Słodki koszmar urlopu – „Urocze wakacje”, Natalia Rolleczek

W dzisiejszych czasach podróżowanie to właściwie prosta sprawa. Kupujesz bilet (przez internet), rezerwujesz nocleg (przez internet) i… jedziesz. W wielu przypadkach – zero wiz, zero paszportów, wystarczy spakować plecak (no dobrze, czasem trochę to trwa) i gotowe.

W PRL-u człowiek miał jednak trochę trudniej. Zwłaszcza, jeśli człowieka nie nęcił Bałtyk lub polskie góry, i postanawiał się wyprawić za granicę. I jeśli człowiek zabierał ze sobą rodzinę. Wtedy już robiło się „wesoło”, o czym przekonałam się, czytając Urocze wakacje Natalii Rolleczek – uroczą, skądinąd, relację z pewnej rodzinnej podróży do Bułgarii.

Śmiech i łzy na granicy

Pewne rzeczy się nie zmieniają bez względu na epokę, dlatego bohaterowie powieści Rolleczek marudzą przed wyjazdem dokładnie tak, jak i dziś wielu z nas. Bo to taka męka, pakować się, tarabanić wiele godzin autem lub niewygodnym pociągiem, dusić się w upale lub moknąć na deszczu, żywić się nieapetycznymi mielonkami, i w ogóle ten namiot, to już nie na nasze zdrowie… Pani narratorka i jej mąż Bogumił, mając to wszystko na uwadze, postanawiają sobie, że w tym roku nie ruszają się z domu, zostają na balkonie z książką i chłodnym napojem. Im jednak bliżej lata, tym bardziej silna wola traci na sile, a małżonkowie, niezależnie, zaczynają gromadzić wyjazdowe zapasy… Kończy się jak zwykle – „Jedziemy”! Dokąd? Do słonecznej Bułgarii.

Tak, zabrałam Urocze wakacje na własne urocze wakacje, i tak, zrobiłam im całą okolicznościową sesję!
Tutaj – na sopockiej plaży. Trochę aktywności fizycznej i trochę czytelniczej :).
I tu powoli zaczyna się historia, która trochę już dziś brzmi egzotycznie. Bo pani Natalia, za radą przyjaciółek, wrzuca do przepastnych walizek i toreb nie tylko rzeczy potrzebne i praktyczne, ale również te, które za granicą będzie można „opylić”, by kupić trochę świeżego arbuza czy moreli. Takie tam: ciepły jesienny płaszcz, spódnica, zestaw kredek do oczu…

Gdy gehenna pakowania wreszcie się kończy, pozostaje wyruszyć w drogę. Podróż jednak, rzecz jasna, nie może się obyć bez komplikacji. Wskutek nieszczęśliwej stłuczki zamek od bagażnika wehikułu naszych bohaterów zacina się na dobre, a jak przejechać przez granicę z zamkniętym bagażnikiem? Te wszystkie przygody Rolleczek opisuje oczywiście z dystansem i humorem, i czytelnik się śmieje, ale ten dzisiejszy pewnie i wpadnie w lekką zadumę – bo ta podejrzliwość pograniczników, te akcje wyrzucania wszystkiego z samochodu i układania później na nowo, to wszystko jest jednak dosyć smutne.

Ravensbrück na bułgarskiej plaży

Smutku jest zresztą w tej książce, wbrew pozorom, sporo. Bo równolegle z tą słoneczną bułgarską opowieścią narratorka snuje historię swojej rodziny, w której roi się od niezagojonych ran, żalu i złości. Mówi o swoim ojcu, porzuconym przez rodziców jako dziecko z powodu swojej ślepoty, o jego upokorzeniu, zranionej dumie, o jego nieszczęśliwej historii miłosnej, ale przede wszystkim o swojej siostrze Łucji i ich trudnej relacji, której kres położyło aresztowanie dziewczyny przez gestapo i jej śmierć w obozie w Ravensbrück. Obraz siostry, której nie pomogła wystarczająco, a wręcz przyczyniła się do jej śmierci, prześladuje narratorkę nawet na słonecznej bułgarskiej plaży.

