sobota, 17 marca 2018

Literacka Przystawka (2) – Miłoszewski, Małecki, Orbitowski

W prawie-już-wiosennej Literackiej Przystawce gości u mnie tym razem trzech polskich pisarzy. Choć z głośnymi nazwiskami młodej polskiej prozy nie jestem za pan brat, tak się akurat złożyło, że w ostatnim czasie – dzięki uprzejmości wydawców i wydawców-znajomych – miałam okazję przeczytać trzy nowości pióra poczytnych autorów znad Wisły. Znani, lubiani, chętnie czytani i komentowani (Miłoszewski i Małecki – pierwsze dwa miejsca w kategorii literatury pięknej w niesławnym plebiscycie LubimyCzytać.pl), ale czy ta popularność rzeczywiście odpowiada literackiej jakości ich dzieł? Cóż, mnie niestety wszystkie trzy pozycje trochę rozczarowały.

Najtrudniej jest mi chyba pisać o Jak zawsze Zygmunta Miłoszewskiego, bo mimo tego historyczno-politycznego tła jest to jednak rasowa literatura rozrywkowa, lekka i pozbawiona większej głębi, a o takiej zupełnie nie potrafię pisać. Fakt, że książkę czyta się przyjemnie, a pomysł na przeniesienie pary staruszków w czasie do lat ich młodości, lecz w alternatywnej rzeczywistości, w której Polska po wojnie znalazła się w strefie wpływów Francji, jest bardzo ciekawy. Ale…

No właśnie, ciężko mi wyjść ze swoją opinią poza utarte sformułowania „przyjemnie” i „ciekawy”. Ze świetnego pomysłu właściwie nic nie wynika, może poza dosyć mętną krytyczną refleksją na temat Polski i Polaków oraz impulsem do rozważań, co sam zrobiłbym, gdybym mógł swoim życiem pokierować raz jeszcze, od nowa. Historii brakuje jednak jakiejś myśli zamykającej, zakończenie jest moim zdaniem rozmyte i niedopracowane, a cała opowieść – lekko przegadana (podobno powieść na etapie redakcji została dosyć mocno okrojona, przypuszczam więc, że w wersji pierwotnej musiała być bardzo przegadana). Za to duży uśmiech wywołały we mnie fragmenty, w których autor najwyraźniej ironizuje na swój własny temat – podoba mi się ten dystans:
„Czyli ma pan swoje ulubione knajpy na tatara, na sznycel, na naleśniki. No i proszę sobie wyobrazić, że przychodzi pan na tatara, a tam są dziś ryby z rusztu, bo kucharz lubi różnorodność. I ja mam to cały czas, autor pisze genialne romanse, cała Polska je sobie wstrzykuje jak heroinę, a on przychodzi, że teraz napisze nową Lalkę albo nową Ziemię obiecaną, wszyscy na punkcie tych powieści mają obsesję. Czasami da się wytłumaczyć, częściej przekupić, ale niektórzy są niezłomni, no i nie kończy to się dobrze (…). Ponieważ jak pan idzie na tatara, to pan nie chce ryby z rusztu, nawet jeśli rybę robił ten kucharz od tatara, proste” (s. 302).
Podobny problem ze sformułowaniem swojej opinii mam w przypadku Rdzy Jakuba Małeckiego, choć to oczywiście zupełnie inna książka. Na myśl o niej przychodzi mi do głowy jedno słowo, niestety równie błahe i ogólnikowe co „przyjemnie” i „ciekawy”: „ładna”. Dla mnie to taka ładna książka, ładnie napisana, z ładną historią, uroniłam nawet przy niej kilka łez, ale nie powiem, żeby wzbudziła we mnie jakieś silniejsze emocje – po dwóch miesiącach od lektury niemal cała fabuła ulotniła mi się z głowy i musiałam raz jeszcze całość przekartkować, by móc cokolwiek na jej temat napisać.

