czwartek, 27 kwietnia 2017

Wielka siostra wielkiego brata
– „Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości”, Anna Augustyniak


„Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka” – tak o sobie myślała, tak siebie widziała w oczach innych. Utalentowana poetka i prozaiczka, jedna z najwybitniejszych tłumaczek swoich czasów, rozstawała się z życiem w poczuciu, że jest nic nie warta. Historia też nie była dla niej łaskawa – jej twórczość jest już dziś niemal zupełnie zapomniana... Na szczęście książka Anny Augustyniak wydobywa tę fascynującą postać z cienia, w którym pozostawała przez całe życie.

Autorka rozpoczyna swoją opowieść trochę „od środka”, bowiem od czasów wojennych, kiedy Irena Tuwim oraz jej brat przebywali za granicą. Już w tym wprowadzeniu nakreślone jednak zostają pewne ważne dla biografii rodzeństwa wątki, jak ich żydowskie pochodzenie czy postać matki, przebywającej wówczas w szpitalu dla nerwowo chorych, przez całe życie zadręczającej się losem jej ukochanego syna, obarczającej się winą za jego znamię.

Stąd gładko przechodzimy w sferę wspomnień z dzieciństwa. Poznajemy zmorę dziecięcych lat Ireny – pomoc domową Manię Bednarek, która dręczyła dziewczynkę psychicznie (strasznymi historiami) i fizycznie; ale również służącą Antosię, która dla równowagi osładzała przyszłej poetce tamten czas. W pewnym stopniu też ukształtowała ją artystycznie – niepiśmienna chłopka, trochę komediantka, trochę gawędziarka, była dla niej podobną „muzą”, jak stryj Pepin dla Hrabala: „Antosia sobie samej, jak pisała dorosła już Irena, stwarzała inną rzeczywistość, bo ta, która jej była dana, nie wystarczała” (s. 46).

Irena i Julian w 1945 roku w Toronto.
W tym świecie pojawia się oczywiście również brat Julian – brat ukochany, hołubiony, i z wzajemnością, bo w końcu „to była miłość na śmierć i życie”. Postać barwna, przykuwająca uwagę (jak później, swoimi uroczymi refleksjami na temat psów i kotów), ale jednak nie spychająca ani na moment głównej bohaterki tej książki na drugi plan. I to jest plus – autorka postawiła sobie za cel wydobyć Irenę z cienia sławnego brata i, nie pomijając jego osoby oraz wagi łączącej ich więzi, konsekwentnie ten cel realizuje.

Umysłowo niedorozwinięte istoty

Uzdolniona dwójka dorastała w szarej, spowitej dymem z fabrycznych kominów Łodzi, w domu, w którym również słońce i uśmiech nie gościły zbyt często. Może to ta rzeczywistość, zachęcająca do ucieczek w świat fantazji, uczyniła z nich po części artystów? Irena, podobnie jak jej brat, zaczyna tworzyć bardzo wcześnie. Mimo że Julian przeciera jej szlaki w literackim świecie, nie może ona liczyć na entuzjastyczne przyjęcie w literackim świecie tamtych czasów – w końcu jest kobietą.

Pisząc o pierwszych publikacjach Ireny, autorka kreśli też kulturalne tło międzywojennej Polski ze szczególnym naciskiem na sytuację pisarek. Literatury kobiecej powstaje wówczas dużo, ale wielu krytyków wciąż nie uważa głosu kobiet za godny uwagi: „Jak zrobić, aby kobiety, te nieodpowiedzialna jednak w obecnym stanie umysłowo niedorozwinięte jeszcze istoty, nie dzierżyły arbitralnie władzy w dziedzinie współczesnej literatury i publicystyki?” (s. 61) – pisze Ludwik Hieronim Morstin. Bawią również oczekiwania znawców wobec twórczości kobiet oraz utyskiwania, że nie zostały one spełnione: „Ignacy Fik zwierzał się z frustracji, że nadzieje związane z literaturą kobiecą przyniosły same rozczarowania: zamiast uczuciowej dyskrecji, romantyzmu i idealizmu, ich literatura odznacza się chłodem, sceptycyzmem i czymś co cechuje mężczyzn – brutalną zmysłowością” (s. 62).

Ten uczuciowy sceptycyzm pojawia się również w poezji Ireny – i według niektórych wyróżnia ją na tle innych autorek ówczesnej poezji miłosnej. Tworzy ona bowiem przede wszystkim lirykę miłosną, głęboko kobiecą, w stylu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (bez porównania bardziej dziś popularnej niż Irena – czemu?!) czy rosyjskiej poetki Anny Achmatowej. Miłość z reguły nie jest tu źródłem szczęścia i rozkoszy, przeciwnie – wiąże się z cierpieniem i poczuciem niespełnienia. Odsłaniając kolejne karty z życia Ireny, autorka pokazuje nam, że ta wizja ma swoje korzenie w życiu…

Smutny hiacynt z parapetu

Zaglądając za kulisy związków Ireny, przypominałam sobie fragmenty opisujące małżeństwo jej rodziców. Matka, spragniona zabawy i towarzystwa, dusiła się przez całe życie w związku z człowiekiem oschłym i zamkniętym we własnym świecie. Zawsze niezadowolona, zawsze z pretensjami. „Rodzice, każde na swój sposób, tęsknili za czymś innym, nienawidząc szarzyzny wspólnego życia w mieszkaniu, którego żadne z nich z pietyzmem nie urządzało” (s. 39). I choć wydaje się, że Irena z większą rozwagą wybierała partnerów – łączyły ich wspólne zainteresowania, literacka pasja – najwyraźniej wpadała w tę podobną pułapkę. Pod fasadą zgodnego związku kryło się u niej zawsze rozczarowanie.

Pierwszy mąż, Stefan Napierski, zakochał się najpierw w jej poezji. Bajecznie bogaty, a przy tym pracowity, szaleńczo oddany pracy literackiej (może nawet nieco zbyt oddany – na jego temat krążyły żarciki, że „z Claudelem chodzi do klozetu”), zapatrzony w nią jak w obrazek – wydawał się idealnym kandydatem na towarzysza życia. Ale był również homoseksualistą. I być może dlatego Irena, mimo życia w dostatku, pod czułą opieką męża, nie czuła się przy nim nigdy do końca szczęśliwa: „Życie kobiety było patrzeniem na smutny hiacynt z parapetu. Nie kwitnie, nie więdnie, żyje-nie żyje” (s. 86).

Kiedy jednak poznała Juliana Stawińskiego, nie odeszła natychmiast. Przy mężu trzymała ją lojalność, poczucie przywiązania i wdzięczności – był dobrym człowiekiem i darzył ją wielką miłością. Udowodnił to zresztą, kiedy, widząc jej męki, zaproponował jej układ: niech zwiąże się z kochankiem na rok, jeśli to nie wypali, zawsze może wrócić. Nie wróciła. Została ze Stawińskim, po uzyskaniu rozwodu wyszła za niego za mąż, a owocem tego płomiennego uczucia był wydany w 1930 roku tomik Miłość szczęśliwa. Szczęśliwa, tak, ale tylko do czasu… „Bo jak Irena mogła myśleć, że zapamiętanie się w jednym mężczyźnie będzie dla niej już zawsze szczęściem?” (s. 101).

„Szkoda Cię na przekłady”

Ze Stawińskim tworzyli jednak zgodny duet przekładowy – razem przetłumaczyli z języka angielskiego wiele znakomitych, klasycznych już dzieł (w tym, jak się dopiero niedawno zorientowałam, część opowiadań ze zbioru Upojenie Katherine Mansfield, na czele z moim ukochanym Feuille d’album!).

Irena Tuwim i Julian Stawiński
Oczywiście przy okazji tłumaczeń nie sposób nie wspomnieć o tym, z którego Irena Tuwim do dziś jest najbardziej znana – czyli Kubusiu Puchatku A. A. Milne’a. Jak pisze Anna Augustyniak, początkowo tłumaczka nie chciała słyszeć o tym zleceniu, uważając że to tekst absolutnie nieprzekładalny; w końcu jednak, za namową rodziny, podjęła wyzwanie. I stworzyła przekład kongenialny – Stanisław Lem powiedział o nim, że jest wręcz lepszy od oryginału.

To zresztą tylko jedna z wielu książek dla dzieci, które Irena przybliżyła polskim czytelnikom (w jej przekładzie ukazała się w Polsce także m.in. Mary Poppins, przemianowana początkowo na Agnieszkę). Literaturę dziecięcą tłumaczyła sama, i według niej było to zadanie pod pewnymi względami dużo trudniejsze niż przekładanie „dorosłych” utworów. „Język musi być prosty, jasny, nieskazitelny, konkretny, a słowa dobierane jak w łamigłówce. «Jest to niby truizm, a jednak gdy sięgniemy do wielu przekładów, widzimy dzieci mówiące językiem, jakim dzieci nigdy i nigdzie na świecie nie mówiły i nie mówią»” (s. 178). Winą za te nieudolne twory przypisywała wydawcom, którzy nie pozostawiają tłumaczom swobody i wymagają dosłowności, tymczasem literatura dziecięca, aby była zrozumiała, w wielu przypadkach nie powinna, a nawet nie może, być tłumaczona dosłownie.

Pracy tłumacza Irena oddawała się z przyjemnością i była również za nią nagradzana. Przyjaciółki pisały jej jednak, że „szkoda jej na przekłady”, i że taki talent jak ona powinien realizować się w pracy pisarskiej. Coś w tym jest – w końcu zarówno jej wiersze, jak i opowiadania, wzbudzały zawsze entuzjastyczne głosy krytyków. Dlaczego nie poświęciła więcej czasu i sił twórczości własnej? Czy żałowała? Chyba tak, bo w końcu w jej listach i prywatnych wzmiankach pojawiają się wzmianki o zawiedzionych ambicjach literackich. Zwłaszcza u progu starości, gdy brat i mąż umierają, a Irena zaczyna się czuć bardzo samotna, gorycz niespełnienia zatruwa jej życie…

Wspomnienia o Julianie Tuwimie (również z tekstem Ireny) kupiłam na niedzielnym kiermaszu z okazji Światowego Dnia Książki w Krakowie. Duch Tuwimów ostatnio mi towarzyszy – na tym samym kiermaszu nabyłam dwie książki tłumaczone przez Irenę Tuwim i Juliana Stawińskiego. Książek Ireny jednak nie znalazłam...
Życie w cieniu

Tak przechodzę do ostatniej części książki, najbardziej przejmującej, opisującej samotny schyłek życia Ireny. Schyłek długi, bowiem jej brat umiera już w roku 1953, mąż – w 1973, ona sama zaś dożywa aż 89 lat i rozstaje się z życiem w roku 1987. W tych ostatnich latach dopadają ją z całą siłą demony, z którymi zmagała się już wcześniej. „Zawsze o sobie myślała negatywnie. Żydowska dziewczynka z niezbyt zamożnej rodziny, siostra kogoś wyszydzanego z powodu znamienia na policzku, córka matki chorej psychicznie, żona homoseksualisty, bezdzietna kobieta, rozwódka, która znów nie jest szczęśliwa” (s. 100). Dlaczego?

W pierwszym małżeństwie żyło jej się dostatnio i spokojnie, ale czuła się niespełniona, w drugim – emocji było aż za wiele. „«Prawdziwa miłość cierpi w milczeniu», pisał Oscar Wilde. Oni oboje byli właśnie na tym etapie życia. Cierpieli – kochając się” (s. 175). Stawiński był alkoholikiem, a Irena przez wiele lat z największym trudem ukrywała to przed znajomymi. Ale nawet bez alkoholu bywał porywczy i agresywny, robił żonie awantury o drobnostki, traktował ją jak służącą. Irena pisze ze złością: „Biłabym siebie po mordzie za ten mój upadek. Za 1/100 tego jak mnie upokarza, inna kobieta mniej samotna, biedna i słaba, dawno by już sobie poszła” (s. 216). Nie odchodzi jednak, ponieważ kocha. A poza tym – śmiertelnie boi się samotności. Potrzebuje towarzysza życia, by zachować pozory, „żeby żyć, żeby trzymać się przy życiu, żeby trzymać się życia. W swoich oczach i w oczach innych” (s. 230).

Kiedy więc Stawiński umiera, Irena kompletnie się rozpada. Nie ma już celu w życiu, nie widzi sensu, z największym trudem wstaje rano z łóżka. Wydaje jej się, że „życie od niej uciekło”, że poniosła porażkę na wszystkich polach – niespełniona pisarka, niedoceniona tłumaczka, samotna stara kobieta. Nie ma już rodziny, znajomi mają dosyć jej ciągłych wizyt i telefonów. W ciszy pustego mieszkania snuje swoje ponure rozmyślania: „Daremnie szukałam kogoś, dla kogo byłabym najważniejsza” (s. 238).

Wzruszający jest ten dramat wybitnej przecież tłumaczki, utalentowanej przecież pisarki. Wzruszający tym bardziej, że tak jak za życia na różne sposoby pozostawała w cieniu, tak również po śmierci na ten cień została skazana – wspominana tylko niekiedy jako „ta od Kubusia Puchatka”, zupełnie zapomniana jako poetka i prozaiczka.

Dlatego bardzo cieszę się, że przeczytałam książkę Anny Augustyniak. Nie jestem co prawda zupełnie bezkrytyczna – trochę zabrakło mi w tej biografii spójności, odważniejszego stawiania hipotez, wyciągania wniosków, spajania faktów. (Jakie znaczenie dla psychiki Ireny miały na przykład powtarzane wielokrotnie słowa jej matki, że jest brzydka? Jak w ogóle wyglądały jej relacje z matką?). Żałuję też, że pewne bardzo ciekawe wątki nie zostały rozwinięte – jak choćby niespełnione macierzyństwo Ireny.

Książka jest jednak sprawnie napisana, wciągająca, stopniowo odsłania kolejne tajemnice głównej bohaterki i wchodzi w coraz bardziej intymne sfery jej życia. Świetnie sprawdzi się jako wprowadzenie w losy słynnego rodzeństwa, a przede wszystkim – wzbudza zainteresowanie osobą Ireny. Przy następnej wizycie w bibliotece na pewno rozejrzę się za jej książkami.

***
A. Augustyniak, Irena Tuwim. Nie umarłam z miłości, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] fotografia zamieszczona w książce / zdjęcie własne,
[3] wyklejka w książce / zdjęcie własne,
[4] fotografia zamieszczona w książce / zdjęcie własne,
[5] zdjęcie własne,
[6] empik.com.

2 komentarze:

  1. Ja tu muszę poczytać więcej. Jak to dobrze mieć dobrego tłumacza. Tłumacze są niedoceniani. Jak wiele małżeństw jest nieszczęśliwych, pod dobrze przygotowaną skorupką z półuśmiechów i grzecznych gestów. Ile utalentowanych kobiet zostaje zapomnianych. Weźmy Zeldę... I wreszcie co jest gorsze? Samotność czy rodzina (nie cieszy, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej ni ma...) No właśnie. :) Z przyjemnością się czyta. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tłumacze wciąż pozostają w cieniu, ale ostatnio coraz więcej o ich roli się mówi, powstają nowe publikacje dotyczące przekładu, co mnie cieszy. No i są takie pomysły jak Książkowych Klimatów – zdjęcie i krótki biogram tłumacza w każdej książce, taki mały wielki gest!

      A o tych małżeństwach i pozorach szczęśliwego życia też rozmyślam coraz więcej. Wszyscy na pierwszy rzut oka wydają się szczęśliwi, mało jest przecież par, które się otwarcie, przy ludziach, kłócą, ale jak tam u nich naprawdę jest? Przerażająca perspektywa, żyć w takim związku jak w klatce. I sama nie wiem, co gorsze – samotność czy to.

      Usuń