czwartek, 18 stycznia 2018

O współpracy tłumacza i wydawcy – relacja ze spotkania

O przekładzie literackim oraz specyfice pracy tłumacza mówi się dziś coraz więcej. Pojawiają się wywiady z tłumaczami, nowe publikacje poświęcone sztuce przekładu, organizowane są spotkania i debaty na ten temat. W jednym z takich wydarzeń, dyskusji w krakowskiej Artetece, zatytułowanej „Tłumacz/ka - redaktor/ka - wydawca: wymiary współpracy” i zorganizowanej przez koło „WKoło Tłumaczeń”, miałam przyjemność wczoraj uczestniczyć. A ponieważ zainteresowanie wydarzeniem wyraziło sporo osób, także spoza Krakowa, obiecałam podzielić się swoją krótką relacją.

W rozmowie udział wzięły Aleksandra Małecka, tłumaczka i wiceprezeska Fundacji Korporacja Ha!art, Magdalena Matuszewska, redaktorka inicjująca w Grupie Wydawniczej Foksal, oraz Małgorzata Szczurek, redaktorka naczelna wydawnictwa Karakter. Spotkanie poprowadziła Agnieszka Pokojska, tłumaczka oraz wykładowczyni w Podyplomowym Studium dla Tłumaczy Literatury przy Katedrze UNESCO UJ.

Dyskusja, zorganizowana przede wszystkim z myślą o młodych adeptach przekładu literackiego, dotyczyła tego, jak wygląda współpraca między tłumaczem a wydawnictwem oraz reprezentującym je redaktorem. Na wstępie wyjaśniono, że chodzi o redaktora prowadzącego/inicjującego (a więc tego, który opiekuje się publikacją, nie tego, który dba później o kształt językowy tekstu), co było dla mnie małym rozczarowaniem. Otrząsnęłam się z niego jednak i skupiłam się na rozmowie, by wyciągnąć z niej dla siebie jak najwięcej.

Jak zostać tłumaczem?

Na początek sporo uwagi poświęcono samemu rozpoczęciu współpracy. Mowa była m.in. o tym, w jaki sposób nawiązać kontakt i na co szczególnie zwrócić uwagę, wysyłając maila do wydawcy. Niestety ta część rozmowy moim zdaniem utonęła trochę w oczywistościach (bo to, że żaden młody tłumacz nie powinien wysyłać maila z ofertą współpracy bez propozycji książki do przekładu ani próbki swojego tłumaczenia, jest przecież chyba oczywiste, podobnie jak fakt, że sam e-mail musi być dobrze i poprawnie napisany).

Wydawczynie zdradziły, skąd najczęściej werbują tłumaczy, jeśli mają konkretną pozycję do przełożenia. Jeśli jakaś książka danego autora jest już dostępna po polsku, w pierwszej kolejności biorą pod uwagę jej tłumacza, jeśli nie – korzystają z bazy Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury lub z poleceń zaufanych osób. Małgorzata Szczurek podkreśliła jednak, że są teksty specyficzne, które wymagają odpowiedniego dobrania tłumacza – na przykład takie, do tłumaczenia których potrzeba dużego poczucia humoru, co nie jest tak częste w narodzie ;).

Oczywiście powyższe sytuacje nie dotyczą tłumaczy przed debiutem, tacy więc muszą szukać dojścia do wydawnictw innymi drogami. Podstawa to oczywiście propozycja książki do przekładu, najlepiej sprofilowanej pod kątem wydawnictwa, do którego się zwracamy. Jak zaznaczały rozmówczynie, ważna jest śmiałość i obrotność, nie należy również bać się zagadywać do wydawców na targach książki i festiwalach. Dobrym pomysłem jest też wyszukiwać dostępne źródła dofinansowania, okazje do wydania książki, rocznice, i podsuwać takie rzeczy wydawcy.

Wszystkie rozmówczynie podkreślały też, że ewentualne odrzucenie próbki tłumaczenia nie jest tragedią i nie należy się nim załamywać. Pierwsze próby często bywają nieudane, każdy z nas ma na koncie słabsze teksty, tłumaczenia, redakcje – mówiła Małgorzata Szczurek. Można natomiast wykorzystać tę sytuację, by się czegoś nauczyć. Magdalena Matuszewska potwierdziła, że „odrzucony” tłumacz może oczywiście poprosić o uzasadnienie, aby dowiedzieć się, co zrobił źle i co powinien w przyszłości poprawić. Jak podsumowała pani prowadząca – to jak u lekarza: na początku trochę boli, ale potem będzie lepiej.

