czwartek, 17 sierpnia 2017

Słodki koszmar urlopu – „Urocze wakacje”, Natalia Rolleczek

W dzisiejszych czasach podróżowanie to właściwie prosta sprawa. Kupujesz bilet (przez internet), rezerwujesz nocleg (przez internet) i… jedziesz. W wielu przypadkach – zero wiz, zero paszportów, wystarczy spakować plecak (no dobrze, czasem trochę to trwa) i gotowe.

W PRL-u człowiek miał jednak trochę trudniej. Zwłaszcza, jeśli człowieka nie nęcił Bałtyk lub polskie góry, i postanawiał się wyprawić za granicę. I jeśli człowiek zabierał ze sobą rodzinę. Wtedy już robiło się „wesoło”, o czym przekonałam się, czytając Urocze wakacje Natalii Rolleczek – uroczą, skądinąd, relację z pewnej rodzinnej podróży do Bułgarii.

Śmiech i łzy na granicy

Pewne rzeczy się nie zmieniają bez względu na epokę, dlatego bohaterowie powieści Rolleczek marudzą przed wyjazdem dokładnie tak, jak i dziś wielu z nas. Bo to taka męka, pakować się, tarabanić wiele godzin autem lub niewygodnym pociągiem, dusić się w upale lub moknąć na deszczu, żywić się nieapetycznymi mielonkami, i w ogóle ten namiot, to już nie na nasze zdrowie… Pani narratorka i jej mąż Bogumił, mając to wszystko na uwadze, postanawiają sobie, że w tym roku nie ruszają się z domu, zostają na balkonie z książką i chłodnym napojem. Im jednak bliżej lata, tym bardziej silna wola traci na sile, a małżonkowie, niezależnie, zaczynają gromadzić wyjazdowe zapasy… Kończy się jak zwykle – „Jedziemy”! Dokąd? Do słonecznej Bułgarii.

Tak, zabrałam Urocze wakacje na własne urocze wakacje, i tak, zrobiłam im całą okolicznościową sesję!
Tutaj – na sopockiej plaży. Trochę aktywności fizycznej i trochę czytelniczej :).
I tu powoli zaczyna się historia, która trochę już dziś brzmi egzotycznie. Bo pani Natalia, za radą przyjaciółek, wrzuca do przepastnych walizek i toreb nie tylko rzeczy potrzebne i praktyczne, ale również te, które za granicą będzie można „opylić”, by kupić trochę świeżego arbuza czy moreli. Takie tam: ciepły jesienny płaszcz, spódnica, zestaw kredek do oczu…

Gdy gehenna pakowania wreszcie się kończy, pozostaje wyruszyć w drogę. Podróż jednak, rzecz jasna, nie może się obyć bez komplikacji. Wskutek nieszczęśliwej stłuczki zamek od bagażnika wehikułu naszych bohaterów zacina się na dobre, a jak przejechać przez granicę z zamkniętym bagażnikiem? Te wszystkie przygody Rolleczek opisuje oczywiście z dystansem i humorem, i czytelnik się śmieje, ale ten dzisiejszy pewnie i wpadnie w lekką zadumę – bo ta podejrzliwość pograniczników, te akcje wyrzucania wszystkiego z samochodu i układania później na nowo, to wszystko jest jednak dosyć smutne.

Ravensbrück na bułgarskiej plaży

Smutku jest zresztą w tej książce, wbrew pozorom, sporo. Bo równolegle z tą słoneczną bułgarską opowieścią narratorka snuje historię swojej rodziny, w której roi się od niezagojonych ran, żalu i złości. Mówi o swoim ojcu, porzuconym przez rodziców jako dziecko z powodu swojej ślepoty, o jego upokorzeniu, zranionej dumie, o jego nieszczęśliwej historii miłosnej, ale przede wszystkim o swojej siostrze Łucji i ich trudnej relacji, której kres położyło aresztowanie dziewczyny przez gestapo i jej śmierć w obozie w Ravensbrück. Obraz siostry, której nie pomogła wystarczająco, a wręcz przyczyniła się do jej śmierci, prześladuje narratorkę nawet na słonecznej bułgarskiej plaży.

