wtorek, 17 stycznia 2017

Życie z nietoperzem we włosach – „Pod śniegiem”, Petra Soukupová

(Zdjęcie w temacie. Spod śniegu wyziera mój brudny balkon).
„Ale życie nie jest lekkie ani piękne jak śnieg” (s. 382).

Kilka dni temu obudziłam się, wyjrzałam przez okno i oniemiałam. Zobaczyłam widok jak nie z tego świata – śnieg, który prószył przez całą noc, oblepił korony drzew, i ulica, jeszcze w świetle latarni, wyglądała jak żywcem wyjęta z najpiękniejszej zimowej widokówki. Poczułam miły dreszczyk, jakbym znowu miała 10 lat i wiedziała, że przede mną cały dzień zjeżdżania na sankach, lepienia bałwana i rzucania się śnieżkami.

Petra Soukupová w swojej powieści Pod śniegiem dosyć okrutnie bawi się takimi skojarzeniami. W naszej świadomości śnieg to coś pięknego i czystego, niewinnego, ale przecież wbrew pozorom świat pod białą pierzynką pozostaje szary, błotnisty i upstrzony psimi kupami. Tyle tylko, że przez chwilę tego nie widzimy – nie chcemy widzieć.

Takim „śniegiem” może być również fasada szczęśliwej rodziny. I właśnie takie „szczęśliwe” stadło przedstawione zostaje na kartach powieści Pod śniegiem. Na ponad 400 stronach autorka przebija się przez jego śnieżną skorupkę i odsłania wszystkie możliwe brudy, wzajemne urazy i żale, nie zapomniane, ale głęboko ukryte.

Sytuacja też jest bardzo znamienna – trzy dorosłe córki wraz z dziatwą w pewien zimowy, sobotni poranek jadą razem do domu rodziców na urodziny ojca. Wydaje się, że wszystkie są na swój sposób zadowolone z życia i nieźle sobie radzą. Olga jest samotną matką, ale ma świetny kontakt z synem i dobrze płatną pracę, która przynosi jej satysfakcję. Blanka to typowa kura domowa, czuwająca nad mężem i trójką dzieci – tak, jak sobie kiedyś dawno temu wymarzyła. Kristýna natomiast, najmłodsza z nich, jeszcze poszukuje swojej ścieżki, ale jest szczęśliwa, bo właśnie znalazła prawdziwą miłość.

A potem zaczynamy słuchać ich wzajemnych kłótni, zaczynamy obserwować, jak ścierają się ich różne poglądy na świat, zaczynamy wchodzić do ich głów, i dowiadujemy się, jak to jest naprawdę. Że Olga nie daje rady i rozpieszcza syna, chcąc mu zrekompensować brak taty. Że Blanka czuje się zaniedbana i niedoceniona, a męża podejrzewa o romans. Że „prawdziwa miłość” Týny to facet, który ma żonę i dziecko. Że siostry tak naprawdę się nie znoszą i każda z nich uważa, że pozostałe „gówno wiedzą o życiu”. A ich rodzice, ta ostoja wśród bałaganu własnego życia? Też nie jest u nich zbyt różowo… Relacja na dwa głosy, matki i córki:
„Czuje się tylko wstręt, nawet nie od razu, wstręt przychodzi z czasem, jak gniew, kiedy znajdujesz w wannie jego paznokcie albo obsikaną deskę klozetową, jak stawiasz przed nim kolację, a on czyta gazetę i ani be, ani me, albo kiedy leżysz na kanapie z okładem na czole, a on nawet nie spyta, co ci jest” (s. 324).

