sobota, 15 kwietnia 2017

Wesoły i smutny, jak blues – „Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka”, Josef Škvorecký

Škvorecký nie ma w tej książce litości dla czytelnika – wrzuca go, zdezorientowanego, w sam środek sceny, co chwila zmienia narratora, scenerię i uczestników zdarzeń, skacze w czasie i przestrzeni. Jeśli jednak poświęcimy jej wystarczająco dużo cierpliwości i uwagi, będziemy w stanie wyłuskać to, co najpiękniejsze – obraz Antonína Dvořáka, jako wielkiego, a zarazem bardzo „zwyczajnego” człowieka, oraz Ameryki – fascynującego kraju, który zainspirował go do skomponowania Symfonii z Nowego Świata.

Zakochany rzeźnik

Autor ukazuje nam Dvořáka z perspektywy wielu różnych osób – jego przyjaciół, współpracowników, także osób, które zetknęły się z nim na krótko, ale wystarczająco długo, by zapisał się w ich pamięci. Stopniowo przechodzimy do relacji coraz bardziej intymnych, do głosów osób, które były kompozytorowi bliskie – co znamienne jednak, do końca powieści nie poznajemy perspektywy samego Dvořáka. Wesołe fantazjowanie Škvoreckiego ma więc pewne ograniczenia, pozwalając nam się jedynie domyślać uczuć i myśli najważniejszej postaci tej biograficznej powieści. Jak w motcie utworu, zaczerpniętym z poezji Yeatesa: „Człowiek może ucieleśniać prawdę, ale nie może jej znać”.

Antonín Dvořák w 1882 roku.
Relacje ukazują nam człowieka o wielkim, wrodzonym talencie. Z zawodu czeladnik rzeźnicki, prosty człowiek, mąż i ojciec ogromnej gromadki dzieci, namiętny obserwator zawodów jedzenia knedlików, bywalec knajp, który lubił się napić i solidnie pojeść. Do tego patriota i wierzący, rozmodlony, przykładny katolik. Ale przy tym wszystkim, przy całej tej aurze „zwyczajności”, która go otaczała, muzyczny geniusz – żyjący muzyką i oddychający nią.
„Wśród zapachu knedlików i gruchania srających gołębi, wśród figli smarkatej Lojzički i ślepoty na domowego uwodziciela niewinnych panienek, rodzą się tak wspaniałe melodie, jak potrafił tworzyć chyba tylko Schubert, rajskie kombinacje dźwięków, muzyka niebios” (s. 23).
„Rajskość” i „niebiańskość” jego muzyki to nie przypadek – Dvořák był wielkim admiratorem świata, którego piękno według niego było odbiciem Boskiej doskonałości. Nieustannie chłonął otaczające go odgłosy, a kiedy usłyszał coś interesującego, zapominał o świecie. Te wszystkie dźwięki – śpiew ptaków, odgłosy ulicy, wesołe gwizdanie murzyńskich chłopców – przetwarzał później na muzykę.
„Taki człowiek to u mnie jest artysta, damo i panowie! Jak ktoś walnie pałeczką w naciągnięty bęben, on zapomina o Bożym świecie, łącznie ze stekiem” (s. 367).
Siostry Čermákove.
Starsza, Josefina (stojąca),
późniejsza hrabina Kounic, była
pierwszą wielką miłością Dvořáka.
Młodsza, Anna, została jego żoną.
Jest jednak jeszcze coś. Tajemnica, która w dużej mierze ukształtowała Dvořáka i pozostawiła w nim dostrzegalny smutek. Z perspektywy Harry’ego T. Burleigha: „Był to najwybitniejszy człowiek, jakiego w całym życiu poznał. Wesoły i strasznie smutny (…). Jak blues” (s. 122). Ta smutna tajemnica to historia młodzieńczej nieszczęśliwej miłości, która prawdopodobnie naznaczyła wszystkie późniejsze dzieła Dvořáka pewnym stałym muzycznym motywem. „Ślady jej uroku rozsiane wszędzie w rozległym krajobrazie jego muzyki”… Škvorecký sugeruje, że złamane serce nigdy się do końca nie zagoiło, a kompozytor do końca życia tęsknił za swoją pierwszą miłością. A w smutku i tęsknocie rodzą się najpiękniejsze dzieła.
„Dobyła sztyletu, aby zabić marzenie – sztyletu kobiecej decyzji dotyczącej losu mężczyzny. Sztyletu, który zabije doczesny żywot marzenia i w ten sposób – czasami, choć rzadko – obdarzy go życiem wiecznym” (s. 271).
Majestatyczny Nowy Świat