Szczerze – połączenie dwóch tak diametralnie różnych wątków, wręcz całych powieściowych światów, trochę mi nie grało. Widziałabym je raczej w dwóch osobnych książkach, przeskakiwanie bowiem między beztroską wakacyjną paplaniną a szczerą, dramatyczną narracją z okupowanym Drohobyczem w tle było dla mnie zbyt dużym szokiem. Rozumiem jednak, że taki był pomysł autorki – przełamać słoneczną błahość wakacyjnego wątku poważnymi historiami z przeszłości, i na odwrót.

Faktem jest jednak, że pióro Rolleczek jest lekkie jak puszek; kiedy trzeba, skrzy się dowcipem, kiedy indziej zaś autorka tworzy bardzo sugestywne, przejmujące obrazy. A ponieważ czyta się ją tak dobrze, miło spędziłam z nią kilka urlopowych dni na nadbałtyckiej (nie bułgarskiej, niestety – choć po opisie takich perypetii bułgarskich wakacji się jednak trochę odechciewa!) plaży.

P.S. Po tytuł ten sięgnęłam w ramach „Uroczych wakacji z powieściami Natalii Rolleczek”, zorganizowanych przez Pyzę Wędrowniczkę. Pyza całkowicie kupiła mnie zapałem i błyskiem w oku, z jakim mówiła o tej książce, dlatego bez zastanowienia wrzuciłam ją (książkę, nie Pyzę) do swojego wakacyjnego plecaka.

P.S.2 Na koniec jeszcze jeden przykład cennej wiedzy, jaką zdobyłam dzięki tej lekturze – wiem, czym są zeszyty bezdrzewne! I czemu były dużo bardziej cool niż zwykłe drzewne :).

***
N. Rolleczek, Urocze wakacje, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975.

Komentarze

  1. Ponieważ wczoraj wieczorem skończyłem pisać o tej książce, to teraz mogę przeczytać o Twoich wrażeniach :) Mnie się to przeskakiwanie między nastrojami bardzo podobało i wręcz czekałem na te wspomnieniowe partie, dużo ciekawsze i bardziej emocjonalne niż wakacyjne opowiastki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się właśnie wybierałam do Ciebie, żeby przeczytać Twoją recenzję Colette, bo skończyłam książkę przed chwilą :). Nie czekam, aż sama spiszę swoje wrażenia, zbyt jestem na to niecierpliwa.

      To nie jest tak, że te wspomnienia mi się nie podobały, bo też zrobiły na mnie duże wrażenie, i też czekałam, ciekawa tych tajemnic z przeszłości. (Czy to są w ogóle osobiste wspomnienia autorki, czy fikcja, wiesz może?). Ale miałam jednak problem z przestawianiem się, ze śmichów chichów na wojnę, gestapo i okupowany Lwów. Nie wiem, może to kwestia jakiejś elastyczności czytelniczej, trudno mi się „wkręcić” w jakiś klimat, a później „wykręcić” z niego :).

      Usuń
    2. Ja się za łatwo sugeruję cudzymi opiniami i muszę być twardy :)
      Wspomnienia są realne, przynajmniej tak wynika z wywiadu z autorką, który znalazłem. Też się przestawiałem z pewnym trudem, ale dzięki temu miałem cały czas napiętą uwagę, bo sam opis wakacji by mnie jednak ciut znużył, szczególnie że nie działo się tam nic bardzo dramatycznego, ot, życie w drodze :) Pisałem już u Anny z Przeczytałam książkę pod jej recenzją, że podobne w konstrukcji są Wakacje nad Adriatykiem Zofii Posmysz - tam to dopiero jest hardkor.

      Usuń
    3. Serio? Nie wyglądasz na takiego, co się sugeruje :D.
      Jeśli realne, to podziwiam! Trzeba chyba mieć sporo odwagi, żeby napisać tak szczerą książkę. Widziałam Waszą rozmowę o Posmysz, i mignęła mi też ostatnio na Czytankach Anki, zaciekawiła mnie. Poszukam jej.
      Nic dramatycznego? A zatrzaśnięty bagażnik? A rozpaczliwe poszukiwania arbuzów? A wylany w krzaki makaron? Haha ;).

      Usuń
    4. Ale się sugeruję, serio serio :)
      Rolleczek chyba nie ma problemów ze szczerością, już w Drewnianym różańców dała temu wyraz.
      Makaron mi nie imponuje, z braku sitka wylaliśmy kiedyś makaron na kłąb wysokiej trawy i potem to spagetti starannie wybieraliśmy z zielska :D No ale bagażnik tak, to dramat. Osobiście mam zawsze ponure obawy, że klapa otworzy się w pełnym pędzie i wszystkie wakacyjne graty wylądują na autostradzie :)

      Usuń
    5. Aaa czyli znana historia z makaronem! Mnie się nie zdarzyło, choć gotowanie makaronu w plenerze – owszem, ale zwykle drugi garnek w charakterze pokrywki i metoda a la odcedzanie ziemniaków wystarczyły ;).

      Ojej, ja mam z bagażami podobne wizje, ile razy jadę autobusem. A odkąd usłyszałam od siostry historię jej znajomego, który naprawdę, jako pasażer, był świadkiem podobnego zajścia, to już w ogóle żyję w strachu.

      Usuń
    6. Garnek mieliśmy jeden :D
      Komunikacja publiczna nie przysparza mi lęków, o dziwo, widać moja podświadomość uznaje, że to nie jej odpowiedzialność i niech się inni martwią.

      Usuń
    7. Aaa, to rzeczywiście, tylko trawa zostaje :P.
      Odpowiedzialność może być i cudza, ale jak akurat Twój bagaż ląduje na drodze, to i tak niewesoło :). Ale może to fakt, że nie mam jeszcze własnego dwuśladu i samochodowe lęki są mi raczej obce – nie wiem, co to prawdziwy strach ;).

      Usuń
    8. Nie wiesz :) Nie ma to jak lęk, że w połowie wielogodzinnej podróży pośrodku niczego zepsuje się jakiś duperel :P

      Usuń
    9. Wszystko przede mną, co za radość ;).

      Usuń
    10. A najlepiej jeździć autem tylko po zapałki do sklepiku na rogu, unika się stresu.

      Usuń
    11. Tak zniechęcasz? :( Oj, a mnie się właśnie od jakiegoś czasu marzą road tripy po Polsce, najlepiej z jakimś kudłatym przyjacielem u boku, w stylu Steinbecka, tylko w innym kraju ;).

      Usuń
    12. To zasadniczo może wystarczy solidny przegląd przed ruszeniem w trasę :D

      Usuń
    13. Uff, czyli mój polski american dream jednak nie stracony :D. Cóż, będę w tym wypadku optymistką, przynajmniej do pierwszej poważnej usterki ;).

      Usuń
    14. To jeszcze kurs pt. "sam naprawiam" i z głowy.

      Usuń
  2. Oh ja tak jak Zacofany się sugeruję i czytam dopiero po napisaniu swojego tekstu. Mnie to przeskakiwanie nie raziło, a bardziej poruszyło. Widziałam je jako jeden z objawów stresu pourazowego, który właśnie dopada nagle, w najpiękniejszym momencie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli tylko ja taka niecierpliwa :). Mnie to nawet bawi, bo czasem u siebie leciutko polemizuję z innymi recenzjami, choć pewnie mało kto to zauważa.

      Samej koncepcji tych projekcji przeszłości w najmniej oczekiwanych, nawet beztroskich wakacyjnych momentach nie mam nic do zarzucenia, jest rzeczywiście ciekawa i poruszająca. Chyba chodzi bardziej o jej realizację u Rolleczek, może też o tę zupełną zmianę tonu – w każdym razie był to dla mnie, jako dla czytelniczki, zbyt duży szok :).

