piątek, 2 listopada 2018

Piłka nożna i jazzik vs. muzyka poważna – Festiwal Conrada 2018, dzień 1. i 2.

Conrad Festival 2018 przeszedł do historii, pora więc na relację i zebranie festiwalowych wrażeń. Na dobry początek – obszerny opis wydarzeń dwóch pierwszych dni. Festiwal miał naprawdę mocny początek!

Spotkanie z Wiesławem Myśliwskim, w trakcie którego fragmenty najnowszej powieści autora czytał Jerzy Trela, przyciągnęło prawdziwe tłumy. Pełnią szczęścia dla osób przybyłych później niż pół godziny przed rozpoczęciem, było przycupnięcie na wolnym skrawku podłogi. Tak też zrobiła pisząca dla Was te słowa.

Wydarzenie rozpoczęło się od wystąpienia prof. Krzysztofa Kłosińskiego, które Myśliwski, z właściwą sobie uszczypliwością, skwitował słowami „szkoda, że tak krótko” i stwierdzeniem, że pan profesor opowiadał o tej książce tak zupełnie inaczej… niż on sam o niej myślał. W swoim wprowadzeniu profesor powiedział między innymi, że Ucho igielne daje odpowiedzi na pytania, które on sam, u progu starości, sobie stawiał. Również prowadząca Małgorzata Szczurek na wstępie spotkania wyznała, że odnalazła się w nowej powieści Myśliwskiego, na co autor odparował, że jeśli wszyscy odnajdą się w tej książce, w końcu się rozleci :)

Zapytany o to, czym jest akt twórczy, odpowiedział, że to straszne słowo i woli samo „akt”. Pociągnięty za język dodał jednak, że wystarczy usiąść nad czystą kartką. I nawet jeśli niczego się nie napisze, nie szkodzi – „bezradność owocująca”, jak nazwał ten stan, jest też dobra, i w końcu przynosi efekty. Pisarz nie wierzy w wenę twórczą, podchodzi do tematu bardzo racjonalnie („albo coś z tego wyjdzie, albo nie”). Równocześnie jednak nie wyobraża sobie pracy nad powieścią zgodnie z jakimś planem. „Można mieć plan dnia, tygodnia, ale książki?”. Zapytany później przez jedną z uczestniczek spotkania, po czym wobec tego poznaje, że powieść jest już skończona, odpowiedział: „To proste. Kończę, kiedy nie chce mi się już dalej pisać”.

Jerzy Trela czyta fragmenty Ucha igielnego.
Najważniejsze – nie myśleć „Umiem pisać”. Przeciwnie, pisarz stwierdził, że zawsze gdy siada do pisania uświadamia sobie, jak bardzo nie potrafi tego robić, a napisane niegdyś zdania nie dodają mu sił – za każdym razem jest tak samo bezradny, jak przy pierwszej książce. „Wyobraź to sobie: idę na górkę, nadęty, myśląc: «O, idzie wielki Myśliwski na górkę!». I co się wtedy dzieje? Siadam i przepisuję poprzednią książkę” – skwitował. Druga ważna zasada to pisać tylko o tym, czego się samemu dotknęło. To siła konkretu sprawia, że literatura jest wiarygodna. Przy okazji ponarzekał trochę na to, że kiedyś wszyscy znali się choć trochę na każdym fachu, nie to co dziś, „zadzwoni pani w internet” i ma pani wszystko zrobione :). Prowadzący Wojciech Bonowicz skomentował to słowami: „Aż boję się w takim razie zapytać o scenę przesłuchania, może czegoś jeszcze o tobie nie wiem”, na co mistrz ciętej riposty odparł: „Z pewnością nie wiesz”.

Ujawniając w dalszym ciągu tajniki swojej pracy twórczej, pisarz wyznał, że pracuje zawsze przy muzyce, która „potrzebna jest mu niczym dopływ soków” – bez niej czuje się suchy. Zawsze jest to muzyka klasyczna (przykładowo Kamień na kamieniu powstał przy Schubercie), „przy jazziku nie da się pisać” :). Dodał, że być może również ta wspaniała muzyka pomaga mu się trochę odciąć od poczucia własnej wielkości.