„Nie pamięta, kiedy ostatnio wspólnie położyli się spać, rozmawiali w łóżku, a potem zasnęli przytuleni. A przecież kiedyś tak było. Kiedyś, milion lat temu” (s. 398).
Pisarstwo Soukupovej jest wstrząsająco wręcz blisko życia – i to chyba jego największa siła. Bo przecież my to znamy. Każde dziecko ze szczęśliwej rodziny zastanawia się czasem, czy jego rodzice naprawdę są ze sobą szczęśliwi i czy niczego nie żałują. Każdy posiadacz rodzeństwa ma z nim trudne, naznaczone różnymi sprawkami z dzieciństwa relacje (choć bohaterki tej powieści są dla siebie ekstremalnie okropne; sama mam siostrę, z którą mocno się różnimy i nie zawsze ze sobą miło rozmawiamy, ale takich odzywek między nami zupełnie sobie nie wyobrażam). I każdy stara się ze swoją rodziną wychodzić ładnie przynajmniej na zdjęciach, pod grzecznym uśmiechem kryjąc gorzkie słowa. W tej powieści więc jakimś sposobem każdy odnajdzie kawałek własnego świata.

Do tego autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje. Współczuje. Tak, to ważne – każdą ze swoich bohaterek prezentuje z ogromną dawką empatii. I choć każda jest zupełnie inna, nieraz wręcz antypatyczna, Soukupová potrafi wejść w jej skórę, opowiedzieć nam ją tak, że sami zaczynamy współczuć.

Mnie szczególnie poruszyła historia tej najstarszej, mamy bohaterek, niezrozumianej, nieszczęśliwej, tej, która „zawsze była dla nich tylko matką, nie człowiekiem”. Mamy, która „uważa, że jeśli będziemy dla siebie mili i uprzejmi, wszystko będzie dobrze”, przez wiele lat przeżywającej swój cichy dramat. Jej rozczarowanie, uczucie zamknięcia w pułapce, mimo że, jak sama mówi, wyszła za mąż z wielkiej miłości, to coś, czego sama się boję.
„Było mi smutno, że jestem stara, że dotąd chyba nie byłam szczęśliwa, bo żyłam z nim (…). Nasze wspólne życie po prostu mi ciążyło, jakbym żyła z zaplątanym we włosy nietoperzem, to nic, że się nie rusza, skoro wciąż tam tkwi, denerwuje, drażni (…). Na pewien rodzaj samotności po prostu nie ma rady, nawet dzieci jej nie odpędzą” (s. 212).
Styl? Praktycznie go nie ma, to nieprzerwany strumień myśli i mowy, bo forma nie może tu przesłaniać najważniejszego – opowieści każdej z bohaterek i ogromnego ładunku emocjonalnego. Wbrew pozorom jednak nie jest to rzecz, którą ciężko się czyta. Przeciwnie, chłonie się ją błyskawicznie, nawet z cieniem uśmiechu, na przykład gdy siostry zjadliwie komentują w myślach wzajemnie swój wygląd, lub gdy na scenę wkraczają rozbrykane pociechy Blanki i Olgi.
„Jezu, co ci jest? Okres masz czy co? (…) 
Co ciocia ma? pyta Oliver, nie podnosząc głowy znad gry. 
Nie, nic, Oli, zbywa go Olga, okres, kiedy dostaje się listy z urzędu” (s. 94).
Paplanina dzieci jest tu bardzo naturalna, rozmowy sióstr są bardzo naturalne, i nie mamy wrażenia, że ktoś serwuje nam płaską makietę, za którą usiłuje upchnąć poważne rodzinne problemy. Pod śniegiem to pisanie z głębi trzewi, bolesne i prawdziwe.

Na ostatnich stronach jednak znów zaczyna padać śnieg. Wraz z nim na zmęczoną podejrzeniami i przykrymi rozmyślaniami głowę spływa myśl: „To moja rodzina, najlepsza pod słońcem”. Czy to złudna nadzieja?

***
P. Soukupová, Pod śniegiem, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za kawał dobrej czeskiej prozy, za moją ulubioną tematykę rodzinną i za przejechanie po mnie, czytelniczce, emocjonalnym walcem dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

Ilustracje:
[1] Zdjęcie własne
[2] Okładka czeskiego wydania książki, wyd. Host Brno, 2015 / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[3] Petra Soukupová, fot. Milan Soukup / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[4] Okładka książki, wyd. Afera, 2016 / wydawnictwoafera.pl   

8 komentarzy:

  1. Chciałam tę książkę ze względu na okładkę. Teraz chcę ją również, że względu na treść. Chyba muszę przestać Cię czytać, bo moja lista książek polecanych przez Naię robi się tylko coraz dłuższa... Żartuję, nie przestanę czytać nigdy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka jest piękna, intrygująca i kusi, cieszę się, że dopełniłam dzieła :). A skoro tylko żartujesz, i nie jestem zagrożona Twoim brakiem wizyt, to będę nadal beztrosko dorzucać kolejne tytuły, wybacz! ;) Ściskam mocno!

      Usuń
  2. Chcę! Śniegu chcę, przynajmniej do kwietnia, i "Pod śniegiem" też. Narobiłaś mi smaku, bo takie literackie rodzinne przepychanki to moje ulubione klimaty. Będę polować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, no to bardzo podobnie jak ja, „Pod śniegiem” już mam, więc teraz jeszcze tylko ten śnieg do kwietnia, i będzie pełnia szczęścia :). Ze śniegiem świat naprawdę jest ładny! A przepychanek rodzinnych tutaj jest moc, więc to chyba Twoje klimaty. Poluj!

      Usuń
  3. Pierwsze skojarzenia, jakie pojawiły się po przeczytaniu miłego wstępu na temat śniegu to lektura "Krainy śniegu" Yasunari Kawabaty - u japońskiego noblisty śnieg również symbolizuje niejednoznaczność (bo z jednej strony piękno, a z drugiej choćby chłód). Tutaj bardzo podoba mi się motyw zakrycia, schowania czegoś (faktycznie, wiosną najczęściej na trawnikach "kwitną" psie kupy, które całą zimę przeleżały pod warstwą puchu).

    Lektura jawi się jako bardzo interesująca - cenię sobie tego typu pozycje, w których autor cierpliwie acz sukcesywnie ściąga warstwę zakłamania, pozorów i nieszczerości, by w pełni ukazać trudy (a nierzadko - brzydotę) człowieczej egzystencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jest coś takiego w tym śniegu, że wywołuje sprzeczne uczucia. Już samo to, że taki piękny, ale już po kilku godzinach, gdy po raz kolejny musimy odśnieżyć chodnik, mamy go dość :). Motyw zakrycia świetny, niby prosty, ale do takiej opowieści idealnie pasuje. Nie jest przy tym tutaj nachalny, pojawia się tylko kilka wzmianek o śniegu, gdzieś w tle, a mimo to działa na wyobraźnię. Kawabatę zapisuję na swoją listę :).

      A tego typu książki też bardzo lubię, bo choć są bolesne, przygnębiające, czasem trzeba je odchorować, to jednak mówią prawdę o życiu, no a życie wcale przyjemne nie jest. Taka lektura raz na jakiś czas działa w pewien sposób oczyszczająco.

      Usuń
  4. Śnieg, poza jego osobliwymi atutami, zawsze kojarzył mi się z taką... przykrywką (jak mówisz o tych kupach). Wolałam deszcz, bo on zmywał brudy, a śnieg je tylko mroził i czekał na stosowną chwilę, aby je odkryć. "Pod śniegiem" wydaje się dobrym przykładem na obserwację zdzierania tej "śniegowej" otoczki. Dużo emocji.

    Poza tym zgadzam się, co do okładki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że niby śnieg taki... fałszywy? :) No tak, może coś w tym jest, zwodzi, i metafora Soukupovej rzeczywiście by to potwierdzała. Ale ja mimo wszystko wolę go niż deszcz, deszcz może i jest szczery, ale mnie za bardzo przygnębia. A okładka, tak, jest świetna! :)

      Usuń