Szczerze – połączenie dwóch tak diametralnie różnych wątków, wręcz całych powieściowych światów, trochę mi nie grało. Widziałabym je raczej w dwóch osobnych książkach, przeskakiwanie bowiem między beztroską wakacyjną paplaniną a szczerą, dramatyczną narracją z okupowanym Drohobyczem w tle było dla mnie zbyt dużym szokiem. Rozumiem jednak, że taki był pomysł autorki – przełamać słoneczną błahość wakacyjnego wątku poważnymi historiami z przeszłości, i na odwrót.

Faktem jest jednak, że pióro Rolleczek jest lekkie jak puszek; kiedy trzeba, skrzy się dowcipem, kiedy indziej zaś autorka tworzy bardzo sugestywne, przejmujące obrazy. A ponieważ czyta się ją tak dobrze, miło spędziłam z nią kilka urlopowych dni na nadbałtyckiej (nie bułgarskiej, niestety – choć po opisie takich perypetii bułgarskich wakacji się jednak trochę odechciewa!) plaży.

P.S. Po tytuł ten sięgnęłam w ramach „Uroczych wakacji z powieściami Natalii Rolleczek”, zorganizowanych przez Pyzę Wędrowniczkę. Pyza całkowicie kupiła mnie zapałem i błyskiem w oku, z jakim mówiła o tej książce, dlatego bez zastanowienia wrzuciłam ją (książkę, nie Pyzę) do swojego wakacyjnego plecaka.

P.S.2 Na koniec jeszcze jeden przykład cennej wiedzy, jaką zdobyłam dzięki tej lekturze – wiem, czym są zeszyty bezdrzewne! I czemu były dużo bardziej cool niż zwykłe drzewne :).

***
N. Rolleczek, Urocze wakacje, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975.

28 komentarzy:

  1. Ponieważ wczoraj wieczorem skończyłem pisać o tej książce, to teraz mogę przeczytać o Twoich wrażeniach :) Mnie się to przeskakiwanie między nastrojami bardzo podobało i wręcz czekałem na te wspomnieniowe partie, dużo ciekawsze i bardziej emocjonalne niż wakacyjne opowiastki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się właśnie wybierałam do Ciebie, żeby przeczytać Twoją recenzję Colette, bo skończyłam książkę przed chwilą :). Nie czekam, aż sama spiszę swoje wrażenia, zbyt jestem na to niecierpliwa.

      To nie jest tak, że te wspomnienia mi się nie podobały, bo też zrobiły na mnie duże wrażenie, i też czekałam, ciekawa tych tajemnic z przeszłości. (Czy to są w ogóle osobiste wspomnienia autorki, czy fikcja, wiesz może?). Ale miałam jednak problem z przestawianiem się, ze śmichów chichów na wojnę, gestapo i okupowany Lwów. Nie wiem, może to kwestia jakiejś elastyczności czytelniczej, trudno mi się „wkręcić” w jakiś klimat, a później „wykręcić” z niego :).

      Usuń
    2. Ja się za łatwo sugeruję cudzymi opiniami i muszę być twardy :)
      Wspomnienia są realne, przynajmniej tak wynika z wywiadu z autorką, który znalazłem. Też się przestawiałem z pewnym trudem, ale dzięki temu miałem cały czas napiętą uwagę, bo sam opis wakacji by mnie jednak ciut znużył, szczególnie że nie działo się tam nic bardzo dramatycznego, ot, życie w drodze :) Pisałem już u Anny z Przeczytałam książkę pod jej recenzją, że podobne w konstrukcji są Wakacje nad Adriatykiem Zofii Posmysz - tam to dopiero jest hardkor.

      Usuń
    3. Serio? Nie wyglądasz na takiego, co się sugeruje :D.
      Jeśli realne, to podziwiam! Trzeba chyba mieć sporo odwagi, żeby napisać tak szczerą książkę. Widziałam Waszą rozmowę o Posmysz, i mignęła mi też ostatnio na Czytankach Anki, zaciekawiła mnie. Poszukam jej.
      Nic dramatycznego? A zatrzaśnięty bagażnik? A rozpaczliwe poszukiwania arbuzów? A wylany w krzaki makaron? Haha ;).

      Usuń
    4. Ale się sugeruję, serio serio :)
      Rolleczek chyba nie ma problemów ze szczerością, już w Drewnianym różańców dała temu wyraz.
      Makaron mi nie imponuje, z braku sitka wylaliśmy kiedyś makaron na kłąb wysokiej trawy i potem to spagetti starannie wybieraliśmy z zielska :D No ale bagażnik tak, to dramat. Osobiście mam zawsze ponure obawy, że klapa otworzy się w pełnym pędzie i wszystkie wakacyjne graty wylądują na autostradzie :)

      Usuń
    5. Aaa czyli znana historia z makaronem! Mnie się nie zdarzyło, choć gotowanie makaronu w plenerze – owszem, ale zwykle drugi garnek w charakterze pokrywki i metoda a la odcedzanie ziemniaków wystarczyły ;).

      Ojej, ja mam z bagażami podobne wizje, ile razy jadę autobusem. A odkąd usłyszałam od siostry historię jej znajomego, który naprawdę, jako pasażer, był świadkiem podobnego zajścia, to już w ogóle żyję w strachu.

      Usuń
    6. Garnek mieliśmy jeden :D
      Komunikacja publiczna nie przysparza mi lęków, o dziwo, widać moja podświadomość uznaje, że to nie jej odpowiedzialność i niech się inni martwią.

      Usuń
    7. Aaa, to rzeczywiście, tylko trawa zostaje :P.
      Odpowiedzialność może być i cudza, ale jak akurat Twój bagaż ląduje na drodze, to i tak niewesoło :). Ale może to fakt, że nie mam jeszcze własnego dwuśladu i samochodowe lęki są mi raczej obce – nie wiem, co to prawdziwy strach ;).

      Usuń
    8. Nie wiesz :) Nie ma to jak lęk, że w połowie wielogodzinnej podróży pośrodku niczego zepsuje się jakiś duperel :P

      Usuń
    9. Wszystko przede mną, co za radość ;).

      Usuń
    10. Grunt to dobre ubezpieczenie :)

      Usuń
    11. A najlepiej jeździć autem tylko po zapałki do sklepiku na rogu, unika się stresu.

      Usuń
    12. Tak zniechęcasz? :( Oj, a mnie się właśnie od jakiegoś czasu marzą road tripy po Polsce, najlepiej z jakimś kudłatym przyjacielem u boku, w stylu Steinbecka, tylko w innym kraju ;).

      Usuń
    13. To zasadniczo może wystarczy solidny przegląd przed ruszeniem w trasę :D

      Usuń
    14. Uff, czyli mój polski american dream jednak nie stracony :D. Cóż, będę w tym wypadku optymistką, przynajmniej do pierwszej poważnej usterki ;).

      Usuń
    15. To jeszcze kurs pt. "sam naprawiam" i z głowy.

      Usuń
  2. Oh ja tak jak Zacofany się sugeruję i czytam dopiero po napisaniu swojego tekstu. Mnie to przeskakiwanie nie raziło, a bardziej poruszyło. Widziałam je jako jeden z objawów stresu pourazowego, który właśnie dopada nagle, w najpiękniejszym momencie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli tylko ja taka niecierpliwa :). Mnie to nawet bawi, bo czasem u siebie leciutko polemizuję z innymi recenzjami, choć pewnie mało kto to zauważa.