Ujął mnie motyw listów wysyłanych do zmarłego ojca, cień przeklętego drzewa i cień odważnego dziadka, który na Syberii stoczył walkę z niedźwiedziem, smutne historie Julii Dusznej, Doktora i Hołowczyca, i wreszcie samej babci Tośki, całe to uniwersum niespełnionych pragnień, przegapionych szans, żyć, które pokrywa rdza. Często miałam jednak wrażenie, że autor manipuluje moimi emocjami, stosując proste i ograne sztuczki, że to wszystko jest trochę powierzchowne i efekciarskie, i stąd ten brak silnych emocji, nie ma w tej prozie czegoś, co zostawiłoby we mnie głęboki ślad. Choć więc wspomnienia z lektury mam miłe, dla mnie jest to jedna z tych książek, które odkłada się na półkę i szybko zapomina. Szkoda!

Problemu nie mam za to z pisaniem o Exodusie Łukasza Orbitowskiego – w tym wypadku potrafię dokładnie wskazać to, co mi się podobało i to, co mi przeszkadzało. Na plus oceniam kreację głównego bohatera, bo choć to niesamowicie śliski, irytujący typ, grający przed sobą i przed światem szlachetnego i odpowiedzialnego, a przy tym duszący w sobie uczucia, bierny, nie próbujący rozwiązywać problemów, tylko uciekający od nich – jest jednak w tym wszystkim takim niewygodnym lustrem dla nas. Bo przecież, co uświadomiłam sobie nie bez przykrości, wszyscy trochę jesteśmy jak on. Usprawiedliwiamy sami siebie, zagłuszamy wyrzuty sumienia, utwierdzamy się w przekonaniu, że jesteśmy „w porządku”, że po prostu „musieliśmy” i „nie mogliśmy inaczej”.

Na minus – sposób poprowadzenia wszystkich wątków z wyjątkiem głównego, cała ta podróż przez Europę, Berlin, obóz przesiedleńczy, Lublana, grecka wyspa, i nagromadzenie napotkanych po drodze postaci, których znaczenie (z wyjątkiem Klary i Antego) nie jest do końca jasne. Za dużo tutaj wszystkiego, przez co historie rozłażą się w palcach, czytelnik gubi się w nieistotnych szczegółach i nic się nie klei. Pozbawione puent opowieści są przeciągnięte i zwyczajnie nudne, dlatego z ulgą wracałam do kolejnego odcinka wątku z przeszłości, jedynego, który śledziłam z przyjemnością. Bo akurat osadzona w polskich realiach historia wychowanego przez samotną matkę chłopaka, który zbyt szybko zostaje wrzucony we własne życie rodzinne i rozpaczliwie lawiruje między oczekiwaniami matki i żony jest moim zdaniem dobra, mocna i wiarygodna.

Tym, co drażniło mnie też w trakcie lektury, była jednowymiarowość postaci kobiecych. Mężczyźni w powieści Orbitowskiego mają jakieś cechy charakterystyczne, są wyraziści, podczas gdy bohaterki, nawet jeśli mają własną historię, własną tajemnicę, są albo postaciami nieznośnie płaskimi i mdłymi (Julka, Eve, Nina) albo karykaturalnymi histeryczkami (matka, Patrycja, Sophie). Tak jakby między tymi dwoma biegunami nie było nic.

Do plusów dorzuciłabym też trochę filmową technikę przywoływania na początku rozdziału wciąż tego samego wspomnienia, ale odsłanianego stopniowo, oraz kilka niebanalnych, obrazowych opisów („W prześwitach błyskają reflektory, szumią liście, żołądź uderza o ziemię, trzeszczy chór świerszczy”, „Zamkowe wzgórze szturmuje armia łysiejących drzew”), które świadczą o tym, że Orbitowski ma interesujące pióro. Niestety, kiepska konstrukcja powieści i wynikające z niej dłużyzny przyćmiewają to, co w Exodusie naprawdę dobre.

Żadna z powyższych książek nie jest zdecydowanie zła i dlatego żadnego z tych trzech autorów definitywnie nie skreślam. Ale też żadna, niestety, nie spełniła dużych oczekiwań rozbudzonych przez promocję.