Co robić, a czego nie?

Bardziej ciekawiło mnie to, co dzieje się już po rozpoczęciu współpracy, ale tu z kolei konkretów było niewiele. Przedstawicielki wydawnictw mówiły m.in. o tym, jakie praktyki ze strony tłumacza są mile widziane, a jakie nie. Dobrze jest pokazać swoje zaangażowanie, zwracać się o pomoc w dostępie do publikacji, które pomogą lepiej zrozumieć tłumaczoną książkę, a także kontaktować się z wydawcą na każdym etapie tłumaczenia w wypadku ewentualnych problemów – wszystkie rozmówczynie podkreśliły, że kontakt w trakcie prac nad przekładem jest BARDZO mile widziany. Dodatkowo duże wydawnictwa opłacają konsultacje ekspertów, dlatego w razie problemów związanych np. ze specjalistyczną terminologią można uzyskać fachowe wsparcie.

O samej pracy nad tekstem nie powiedziano za wiele. Pod koniec prowadząca dociekała tylko, czy tłumacz może prosić o pomoc z tłumaczeniem konkretnych słów, określeń i zdań (w praktyce raczej się to nie zdarza, ale czasem dokonuje się ustaleń dotyczących np. konkretnej terminologii używanej w książce) i czy zdaniem rozmówczyń przypis jest porażką tłumacza (wszystkie odparły, że nie, i że podchodzą raczej luźno do tego typu „przykazań tłumacza”).

Czytać, czytać, czytać!

Pytań od publiczności było całe mnóstwo. Pytano m.in. jak często właściwie zdarza się, że wydawnictwo zleca przekład z popularnego języka typu angielski początkującemu tłumaczowi (Magdalena Matuszewska trochę rozwiała złudzenia – w W.A.B. jest to jeden przypadek na sto), czy dochodzi czasem do sytuacji, że z powodu zmian planu wydawniczego gotowy przekład nie zostaje opublikowany (bardzo, bardzo rzadko – ale tak czy siak wydawnictwo musi w takim wypadku zapłacić) i jak rozwiązywane są sytuacje sporne, kiedy wydawca nalega na zmiany w tekście, a tłumacz nie chce się na to zgodzić (i tu nastąpiła urocza rozbieżność zdań; pani Matuszewska stwierdziła, że jeśli do porozumienia nie dojdzie, ostatnie słowo należy do tłumacza, pani Małecka zaś – że „perswadujemy do skutku”).

Ciekawe było też pytanie, co powinien zrobić początkujący tłumacz w sytuacji gdy wydawnictwo proponuje mu przełożenie książki, którą ten nie do końca „czuje”. Kwestia „czucia” konkretnego dzieła pojawiała się już wcześniej w dyskusji kilkakrotnie i za każdym razem rozmówczynie podkreślały, że jest ono konieczne, by przekład był dobry. Tym razem również skłaniały się ku temu, że w ramach uczciwości artystycznej tłumacz powinien odmówić – ale nie padło magiczne i wyczekiwane zapewnienie, że po tej uczciwej odmowie może on jeszcze w przyszłości liczyć na kolejną propozycję od wydawnictwa.

Urzekły mnie za to odpowiedzi na pytanie zadane przez panią Magdę Heydel: „Jak się kształcić jako tłumacz?”, i myślę, że będą one ładnym podsumowaniem całej mojej relacji. Mieć dużo pokory – i świadomość, że przez całe życie się uczymy. Być otwartym na ewentualne uwagi. Pamiętać o kontekście – a więc i pogłębiać wiedzę ogólną o świecie. Oraz czytać, czytać, czytać (przede wszystkim w języku, na który tłumaczymy, dla jego specyficznej melodii), słuchać i rozmawiać – by opanować wszystkie możliwe odcienie języka. 

Brzmi jak bardzo trudna, ale i piękna praca, co?