      Samej koncepcji tych projekcji przeszłości w najmniej oczekiwanych, nawet beztroskich wakacyjnych momentach nie mam nic do zarzucenia, jest rzeczywiście ciekawa i poruszająca. Chyba chodzi bardziej o jej realizację u Rolleczek, może też o tę zupełną zmianę tonu – w każdym razie był to dla mnie, jako dla czytelniczki, zbyt duży szok :).

      Usuń
    2. Ciekawe jak inaczej odbieramy tę samą powieść, ja żadnego szoku nie odczuwałam, miałam wrazenia raczej jak Zacofany.

      Usuń
  3. Ależ się cieszę, że udało mi się Ciebie namówić :-)! Muszę przyznać, że mnie to przechodzenie od śmiesznostek dnia codziennego do bardzo poważnych, tragicznych wspomnień bardzo się podobało -- to jest dobry zabieg, który pokazuje, że życie toczy się dalej, mimo że w przeszłości czają się demony. No ale właśnie: te demony wracają i mimo słońca nad głową czasami trudno się z nimi uporać.

    Ale co, nie żałujesz mam nadzieję lektury? :-) Zawsze przy polecaniu ulubionej powieści towarzyszy mi taki strach ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby się już za gęsto nie tłumaczyć :) powtórzę to, co pod komentarzem Ani – w teorii ten zabieg jest rzeczywiście świetny, i gdyby ktoś mi o nim opowiedział, powiedziałabym „Bomba!”, ale w tym wypadku jakoś u mnie nie zadziałał. Może to fakt, że ton opowieści wakacyjnych autorki jest AŻ TAK wesoły i dowcipny, że ten kontrast mnie gryzie – mam takie lekkie poczucie czegoś „nie na miejscu”. Trudno powiedzieć :).

      Ale nie, nie żałuję, w żadnym wypadku! Przeciwnie, spędziłam z tą książką kilka naprawdę miłych dni :). I przyszła we właściwym momencie, bo przechodzę ostatnio fazę zmęczenia nowościami, a taka lekko przykurzona lektura, która nie krzyczy do mnie ze wszystkich blogów i stron o książkach, okazała się idealnym remedium. Dzisiaj, prócz tego, nadal w ramach detoksu, skończyłam czytać „Narodziny dnia” Colette polecone przez Zacofanego i czuję się naprawdę... jak na wakacjach :). Więc za Rolleczek dziękuję Ci bardzo!

      Usuń
    2. Radość :-)! Jeszcze muszę Ci podrzucić obiecany "Kamień i cierpnie" Karla Schulza przy następnej okazji ;-).

      Usuń
    3. Tak, koniecznie! :)

      Usuń
  4. Książka zapowiada się naprawdę interesująco, myślę więc, że chyba zaryzykuję i rozejrzę się za książkami tej autorki, bo dotychczas nie było mi dane zapoznać się z jej twórczością. :) Pozdrawiam! włóczykijka z imponderabiliów literackich

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ostatnio z trudem ogarniam czytelniczo-blogową rzeczywistość :). Rozejrzyj się, a jeśli potrzebujesz przewodniczka, odsyłam Cię do Pyzy, w ramach swoich wakacji z powieściami Natalii Rolleczek zrecenzowała ich sporo: http://pierogipruskie.blogspot.com/search/label/urocze%20wakacje%20z%20powie%C5%9Bciami%20natalii%20rolleczek

      Usuń
  5. Koniecznie muszę znaleźć chwilę na przeczytanie tej książki. Uwielbiam tematykę podróżniczą i książki z "dawnych" czasów. A, że całkiem niedawno spędziłam 2 miesiące w Bułgarii, to książka tym bardziej wydaje mi się interesująca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie to może być coś w Twoim klimacie :). Tutaj najważniejsza podróż co prawda odbywa się w czasie, nie przestrzeni, a Bułgaria jest tylko tłem, ale mimo wszystko polecam. Z dostępem do książki nie powinno być problemu. Mam nadzieję, że Ci się spodoba!

      Usuń