Po co się pisze? A żeby on to wiedział! Chyba zwyczajnie coś trzeba w życiu robić; źle się patrzy na tych, co nie robią nic :). A na poważnie – pisanie według Myśliwskiego zawsze wyrasta z niedosytu: świata, siebie, istnienia, poznania. Zaczynamy pisać, bo nie wiemy. Literatura pomaga nam lepiej poznać siebie, ale i zrozumieć innych ludzi. Wypytywany później przez słuchaczy spotkania o różne motywy ze swoich powieści, odparł, że wielu rzeczy nie potrafi wyjaśnić, bo nie pisze o nich do końca świadomie. Wspaniałe w literaturze jest jednak właśnie to, że jest tyle wersji jednej książki, ilu czytelników, każdy bowiem uzupełnia ją własną wrażliwością i doświadczeniem.

Bonowicz zwrócił uwagę na humor, który pojawia się w Uchu igielnym. „Tak, od jakiegoś czasu mam poczucie humoru” – przyznał pisarz :). Dziś uważa, że tragedia bez odrobiny humoru jest trywialna, jako młody człowiek, jak twierdzi, był jednak bardzo ponury. Wspomniał przy tej okazji, jak na studiach polonistyczną z wielkim przejęciem pisał o tragizmie bajki Lemańskiego. Prof. Sławińska skwitowała to stwierdzeniem, że wojna zabiła w nim i w jego kolegach poczucie humoru. „Być może tak się tym przejąłem, że do dziś o to poczucie humoru walczę” – zastanawiał się.

Prowadzący pociągnęli wątek wojny i otworzył się worek ze wspomnieniami. Choć Myśliwski był oczywiście świadkiem wojennych zbrodni, pamięta również, jak on i inni chłopcy z wioski grali z żołnierzami Wehrmachtu w piłkę nożną, i nawet Niemcy pożyczyli im buty, bo w wiosce mało kto je miał. Przyznał jednak, że podobne historie opowiada rzadko, bo słuchaczy to gorszy. Z drugiej strony – wśród wspomnień z dzieciństwa pojawiła się też, zapamiętana z najdrobniejszymi szczegółami, twarz kolegi ze szkoły, Żyda. Zawsze jako pierwszy wybiegał ze szkoły, bo inni chłopcy naśmiewali się z niego i dokuczali mu. Gdy pewnego dnia przyszły pisarz zastąpił im drogę i spytał, dlaczego tak prześladują biedaka, odpowiedzieli tym okrutnym w swej głupocie zdaniem, które usłyszałam już nie po raz pierwszy: „Bo Żydzi prześladowali Pana Jezusa”.

Na koniec padło pytanie o rolę żony w pracy twórczej Myśliwskiego. Autor przyznał, że jest ona ogromna. Jego towarzyszka życia jest bardzo krytyczna i na ogół nic jej się nie podoba; przy jej drugiej lekturze zaczynają się kłócić, ale ostatecznie wychodzi na to, że prawie zawsze ona ma rację :). Wkrótce potem obecna na widowni małżonka pisarza została obdarowana przez prowadzących kwiatami. Myśliwski oczywiście nie mógł się powstrzymać od komentarza: „A dla mnie?”.

To poniedziałkowe wydarzenie, głównie ze względu na charyzmę gościa, ustawiło poprzeczkę bardzo wysoko i ostatecznie pozostało jednym z najmilszych moich wspomnień z tegorocznego Festiwalu Conrada. Później jednak też nie było najgorzej :). Choćby na spotkaniu z Miljenkiem Jergoviciem.

Zaczęło się od refleksji o przegranych. Zdaniem pisarza cała literatura opowiada tak naprawdę właśnie o nich („powieść o szczęśliwej miłości nie miałaby sensu”), bo są dużo ciekawsi niż wygrani, co prowadząca Magdalena Petryńska potwierdziła, cytując Borę Ćosicia: „Zwycięzcy mają tylko zwycięstwo. Przegranym zostaje wszystko”. W tym kontekście zdaniem Jergovicia fakt, że pochodzimy z Europy Środkowej jest naszym przywilejem. Największe szczęście w nieszczęściu mają natomiast Polacy, którzy pochodzą „z najgorszej części Europy Środkowej” – po prostu jesteśmy przegrani od urodzenia :).

