poniedziałek, 21 lutego 2011

Na słodko i na ostro - Rodziewiczówna i Samozwaniec

Dzisiaj będzie o dwóch pisarkach i dwóch książkach, różnych jak dzień i noc. Obie autorki były Polkami, obie tworzyły głównie w XX wieku (jedna w początkach, druga trochę później) i obie już nie żyją. I pewnie łączy je niewiele ponad to.

Pierwsza to Maria Rodziewiczówna a książką, o której będzie mowa, jest Lato leśnych ludzi. Z tego, co wyczytałam, w twórczości tej pisarki dominują patriotyczne akcenty, poszanowanie tradycji, umiłowanie przyrody i ścisły związek ze swą ojcowizną - i w Lecie... rzeczywiście można większość tych motywów odnaleźć. W porządku, bardzo chwalebnie. Ale język! Przestarzały, czyta się ciężko, zwłaszcza na początku, opisy przyrody - choć u wielu budzą zachwyt - jakieś zbyt dosłowne... Ponadto dla nieodrodnego dziecka miasta - którym jestem, bo na biwaki nie jeździłam, harcerką nie byłam, nigdy nie miałam nawet babci na wsi - ten tekst najeżony był niejasnościami i często nawet przypisy okazywały się niewystarczające.

Sama idea za to jest wspaniała. I ja z chęcią zaszyłabym się na kilka miesięcy gdzieś w dziczy, z dala od uciążliwej rzeczywistości, od polityki, sporów, wojen, od dusznej atmosfery miasta. Oczywiście nie ma co liczyć na beztroski odpoczynek - Rodziewiczówna pokazuje, że takie bytowanie to też ciężki kawałek chleba. Wszystko jednak czegoś nas uczy. A gdy uda się zachować odpowiednie proporcje, dziki zakątek świata może się okazać drugim Rajem.


O ile Rodziewiczówna jest nieco mdła, o tyle Magdalenie Samozwaniec na pewno zarzucić tego nie mogę, przynajmniej na podstawie zbioru felietonów i opowiadań Tylko dla dziewcząt. Chwilami jest to książka bardzo zabawna. Chwilami mniej. Uderzyło mnie jednak - i trochę zmartwiło - że autorka jest tak krytyczna wobec młodych istot płci pięknej, które w końcu mają być adresatkami tej książki. W jednej chwili sprawia wrażenie dobrotliwej ciotuni lejącej miód w serca zagubionych dziewczątek, utwierdzającej je w poczuciu własnej wartości i sypiącej jak z rękawa dobrymi radami, na co zwrócić uwagę przy wyborze towarzysza życia, po to by w drugiej przeistoczyć się w zjadliwego krytyka przywar swojej płci - kobietki z jej opowieści okazują się puste, interesowne, próżne, egoistyczne, rozpieszczone, często tylko na pierwszy rzut oka interesujące, by po bliższym poznaniu ujawnić swoje wewnętrzne zepsucie i brak ogłady. Nie mam nic przeciwko "zdrowej" krytyce - na przykład fragmenty, w których autorka ośmieszała tak sztywną, że aż irracjonalną moralność szacownych matron (o powinności budzenia się siłą woli, gdy panience śni się coś nieprzystojnego, o wzbudzaniu w sobie powołania do żywotu klasztornego itp.) były rewelacyjne - ale prezentowanie polskich dziewcząt w tak niekorzystny sposób, nawet jeśli ku przestrodze, trochę raziło.

Ostatecznie jednak Tylko dla dziewcząt dostarcza sporo uciechy. Cytatów nie przytaczam, bo wyjęte z kontekstu zdania nie są już tak zabawne, urok tkwi w sytuacjach, całych historyjkach. Mimo wszystko więc zachęcam do lektury. U mnie w przypadku tej autorki nie skończy się na pewno na tej jednej książce.

***
M. Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1988.
M. Samozwaniec, Tylko dla dziewcząt, wyd. Glob, Szczecin 1990. 

8 komentarzy:

  1. "Tylko dla dziewcząt" ostatnio upolowałam na podaju, pewnie przeczytam za jakiś czas. Jedyny mój wcześniejszy kontakt z MS to "Maria i Magdalena".
    Co do Rodziewiczówny- czytałam tylko "Wrzos", jako 15-latka, i nie pamiętam specjalnych trudności językowych przy lekturze. Może warto znowu wziąć sie za tę autorkę, ale na razie jeszcze do tego nei dojrzalam:).

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mam zamiar przeczytać w najbliższym czasie "Marię i Magdalenę", w zasadzie miałam od tej książki zacząć, ale chwilowo nie była dostępna w bibliotece, więc wzięłam coś zastępczego :) i podobała się ta "Maria i Magdalena"? jak wrażenia?
    Jeśli o Rodziewiczównę chodzi - może w przypadku "Lata..." to połączenie archaicznego języka z "terminologią leśną", tymi wszystkimi bambołami, rozhoworami i kocankami sprawiło mi taką trudność? A może "Wrzos" jest jednak napisany przystępniejszym językiem? Sama nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Terminologia leśna i kocanki, powiadasz? Hihi, mam takie coś w toniku na twarz. :D
    A tak serio, to wcale się nie dziwię, że czytało Ci się opornie, może dla miłośników zielarstwa byłaby to frajda? Co do "Wrzosu", jest napisany zupełnie przystępnym językiem, czyta się szybko i płynnie.
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. :) racja, zapewne miłośnik zielarstwa łatwiej przebrnąłby przez tę lekturę :) choć przypuszczam, że wystarczyłoby wychować się na wsi, wśród lasów, jak moja babcia, o której pisałam Ci, że Rodziewiczównę uwielbia - to właśnie "Lato leśnych ludzi" jest jej ukochaną książką, bo dla niej to jak powrót do dzieciństwa. Ale skoro w przypadku "Wrzosu" nie ma już takiego problemu, to może będzie on moim drugim podejściem do Rodziewiczówny. Pozdrawiam również :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Rodziewiczównę znam tylko z "Dewajtis" i raczej na tym nasz kontakt się zakończy. :(
    W tekstach satyrycznych Samozwaniec wydaje mi się nierówna. "Marię i Magdalenę" przeczytaj koniecznie! To książka urocza, ciepła i sądzę, że Ci się spodoba. Ciekawa jest też "Zalotnica niebieska".

    OdpowiedzUsuń
  6. "Marię i Magdalenę" już wypożyczyłam i gdyby nie to, że mam póki co kilka pilniejszych lektur, pewnie od razu bym się na nią rzuciła. Nie mogąc się bowiem powstrzymać uszczknęłam kilka słów wstępu, a ta smakowita przystawka rozbudziła wilczy apetyt :) o "Zalotnicy niebieskiej" też gdzieniegdzie słyszałam, niewykluczone, że jeśli "Maria i Magdalena" spełni oczekiwania, to "Zalotnica" będzie następna w kolejce.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Zalotnica" nie była aż tak ciekawa jak "Maria i Magdalena" moim zdaniem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dabarai - tym bardziej przeczytam i jedną i drugą, żeby zweryfikować Twoją opinię :) dziękuję za wizytę i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń