystkich sfer życia – tak drogi zawodowej, jak i wyboru towarzysza życia oraz małżeństwa, „bajecznego aktu wiary”, jak o nim pisze Leon. Głowa im puchnie od rozmyślań, podobnie jak bohater Sienkiewicza „stawiają znaki zapytania i filozofują tam, gdzie inni tylko kochają”. Boją się zobowiązań i zmian przyzwyczajeń, nie wiedzą, czego chcą, na nic nie mogą się zdecydować, niczemu nie potrafią się poświęcić. Wciąż zdaje im się, że „życie jest gdzie indziej”. W efekcie – kończą z niczym.

Muzyka i religia – wczoraj a dziś

Nie tylko zresztą postać Leona z jego wątpliwościami wydaje się pasować również do współczesnych nam czasów. Weźmy choćby takie słowa Leona na temat muzyki:
„Czy muzyka, dla której zrozumienia potrzeba być profesorem konserwatorium, od której nie mają klucza już nie tylko prostaczkowie, ale nawet ludzie rozwinięcie i poniekąd muzycznie wykształceni – jest tym, czym być powinna? Obawiam się, aby idąc tą drogą, muzycy nie wytworzyli z czasem kasty egipskich kapłanów, przechowujących wiedzę i piękność wyłącznie dla siebie” (s. 146).
Mam wrażenie, że wypowiedź tę można powtórzyć i dziś, rozszerzając ją na takie dziedziny jak film czy literatura. Nagromadzenie udziwnień, sztuczek i kalamburów, które mają pewnie z założenia stymulować widza, czytelnika czy słuchacza, często zaciemnia prawdziwy przekaz dzieła (o ile jakiś jest) i utrudnia jego odbiór, przez co staje się ono sztuką dla sztuki, pustą i bezużyteczną.

Także fragment dotyczący podejścia do religii brzmi jakoś dziwnie znajomo:
„Jeśli zaś chodzi o to, bym swoją zewnętrzną religijność usprawiedliwił mniej szlachetnymi a bardziej praktycznymi powodami – ach! mam ich mnóstwo. Oto, przywykłem od dzieciństwa; spełnianie pewnych przepisów stało się niemal we mnie nałogiem; oto, jak Henryk IV mówił, że Paryż wart jest mszy, tak ja mówię sobie: Spokój bliskich wart jest mszy; ludzie mojej sfery spełniają w ogóle obowiązki religijne, a moje sumienie czułoby się obowiązane do protestu tylko w takim razie, gdybym mógł sobie powiedzieć coś bardziej stanowczego niż: nie wiem. Oto, na koniec, chodzę do kościoła, bom jest sceptyk podniesiony do kwadratu, to się znaczy, że jestem sceptykiem nawet względem własnego sceptycyzmu” (s. 24).
Osobiste fatum

Duże wrażenie zrobiła na mnie ta historia, mająca w sobie coś z greckiej tragedii, w której trup ściele się gęsto, ale zamiast fatum jest to, co siedzi w głowie Leona – sceptycyzm i zwątpienie. To stąd wszystkie problemy; to jego wieczne „nie wiem”, to jego „nie umiem chcieć” kazało mu odtrącić kobietę, którą kochał, a później doprowadziło do innych tragicznych wydarzeń.

Fabuła powieści Sienkiewicza ma jednak moim zdaniem jeden słaby punkt. Anielka nie wydaje się typem, który wychodzi za mąż za niekochanego człowieka z rozpaczy. Zbyt jest na to rozważna i stateczna, zbyt dużą wagę przywiązuje do małżeństwa, i nawet jeśli w pierwszym porywie uczuć przyjęła oświadczyny Kromickiego, powinna się wycofać po wiadomości od Leona przekazanej przez Śniatyńskiego. I to wcale nie musiałoby oznaczać happy endu – sam Płoszowski przyznaje bowiem: „Gdyby wcale nie była wyszła za mąż… kto wie… wstyd mi wypowiedzieć tę myśl, a jednak, być może, żebym jej mniej pożądał” (s. 227).

Hultaj i łobuz – tak, ale (w to wierzę święcie!) nieszczęśliwy. „Dusza moja wlecze jedno skrzydło po ziemi” – pisze, i pisze szczerze. Boleśnie świadom swoich wad, zamknięty w klatce własnych psychicznych ograniczeń, stęskniony za prostotą nienaruszalnych zasad moralnych, spragniony „stałego miejsca zamieszkania” – tyle samo budzi we mnie niechęci, co współczucia.

 
***
H. Sienkiewicz, Bez dogmatu, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1963.

A tu ciekawostka – treść opublikowanej w „Przeglądzie Powszechnym” w roku 1890 recenzji Bez dogmatu autorstwa ks. M. Morawskiego. Z większością jego stwierdzeń kategorycznie się nie zgadzam :).

Zobaczcie też, co pisały o tej powieści Pyza i Tarnina w ramach Pikników z klasyką, oraz co sądzi o niej Marlow z Galerii Kongo. Wszyscy wykazują dla Leona zdecydowanie mniej zrozumienia niż ja :).

Fotografie:
[1], [3] Zdjęcie własne
[2] www.rempex.com.pl / Wikimedia Commons 

16 komentarzy:

  1. Do "Bez dogmatu" momentami nawiązują "Wiry", są jeszcze lepsze, o ile to w ogóle możliwe :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytam, a co! ;)

      Usuń
    2. Lepiej przeczytaj "Obłomowa" (to zupełnie inna kategoria wagowa i jednak inny typ niż Płoszowski). Na "Wiry" szkoda czasu, chyba że chcesz się na własne oczy przekonać co może napisać dobry pisarz gdy nie ma weny.

      Usuń
    3. „Obłomowa” też chętnie :). A z Sienkiewicza to na pewno jako następna będzie „Rodzina Połanieckich”, której też jeszcze nie czytałam, ale i tych „Wirów” nie odpuszczę, choćby z ciekawości :).

      Usuń
  2. Jak tak czytałam Twój tekst, miałam wrażenie, że "Bez dogmatu" jest powieścią świetną, jeśli chodzi o to, co czytelnik może z niej dla siebie wyciągnąć (wszak to, co piszesz, brzmi szalenie zachęcająco), a z drugiej strony jednak przecież czytałam i zasiliłam zastępy tych, którzy Leonem byli zniesmaczeni. Chociaż może to złe słowo: nie tyle zniesmaczeni, co jednak zdenerwowani. Nie tyle jego nie-wolą czynu i duchowym rozmemłaniem, ile jego postępowaniem wobec innych: Anielki zwłaszcza -- ale tutaj Sienkiewicz tak starał się pokazać, do czego prowadzi dekadencja w myśleniu, że aż, moim zdaniem, przesadził.

    Ale Leona biegnącego w czasie burzy za ciotką wokół dworu sobie zapamiętam, cudny obrazek ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest właśnie dla mnie wyznacznik dobrej książki :). Żadna sztuka stworzyć bohatera, którego wszyscy nienawidzą albo wszyscy kochają, i żadna sztuka stworzyć historię, którą wszyscy odbiorą tak samo. Ja akurat nie mam tak bardzo za złe Leonowi jego postępowania wobec Anielki, bo chociaż było karygodne, fakt, zwłaszcza to, co wyprawiał już po jej ślubie, to jednak mimo wszystko wierzę, że to dlatego, że naprawdę ją kochał i chciał ją odzyskać. Oczywiście, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, nie sposób więc tej postaci wybielić, ale mam dla niej sporo zrozumienia. A z kolei anielskość Anielki stanęła w moich oczach pod znakiem zapytania w momencie ślubu z Kromickim. Do ostatniej strony liczyłam, że się jakoś z tego wytłumaczy, bo takie desperackie i – co tu dużo mówić – głupie posunięcie zupełnie mi do tej postaci nie pasowało.

      Usuń
    2. Tego w ogóle w tej postaci nie widzę. Może zresztą dlatego akurat tak a nie inaczej została napisana Anielka: żeby Leon mógł się w niej przeglądać, kiedy mu z tym po drodze (ta desperacja to jednak imperatyw narracyjny, ona po prostu musiała tak zrobić), a kiedy nie -- może o niej zapomnieć. Chce być kochankiem tragicznym, tyle że Sienkiewicz jednak nie może się oprzeć, by unieszczęśliwiającą go figurą nie uczynić cokolwiek płaskiego i bieda-amanta Kromickiego (bo siedzi mimo wszystko w Sienkiewiczu z "Bez dogmatu" pisarz z zacięciem komicznym). Ale zgadzam się z Marlowem, że ta psychologia postaci (a zwłaszcza: związków między nimi) tutaj siada. Moim zdaniem właśnie dlatego, że to pisanie pod tezę, hiperbolizowanie pewnych cech czy zachowań w celu uzyskania konkretnego efektu.

      Usuń
    3. Może i tak, mnie się akurat ta psychologia, pomijając wyskok Anielki (kiedy, wychodzi na to, autor poświęcił psychologiczną wiarygodność dla spójnej fabuły), wydaje w porządku, ale nie jestem na tym polu żadnym autorytetem, więc upierać się nie będę :).