Ta powieść ma jednak również drugiego wielkiego bohatera. Są nim Stany Zjednoczone – kraj, do którego Dvořák wyjechał na zaproszenie Jeanette Thurber, założycielki National Conservatory of Music of America i wielkiej patronki muzyki klasycznej. W książce Škvoreckiego zostają zaprezentowane jako kraina barwna, zszyta z wielu kultur i narodowości, nade wszystko ceniąca wolność, a równocześnie posiadająca na kartach swojej historii niechlubny rozdział niewolnictwa.

Dvořák z rodziną i przyjaciółmi
po przyjeździe do Ameryki w 1893 r.
Wędrując za ocean wraz z Dvořákiem, poznajemy wzruszające historie dawnych murzyńskich niewolników (wspaniały rozdział Jessie w barze z ostrygami!) oraz imigrantów, którzy sprzedawali wszystko, by cisnąć się przez wiele dni w ścisku i brudzie pod pokładem statku towarowego, okupując nierzadko podróż życiem własnym lub dzieci, a następnie harować za grosze w pogoni za swoim amerykańskim snem (równie wspaniały Exodus!). Jest i rzut oka na tych, którym się nie udało – biedotę, która żyje na ulicy i która z głodu posuwa się do kradzieży i oszustw. Dla równowagi autor serwuje nam szereg pijackich anegdotek oraz zabawnych opowieści ze Spillville, czeskiej wioski w Ameryce, o sposobach zdobywania alkoholu w czasach prohibicji. Wszystkie te wrażenia, wspomnienia, radości i smutki, złożyły się na przepiękną Symfonię z Nowego Świata. „Przerażający, straszny dźwięk, ale na swój sposób majestatyczny. Tak, jak Ameryka” (s. 57).


Przyznam szczerze, że kiedy Škvorecký pisze stricte o muzyce, ja zaczynam się nudzić. To jednak kwestia tego, że zupełnie nie siedzę w temacie – choć moja mama jest nauczycielką gry na fortepianie i muzyka była zawsze w naszym domu ważna, nigdy nie zgłębiłam tej dziedziny sztuki i terminologia muzyczna jest mi zupełnie obca. Dla kogoś jednak, kto wie na ten temat więcej, będzie to z pewnością wartość dodana Scherzo capriccioso.

Urzekło mnie natomiast te kilka opisów koncertów lub występów, w których czuć narastającą muzyczną gorączkę – coś jak w Rozpirzonym bębnie Hrabala czy, również u Škvoreckiego, w opowiadaniu Saksofon basowy. Choć nie możemy usłyszeć muzyki, którą podziwiają bohaterowie utworu, udzielają nam się w takich fragmentach ich emocje – to wielka pisarska sztuka!

Jeanette Thurber
Bardzo podobała mi się również walka o muzykę klasyczną, jaką toczą, oprócz Dvořáka, inni bohaterowie powieści, na czele z Jeanette Thurber. (Ach, ta Jeanettka! Rajski ptak, który mimo skromnych środków robi tak wiele dla muzyki poważnej w Ameryce – posługując się przy tym swoim wielkim urokiem osobistym). Niestrudzone dążenie do tego, by muzyka przestała być uważana za „luksus dla bogatych”, wzruszenie dyrygenta przy spotkaniu z prostym chłopem, który wciąż wspomina dyrygowany przez niego koncert, na który trafił kilkadziesiąt lat temu – te fragmenty pokazują również, jak ważna była muzyka dla samego Škvoreckiego. On czuje i rozumie swoich bohaterów.