      Usuń
    2. Ciekawe jak inaczej odbieramy tę samą powieść, ja żadnego szoku nie odczuwałam, miałam wrazenia raczej jak Zacofany.

      Usuń
  3. Ależ się cieszę, że udało mi się Ciebie namówić :-)! Muszę przyznać, że mnie to przechodzenie od śmiesznostek dnia codziennego do bardzo poważnych, tragicznych wspomnień bardzo się podobało -- to jest dobry zabieg, który pokazuje, że życie toczy się dalej, mimo że w przeszłości czają się demony. No ale właśnie: te demony wracają i mimo słońca nad głową czasami trudno się z nimi uporać.

    Ale co, nie żałujesz mam nadzieję lektury? :-) Zawsze przy polecaniu ulubionej powieści towarzyszy mi taki strach ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby się już za gęsto nie tłumaczyć :) powtórzę to, co pod komentarzem Ani – w teorii ten zabieg jest rzeczywiście świetny, i gdyby ktoś mi o nim opowiedział, powiedziałabym „Bomba!”, ale w tym wypadku jakoś u mnie nie zadziałał. Może to fakt, że ton opowieści wakacyjnych autorki jest AŻ TAK wesoły i dowcipny, że ten kontrast mnie gryzie – mam takie lekkie poczucie czegoś „nie na miejscu”. Trudno powiedzieć :).

      Ale nie, nie żałuję, w żadnym wypadku! Przeciwnie, spędziłam z tą książką kilka naprawdę miłych dni :). I przyszła we właściwym momencie, bo przechodzę ostatnio fazę zmęczenia nowościami, a taka lekko przykurzona lektura, która nie krzyczy do mnie ze wszystkich blogów i stron o książkach, okazała się idealnym remedium. Dzisiaj, prócz tego, nadal w ramach detoksu, skończyłam czytać „Narodziny dnia” Colette polecone przez Zacofanego i czuję się naprawdę... jak na wakacjach :). Więc za Rolleczek dziękuję Ci bardzo!

      Usuń
    2. Radość :-)! Jeszcze muszę Ci podrzucić obiecany "Kamień i cierpnie" Karla Schulza przy następnej okazji ;-).

      Usuń
    3. Tak, koniecznie! :)

      Usuń
  4. Książka zapowiada się naprawdę interesująco, myślę więc, że chyba zaryzykuję i rozejrzę się za książkami tej autorki, bo dotychczas nie było mi dane zapoznać się z jej twórczością. :) Pozdrawiam! włóczykijka z imponderabiliów literackich

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ostatnio z trudem ogarniam czytelniczo-blogową rzeczywistość :). Rozejrzyj się, a jeśli potrzebujesz przewodniczka, odsyłam Cię do Pyzy, w ramach swoich wakacji z powieściami Natalii Rolleczek zrecenzowała ich sporo: http://pierogipruskie.blogspot.com/search/label/urocze%20wakacje%20z%20powie%C5%9Bciami%20natalii%20rolleczek

      Usuń
  5. Koniecznie muszę znaleźć chwilę na przeczytanie tej książki. Uwielbiam tematykę podróżniczą i książki z "dawnych" czasów. A, że całkiem niedawno spędziłam 2 miesiące w Bułgarii, to książka tym bardziej wydaje mi się interesująca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie to może być coś w Twoim klimacie :). Tutaj najważniejsza podróż co prawda odbywa się w czasie, nie przestrzeni, a Bułgaria jest tylko tłem, ale mimo wszystko polecam. Z dostępem do książki nie powinno być problemu. Mam nadzieję, że Ci się spodoba!

      Usuń
  6. Naprawdę świetnie napisane. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo fajny wpis. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Serdecznie zachęcam do komentowania. 😊 Równocześnie proszę o podpisywanie się pod komentarzem oraz zachowanie kultury. Komentarze zawierające obraźliwe treści nie będą publikowane.