niedziela, 8 stycznia 2017

Miłość, flaczki i kiełbasa – „Najlepiej w życiu ma twój kot”, Wisława Szymborska, Kornel Filipowicz

„Ostatnie listy miłosne pisałam mając lat 8 na zamówienie służącej Karolci do młodszego palacza na lokomotywie. Od tego czasu wena mnie opuściła” – pisze Wisława Szymborska w jednym z listów do Kornela Filipowicza. Nie ma racji korespondencja zebrana w tomie Najlepiej w życiu ma twój kot jest prawdziwym popisem sztuki epistolarnej. To zbiór listów czułych, ale nie czułostkowych, żarliwych, ale nie sentymentalnych, tryskających humorem i fantazją. Oraz zapis miłości mądrej i dojrzałej, która nie karmi się płaczliwymi wyznaniami, niczego nie oczekuje i niczego nie żąda.

„Najpierw wiadomości, a potem czułości” (s. 337) – zaczyna jeden ze swoich listów Szymborska, i dobrze opisuje to charakter całej jej korespondencji z Filipowiczem. Obydwoje piszą rzeczowo, konkretnie, przede wszystkim przekazują sobie ważne informacje, dokumentują ostatnie wydarzenia. „Jako autor opowiadań krótkich (coraz krótszych) nie mogę pisać długich tekstów epistolarnych!” (s. 344) – tłumaczy się raz ze swojej lapidarności Filipowicz.

I rzeczywiście, to on z tej dwójki jest zdecydowanie bardziej zwięzły i przyziemny. Jego listy są niemal telegraficzne: „U nas: zimno, wiatr, zbliża się deszcz (oby!). Kasztan umiera. Idę z torbą na zakupy. Nie pracuję. Czytam Walsera (krótkie prozy)” (s. 331). Mało tego – ze skrupulatnością kronikarza notuje ceny towarów na Kleparzu, wymienia, co zjadł na obiad i wylicza, na ile dni wystarczy mu kiełbasa o długości 50 cm, jeśli będzie ją jadł w tempie 2 cm dziennie.
Kornel w szpitalu :).
W listach Kornela ze wzmiankami o miłości sąsiaduje zresztą nie tylko kiełbasa: „Potem byliśmy w barze na flaczkach. Za chwilę pójdę na spacer, myśląc o Tobie” (s. 130). A wspomnianą telegraficzność również wykorzystuje nieraz po to, by rozbawić adresatkę: „A ostatnie wiadomości w skrócie: kocica ma pchły (maluśkie, kocie – ale dużo). Basia ma grypę. Dwóch naszych kolegów ma chorobę weneryczną. A ja mam jeszcze pieniędzy na 1 ½ miesiąca!” (s. 116). I w ogóle humoru jest u niego sporo – urzekły mnie zwłaszcza jego koszule „non Byron”.

Baron von Moltke i aparat do udoskonalania nosów

Jeśli chodzi o dowcip, Szymborska wcale nie ustępuje swojemu partnerowi. Za to zostawia go daleko w tyle pod względem wyobraźni i literackości. Nie da się ukryć, że jej listy są lepsze i ciekawsze. Wchodzi w nich w role fikcyjnych postaci, wymyśla historie, daje upust nadmiarowi sił twórczych. Spreparowane przez nią listy hrabiny Heloizy Lanckorońskiej do plenipotenta Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego to prawdziwe perełki, które czyta się z nieschodzącym z ust uśmiechem.
„Otóż wystaw sobie Pan, że świeżo zakupiony wierzchowiec okazał się narowistym, i przy pierwszej przejażdżce z grzbietu mnie zrzucił! Padłam zemdlona na murawę – na szczęście nie łamiąc sobie żadnego członka. Niestety, nie koniec na tem: towarzyszący mi baron von Moltke rzucił się natychmiast do cucenia, ale że gorsetu rozpiąć nie umiał, strzelił w powietrze, chcąc mnie tym hałasem do zmysłów przywieść… Strzelił wszelako tak niefortunnie, że trafił niedołęga w mego znarowionego konia, kładąc go trupem na miejscu!” (s. 67)
Hrabina Heloiza Lanckorońska i plenipotent Eustachy Pobóg-Tulczyński na wycieczce w Tatrach :).
 Noblistka jest też bardziej kreatywna, jeśli chodzi o miłosne wyznania. Ale nawet czyniąc takowe, nie może się nieraz powstrzymać od dowcipów. Jak napisał Tomasz Fiałkowski w posłowiu tego tomu: „Żarliwość łączy się tu w niezrównany sposób z dyskrecją, humorem, autoironią”.