***
Z. Miłoszewski, Jak zawsze, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.
J. Małecki, Rdza, wyd. SQN, Kraków 2017.
Ł. Orbitowski, Exodus, wyd. SQN, Kraków 2017.

21 komentarzy:

  1. Małecki ma opinię starannie rozdmuchiwaną przez wydawcę i podtrzymywaną przez część czytelników. Dygot miał być arcydziełem, okazał się niezłą powieścią, nieco przekombinowaną, odległą od arcydzieła o lata świetlne, ale opinia poszła w lud. Miałem nadzieję, że się rozwinie, ale wszystko, co przeczytałem o Rdzy, świadczy raczej o tym, że osiadł na laurach, no bo skoro się podoba, to można do śmierci powtarzać sprawdzoną recepturę. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłam, a takie opinie bardziej szkodzą niż pomagają, bo niepotrzebnie rozbudzają wielkie oczekiwania :(. Na Małeckiego zdecydowałam się też trochę pod wpływem tych entuzjastycznych głosów, a dostałam, no właśnie, dobrą powieść, ale bez fajerwerków. I pozostał niedosyt. Po "Dygot" pewnie też kiedyś sięgnę, ale już na pewno bez nastawiania się na wielką literaturę.

      Usuń
    2. Ja już widzę, jak wydawcom powoli zaczyna brakować przymiotników, superlatywy się kończą. Czekam aż wreszcie zaczną pisać prawdę :)

      Usuń
    3. To by było odświeżające, uczciwe zaprezentowanie książki zamiast marketingowych peanów, ale myślisz, że się kiedyś doczekamy? ;)

      Usuń
    4. Wątpię. Ale marzę o wydawcy, który napisze po prostu na okładce, że to solidna, dobrze napisana i niegłupia książka :) Chociaż ostatnio przeczytałem Dostatek Crummeya, jestem zachwycony i książką, i tym, że wydawca oszczędził na superlatywach, daruję mu porównanie do Faulknera i Marqueza :D

      Usuń
    5. Właśnie tak. Bez bombastycznych pochwał i okrzykiwania książką XXI wieku. Myślę, że wielu czytelników, bombardowanych zewsząd „arcydziełami” i zmęczonych już tym, doceniłoby takie podejście. O, a Crummeya dostałam ostatnio w prezencie, więc postaram się jak najszybciej przeczytać! No i w tej sytuacji wiem, że nie muszę być podejrzliwa :)

      Usuń
    6. Ja bym docenił na pewno :) Do Crummeya też podchodziłem podejrzliwie, ale w końcu się przełamałem i to jest kawał solidnej literatury.

      Usuń
  2. Aj, Twój wpis podziałał trochę jak wiadro zimnej wody. Nie czytałem jeszcze żadnej książki pióra któregokolwiek z wymienionych pisarzy, ale przyznaję, że po Małeckim i Orbitowskim sporo sobie obiecywałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednego Małeckiego możesz sobie kontrolnie zapodać, a nuż chwyci :D Sądząc po liczbie nieprzytomnych zachwytów są czytelnicy, do których to trafia.

      Usuń
    2. Dobrze, w takim razie zaaplikuję sobie pojedynczą dawkę i zobaczę, jak na nią zareaguję :)

      Usuń
    3. Ambrose, zrób tak, jak radzi Piotr, spróbować warto. To nie będzie strata czasu, "Rdza" jest książką niezłą, ale nie wybitną, więc najlepiej podejść bez wielkich oczekiwań :). Jeśli natomiast chodzi o Orbitowskiego, dla mnie to też był pierwszy kontakt z jego prozą, ale po opiniach wnioskuję, że "Exodus" jest jest raczej wypadkiem przy pracy. Więc możesz chyba dać autorowi szansę, ale lepiej zacząć od innego tytułu, o "Innej duszy" słyszałam dużo dobrego.

