wtorek, 30 maja 2017

Motyle gniecione kiełbasianą łapą – „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata”, Ivan Binar

Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila otwiera cytat ze Szwejka, w którym pewien stuknięty profesor upiera się, że wewnątrz kuli ziemskiej znajduje się druga, dużo większa niż zewnętrzna. Taką drugą kulą ziemską, równoległym wszechświatem, jest w historii Binara szafka, w której Václav Netušil chowa się przed rzeczywistością. Ale i świat za żelazną kurtyną, obiekt marzeń udręczonych komunistycznym reżimem bohaterów – wszak w tamtych czasach wydawał się bardziej odległy niż Księżyc. O ucieczkach do tych wyśnionych krain, a także o próbach ucieczki od samego siebie, jest właśnie ta książka.

Ciekawy to twór. Trzech głównych bohaterów – sam Ivan Binar, jego kolega Václav Netušil oraz alter ego Netušila, Wieńczysław Paw. Trzy światy – ten rzeczywisty, ten bajkowy ukryty za drzwiami roboczej szafy oraz zagranica, ten emigracyjny „raj”. I jeszcze do tego wiele różnych płaszczyzn czasowych. Łatwo się pogubić, więc po kolei.

Zrolowane prześcieradło, pokrzywy i rzepy

Tytułowy Václav Netušil to człowiek z góry skazany na życiową porażkę. Siłą wydarty na świat, siłą od małego wciskany w niechciane wdzianka i role, pasjonat motyli (którą to pasją jednak nikt się nie interesuje), wychowywany bez ojca (zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym), wyrasta na przeciętniaka, który chciałby po prostu mieć w życiu odrobinę spokoju. Nie jest mu to jednak dane.
„Niektórym ludziom los zmiata pyłki spod stóp, odgania od nich komary i osy, podsuwa im pod nos smakołyki na złoconych talerzach, srebrną łyżką wkłada do ust delicje, pod materacami nigdy im się nie trafi ziarnko grochu! Ale nie Václavowi Netušilowi. W łóżku prześcieradło zawsze mu się roluje i ściąga, a kołdra sama wysuwa z powłoczki i spada na podłogę, a potem dręczą go koszmary i budzi się przemarznięty. Jego ścieżki porastają pokrzywy i wszelakie zielsko, rzepy czepiają się nogawek, cierniste gałęzie smagają po twarzy” (s. 147).
Myśl przewodnia powieści
Po tym, jak nie do końca z własnej winy trafia do więzienia, staje się trybikiem komunistycznej maszyny. Nie robi tego jednak z chciwości czy żądzy władzy, więc nie przykłada się specjalnie do swych obowiązków – po prostu zgadza się na wszystko, bo nie chce, by już więcej ktoś go gwałcił, nie chce spędzić kolejnego tygodnia nago w betonowej celi, o chlebie i wodzie. Potulny szaraczek, mały człowiek pozbawiony wielkiej sprawy, zupełnie nie rozumie, czego chcą od niego komuniści. Cieszy się, kiedy uśmiechnięty estebak częstuje go kawą i papierosami, marzy tylko o tym, by znów było mu ciepło, by miał co jeść, by mógł układać swoje łamigłówki i był znowu bezpieczny.

Komuniści w Nowej Fajdlandii

Nigdy jednak już nie będzie. Nawet w swoim alternatywnym, fikcyjnym świecie, w swojej Narni, którą przemierza jako pisarz i podróżnik Wieńczysław Paw. Nie jest to bynajmniej kraina sielska i anielska, w której odpocząć można od opresyjności rzeczywistego świata – przeciwnie, ma w sobie coś z drapieżnych światów Michala Ajvaza, bo na niewinnego przybysza czyhają tu nie tylko agresywni tubylcy i spragnione krwi pantery, ale również nieznane w naszym świecie bestie, takie jak pszczowy – krowy wyposażone w śmiercionośne żądło, oraz głodne cielesnych uciech damy, których mężowie całe dnie i nocy spędzają na produkowaniu bąków do napędzania elektrowni wiatrowych. No i jest jeszcze Główny Urząd Wewnętrznej Naprawy Obywateli – w skrócie GUWNO.

Jasne, jest zabawnie, absurdalnie aż do bólu, ale za tym śmiechem kryje się rozpacz – bo ostatecznie biedny Netušil/Paw przekonuje się, że lepkie macki komunistów sięgają nawet tu, do Nowej Fajdlandii, do jego sekretnego świata. A to dlatego, że choćbyśmy bardzo chcieli, nie da się uciec swoich najgłębszych lęków – od samego siebie.
„Potrzebował jej [szafki] głównie po to, żeby schować się w niej przed światem, który bynajmniej nie był dla niego placem zabaw i beztroskich swawoli. Uciekał przed czymś, przed czym nie można uciec – wszak to wszystko, przed czym się kryje, sam sobie zafundował, a przed sobą nie można się schować” (s. 18).
Skuszony obietnicami komunistów Netušil godzi się na współpracę z nimi, ale mimo to nie oceniamy go jako bohatera negatywnego. Słowa „zdrajca” czy „kapuś” w odniesieniu do niego brzmią śmiesznie, bo przez cały czas zdajemy sobie sprawę, że to „tylko” (i zarazem „aż”) poczciwy człowieczek zniszczony przez system – co zostaje dobitnie pokazane w ostatniej scenie z jego udziałem, gdy jako motyl zostaje zgnieciony przez tłustą od kiełbasy łapę Jaryna, swojego dawnego komunistycznego prześladowcy.

Choć Ivan Binar, sam zaangażowany w walkę z systemem, mógłby patrzeć z góry na takich jak biedny Vašek, nie robi tego – staje raczej w pozycji ich adwokata, ukazuje ich dramat, tłumaczy ich motywy. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak podłymi metodami posługiwało się StB, i że nie każdy, a wręcz bardzo niewielu, zostało stworzonych, by być bohaterami. Wydaje mi się zresztą, że postać Netušila ma tu jeszcze głębsze znaczenie – w pewnym sensie jest on lustrzanym odbiciem narratora/autora, ukrytą częścią jego osobowości, której się boi i przed którą ucieka. Bo przecież ci walczący z systemem wbrew pozorom wcale nie byli wolni od obaw i wątpliwości.

Ucieczki od kłamstwa i ucieczki od prawdy

Przejdę teraz do nich – do tych, którzy odważyli się postawić, którzy słowem pisanym i mówionym walczyli z reżimem. Obok artystycznej wizji życia Netušila mamy tu rzeczową relację narratora, którego nazwisko oraz biografia dają nam podstawy, by utożsamić go z autorem. Związany z czasopismem „Tramp”, na początku lat 70. zamknięty w więzieniu za udział w musicalu Syn pułku (choć tutaj wyczytałam, że nie chodziło nawet o sam musical, a o śpiewanie pochodzących z niego piosenek na prywatnym przyjęciu), kilka lat później emigruje do Austrii, a potem Niemiec – wszystko to zgadza się z życiorysem pisarza. Ze swojej obecności w książce narrator/autor tłumaczy się:
„Mówię o Václavie Netušilu, ale także o sobie, o naocznym świadku. Nie potrafię wyeliminować siebie z gry. Nawet najbardziej obiektywny obserwator przemyci do swojej wypowiedzi część siebie, własną interpretację, swój punkt widzenia” (s. 47).
Wątek ten, w którym Binar opisuje okres od lat 70. aż do upadku komunizmu i swojego powrotu do ojczyzny, jest obrazem ciężkiego losu dysydentów, którzy żyli w strachu, podejmowali trudną decyzję o emigracji i w końcu wyjeżdżali, z myślą, że „teraz już wszystko będzie dobrze”. Tymczasem życie emigranta wcale nie było usłane różami – wypędzeni artyści nie byli ciepło witani, czuli się za granicą obco, nie mogli znaleźć źródła utrzymania, bali się o swoje rodziny. Jedyną ich nadzieją byli przyjaciele…

…ale i oni, jak się okazało, w wielu przypadkach pomagali nie bez powodu. W tych czasach szpiegami bywali nawet najbliżsi. Mimo tego wszystkiego, co przeżył w komunistycznej ojczyźnie, najcięższe chwile bohater (i autor) zdaje się przeżywać już po aksamitnej rewolucji, gdy poznaje prawdę o swoich donosicielach. Znów chce uciekać – tym razem przed prawdą. I choć wciąż powtarza sobie, że nie wolno mu ich sądzić, nie znając okoliczności, są tacy, którym wybaczyć nie potrafi. Należy do nich m.in. inny emigracyjny pisarz, Ota Filip, który wprowadził początkującego wówczas Binara w świat twórczości samizdatowej. (Filip drogo zapłacił za grzechy przeszłości - gdy w roku 1998 na jaw wyszło, że donosił na swoich przyjaciół, jego syn popełnił samobójstwo).