I tak – po kilkunastu latach związku Szymborska, wciąż zakochana jak nastolatka, pisze do Filipowicza: „Jesteś najpiękniejszy, najlepszy, najmądrzejszy” (s. 361), by niedługo potem zaatakować go uroczym przytykiem: „Na odwrotnej stronie masz reklamę aparatów udoskonalających nosy. Mojemu nic nie brakuje, ale Twój pozostawia wiele do życzenia, więc chyba skorzystasz z oferty” (s. 368). Pyta zaniepokojona: „Kochany, a może coś się zmieniło? Może Ci za ciężko z takim czymś jak ja?” (s. 69), a zaraz potem droczy się z nim: „Drogi Kornelu! Piszę specjalnie »Drogi«, żeby Cię troszkę zaniepokoić, czy coś się nie zmieniło. Ale oświadczam, że nie zmieniło się nic i właściwie ma być »Kochany«” (s. 97). Naprawdę niezrównane jest to jej połączenie czułości z humorem!
„Kornelu, bardzo chcę pójść z Tobą do cyrku naprawdę, niechby ten cyrk był nawet byle jaki, lwy wyleniałe, linoskoczek grał na skrzypcach bardzo kiepsko, a małpy miały fraki nie szyte u londyńskiego krawca (tylko w Radomiu w zakładach im. Róży Luksemburg)” (s. 138).
„Z Alicją liczymy przy telewizorze pocałunki, jakimi się obdarzają mężowie stanu. Pierwsza kategoria: całunek w usta z żelaznym obłapem (Breżniew z Gierkiem) – druga: całusek w policzek z obłapem (Breżniew z Jaroszewiczem) trzecia całusek w powietrze (Breżniew z Czauczesku). Gromyko tylko ściska łapki. Ja Cię całuję w kat. I” (s. 329).
Najczęściej Szymborska wyznaje miłość w słowach prostych („Kochany Kornelu, wczoraj właśnie leżałam w ciemności i myślałam o Tobie. Że Cię kocham – i to bardzo”), ale żarliwych. Nieco inaczej jest w przypadku Kornela, ale na tle tego całego humoru i rzeczowości jego szczere, poważne wyznania też robią niekiedy duże wrażenie: „Będzie mi smutno, że będziesz spacerować nie ze mną. Że będziesz mówić nie do mnie” (s. 125).

Tym jednak, po czym poznaję prawdziwie dojrzałe uczucie, jest przede wszystkim niezależność tej dwójki i swoboda, jaką sobie zostawiają (o czym świadczy też fakt, że mimo długoletniego związku nigdy nawet razem nie zamieszkali). Mimo dowcipnych słów zazdrości, głównie ze strony Szymborskiej, nie ma tutaj prób przywiązywania do siebie na siłę, wieszania się sobie na szyi. Jest za to „Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” Wisławy i „Nie zaprzątaj sobie mną głowy zbytnio, ale nie zapominaj o mnie” Kornela. I jego życzenia: „W dniu moich imienin życzę Ci, abyś niczego sobie nie wmawiając, w sposób wolny i nieprzymuszony, długo mnie jeszcze lubiła. Może ½ roku – a nawet rok?!!”.

I na tym chyba polegał ich sekret. Nic sobie nie przysięgając, będąc razem nie z obowiązku, a z czystej frajdy bycia razem, spędzili wspólnie ponad dwadzieścia lat. Rozdzieliła ich dopiero śmierć Filipowicza.

Literatura na ścianie wygódki w Ludźmierzu

Sięgając po korespondencję dwójki pisarzy, można spodziewać się, że będzie mowa o pisaniu – ale nie, Szymborska i Filipowicz poświęcają temu tematowi bardzo niewiele uwagi. Prawdopodobnie takie dyskusje woleli odbywać na żywo; listy były dla nich jedynie stosowanym z konieczności sposobem porozumiewania się, przekazywania ważnych informacji i zdawania relacji.

Nieco więcej dowiedzieć możemy się na temat wspólnych znajomych pary (w przypadku niektórych nie obeszło się bez uroczych złośliwości) i o ówczesnych realiach, choć i one zaprezentowane zostały z humorem. Uśmiech budzą wzmianki o kolejkach po kiełbasę czy trudnościach z dostaniem się do kina na Potop (bo takie tłumy!). Raz tylko robi się nieco poważniej, kiedy Kornel pisze: „Boję się Wisławo, że na długi czas zostaniemy zamknięci wewnątrz naszego bloku i odcięci od świata, nie mówiąc już o tym, że zamkną nam także usta” (s. 56). List kończy jednak brzmiącym pogodnie stwierdzeniem, że powinni być teraz bliżej, tak będzie im bowiem lżej i weselej – do czego się pięknie zastosowali.

Wracając jednak do literatury – nie należy żałować, że tak jej tu niewiele, bo to tylko pozory. Czym są te cudownie ironiczne relacje, dowcipne wyznania, zabawy w hrabinę Lanckorońską i plenipotenta Tulczyńskiego, list napisany przez Szymborską do kota, Mręgatego („Świat bywa bez litości dla młodych kotków ze skłonnością do marzycielstwa”), jeśli nie wspaniałą literaturą? Zresztą – wszystko wokół nas jest literaturą, i Szymborska i Filipowicz dobrze o tym wiedzieli. W jednym z listów Noblistka zachwyca się wierszykiem na ścianie wygódki w Ludźmierzu:


Zachwycona, komentuje: „Zauważyłeś chyba, że to jest piękna tercyna, i że ten kto ją ułożył, powinien zabrać się do przekładu Dantego” (s. 377).

Kończąc, zacytuję jeszcze raz posłowie Tomasza Fiałkowskiego: „Nieczęsto bywa nam dane obcowanie z tak niezwykłymi i pięknymi ludźmi”. To prawda. Dlatego polecam Wam ten zbiór – zobaczcie, jak pięknie i z jaką pogodą ducha można się kochać nawet w trudnych czasach.

Jedna z wielu wyklejanek :).
P.S. O treści tych listów napisałam wszystko, słowem jednak nie wspomniałam o formie, a to się nie godzi, więc dopisuję – Szymborska robiła cudowne wyklejanki. Stara gazeta, rach ciach, fotografia, podpis, albo zwykła pocztówka z zabawnym tekstem w dymkach, i wychodzą prawdziwe cuda! Poważnie, tak mi się te kolaże spodobały, że sama mam ochotę zacząć takie robić.

P.S.2 Tradycyjnie wyczulona na wszystko co czeskie, odnotowałam wzmiankę Szymborskiej o czeskich komediach: „Co to jest, że oni mają jakiś styl humoru, a my nie mamy?” (s. 325) oraz jeden bardzo ciekawy językowy trop. Poetka pisze: „Ale mi się właśnie na nią wylała herbata (wedle Twojej wymowy, bo dla mnie wylała się niestety cherbata)” (s. 216). Czyżby chodziło o dźwięczne h i bezdźwięczne ch, które w czeskim jest rozróżniane, i które Filipowicz, jako cieszynianin, mógł również rozróżniać? Ciekawe :).

***
W. Szymborska, K. Filipowicz, Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy, wyd. Znak, Kraków 2016.

Za te kilkanaście dni obcowania z „niezwykłymi i pięknymi ludźmi” dziękuję pani Monice (za uśmiech, dobre słowo i poświęcenie mojej sprawie – serdecznie Panią pozdrawiam!) i wydawnictwu Znak.

Fotografie – własne. Zdjęcia wyklejanek i rysunków pochodzą z książki.