Jergovicia fascynują również ludzie z pogranicza; sam zresztą czuje się jednym z nich. Ciekawi go to, jak postrzega ich otoczenie – ma z nimi ewidentny problem, traktując ich jak mieszańca, kundla. Kimś takim był również śląski piłkarz Ernest Wilimowski, o którego losach chorwacki autor pisze w swoim Wilimowskim. Jak zauważyła tłumaczka, premiera tej książki w Polsce przypadła na bardzo dobry moment, gdy rozgorzała akurat dyskusja o śląskości i śląskiej tożsamości. Widać to było również na spotkaniu autorskim w Katowicach, którego uczestnicy zaczęli opowiadać własne historie – kolejne opowieści o złożonych tożsamościach.

Jergović wyjaśniał, że czasy, w których przyszło żyć Wilimowskiemu, były wyjątkowo okrutne, ponieważ odebrały ludziom możliwość bycia tym, kim naprawdę są. „«Normalny świat» zniknął w holokauście” – stwierdził pisarz. Dziś niestety historia zaczyna się powtarzać, ponieważ nadal nie potrafimy zrozumieć złożonych tożsamości; dlatego tak ważne jest, aby przypominać historie ludzi takich jak Wilimowski. Dzisiejszym Wilimowskim mógłby być choćby biedny, ale utalentowany syn Marokańczyka, który osiedlił się w Polsce. Załóżmy, że właśnie on doprowadziłby Polskę do finału mistrzostw świata – jak poradziliby sobie z tym Polacy? Ciągnąc dalej wątek piłkarsko-narodowy, Jergović polecił wszystkim lekturę wywiadów z Polakami grającymi w reprezentacji Niemiec. Wyjątkowo ciekawe wydało mu się to, co mówił o swojej tożsamości choćby Miroslav Klose, ten o wyglądzie najbardziej germańskim spośród piłkarzy, „wyglądający jak żołnierz Wehrmachtu” :).

Zapytany o to, dlaczego tak interesuje go Polska, pisarz odpowiedział, że „potrzebował poważniejszego wariantu historii południowosłowiańskiej”. Jak stwierdził, na Bałkanach wszystkie narody cierpiały, podobnie jak Polacy, nie było jednak zagrożenia, że zupełnie znikną, nikt nie groził ich zlikwidowaniem; tymczasem sytuacja Polski – z powodu jej położenia między dwoma mocarstwami – była niepewna do tego stopnia, że Gombrowicz pisał: „Jeżeli Polska wtedy będzie…”. Co jeszcze różni Polaków od narodów południowosłowiańskich? Zdaniem Jergovicia fakt, że nie fetyszyzujemy wrogości do innych narodów. Chorwaci natomiast karmią się nienawiścią do Serbów i na odwrót; ta nienawiść jest podstawą ich istnienia – gdyby zniknęła, zniknęliby razem z nią. Jest też inna, krótka odpowiedź na pytanie o to, skąd u Jergovicia zainteresowanie Polską. Mundial ‘74, pierwszy, który pamięta. To właśnie polska reprezentacja pokazała mu wtedy, jaka piłka nożna potrafi być piękna, a jego idolem stał się Grzegorz Lato – brzydki, łysy, pomarszczony, zupełnie niepozorny, ale na boisku dokonujący niezwykłych rzeczy. Fascynacja polskim futbolem szybko przeobraziła się u niego w fascynację całą Polską.

Pisarz zdradził również, nad czym pracuje obecnie – zbiera materiały do książki zainspirowanej historiami spisanymi na nagrobkach na cmentarzach w Sarajewie. Stwierdził, że będzie to książka „głupia i dziwna” i prawdopodobnie nikt nie będzie chciał jej czytać [w co szczerze wątpię – przyp. mój :)], jednak jest to coś, czego on w tym momencie jako pisarz bardzo potrzebuje. Czekamy więc, a w każdym razie ja czekam!

Poruszony przez Jergovicia wątek Europy Środkowej i tego, w jaki sposób nasze położenie geopolityczne wpływa na tworzoną przez nas sztukę, pojawił się również na następnym spotkaniu, z Olgą Tokarczuk. Dotyczyło ono – nie mogło być inaczej! – Biegunów. Pisarka cieszyła się, że napisała tę powieść jako kobieta z Europy Środkowej, ponieważ nasz region tworzą społeczeństwa „ruchome”, stale przesuwane z miejsca na miejsca. „Nie bez powodu o płynności pisał właśnie Bauman” – dodała.

Poważnym zmianom zdążył jednak też ulec cały świat od czasu, kiedy powstali Bieguni. Tokarczuk zwróciła uwagę, że kiedy pisała tę książkę, wchodziliśmy właśnie do Unii, świat się przed nami otwierał, internet nie śledził jeszcze każdego naszego kroku, wszyscy byliśmy pełni optymizmu. Podróż była czymś jednoznacznie pozytywnym, sposobem na zbliżenie się do innych kultur i odkrycie podobieństw. Dziś natomiast wszystko jest inaczej, świat się raczej zamyka, słychać już gdzieś w oddali trzaskanie drzwi. W rzeczywistości takiej jak ta lada chwila wszyscy możemy stać się uchodźcami, mając więc wyobraźnię i empatię, powinniśmy dostrzec w dzisiejszym kryzysie także nasz problem.

Ciekawym doświadczeniem jest obserwować właśnie dziś, w czasach zamykającego się świata, reakcje czytelników z innych kręgów kulturowych na napisaną dziesięć lat temu powieść. W trakcie trasy promocyjnej w Stanach Zjednoczonych jeden z czytelników, Irańczyk mieszkający w Los Angeles, powiedział, że dla niego była to pierwsza książka pokazująca świat z bliskiej mu perspektywy imigranta, kogoś z zewnątrz.

Pisarka wyznała, że w ostatnich latach zmienił się też jej osobisty stosunek do podróżowania. Dziś podróżuje, bo musi, jednak ma coraz częściej poczucie, że świat jest „zaśmiecony podróżnikami”. I to nie tylko w sensie metaforycznym – jakiś czas temu na widok plaży w Azji pełnej plastikowych śmieci doszła do wniosku, że być może lepiej jednak zostać w domu, a piękne miejsca pooglądać na zdjęciach w internecie.

Na spotkaniu z Olgą Tokarczuk też zostały już tylko miejsca na podłodze.
A mówią, że Polacy nie czytają :).
Bohaterka spotkania mówiła też o konstrukcji swojej nagrodzonej Bookerem powieści. Od początku zdawała sobie sprawę, że opisywanie świata w formie linearnej, jak w XIX-wiecznych dziennikach podróży, nie jest w tym wypadku możliwe, że musi znaleźć inną formę i zaufać intuicji czytelnika. Wymyśliła więc coś, co nazwała powieścią konstelacyjną. To forma otwarta, rozgałęziająca się, skupiona wokół jednego stałego punktu, którym w Biegunach jest silna narratorka.

W trakcie spotkania doszło do małych spięć między pisarką a prowadzącym Szymonem Kloską :). Tokarczuk zaprotestowała wobec wciskania powieści w kategorie „dobrego” i „złego” i wyrzuciła prowadzącemu, że nie pyta jej wcale o drugie dno powieści, które jest tak ważne i któremu poświęciła tyle uwagi – wątek anatomiczny. „Widziałam Paryż, widziałam Chiny, a nie mam pojęcia, jak wygląda moja wątroba!” – zauważyła. I zaapelowała, by nigdy nie czytać Biegunów jedynie jako powieści o podróży, w oderwaniu od tej drugiej, anatomicznej warstwy.

Wtorkowy wieczór należał natomiast do Larsa Saabye Christensena. Spotkanie krążyło wokół tematu buntu. Zapytany przez prowadzącą Sylwię Chutnik o to czy pisanie jest formą buntu autor odpowiedział, że tak – w tym sensie, że pisarz opowiada historie, których nie opowiada nikt inny, i patrzy na rzeczy z zupełnie nowej perspektywy, znajduje piękno w drobnostkach wokół nas.

Na pytanie o swoją pierwszą płytę winylową odpowiedział: „Summer Holiday – Cliff Richard. I’m sorry”. Wkrótce potem jednak pojawili się The Beatles i ocalili jego gust muzyczny :). Tę magię rock and rolla z czasów nastoletnich – którą czuć również w powieści Beatlesi – pisarz czuje do dziś. „Eleanor Rigby do dziś mnie wzrusza” – wyznał. Wierzy również, że dobry rock z dobrymi tekstami przeżyje nas podobnie jak literatura. „Dobre”, czyli jakie? Na pewno nie późne rzeczy Lennona w stylu Imagine czy Give peace a chance, które zdaniem Christensena są po prostu głupie; ale już Eleanor Rigby czy Strawberry Field Forever to prawdziwa sztuka. „Lennon niepotrzebnie zaczął udawać, że jest zbawicielem, powinien po prostu pisać rockowe kawałki” – stwierdził autor.

Muzyka jest też dla niego ważną inspiracją przy pisaniu. I tu, uwaga, kilka uwag ciekawych zwłaszcza w zestawieniu z pisarskimi rytuałami Wiesława Myśliwskiego. W przeciwieństwie do polskiego prozaika Christensen chętnie pisze przy jazzie, ponieważ, podobnie jak w tym gatunku muzycznym, w pisaniu ważna jest dla niego improwizacja. Inaczej też niż Myśliwski, do pisania siada ze sporządzonym wcześniej planem, ale nie musi się go ściśle trzymać. Ważne jest dla niego natomiast przygotowanie psychiczne i fizyczne, ograniczenie ilości bodźców. „Nie jestem miłym facetem, kiedy piszę” – przyznał norweski gość.

Zapytany o to, czy traktuje swoją prozę jako literaturę zaangażowaną, komentującą kwestie społeczne i polityczne, odparł, że nie – pisze po prostu o życiu ludzi oraz o ich reakcjach na te zjawiska. Jego zdaniem pisarz nie powinien być zbyt blisko polityki; podał przy tym przykłady znakomitych prozaików, którzy dokonywali bardzo złych wyborów politycznych (Hamsun, Céline).

Poezja? Jego zdaniem nie różni się tak bardzo od prozy. Język może być bardzo podobny, podstawową różnicą jest czas – powieść wymaga go zdecydowanie więcej. Nie sposób jednak stwierdzić, co jest trudniejsze, a co łatwiejsze. Przy okazji pisarz wyznał, że w każdym hotelu, w którym zatrzymuje się przy okazji spotkań autorskich, pisze jeden wiersz. „Żeby mieć się czym zająć i nie chodzić do minibaru”. Również w krakowskim Grandhotelu powstała taka literacka pamiątka.

Na koniec Christensen zdradził, kogo obsadziłby w swoim muzycznym zespole marzeń, gdyby miał taką możliwość. Szczęśliwi wybrańcy to Tom Waits, Paul McCartney i Keith Jarrett :).

W tym momencie zamykam część pierwszą relacji, i na zaś serdecznie zapraszam na odsłonę kolejną. A w niej między innymi Kristina Sabaliauskaitė (recenzja Silva Rerum wkrótce u mnie!), Pavol Rankov i Elisabeth Åsbrink. Zapraszam!

Fotografie ze spotkań: moje. Okładki książek pochodzą ze stron wydawnictw.

11 komentarzy:

  1. Dziękuję za szczegółową relację - czuję się, jakbym sama była na festiwalu, siedziała na podłodze i śmiała się z dowcipnych ripost Wiesława Myśliwskiego :-). Podoba mi się, że autor ma taki dystans do siebie i swojej "wielkości". Prowadzącym spotkanie na pewno nie było łatwo zmierzyć się z takim autorytetem. Dzięki osobowości pana Myśliwskiego rozmowa nie przerodziła się w nadętą i śmiertelnie poważną dysputę. "Kończę, kiedy nie chce mi się już dalej pisać" - genialne :-). Na taką prostotę i zwyczajność może pozwolić sobie pisarz o ugruntowanej pozycji, klasyk. Już nie musi niczego udowadniać i starać się zabłysnąć przed czytelnikami. Po prostu jest, jest sobą.
    Uwielbiam pisarstwo Jergovicia, a - po Twojej relacji ze spotkania - polubiłam go również jako człowieka. Koniecznie muszę kiedyś wybrać się na autorskie spotkanie. Podobne pytania chciałabym zadać autorowi - o jego stosunek do Polski, fascynację ludźmi pogranicza. "Przegranym zostaje wszystko, zwycięzcy mają tylko zwycięstwo" - bardzo ciekawy punkt widzenia. Poglądy Jergovcia np. dotyczące krajów Europy Środkowej i krajów bałkańskich bardzo mnie interesują, ale najbardziej - jego twórczość. Pisze po prostu genialnie, a jego "Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki" i "Ruta Tannenbaum" to moje ukochane powieści. I też czekam na jego nową książkę, a wydawców proszę o jej wydanie po polsku!
    Proza pani Olgi Tokarczuk wydaje mi się mocno skomplikowana (czyżby nawet "przeintelektualizowana"?), przynajmniej te najbardziej sztandarowe pozycje (co potwierdza trochę spotkanie w Krakowie - "powieść konstelacyjna", drugie, anatomiczne dno "Biegunów"). Na mojej "wishlist" są i "Bieguni" i "Księgi Jakubowe". Sądzę, że w najbliższym czasie nie sięgnę po nie - może to za dużo jak na moją skołataną głowę :-)
    A spotkanie z Christensenem? Fajnie, że rozmowa toczyła się wokół muzyki. Czytam właśnie "Beatlesów" w ramach moich poszukiwań literatury z wątkami muzycznymi. Dzięki tej powieści ponownie przeczytałam teksty piosenek Beatlesów (niektóre genialne), bo w młodości fascynowały mnie właściwie tylko muzyka, rytm - mniej tekst. "Rock z dobrymi tekstami przeżyje nas, tak jak literatura"- ciekawe! W ogóle interesuje mnie wszystko, co związane z Christensenem :-).
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na drugą część relacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awito, a ja dziękuję za lekturę i za tak obszerny komentarz! Nie ukrywam, z taką właśnie myślę piszę zawsze te relacje, żeby czytelnik mógł poczuć się, jakby sam tam był i słuchał. Cieszę się, że mi się udało :).

      Prowadzenie spotkania z Myśliwskim jest chyba wyzwaniem przede wszystkim ze względu na przekorę rozmówcy :). Tutaj: http://literackie-skarby.blogspot.com/2015/10/festiwal-conrada-2015-dzien-1-i-2.html relacjonowałam spotkanie z nim na Festiwalu Conrada trzy lata temu, wtedy rozmowę moderował Jerzy Franczak i pan Wiesław naprawdę dał mu popalić :). Do dziś wspominam tamto spotkanie z uśmiechem, choć Franczakowi na pewno do śmiechu nie było ;).

      Jeśli chodzi o Jergovicia, on chyba naprawdę musi tę Polskę lubić, bo przyjeżdża często. Myślę więc, że będziesz mieć jeszcze niejedną okazję, żeby zobaczyć go i posłuchać go na żywo. Książka zainspirowana sarajewskimi cmentarzami na pewno szybko znajdzie wydawcę też u nas, mogę się założyć!

      Prozy Tokarczuk się nie bój :). Nie jestem pewna, bo nie wynika to jasno z Twojego komentarza, czy już miałaś jakieś do niej podejścia i nie były udane, czy jeszcze nic nic? Może brzmi to skomplikowanie, ale jej powieści naprawdę dobrze się czyta; niektórzy krytycy zresztą, z tego co słyszałam, zarzucali jej (przed Bookerem, teraz już nie wypada), że jej literatura jest za bardzo pop, dla mas, za mało artystyczna. Ja zaczęłam od „Prawieku” w wieku chyba jeszcze nastoletnim i zachwyciłam się. Tych „Biegunów” też z czystym sumieniem mogę polecić, to chyba moja druga ulubiona jej książka. „Ksiąg Jakubowych” wciąż jeszcze nie czytałam, czekam na jakiś spokojniejszy czas (tylko czy się kiedyś doczekam?).

      Ja też czytam właśnie teraz „Beatlesów” :). Fantastyczne są te wątki muzyczne, widać, że bohaterowie naprawdę tą muzyką żyją. I racja, że zachęcają do tego, żeby wrócić do muzyki The Beatles i słuchać teraz już uważniej, wsłuchać się w tekst. Jeśli chodzi o ten klimat – młodość, muzyka, używki, bunt :) – to polecam Ci jeszcze „Uczniów Cobaina” Miroslava Pecha. Zupełnie inna epoka, bo Pech dorastał w latach 90., ale to tylko pokazuje, jakie te historie dorastania są uniwersalne. Dekoracje się zmieniają, ale dorastający chłopcy wciąż szaleją na punkcie swoich muzycznych idoli, marzą o założeniu własnego zespołu, zalewają się w trupa i przeżywają pierwsze historie z dziewczynami :).

      Dziękuję za pozdrowienia i pozdrawiam również, znad kolejnej części relacji. Chciałabym ją wrzucić jeszcze dziś, bo jutro mam rodzinną niedzielę, mam nadzieję, że mi się uda :).

      Usuń
  2. Z Olgą Tokarczuk chyba dobrze nie trafiałam dotąd. Przeczytałam tylko "E.E" (rozczarowująca i właśnie przeintelektualizowana, banalna fabuła, mimo że temat mógłby być ciekawy) i "Podróż ludzi Księgi (pamiętam, że było sporo pseudofilozoficznych stwierdzeń). Nie sięgałam po kolejne pozycje, bo bałam się rozczarowania.
    Sądzę, że późniejsze książki są lepsze np. "Prawiek", "Dom dzienny, dom nocny", "Bieguni" a już na pewno "Księgi Jakubowe" (tam chyba nie ma wcale tej szczególnej maniery z początków twórczości p. Tokarczuk).
    Czekam na dalszą część relacji z Targów, wczułam się w atmosferę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli masz za sobą tylko te pierwsze próby pisarskie autorki. Warto się przełamać! „Prawiek” jest moim zdaniem bardzo dobry, jeśli on Ci nie podejdzie, to będziesz mieć pewność, że to autorka nie dla Ciebie :).

      O Targach akurat nie piszę, bo za Targami nie przepadam i unikam jak mogę ;). Ale relacjami z Festiwalu Conrada zawsze służę :).

      Usuń
  3. Myśliwski to chyba trudny rozmówca. Kiedy słucham wywiadów z nim, zawsze sprawia wrażenie niezadowolonego faktem, że musi brać udział w takim zdarzeniu.;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrażenie może sprawia, ale mnie się wydaje, że on jest po prostu takim przekornym typem. Że ma frajdę z tego przekomarzania się :). Tak czy siak – to prawda, na pewno łatwo się z nim nie rozmawia :).

      Usuń
    2. Przekorny? Możliwe.;) Na pewno też jest przekonany do swoich racji, takie mam wrażenie. Czasem się z nim nie zgadzam, ale mądrości życiowej nie można mu odmówić.;)

      Usuń
  4. Dopiero teraz się zabrałam za czytanie twojej relacji, jest trochę czasu na przetrawienie. bardzo żałuję tego Myśliwskiego, Twoje sprawozdanie sprawia wrażenie, że panowała tam trochę żartobliwa, uszczypliwa atmosfera :) Ten jazzik, te przytyki i stan „bezradności owocującej”. Bardzo mi się to podoba.
    No i super poczytać o tym, co mówiła Tokarczuk! Już sobie wyciągnęłam "Biegunów" i kłuję sobie nimi w oczy, żeby wreszcie zacząć czytać i skończyć przede wszystkim. Dobrze się zastanowić przy okazji nad różnicami między światem "Biegunów" (w końcu byłam jeszcze w liceum, jak wychodzili!), a światem, jaki jest teraz.
    Ogromnie dziękuję za poświęcenie czasu na spisanie tego wszystkiego! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, atmosfera była właśnie taka, jak piszesz, i to jest chyba źródłem największej frajdy na spotkaniach z Myśliwskim :). Szkoda, że Cię akurat to choróbsko dopadło!

      A tych „Biegunów” będziesz czytać po raz pierwszy, czy to będzie powtórka? Ja czytałam jakoś niedługo po premierze, więc chętnie bym sobie ich teraz też odświeżyła. Faktycznie, świat się bardzo zmienił i możliwe, że teraz zupełnie inaczej się tę książkę odbiera.

      Nie ma sprawy. Przyznam, że miałam ciężkie chwile przy tych relacjach w tym roku, ale tak uważni i wdzięczni czytelnicy jak Ty wszystko wynagradzają :).

      Usuń
    2. Wiesz co, "Biegunów" zażyczyłam sobie w prezencie na urodziny bodajże. Zaczęłam czytać ze trzy razy od tego czasu i nigdy nie skończyłam. A zazwyczaj kończę prawie każdą książkę, którą napoczynam, bardzo mnie to denerwuje, że tak tę konkretną Tokarczuk potraktowałam. Nie wiem, co się działo, może ta konstelacyjność mnie rozpraszała, szybko gubiłam wątek i odkładałam książkę. I stoi na półce jak wyrzut sumienia :/

      Usuń
    3. Hm. Jeśli miałaś aż trzy podejścia, to odpada też wersja, że moment nie był odpowiedni. Gdyby to była jakaś inna książka, to pewnie powiedziałabym, że nic na siłę, no ale jednak w tym wypadku – daj jej jeszcze jedną szansę. Do czterech razy sztuka? :)

      Usuń