Potrzeba rozliczenia

Ivan Binar
Ta powieść to rozliczenie się autora z tymi, którzy nadużyli jego zaufania, ale również, jak pisze wprost – z całym komunistycznym reżimem. Nie miał innej możliwości wyrównania rachunków, nie mógł walczyć o odszkodowanie na drodze sądowej, ponieważ jego teczka została zniszczona, a po latach prześladowań nie został ślad. „Usiadłem i zacząłem pisać o tym książkę. Co innego mi pozostało?” (s. 369) – pisze.

Silne emocje czuć nawet w sposobie opowiadania. Głos narratora, gdy opowiada o Netušilu i gdy opowiada o sobie, bardzo się różni. W historii Netušila pojawiają się elementy humorystyczne, a ton opowieści, dzięki licznym absurdom, jest lżejszy; od czasu do czasu w formie przerywnika występują wpisy z encyklopedii, wyjaśniające na przykład, czym jest rozwolnienie. Wątek narratora przytłacza za to ponurymi komunistycznymi realiami, których nie jest w stanie wyjaśnić żaden słownik, bolesną szczerością, złością i niemocą:
„Działa tu absurdalny system: władzę mają skurwysyny, zdeprawowani łajdacy, którzy boją się nawet brzmienia słowa wolność, nadzorcy, zakompleksieni dewianci o naturze niewolników i inteligencji zwyrodnialców (…). Pozbawiają nas kultury, zamiast niej narzucają prymitywną ideologię, deformują każdą prawdę, zmieniając ją w półprawdę albo kłamstwo. Kłamią rano, w południe, wieczorem i w każdej innej chwili” (s. 194).
Tak, ta rzeczywistość również bywała absurdalna, ale te absurdy nie były wytworem pisarskiej wyobraźni, dotykały ludzi bezpośrednio, dlatego Binar pisze o nich z goryczą – jak o wystąpieniu Stowarzyszenia Prawników CSRS w obronie praw obywatelskich w Chile. „Nie jest nam (…) znany żaden przypadek, by wasze stowarzyszenie wystąpiło w obronie praw człowieka, swobód obywatelskich bądź praworządności w naszej ojczyźnie – w Czechosłowacji” (s. 57) – cytuje autor otwarty list więźniów politycznych, pod którym sam się podpisał.

Binar pisze o strachu. O siebie i o swoją rodzinę, o lęku przed fizycznymi torturami, o wątpliwościach, na jakie skazani byli wszyscy dysydenci. O pokusie poddania się. On też, jak Netušil, próbuje od siebie uciec – bo najgorszy jest strach przed samym sobą…
„Bałem się, że moje dzieci będą wyrastać bez ojca, że nie będę mógł się cieszyć nimi ani z nimi, nie będę mógł uczyć ich życia. Bałem się, że co wieczór będę kładł się spać sam, bez żony, że będę oddychać pierdnięciami złoczyńców i mimo woli słuchać przyśpieszonego oddechu onanistów, mlaskania ciot (…). Ale najbardziej bałem się własnej słabości. Że w którejś kancelarii StB wymyślą na mnie sposób, wpadną na pomysł, jak mnie zmiękczyć i zmusić do mówienia. Nie wiedziałem, czy wytrzymałbym bicie i kopniaki, co bym zrobił, gdybym zobaczył własne wybite zęby (…). Nie, nie mogłem być pewny, że mnie nie złamią. Dlatego wybrałem trzecie wyjście. Możliwość, którą dano mi pod rozwagę: wygnanie” (s. 201).
Czytam to, czytam wyznania Ivana Binara, czytam o nieszczęsnym Vašku Netušilu, i znów przychodzą mi do głowy motyle, które łapał jako chłopiec. Jeszcze zanim nauczył się je odpowiednio preparować i przytwierdzać do deseczki, motyle miażdżone, masakrowane, i ten ostatni, przygnieciony ciężką kiełbasianą łapą. Oni wszyscy byli jak te motyle.

***
I. Binar, Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo rowerem dookoła świata, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Amaltea, Wrocław 2016.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Amaltea / amaltea.az.pl,
[3] joffi / pixabay.com,
[4] wydawnictwo Amaltea / amaltea.az.pl,
[5] okładka książki ze strony wydawnictwa / amaltea.az.pl. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz