sobota, 16 grudnia 2017

Krowie placki jak spadające gwiazdy – „Nad piękną modrą Dřevnicą”, Antonín Bajaja [patronat]

Są takie książki, które od pierwszych słów otulają jak ciepły koc. Które ciepłym, familiarnym tonem przywodzą na myśl rodzinne spotkania, wspominki, anegdoty. Do których się wchodzi i z których niespecjalnie chce się wychodzić, bo na zewnątrz ta nasza szara, zimna rzeczywistość. Nad piękną modrą Dřevnicą na pewno do takich książek należy.

A przecież czasy, o których pisze Antonín Bajaja, przełom lat 40. i 50. XX wieku, same w sobie nie były wcale sielskie i anielskie. Sęk jednak w tym, że są to lata dzieciństwa narratora – w jego oczach więc były. W dodatku cała książka to zbiór autentycznych listów, pisanych do siostry, świadka i wspólnika tamtych wydarzeń. Autor wraca więc do spędzonych w Zlínie lat dziecięcych z sentymentem, mitologizując i idealizując – jak Schulz w Sklepach cynamonowych czy Hrabal w Takiej pięknej żałobie. (Nazwisko Hrabala pada zresztą również w samej książce – mowa tam o Skarbach świata całego, w pewnym bardzo wzruszającym kontekście).

Pisze o drobnych, malowniczych szczegółach, w których zakodowana jest pamięć, o detalach krajobrazu (o których pięknie opowiada również w tym wywiadzie), o smakach i zapachach. O tym, co fascynowało go w dzieciństwie, czyli na przykład konikach pocztowych czy… krowich plackach. A robi to na wpół marzycielsko, na wpół z humorem – w jego relacji krowia kupa upada na drogę „jakby ktoś upuścił koronkową chusteczkę, jakby w morskiej pianie zaszeleściła spadająca gwiazda” (s. 218). Do łez bawi też historia o pływającej na rzece zużytej prezerwatywie, którą narrator i jego mała siostra postanawiają wyciągnąć z wody, bo to z pewnością dusza wodnika, którą muszą uratować.

Książki cenniejsze niż złoto

Przede wszystkim jednak autor z wielką czułością wspomina swoją rodzinę. Rodzinę, w której nie brakowało oryginałów, która lubiła spędzać czas w towarzystwie przyjaciół i sąsiadów oraz dobrze zjeść, ale która przede wszystkim zawsze ceniła wykształcenie, kulturę, literaturę, muzykę.

Jedna z anegdot przywołanych w książce dotyczy kufra pełnego książek, który dziadkowie, przeprowadzając się ze Stanów z powrotem do ojczyzny, ciągnęli ze sobą. A że ciężki – nabrano podejrzeń, że szmuglują złoto. Po ujawnieniu zawartości kufra wszyscy złapali się za głowę, a sam Tomáš Baťa, nie dowierzając, przybył z ofertą kupna, przekonany, że w kufrze znajdują się cenne manuskrypty… Na co babcia po prostu wzięła do ręki książkę kucharską i oświadczyła: „Oto prawdziwa sztabka złota!” (s. 209).

Ten kufer pojawia się zresztą jeszcze w dalszej części utworu. Po wejściu w życie barbarzyńskiej polityki kulturalnej komunistów stoi na strychu jako jedyna pozostałość po dawnej imponującej biblioteczce – i jako piękna metafora, a przy każdym uniesieniu wieka wydaje „jęk pomordowanych niewiniątek”.

Roztańczony czołg

Jak widać więc, Bajaja nie unika też trudnych i smutnych tematów, nie odcina się w swojej opowieści od przetaczającej się nad jego głową historii – trudno zresztą by było, skoro bezpośrednio wpłynęła ona na losy rodziny. Ukazuje ją jednak bez dramatyzmu, jak w filmowym dziele Felliniego Amarcord, którym autor, co sam podkreśla, wyraźnie się inspirował. W filmie włoskiego reżysera narodziny faszyzmu, coś, o czym nauczyliśmy się myśleć ze zgrozą, ukazane są jak część codziennego życia, w otoczeniu humorystycznych akcentów.

Również rodzina Bajai mimo czarnych chmur nadciągających nad Czechosłowację stara się żyć jak gdyby nigdy nic. Jak wtedy, gdy ze Stanów przyjeżdża kuzyn Vikťa z niewesołymi wieściami, że karty zostały rozdane i „waszymi gra Stalin, nie Truman”, ale tego samego wieczoru wszyscy razem tańczą jazz, a między ich roztańczonymi nogami mały Tonik puszcza nakręcany czołg, który dostał od kuzyna. Hipnotyzująca scena.

A przecież są i momenty, gdy nawet dorosłym robi się strasznie. Narrator wspomina, jak wraz z siostrą podsłuchał kiedyś babcię, cichutko zwierzającą się swojej schorowanej już wówczas i niczego nieświadomej siostrze Énie:
„Boję się, Éno, boję się, a przecież wiesz, że ja nigdy nie byłam chicken… nawet w czasie wojny nie bałam się tak jak teraz. ONI już zaczęli rabować, w nocy wpadli do Slavickich, cały dom przewrócili do góry nogami, sklep też… wszystko im skonfiskowali, podobno mieli kradzione złoto, jakie kradzione złoto? Przecież on jest złotnikiem i zegarmistrzem! Hańbią porządnych ludzi, przed tygodniem zamknęli wielebnego Pavelkę, mojego spowiednika. Powiedziałam Knapkowi, że teraz będą niszczyć kościoły, że będą je palić jak kiedyś synagogi, niech sobie przypomni, jak to było… a on, że przesadzam, kto jest przyzwoity i pracuje, temu nic się nie stanie, i ciągle się śmieje, że w końcu zaczną się żreć między sobą i że kiedyś to wszystko się zawali, ale ja nie wiem… Powinniśmy byli wyjechać razem z Lilą, ale teraz już za późno, za późno na Amerykę…” (s. 130).
Zlín (w tamtych czasach Gottwaldov) i fabryka Tomáša Bat’y w latach 60.
Dorosnąć do prawdy

Wskutek represji komunistów w końcu burżuazyjni dziadkowie zostają wyrzuceni z własnego domu, muszą od tej pory żyć na wsi, w rozpadającej się chacie. Później ojciec na pewien czas trafia do więzienia. Wychodząc jednak z założenia, że lepiej, by dzieci naprawdę nie wiedziały, co się dzieje, rodzina ukrywa przed nimi swoje wrogie nastawienie do ustroju. I tak narrator i jego siostra, pod wpływem nauk w szkole i naśladując szkolnych kolegów, rosną w płomiennym uwielbieniu dla komunistów i w poczuciu zażenowania własnym burżuazyjnym pochodzeniem.

Narrator wraca do pewnego popołudnia, którego wspomnienie wciąż budzi w nim wyrzuty sumienia – kiedy to oznajmił krnąbrnie, że doniesie na własną ciotkę za słuchanie Radia Wolna Europa. Po latach podobne wydarzenia analizuje z perspektywy dorosłego człowieka, który rozumie już mechanizmy komunistycznych manipulacji i który sam został doświadczony przez system. Można się zastanawiać, czy przyjęta przez rodziców i dziadków strategia ochrony przed prawdą była słuszna – ale myślę, że doskonale wiedzieli oni, co robią. Rozumieli, że w swoim czasie ich dzieci same do tej prawdy dojdą.

Ważnym wątkiem w listach Bajai jest również tęsknota za ojczyzną. To z tej tęsknoty dziadek i babcia wrócili do Czechosłowacji, mimo że poznali się w Ameryce i mogli sobie tam wygodnie urządzić życie. Jest również wątek ciotki Lili, która zdecydowała się po pewnym czasie wrócić do Stanów, a żelazna kurtyna odcięła jej drogę powrotu; tęskniła jednak tak bardzo, że poprosiła Tonika, by sfotografował bzy z ich ogrodu i przesłał jej zdjęcie. Chciała powiesić sobie je w ramce w swoim amerykańskim mieszkaniu jako namiastkę utraconego domu. (Myślę przy tym o mojej własnej rodzinnej historii – o rodzinie mojej babci, jej mamie i bracie, którzy wyjechali na stałe do Kanady, i o samej babci, która zdecydowała się zostać, i pewnie dzięki temu w ogóle dziś jestem).

Bajanie Bajai

Bajaja – to zabawne, „bajkowe”, jak mówił o nim Husák, nazwisko, które od bajania, opowiadania, ubarwiania prawdopodobnie się wzięło, pasuje w tym wypadku idealnie. Geny pradziada, który „musiał być takim bajają”, ewidentnie odezwały się w autorze Nad piękną modrą Dřevnicą, bo ta opowieść po prostu płynie. Jak Dřevnica i jak puch w powietrzu z filmu Felliniego – ten puch dziecięcych wspomnień, który zaczyna i kończy książkę Bajai.

Czasem ten leniwy prąd, ten nieprzerwany nurt słów trochę nuży. Autor rozwleka swoje historie na wiele, wiele stron, gubi wątki i skacze w czasie i przestrzeni. By nie dać mu się zmęczyć, odpowiednią strategią czytania wydaje mi się więc dawkować sobie jego prozę, z przerwami między poszczególnymi rozdziałami – ale kiedy już maluje jakąś scenę, wysłuchać go do końca. Nie myśleć o tym, co, gdzie i kiedy, nie próbować się orientować w sieci powiązań rodzinnych i przyjacielskich, dać się unieść bajaniu Bajai – i po prostu płynąć po Dřevnicy razem z nim.

A do wszystkich, którym ostatnio brakowało w czeskiej literaturze humoru, ciepła, po prostu „czeskości”: słuchajcie, to jest książka dla Was!

Piękna, modra Dřevnica!
***
A. Bajaja, Nad piękną modrą Dřevnicą, przeł. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Fortepan / Romák Éva / Wikimedia Commons,
[3] Palickap / Wikimedia Commons.

6 komentarzy:

  1. Bardzo podoba mi się ta okładka, ale mówiąc szczerze sugerując się nią inaczej wyobrażałam sobie treść książki. Zresztą nie mogę tego z całą pewnością powiedzieć, bo w końcu nie czytałam. Taka dygresja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozwiniesz? :) Jakie miałaś wyobrażenia? Rozczarował Cię obraz tej książki, jaki wynika z mojego tekstu?

      Usuń
    2. Nie, nie to chciałam powiedzieć :) Jeśli coś jest nietrafione to bardziej (ewentualnie) okładka niż Twój tekst; zresztą to Ty jesteś osobą, która może to bardziej stwierdzić niż ja, bo z takimi osądami trzeba się wstrzymać do przeczytania książki. Niemniej jednak ta wyrazista okładka jest tym, co sprawia, że ta książka mnie zainteresuje, a później ewentualnie zastanowi czy ta "czeskość" do niej pasuje.

      Usuń
    3. To teraz ja się wytłumaczę – nie odebrałam Twojego komentarza tak, że z moim tekstem jest coś nie w porządku, raczej że książka nie wydaje Ci się interesująca, i to mnie trochę zasmuciło :). Za to chyba już teraz wiem, co miałaś na myśli, pisząc o okładce i że sugeruje coś trochę innego. Rzeczywiście, ta ognista czerwień, kontrastowa w połączeniu z niebieskim, jest wyrazista, krzykliwa, trochę niepokojąca, i chyba bardziej by do tej książki pasowała okładka w łagodniejszej, pomarańczowej wersji, którą znaleźć można na stronie O!Studio (pierwszy projekt?). Tamta przywodzi mi na myśl zachodzące słońce, jakiś leniwy letni wieczór, coś bardziej w klimacie Bajai. Ale z jakiegoś powodu wydawca zdecydował się na tę bardziej żywą kolorystykę; może właśnie uznał, że tamta wersja za mało rzuca się w oczy i intryguje?

      Usuń
  2. Ach, będę czytać. Jakiś czas temu bardzo polubiłem historie rodzinne, zwłaszcza te pełne magii przedmiotów, drobnych wydarzeń, dziecięcej wrażliwości (cudownie brzmią te krowie placki) oraz z nutą sentymentu i ciepła przykrywającego brutalną, smutną rzeczywistość. Przegapiłem tę recenzję miesiąc temu - dobrze, że Olga ją przypomniała! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był już czas przedświąteczny, obawiałam się, że może ta recenzja gdzieś umknąć, ale z drugiej strony chciałam, żeby ukazała się jeszcze przed Świętami, żeby ewentualni niezdecydowani zdążyli jeszcze sprawić ją komuś/sobie jako prezent ;). Dlatego też jestem bardzo Oldze wdzięczna za przypomnienie :). A to wszystko, co piszesz, bardzo pasuje do Bajai, więc jestem prawie pewna, że Ci się spodoba!

      Usuń