Zabawa z językiem

Nie mniej ważna niż treść jest jednak w Scherzo capriccioso forma. Pisałam już o zmianach narratora i scenerii, nie wspominałam natomiast o zmianach na poziomie języka, które za tym idą. Każdy „opowiadacz” ma swój własny, unikatowy głos. Niektórzy to tacy typowi czescy pabitele, słucha się ich więc (czy właściwie czyta) z przyjemnością, ale narracja innych jest bardzo męcząca – jak nadęte dysputy znawców muzyki czy, trudny do przyswojenia z zupełnie innych powodów, język imigrantów.

Dvořák w Spillville, anonimowa rycina.
O ile bowiem u niektórych z nich, na przykład u gawędziarza ze Spillville, mamy do czynienia tylko ze sporadycznymi anglicyzmami, o tyle list panny Rosie to już totalny amerykańsko-polski (bo w przekładzie – przy okazji brawa dla tłumacza!) bełkot; nad niektórymi jej zdaniami naprawdę trzeba siedzieć dłuższą chwilę, by rozszyfrować, o co jej chodzi. Oczywiście, mimo trudności, jakie sprawia w lekturze, taka zabawa językiem to siła powieści Škvoreckiego – już w roku 1984 tworzy on coś podobnego do monologów nastolatek w Końcu punku w Helsinkach, które tak podziwiałam u Jaroslava Rudiša.

Za to wspomniane przeze mnie na początku skoki w czasie i przestrzeni, przeładowanie postaciami, niespójność i chaos fabularny to coś, co moim zdaniem jest słabą stroną powieści. Oczywiście, tą mnogością wątków i historii Scherzo capriccioso wpisuje się w piękną czeską tradycję anegdoty, ale w tym wypadku zabrakło trochę uporządkowania, jakiegoś wyraźnego trzonu fabularnego, którym nie są ani Dvořák, ani Ameryka – stanowią raczej wyraźny i częsty refren, do którego jednak dochodzimy krętymi ścieżkami, pełnymi pojawiających się i znikających bohaterów i nierozbudowanych wątków. Dlatego mimo wielu czarujących momentów powieść Škvoreckiego trochę mnie zmęczyła.

Głowię się nad tytułem. Czemu akurat ten utwór Dvořáka, Scherzo capriccioso, posłużył jako tytuł książki? Czy szukać wskazówek w samej kompozycji i okolicznościach jej powstania, czy tłumaczyć tę nazwę na polski i doszukiwać się aluzji? Wyjaśnienia lub pomysły chętnie przyjmę…


***
J. Škvorecký, Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka, przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] beethovenfest.wordpress.com / Wikimedia Commons,
[3] www.antonin-dvorak.jpg / Wikimedia Commons,
[4] Wikimedia Commons,
[5] Onteora Club archives, dzięki grzeczności E. Davisa Gaillarda /Wikimedia Commons
[6] Wikimedia Commons,
[7] okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / www.ksiazkoweklimaty.pl.

2 komentarze:

  1. W takich chwilach, czuję, że nazwa bloga to nie tylko cytat/parafraza, ale święta prawda. Potrafisz wygrzebać literackie perełki, o których nigdy nie słyszałam i pewnie bym nie usłyszała, gdyby nie Ty. P.S. Moja mama też jest nauczycielką muzyki i śpiewu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, ale fajny komplement, dziękuję! Ostatnio mój „świat cały” co prawda zawęził się mocno do Czech, no ale tam też jest w czym grzebać :). Akurat o Škvoreckim ostatnio się trochę mówi, tylko w kontekście wznowienia „Przypadków inżyniera ludzkich dusz”, a „Scherzo” zostało w cieniu, niesłusznie. Gdybyś miała okazję przeczytać, polecam. Pozdrowienia dla Mamy :).

      Usuń