środa, 12 kwietnia 2017

Młodość w czasach gumowych pałek – „Dowód osobisty”, Petr Šabach

Dowód osobisty ma w sobie wszystko to, co u Šabacha tak lubimy – swobodną, familiarną narrację, dzięki której czujemy się, jak gdybyśmy siedzieli z nim w knajpie nad kufelkiem pilznera, dużo humoru, ironii i uroczych anegdot. Tym razem jednak ten pilzner jest trochę bardziej gorzki niż zwykle.

Bardziej bowiem niż w poprzednich książkach na pierwszy plan wysuwa się tu historia oraz niewesoła komunistyczna rzeczywistość, w której pisarz, podobnie jak jego bohaterowie, przeżywał swoją burzliwą młodość. Czytając choćby fragmenty o stłumieniu manifestacji w rocznicę sierpnia ‘68, rozumiemy już doskonale, skąd opinia krytyków, że to „najpoważniejsza powieść Šabacha”.

Akcja obejmuje prawie pół wieku, a zaczyna się w latach 60., od wesołych perypetii grupki niepokornych chłopców. Ten początek przypomina trochę opowieści Edmunda Niziurskiego – u Šabacha jest może trochę bardziej pieprznie i rubasznie, ale też mamy tu do czynienia z galerią oryginalnych indywiduów, i jest tu nawet natchniony poeta Aleš, którego poetyckie wyczyny (te bardziej melancholijne; spod jego pióra wychodzą bowiem także płomienne ody na cześć „piątek” falujących pod bluzkami koleżanek oraz „pogody cyca”) śmiało zrównywać można z utworami lirycznymi Wątłusza Pierwszego. („Zachodzi słońce nad wędzarnią krwawo”, itp. – wszystkim wielbicielom tej „poezji” bardzo polecam wierszyki z Dowodu, rewelacyjnie przetłumaczone przez Julię Różewicz!).
„Gdy w elektrowni Orlík
dziarsko wrzały turbiny,
zasłuchał się robotnik
w nieśmiały śmiech dziewczyny.

Poszli na randkę więc po zmianie
tam, gdzie się zwęża szosa.
W jej oczach było pożądanie,
on palił papierosa.

Księżyca blask oświetlał sny,
zaporę cichą sycił.
Łzy szczęścia w oczach miała, gdy
on ją za brodę chwycił” (s. 59).
Kadr z filmu Dowód osobisty Ondřeja Trojana na podstawie powieści.
Aleš tłumaczy się z wierszy spisanych na stronach dowodu osobistego :).
Początkowo też bohaterowie nie mają większych problemów – marzą tylko o tym, by posiedzieć sobie z flaszeczką taniego wina w pobliskim sadzie, a jedynym niezwykłym wydarzeniem, które mąci tę spokojną codzienność, okazuje się romans wuefistki z dyrektorem. Już wtedy jednak, choć się tego jeszcze nie spodziewają, rozpoczyna się ich walka – walka ze stróżami prawa, którą toczyć będą przez kolejne kilkadziesiąt lat swojego życia.

Wkrótce zostają brutalnie pobici przez dwóch tajniaków za udział w Juwenaliach, a narrator zaczyna mieć na karku uciążliwego „anioła stróża” w postaci niezbyt lotnego szeregowego Rusňáka, z którym codziennie ląduje na posterunku z powodu braku dowodu osobistego. Łączy ich jednak bardzo specyficzna relacja – narrator, choć nie znosi Rusňáka, postrzega go jako w gruncie rzeczy nieszkodliwego idiotę. „Rumianolicy wieśniak”, „właściwie zwykły imbecyl”, mówi o nim, a z czasem w ich wzajemnych stosunkach pojawia się nawet coś na kształt sympatii czy wręcz czułości.

Ale są i inne sceny. Ten sam „rumianolicy wieśniak” potrafi w jednej chwili przemienić się w sadystyczną bestię, która bez opamiętania okłada jakiegoś nieszczęśnika przywiezionego właśnie na komisariat. Historie takie jak to, co spotkało Charliego w rocznicę stłumienia Praskiej Wiosny, czy los biednego Míti, który w obawie przed wojskiem zastosował odmrażającą kurację i w efekcie zrujnował sobie nerki, robią wstrząsające wrażenie – zwłaszcza na tle tego całego wesołego uniwersum Šabacha.
„Rozpoczęto brutalne ładowanie zebranych do środka, wciskali ich tam, zupełnie nie patrząc kto i co, nie było już żadnego: «Rozejść się!», teraz okładali ich pałami gdzie popadnie i wpychali do tych swoich rzęchów, gdzie bili ich dalej i od tamtego momentu jedynymi słyszalnymi dźwiękami były rozpaczliwy krzyk zalanych krwią ludzi i ujadanie psów policyjnych, rozwścieczonych bestii z pianą na pysku. Wszędzie widać było sine z furii gęby ochotników Milicji Ludowej, którym przy tej bestialskiej rzezi oczy telepały się, jakby ktoś puszczał przez nie tysiące wolt” (s. 95).
Czechosłowacki dowód osobisty,
wzór z roku 1960.
Bardzo przygnębiający jest też motyw dwulicowości i agentury. Główny bohater ufa ludziom, ale często, jak się okazuje, niesłusznie – wiele razy bowiem zbliża się do kogoś, przekonany, że połączyła ich niezwykła więź, tymczasem nowy przyjaciel okazuje się wkrótce komunistycznym agentem, a urocza, małomówna przyjaciółka – zwykłą oszustką. Gorzką wisienką na torcie jest oczywiście odkrycie, którego narrator dokonuje, gdy już po roku ’89 decyduje się na sprawdzenie swojej teczki.

Ta sceneria – świat, w którym trudno być pewnym nawet swego najbliższego przyjaciela, i w którym wszelkie przejawy wolności i nieszablonowości tłumi się przy pomocy pały – sprawia, że jest to najbardziej tragikomiczny spośród dotychczas wydanych u nas Šabachów. Poczucie komunistycznej beznadziei pojawiało się już co prawda choćby w Pijanych bananach, ale w porównaniu z głosem, którym przemawia ono w Dowodzie osobistym, było tam zaledwie szeptem.

Problem mam tylko z końcówką książki. Bo zaprezentowane w niej scenki, które zdają się sugerować, że mimo upadku komunizmu nasza rzeczywistość niespecjalnie się zmieniła (co przypomina mi obejrzaną niedawno, doskonałą Nauczycielkę Hřebejka), a nawet, pod pewnymi względami, zmieniła się na gorsze, trochę osłabiają wymowę całego utworu. Oczywiście rozumiem intencję – pokazanie, że w żadnym ustroju i w żadnym systemie nie jesteśmy tak naprawdę wolni – ale z tej powieści zapamiętam jednak przede wszystkim „sine z furii gęby” i dojmujące poczucie braku zaufania, a niejednoznaczne zakończenie wprowadza tu pewien rozdźwięk.

Mogę je przyjąć tylko przy pewnym założeniu – Šabach chce pokazać, że to, czy będziemy się traktować po ludzku, zależy przede wszystkim od nas, nie od epoki, w jakiej żyjemy. I że nawet w „czasach wolności” musimy szanować się nawzajem i pozwolić sobie żyć na własnych zasadach. A to jest bardzo ładna myśl na zakończenie.

***
P. Šabach, Dowód osobisty, przeł. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

A w Święta mam w planach obejrzenie dwóch filmów na motywach prozy Šabacha – Pupendo (2003, reż. Jan Hřebejk) na podstawie Pijanych bananów i Dowodu osobistego (2010, reż. Ondřej Trojan) na podstawie dziś recenzowanej. A może i Pod jednym dachem (1999, reż. Jan Hřebejk) sobie odświeżę? Jest szansa, że o tych ekranizacjach też u siebie napiszę!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] ceskatelevize.cz,
[3] Luk Danes / Wikimedia Commons,
[4] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl.

2 komentarze:

  1. Od dawna mam ochotę na Sabacha, ale ciągle się waham. I piszę prymitywnym wierszem, jak jego bohater ;) Znajoma podesłała mi kiedyś fotkę pierwszej strony "Gówno się pali" i przepadłam, powiedziałam sobie, muszę mieć ;) Ale potem były inne książki i jakoś zapomniałam. Widziałam gdzieś nawet jego powieści w pakietach sprzedawane. Może bezpośrednio u Afery... Trzeba będzie sobie wreszcie sprawić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czemu się wahasz? Boisz się, że to nie „Twój” typ literatury? To prawda, że pisanie Šabacha jest dosyć specyficzne, trochę rubaszne, pewnie nie dla każdego, ale zamiast się zastanawiać, lepiej spróbować :). „Gówno się pali” to chyba moja ulubiona jego książka, bardzo życiowa, czeskiej historii niewiele, więc też bym Ci radziła od niej zacząć :).

      Usuń