12 komentarzy:

  1. O, mam niezwykłą chrapkę na ten zbiór - czeka już u mnie na półce i czuję, że nie dam mu długo leżeć ;) Niezwykle lubię język i sposób postrzegania świata Szymborskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w zasadzie o Szymborskiej nie za wiele wiedziałam, sięgając po ten zbiór, nawet jej poezję słabo znam. Tak naprawdę już Filipowicza twórczość lepiej znałam (choć też ta znajomość ogranicza się do jednej książki). Ale fascynowała mnie ta ich relacja, a poza tym niezwykle lubię czytać listy. Teraz wiem, że Szymborska była naprawdę cudowną osobą z niezrównanym poczuciem humoru, i to był przywilej znać ją osobiście :). Nie zwlekaj z tą lekturą, a ja wreszcie nadrobię braki, jeśli chodzi o twórczość noblistki.

      Usuń
  2. Nęci mnie ta pozycja, oj nęci... Wydaje się idealnym pomysłem na prezent, więc może ktoś wpadnie na świetny pomysł i mi ją kupi? Tak zupełnie bez okazji? ;)

    Wróciłam niedawno po półrocznej przerwie do blogowania, więc zapraszam ponownie do siebie:
    Między sklejonymi kartkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez okazji to ciężko, ludzie rzadko wpadają na takie wspaniałe pomysły... Chyba, że masz jakichś etatowych sprawiaczy prezentów :). Jeśli tak, to na pewno warto im podsunąć ten tytuł.

      Dzięki za zaproszenie, rozejrzę się :).

      Usuń
  3. Nie dałam rady ;) Czyta się... hm...sympatycznie, ale o wiele bardziej wolę listy/zapiski osób bardziej mi bliskich (jak np. Osiecka). Szymborska była zwykle gdzieś daleko... Ale teraz sama jestem na siebie zła, że nie mogłam się wczuć, bo widzę jakie to wartościowe, ładne po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, no co Ty, nic na siłę :). Rozumiem Cię, to nie jest jakaś porywająca lektura, a mnie też Szymborska nie jest jakoś specjalnie bliska, ale pewnymi rzeczami jednak mnie te listy urzekły. Taką ich... zwyczajnością, a zarazem niezwyczajnością. Może kiedyś do nich wrócisz i bardziej do Ciebie trafią, a jak nie, to nie :).

      Usuń
  4. Epistolografia to raczej nie moja bajka. Jakoś trudno czyta mi się cudze listy. W tej sytuacji czytelnik jest niczym podglądacz - podsłuchuje on prowadzoną rozmowę, ale z uwagi na fakt, że nie zna miłosnego języka swoich ofiar, nie jest w stanie wyłapać wszystkich subtelności, aluzji, itd.

    Ale, ale - na wszystko przychodzi właściwa pora. Jeszcze niedawno do opowiadań nie pałałem zbytnią sympatią, a teraz z przyjemnością sięgam i po krótkie formy. Może i do listów się kiedyś przekonam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ma to w sobie niewątpliwie coś z podglądactwa, ale ja to akurat lubię :). I to prawda, że czytając listy dwójki obcych nam w zasadzie ludzi nie jesteśmy w stanie wyłapać wszystkich „smaczków”, ale to, co jestem w stanie wychwycić, i tak sprawia mi dużą frajdę. Jeśli się rzeczywiście kiedyś do listów przekonasz, spróbuj tych, bo naprawdę literacko są świetne!

      Usuń
  5. Te kolaże Szymborskiej są absolutnie cudowne! Po przeczytaniu tych wyjątków czuję się z powrotem jak na wystawie „Szuflada Szymborskiej”! Przeczytałabym kiedyś, dla flaczków, kiełbasy, powagi, uczucia i Lanckorońskiej:)

    PS Zazdroszczę stylu pisania - chciałabym tak pisać o książkach, jak Ty w tym wpisie, z cudownymi cytatami, zwięźle i dziennikarsko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a tę wystawę chyba cały czas można zobaczyć? Wybrałabym się chętnie! Co do listów – warto już dla samej Lanckorońskiej :).

      Za miłe słowo dziękuję, tym bardziej, że mnie czasem ta zwięzłość i dziennikarskość martwi, bo wydaje mi się, że piszę sucho :). Podbudowałaś mnie trochę, dzięki!

      Usuń
  6. Miło się czyta twoje refleksje. Mnie sie nie uda przeczytać bo od jakiegoś czasu każda książka mnie usypia po pary zdaniach😢.
    Troche przesadziłem. Właśnie kończe Sowietów Zychowicza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest źle :). I jak się podobają „Sowieci”?

      Usuń