poniedziałek, 24 stycznia 2011

O sławnego pisarza ucieczkach od rzeczywistości - Michael White, "C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii"

Tym razem, dla odmiany, biografia. Lubię czytać o życiu innych ludzi, zwłaszcza pisarzy, zaglądać do ich pracowni, poznawać ich jako ludzi, co później daje pełniejszy obraz ich twórczości. Chętnie więc sięgnęłam po książkę C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii.

Twórczości C.S. Lewisa nie znam co prawda zbyt dobrze. Nie czytałam ani Listów starego diabła do młodego, ani Trylogii międzyplanetarnej, ani żadnej z jego książek naukowych. Można jednak powiedzieć, że mam do tego pisarza stosunek sentymentalny – kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, każdego wieczora mościłyśmy sobie z siostrą w łóżkach wygodne gniazdka i słuchałyśmy z przejęciem, jak Tata czyta nam kolejny rozdział Opowieści z Narnii. To była chyba pierwsza „prawdziwa” książka w moim życiu i objawienie, chociaż w ciągu kilkunastu lat fabuła zupełnie wyparowała mi z głowy, a już na pewno nie byłam w stanie wtedy, w wielu kilku lat, uchwycić chrześcijańskiego przesłania tego siedmiotomowego cyklu.

Jeśli więc cokolwiek interesowało mnie w sposób szczególny, kiedy sięgałam po tę biografię, to były to na pewno okoliczności powstania tej mojej „pierwszej prawdziwej” kniżki i może jeszcze – za sprawą filmu Cienista dolina, który bardzo mi się podobał (choć, jak przekonałam się po lekturze tej biografii, upiększył i zmelodramatyzował rzeczywistość) – postać Joy Gresham i historia miłości jej i Lewisa.

Dostałam, co chciałam, a prócz tego o wiele więcej. Poznałam nie tylko cnoty, ale i przywary Lewisa – snobizm, arogancję, nienawiść do XX wieku i związanego z nim postępu naukowego (wyobrażam sobie, jak by pomstował, żyjąc w dzisiejszych czasach!), podszytą niestety również niezrozumieniem i zaniechaniem wszelkich prób poznania nauk ścisłych i ich znaczenia dla ludzkości. Awersja ta zresztą rozciągała się niemal na wszystko, co Lewisowi współczesne – pogardliwie wypowiadał się także o „współczesnej literaturze” na czele z Dickensem, Joycem i T.S. Elliotem, którzy w naszych czasach należą do absolutnych klasyków (ale czy i nam nie zdarza się z nieufnością podchodzić do twórców nam współczesnych? Aż kusi, by sformułować jakąś ogólną refleksję o literaturze i podejściu do niej).

Jest w tej książce i sporo o przyjaźni Lewisa z Tolkienem, a przy okazji – jakim człowiekiem był Tolkien (rzucił mi się w oczy przede wszystkim jego gorliwy, wręcz graniczący z fanatyzmem katolicym – obraził się na Lewisa i niemal zerwał z nim kontakty, gdy ten się nawrócił, ale został nie katolikiem, a anglikaninem; mam zresztą wrażenie, że w tamtym środowisku wielu przesadzało albo w jedną, albo w drugą stronę – albo pozbawiony wyrozumiałości ateizm, albo fanatyzm religijny). Razem z kilkoma innymi literatami, ta dwójka wielkich pisarzy tworzyła klub Inklingów, który, choć w zasadzie nie był żadną oficjalną grupą – po prostu grono przyjaciół, lubiących porozmawiać o książkach i podzielić się własnymi w tym zakresie dokonaniami, sącząc alkohol – ponoć wywierał wpływ na literaturę tamtych czasów być może większy niż sławna Grupa Bloomsbury.

Najbardziej jednak zadziwił mnie – żeby nie powiedzieć zszokował – związek Lewisa z Janie Moore i niezwykle toksyczny wpływ Janie na pisarza. Jak zdołał wytrzymać tyle lat z kobietą stawiającą tak wygórowane żądania, nie dbającą o to, że miał swoją pracę na uczelni, swoje pisanie, pragnącą zawładnąć całym jego życiem, czytającą jego najbardziej prywatne zapiski? To chyba naprawdę musiała być wielka miłość, choć wciąż trudno mi to sobie wyobrazić.

Co do Opowieści z Narnii – ich bajkowy świat, który tak wciąga czytelnika, miał dla samego Lewisa ogromne znaczenie „terapeutyczne”. Kiedy zaczął pisać ten cykl, znajdował się w krytycznym punkcie swojego życia - pijaństwo brata, większa niż kiedykolwiek uciążliwość Janie, starej już i zniedołężniałej, duma zraniona po niedawnym przegranym słownym pojedynku z Elizabeth Anscombe. Narnia stała się dla Lewisa ucieczką od tego wszystkiego, schronieniem, powrotem do szczęśliwego dzieciństwa, czasu zabaw z bratem Warrenem w ich Pokoju na Końcu Świata.

Usuwając się w przytulny kokon stworzonej przez siebie krainy, Lewis mógł zepchnąć w cień świat realny. W Narnii nie było akademickiej drabiny, nad którą nie miał kontroli, nikt go nie potępiał. A jedyne kobiety-demony, jakie tam występowały, był w stanie pokonać pod postacią Aslana; Narnia była światem, w którym żadna młoda kobieta-filozof nie mogła rozbić w puch jego przemyślnej argumentacji, a pijani bracia nie byli w stanie zagrozić idealnej rzeczywistości.