      Usuń
  3. Czytałam tylko Miloszewskiego i podczas lektury nie mogłam powstrzymać się od refleksji że książka pewnie największy entuzjazm wzbudza wśród Warszawiaków. Jeśli chodzi o mój własny zachwyt to wzbudziło go piewszych 20 stron.Potem stopniowo wygasał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, na pewno ktoś, kto zna Warszawę, ma dużo większą frajdę z tej lektury. U mnie właściwie bez zachwytu, prawdę mówiąc początek mnie bardziej zaszokował niż zachwycił ;).

      Usuń
  4. Żadnej z tych książek nie czytałam, choć każdego autora znam. Miłoszewski zawsze był dla mnie typem autora celebryty, który pisze sprawnie, ale nic więcej z tego nie wychodzi. Jednak jest uwielbiany, więc go wydają. Małecki rozwinął się bardzo, bo między jego wcześniejszym "Dżozefem" a późniejszym "Dygotem" jest ogromna przepaść. Ale teraz najwyraźniej zostaje przy tym, co dało mu rozgłos - ładnych opowieściach o życiu i śmierci.
    Po Orbitowskim spodziewałam się jednak czegoś więcej. Czytałam kilka jego powieści i zbiór opowiadań (dobry) i tkwiło w nich coś więcej, niż tylko niezła lektura, to znaczy w większości z nich. A tu wychodzi na to, że i on się nie popisał. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mówisz? Bo ja słyszałam akurat, że „Dżozef” jest dobry. Hm, ciekawe, teraz niedługo ma być jakieś jego nowe wydanie, może to dobra okazja, żeby przeczytać i sprawdzić :).

      Co do Orbitowskiego to ponoć faktycznie ta książka jest mniej udana niż reszta jego twórczości, ale sama nie ocenię, bo dla mnie to był pierwszy kontakt z jego prozą. Podobnie zresztą jak w przypadku wszystkich trzech autorów, o których w tym tekście piszę. Nie śledzę zbyt gorliwie najnowszej literatury polskiej, bo zwykle moje spotkania z nią są właśnie takie – bez wielkich zachwytów. Wolę czeską ;)

      Usuń
  5. Jak we wpisie na facebooku dotyczącym książki Orbitowskiego wspomniałaś, że masz w planach wpis o rozczarowaniach polskimi bestsellerami od razu pomyślałam o Małeckim. I to nie dlatego, że mam podobne zdanie, bo "Rdzy" nie czytałam, ale chyba właśnie dlatego, że jego popularność tak bardzo jest chyba rozdmuchiwana. Czytałam jego "Dygot" i mnie się podobał, nawet bardzo. Zwłaszcza kilka drobnych momentów mocno mnie ruszyło. Małeckiemu zarzuca się granie emocjami. Tylko ja mam wrażenie po spotkaniu z autorem, że choć rzeczywiście jego książki są mocno nacechowane emocjonalnie i ucieka się do dość prostych uczuć, to on jednak jest w tym uczciwy, on pisze tak, jak czuje, nie robi tego, żeby zaskarbić sobie czytelnika. Ale jak wspomniałam, "Rdza" dopiero przede mną. Podobnie jak pozostałe dwie książki, bo akurat wszystkie trzy mam. Jednak nie spieszy mi się do nich, muszą swoje odleżeć. Zwłaszcza, że Twoje zarzuty pokrywają się z zarzutami innych na temat tych powieści. Orbitowskiego czytałam "Zapiski nosorożca", ale to literatura podróżnicza, więc zupełnie coś innego niż "Eksodus". Podobnie z Miłoszewskim, mam za sobą jedynie "Bezcennego", który sprawdził się jako lekki thriller, którego potrzebowałam, gdy go czytałam. Pozdrawiam Cię Aniu bardzo ciepło w tej lodowaty dzień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę w tym jest przesady, to prawda. Pisze nieźle, ale nie aż tak, jak mówią na mieście :). Z tymi emocjami, sama nie wiem, ja właśnie mimo wszystko czytając „Rdzę” miałam takie poczucie, że jest to trochę wystudiowane, że to nie jest pisanie prosto z serca. I przykro mi przez to poczucie, bo choć na żywo nigdy nie miałam okazji autora posłuchać, to oglądałam relację ze spotkania z nim i też zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie – i nie tylko dlatego, że również uwielbia „City” ;). Szczerze chciałabym się zachwycić, ale niestety.