13 komentarzy:

  1. Och, ile ślicznych ogólników i gładkich złotych myśli :D A padło choć zdanie, jak wyegzekwować od wydawcy umowę i płatność za pracę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, konkretów za wiele nie było, niemniej ładne to było, o tym czytaniu i pokorze :P. Nie, po temacie umowy tylko się panie ślizgały. Ale też nie spodziewałam się specjalnie takich informacji na rozmowie z udziałem wydawczyń (nawet jeśli niektóre równocześnie są tłumaczkami). Co innego, jakby tam posadzić trzech tłumaczy zaprawionych w bojach o korzystne warunki umowy. Może takie spotkanie też zrobią ;).

      Usuń
    2. Z punktu widzenia wydawcy zawsze wszystko jest śliczniusio i tylko ci koszmarni tłumacze nawalają z terminami, odwalają chałturę i mają pretensje. I jeszcze chcą tekstu do autoryzacji :P
      A pomijając małe, niszowe wydawnictwa już widzę, jak z otwartymi rękami przyjmują propozycje przekładów, szczególnie z angielskiego. W Krakowie jest filia Stowarzyszenia Tłumaczy Literackich, może oni organizują coś bardziej realistycznego :P

      Usuń
    3. Dlatego trochę mnie to rozbawiło, że najpierw przez godzinę tłumaczą, jak zacząć, jak się wkręcić, co napisać, jak napisać, gdzie zagadać, a na koniec się okazuje, że szansa na publikację i tak jest jedna na sto ;). Mam to szczęście, że celuję w bardziej nietypowy język i literaturę, którą wydają tylko niszowe wydawnictwa, więc mimo wszystko patrzę w przyszłość z trochę większym optymizmem, ale wierzę, że ta cała sprawa ze współpracą sielankowo nie wygląda. A co do STL – zbadam temat, może coś organizują ;).

      Usuń
    4. Myślę, że z własną propozycją mają szanse wyłącznie niszowcy, a już jak taki kandydat ma np. zgodę autora na przekład, to w ogóle. No ale i tak trzeba mieć twardą skórę.

      Usuń
  2. Kiedyś była taka piosenka" ja mam ciocie w samolocie i wujaszka dla mnie jazda samolotem to jest fraszka" Słowa aktualne jak widać są i w tym przypadku: jak masz ciocie albo wujaszka we wlasciwym "samolocie" to współpraca z wydawnictwem będzie fraszką 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, że znajomości pewnie pomagają, na pewno łatwiej się wtedy przebić. Ja tam jednak, może idealistycznie, wierzę, że koniec końców najważniejsza jest jakość tekstu, i jeśli nie umiesz tłumaczyć/pisać/redagować, żadna ciocia ani wujaszek nie pomogą ;).

      Usuń
  3. Trzymam kciuki, żeby ta wiara nigdy nie legła w gruzach 🙄

    OdpowiedzUsuń
  4. Aj, trochę żałuję, że przegapiłem tego typu wydarzenie, bo praca tłumacza wydaje mi się mocno interesująca i pełna wyzwań. Chociaż jak słusznie zauważył Piotr, szkoda, że zabrakło bardziej realnego spojrzenia na ten zawód :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak! Mnie też temat tłumaczeń coraz bardziej „kręci”. I chyba nie tylko nas, bo kiedy na Facebooku rzuciłam hasło, że może pójdę i napiszę jakąś relację, mnóstwo ludzi wyraziło zainteresowanie. W tej sytuacji już musiałam pójść i coś napisać ;).

      Usuń
  5. Moim zdaniem praca tłumacza jest mocno niedoceniana, bo ma on ogromny wpływ na klimat książki po przekładzie. Znam ludzi, którzy oprócz autora i tego o czym książka jest patrzą również na tłumacza i to właśnie jego osoba może zachęcić, albo nie do przeczytania książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, zgadzam się! Sama czasem się tym kieruję – bo jeśli daną książkę zgodził się przełożyć, a może wręcz wybrał ją sam, tłumacz, którego znam i szanuję, to jest to dla niej pewien znak jakości. Poza tym mogę się w takim wypadku spodziewać również tekstu doskonale opracowanego językowo. Mam jednak wrażenie, że do doceniania tłumacza trzeba też dojrzeć –kiedy człowiek zaczyna czytać bardziej świadomie, wnikliwie, wchodząc głębiej w tekst, analizując także rytm, poszczególne zdania i sformułowania, sam z siebie zaczyna się interesować, czyje to dzieło.

      Usuń