      Usuń
  3. Dla mnie "Bez dogmatu" jest anachroniczne do bólu, Sienkiewicz po prostu nie udźwignął tematu przez co książka zamiast być tragiczna robi się śmieszna. Widać, że kompletnie sobie nie radzi z psychologią postaci a to co było dobre w Trylogii jako powieści przygodowej okazało się niewystarczające w powieści obyczajowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego anachroniczne? Anachroniczne z punktu widzenia naszych czasów, czy anachroniczne już w epoce Sienkiewicza? Trudno mi się z tym zgodzić, bo, tak jak napisałam, moim zdaniem podobnych Leonów mamy na pęczki i dziś. I czemu uważasz, że Sienkiewicz nie poradził sobie z psychologią postaci? Owszem, mam zastrzeżenia co do wiarygodności postaci Anielki, ale Leon jako pewien typ wydaje mi się bardzo autentyczny. Jego wynurzenia o życiowym sceptycyzmie i niezdolności do działania, jego niezdolność do zaangażowania się, dyskusje z samym sobą, usprawiedliwianie własnych postępków – przekonało mnie to.

      Usuń
    2. Anachroniczna podwójne - raz jeśli chodzi poglądy (niestety np. pogląd, że kobieta "powinna rozumieć, że pierwsze jej obowiązki są względem męża" nie jest dominujący), dwa jeśli chodzi o styl. Sienkiewicz nie portretuje dekadenta on stwarza go od początku przypisując bohaterowi cechy jakie jego zdaniem powinien mieć dekadent. Patrzy na niego oczami mieszczucha, siedzącego przy kominku z gazetą, któremu usługuje żona i otoczonego gromadką dzieci i dla niego każdy kto nie zapatruje się na życie w ten sam sposób to zło wcielone a imię jego dekadent, a przecież Płoszowski to w gruncie rzeczy tylko znudzony filister, który mógłby być znajomym Sienkiewicza.

      Usuń
    3. To znaczy jest dominujący, w powieści? :) Dobrze Cię rozumiem? No cóż, trudno oczekiwać od powieści z końca XIX wieku, że będzie promować związki partnerskie. A z drugiej strony – jest tu małżeństwo Śniatyńskich, które wydaje się mimo wszystko bardzo odbiegać od modelu „pan i poddany”.

      Kurczę, widzę, że i Ty i Pyza zakładacie, że sam Sienkiewicz jednoznacznie potępia swojego Leona i że stworzył tę postać po to, żeby, kolokwialnie mówiąc, „pojechać” po dekadentach. A mnie się jednak obraz tej postaci wydaje mniej czarno-biały, jakby budowany również z odrobiną zrozumienia – co nie musi oznaczać usprawiedliwiania – dla takiej postawy. Czyżbym sama cierpiała na nadmiar współczucia, i widziała w tej książce więcej, niż naprawdę tam jest? :)

      Usuń
  4. Zdaje się że Leon i Oblomow to całkiem bliscy krewni 😉 Pisze zdaje się bo opieram się tylko na tym co tych książkach słyszałam bo niestety ich nie czytałam
    A co do cudownych dzieci, to kiedy słucham opowieści dookoła, to mam wrażenie, że wszystkie co do jednego takie są. Przynajmniej zdaniem rodziców i dziadków. 🤔

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, bo ja z kolei nie znam Obłomowa :). Ale bardzo możliwe!

      Tak, to prawda, gdyby wierzyć tym wszystkim opowieściom, to nasze szkoły byłyby pełne małych geniuszy :). Miałam tu na myśli te „prawdziwe” cudowne dzieci – prymusów, zawsze najlepszych w klasie, którym w czasach szkolnych wszystko przychodzi bez trudu, a w prawdziwym życiu zaczynają się schody... Żeby nie szukać daleko – sama czuję się kimś takim :).

      Usuń
  5. Oj, przyznaję się, że Sienkiewicza odpuściłem sobie zupełnie, kiedy tylko opuściłem szkolne mury. Jego twórcza to ogromna terra incognita, chociaż cały czas gdzieś w moim umyśle błyska świadomość, że twórczości tego pana nie powinno się lekceważyć. Dzięki za ten wpis, bowiem powieść szczerze mnie zainteresowała - postać głównego bohatera jest bardzo ciekawa. A co do owych trójkowiczów, to wielu wykładowców, z którymi się zetknąłem, starało się przekazać nam tę prawdę - że właśnie tacy ludzie najczęściej odnajdują się w rzeczywistości, kiedy swoją wartość należy udowadniać czymś więcej niż tylko stopniami i ocenami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właściwie też nie sięgałam po niego od czasów szkolnych, ale te szkolne lektury, „W pustyni i w puszczy”, Trylogię, nowele, wspominałam bardzo miło i wiedziałam, że kiedyś do niego wrócę :). Zeszły, jubileuszowy rok okazał się dobrą okazją. Na pewno też wkrótce przeczytam „Rodzinę Połanieckich”.

      Cieszę się, że udało mi się Leona przedstawić w ciekawym świetle :). Dla mnie to naprawdę interesująca postać, niezasłużenie zbierająca takie baty. A wykładowcy mieli rację, nie da się ukryć, że trójkowicze często dużo lepiej zdają ten najważniejszy egzamin – z życia :).

      Usuń