      A te „Zapiski nosorożca” oceniasz dobrze? Pewnie za jakiś czas jeszcze po jakąś książkę Orbitowskiego sięgnę. Podobnie z Miłoszewskim, chciałabym sprawdzić tę jego klasyczną, „kryminalną” odsłonę, choć ogólnie z kryminałami i thrillerami wciąż mi nie po drodze ;). Też ciepłe pozdrowienia przesyłam! Nie dajmy się zimie, która nie chce odejść! :)

      Usuń
    2. Przepraszam Aniu, że odpowiadam dopiero dziś, ale ostatnie dwa popołudnia i wieczory miałam mocno, choć kulturalnie, zajęte. Być może po przeczytaniu "Rdzy" stwierdzę podobnie, w "Dygocie" nie odczułam tego wystudiowania, a innych rzeczy Małeckiego nie czytałam.
      A co do "Zapisków", tak, według mnie to dobra książka, choć trudno mi ocenić jej literackość. W relacji z podróży Orbitowski wydaje się po prostu sobą, nie siląc się na zabawy językiem, poetyckie opisy itp. A sam opis podróży poprzetykany jest afrykańskimi legendami spisanymi przez autora i to uważam za ciekawy zabieg - przede wszystkim dlatego, że po prostu afrykańskie legendy były mi obce, a tu miałam choć próbkę. Poza tym pozwoliły się trochę w tej afrykańskości odnaleźć. Interesująco też wyglądają w zestawieniu właśnie z tą Orbitowską relacją.
      Zima rzeczywiście uparta, wiosna się zaczęła, u mnie śnieg sypie w najlepsze ;)

      Usuń
    3. Aniu, nie ma sprawy, ja też, jeśli chodzi o odpisywanie na komentarze, nie jestem jakimś demonem szybkości ;). A jeśli to kwestia wydarzeń kulturalnych, to już zupełnie nie ma czego wybaczać! :)

      Brzmi to bardzo ciekawie, to przeplatanie opisu podróży afrykańskimi legendami, ja też niewiele znam takich egzotycznych opowieści, legend, mitologii, a szkoda. Takie afrykańskie historie, o duchach i demonach w tym wypadku akurat, pojawiają się też w „Małej Ikar” Helen Oyeyemi, jeśli nie czytałaś, to przy okazji polecam!

      U mnie też za oknem wciąż biało, ale dziś już nie śnieżyło, za to słońce grzało mocno, więc może stopi wkrótce te resztki zimy i zrobi wreszcie miejsce na wiosnę. Choć tyle dobrze, że niezależnie od temperatur dzień jest dłuższy, od razu jakoś bardziej chce się żyć :)

      Usuń
  6. Mnie Miłoszewski podobał się, uważam, że to b. dobra literatura środka, o ile jest coś takiego.;) Świetnie odtworzone realia, dobrze przemyślana alternatywa oraz krytyka teraźniejszości działają bardzo na plus. O dziwo, przeszkadzał mi nadmiar seksu.;) A wymowa całości, że "jak zawsze" wybralibyśmy/wybieramy tak samo, wcale nie taka głupia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, myśl przewodnia jest niezła, co do realiów i alternatywy – sama nie wiem, mnie się ten świat nie zawsze wydawał wiarygodny. Przede wszystkim jednak rozczarowało mnie to, że zabrakło w tej historii jakiegoś zamknięcia, zakończenia, rozwiązania. A ten seks, szczerze mówiąc, jego nadmiar i sposób opisu, mnie też trochę przeszkadzał. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron byłam w lekkim szoku ;).

      Usuń