Podobała mi się ta biografia, nie była bowiem przeładowana datami, miejscami, postaciami bez większego znaczenia. Pamiętam, jak czytałam Piękny umysł o życiu Johna Nasha – była to świetna lektura, ale wymęczyła mnie straszliwie, właśnie przez przytłoczenie szczegółami. Tutaj tego nie ma, więc czyta się lekko i przyjemnie, niemal jak powieść. Druga rzecz, która zwykle irytuje mnie w książkach biograficznych to zaburzenie chronologii, skakanie w czasie i przestrzeni, pod tym względem zaś – choć podzielona na rozdziały niejako tematyczne, które nieraz wymagały cofnięcia się do wydarzeń sprzed miejsca, na którym zakończył się rozdział poprzedni – ta biografia Lewisa też wypada całkiem przyzwoicie, opisując konsekwentnie kolejne etapy życia pisarza, bez drażniących zawirowań. Polecam więc – lektura w sam raz, aby dowiedzieć się o Lewisie „czegoś więcej” niż to, co można znaleźć w lakonicznych notkach biograficznych.

***
Cytat: M. White, C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii, wyd. Twój Styl, Warszawa 2007.

9 komentarzy:

  1. Nie miałam nigdy okazji przeczytać coś Lewisa. O nim też niewiele wiem, niestety. Za to poluję na pewną biografię Tolkiena (od paru lat), tylko o zgrozo zapomniałam nazwisko autora. Od tamtej pory usłyszane nazwiska (czy też rzeczy godne uwagi) zapisuję po prostu gdzie się da, by móc bez trudu coś odnaleźć. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy człowiek. Tolkien też, swoją drogą. Szkoda tylko, że tworzyli głównie fantastykę, która zdecydowanie nie jest "moim" gatunkiem, i choć "Władca Pierścieni", "Hobbit" i oczywiście "Opowieści z Narni" podobały mi się, to podchodzę mimo wszystko do ich książek z rezerwą. No bo ta fantastyka...

    OdpowiedzUsuń
  3. Również mam sentyment do "Opowieści z Narnii". Pierwszą część trylogii czytałam kilka razy i z pewnością jeszcze nie raz do niej wrócę.
    Akurat teraz na mojej półce stoi (i czeka na swoją kolej) "Zaskoczony radością" tego autora. Może kiedyś skuszę się i na biografię tego niezwykłego autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Na "Zaskoczonego radością" też mam ochotę, jeszcze przed lekturą tej biografii miałam, a teraz tym bardziej, bo pojawiło się trochę odwołań i cytatów. Z tego co widzę ogólnie wydawnictwo Esprit ostatnio zaczęło wznawiać dzieła Lewisa, dostarczając mi tym samym nowej pokusy. "Dopóki mamy twarze" i "Smutek" też bym chętnie przeczytała.

    Pozdrawiam i dziękuję za wizytę. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam biografie, choć z przykrością stwierdzam, że dotychczas miałam okazję czytać jedynie historie muzyków, królów, dyktatorów- głównie ważnych postaci stricte historycznych. Bardzo chętnie przeczytałabym biografię pisarza, a Lewis wydaje się jak najbardziej odpowiednią postacią na początek. Narnia i jej historia absolutnie mnie oczarowała, a wydaje mi się, że historie twórców książek pokroju Narnii, gdzie całą historię, świat przedstawiony należy stworzyć od podstaw wydają się być jeszcze ciekawsze! W końcu w jakiś sposób musiał się zrodzić ten niebanalny zamysł opowieści :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kasiu, zgadzam się, że śledzenie, jak rodziły się pomysły pisarskie, skąd się wzięły, co było inspiracją, jacy byli "od kuchni" ojcowie i matki tych pomysłów to rzecz szalenie ciekawa. Ja bardzo lubię czytać o pisarzach, biografie, wspomnienia, dzienniki, zwłaszcza gdy nacisk jest położony właśnie na ten proces twórczy - fascynująca rzecz, zwłaszcza, gdy czytam o człowieku, spod pióra którego wychodzą dzieła, które podziwiam i uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki Ci bardzo za informację o biografii Lewisa. Nie wiedziałam, że taka została wydana. Na pewno rozejrzę się za nią, choć najpierw w planach mam jeszcze "Smutek". Ja również nie przepadam za fantastyką, ale do Narnii mam sentyment, rzeczywiście może być pewną odskocznią, jak w tym cytacie co podałaś:

    "Narnia była światem, w którym żadna młoda kobieta-filozof nie mogła rozbić w puch jego przemyślnej argumentacji, a pijani bracia nie byli w stanie zagrozić idealnej rzeczywistości".

    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Przeczytałam Twój artykuł w "Archipelagu" i jestem pod wrażeniem. Gratuluję takiego warsztatu pisarskiego i całkowicie się z Tobą zgadzam "warto wracać do swoich dziecięcych wizji..." :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bibliofilko, proszę bardzo :) Myślę, że Cię ta biografia nie zawiedzie. A cytat jest świetny, w ogóle podoba mi się ta myśl, że Lewis stworzył odskocznię od rzeczywistości dla tysięcy czytelników, tworząc jednocześnie odskocznię dla siebie - od tego wszystko wyszło. Próba radzenia sobie samemu z własnymi problemami, która jakby przypadkiem wydaje cudowne pisarskie owoce. A za słowa uznania za archipelagowy tekst bardzo dziękuję - i miło mi, że popierasz moje przesłanie :) Pozdrawiam!

      Usuń