sobota, 27 maja 2017

Nabokoviada po raz piąty: „W stronę Swanna”, Marcel Proust

Co jest właściwie wielkim tematem dzieła Prousta? Na czym polega poszukiwanie straconego czasu? W jakim celu wyruszamy w tę siedmiotomową podróż, którą wielu zaczyna, ale tak niewielu kończy? O tym głównie pisze Nabokov w swoim poświęconym tej lekturze wykładzie. Na początku skupia się jednak na formie, a główny temat dzieła rozwija później, pójdę więc również tym tropem.

Każdy chyba, kto przeczytał choćby stronę powieści Prousta, zdaje sobie sprawę, że jego styl jest niepowtarzalny. Te słynne opisy, ciągnące się przez wiele stron, wielopiętrowe porównania i metafory, ale też niesamowita plastyczność, sensualność, barwy, zapachy, smaki – to coś, co sprawia, że W poszukiwaniu straconego czasu czyta się tak trudno, a równocześnie z takim zachwytem. Wymaga cierpliwości, skupienia, ale wysiłek jest tego wart.

Léontine Lippmann, późniejsza
Madame Arman de Caillavet,
prawdopodobnie pierwowzór
powieściowej pani Verdurin.
Na drugim biegunie, trochę w roli odprężającego przerywnika, znajdują się natomiast fragmenty autentycznie zabawne, mocno ironicznie. Przy czym bywa to ironia ciepła, zaprawiona czułością – kiedy Proust pisze o na przykład o ciotce Leonii, babci (moja ulubiona postać!), dziadku czy ciotkach (tych od wiecznych aluzji) – ale bywa również uszczypliwa, obnażająca głupotę czy snobizm pewnych środowisk – jak w opisach saloniku pani Verdurin czy towarzystwa z wyższych sfer. Przyznam, że odkrycie na nowo tych elementów komicznych w dziele Prousta było dla mnie sporą niespodzianką, bo jakoś z tej pierwszej lektury kilka lat temu zapamiętałam głównie te liryczne, poświęcone wrażeniom zmysłowym fragmenty; tymczasem ironia w jego wydaniu – palce lizać!

Proust i Tołstoj

Nabokov pokusił się wymienić trzy charakterystyczne wyznaczniki stylu Prousta. Po pierwsze – bogata metaforyka i porównania (przy czym w wielu momentach te dwa środki stylistyczne przenikają się u niego, tworząc swoiste hybrydy). Po drugie – „rozciąganie” zdań, niemal do granic możliwości, poprzez różnego rodzaju wtrącenia i zdania podrzędne; z tego co słyszałam, Boy-Żeleński przy tłumaczeniu prozy Prousta i tak pozwolił sobie dzielić te ogromne twory, by ułatwić zadanie czytelnikowi – a skoro tak, to musiały być prawdziwe tasiemce! Po trzecie – stopienie w jedno dialogów i partii opisowych, w sposób, w jaki nikt przed nim tego nie robił.

Prócz tego nasz szacowny wykładowca i przewodnik po świecie literatury dokonał analizy kilku rozbudowanych opisów Prousta, by pokazać ich wielopiętrową budowę. I przyznam się tutaj, że mimo szczerych chęci nie do końca te analizy zrozumiałam :). Przyprawiły mnie tylko o ból głowy.

Robert i Marcel Proust
na fotografii z roku 1877.
Pozostając wciąż na poziomie stylu, Nabokov pisze o podobieństwach prozy Prousta do twórczości innych wielkich autorów. Zestawia go m.in. z Gogolem (który również był mistrzem porównań, jednak zawsze miały u niego charakter groteskowy, podczas gdy u Prousta przeważa czysta poezja) i Joyce’em (którego postaci mają od początku charakter „absolutny”, są obmyślone w najmniejszych szczegółach, stopniowo ujawnianych, podczas gdy u Prousta bohaterów widzimy z perspektyw poszczególnych bohaterów – o tym więcej za chwilę). Prekursorem francuskiego mistrza ma być jednak Tołstoj – według Nabokova podobieństwo stylu, „tchnącego prawdą, autentyzmem, zmysłowością” [1], widać jak na dłoni choćby w opisie światła księżycowego w wydaniu obydwu autorów.

Szparagi, głogi i muchy

Proponuję zatrzymać się jeszcze na chwilę przy tej zmysłowości. Nikt chyba nie potrafi tak jak Proust pisać o kremie czekoladowym, szparagach (i skutkach ich spożycia – nocniku, który zamienił się w „naczynie wonności”) i pieczonych kurczakach, o „brzęczącym” zapachu głogów, o bzyczeniu much, o wieży kościelnej, „złocistej i wypieczonej samej niby większa święcona baba, ze skórką i lepiącym się lukrem słońca” [2].

Charakterystyczne jest to, że u Prousta poszczególne zmysły się przenikają. Mamy tu dźwięczne zapachy i barwne dźwięki, na co Nabokov oczywiście zwraca uwagę. Prawdopodobnie też dlatego, że sam w podobny sposób postrzegał świat – był synestetykiem, czyli jednym z nielicznych ludzi, u których bodziec oddziałujący na jeden ze zmysłów wywołuje również pobudzenie innego zmysłu; napisałam kiedyś na ten temat krótki tekścik do pracy, odsyłam do niego.

Wskrzeszanie straconego czasu

Trudno się jednak dziwić zmysłowości tej prozy. Zmysły mają tu w końcu niezwykle istotne, kluczowe wręcz znaczenie – to one stanowią furtkę do przeszłości. I tak dochodzę do najważniejszego tematu utworu, czyli wskrzeszania przeszłości. Nabokov wyjaśnia szczegółowo, na czym polega ta proustowska praktyka, odnosząc się do tomu siódmego, w którym Marcel doznaje objawienia i wreszcie uświadamia sobie, jak można odzyskać stracony czas.

Charles Haas, który mógł być
pierwowzorem postaci Swanna.
Aby dokładnie wytłumaczyć ten fenomen, Nabokov wyróżnia trzy warstwy ludzkich wrażeń: „zwykłe” osobiste wspomnienia, które ma każdy z nas, wspomnienia wzbudzane przez aktualne doznania, oraz wiedzę o poszczególnych osobach „z drugiej ręki”, z perspektywy innych ludzi. Choćbyśmy nie wiadomo jak chcieli, nie uda nam się wskrzesić przeszłości, posługując się tylko warstwą pierwszą – własna pamięć to za mało. Konieczna jest jeszcze, prócz relacji innych obserwatorów, nasza własna podświadomość. To w niej – w tych momentach olśnienia, przychodzących znienacka, na przykład gdy weźmiemy do ust magdalenkę, którą jadaliśmy jako dziecko – kryje się prawda o przeszłości. Nie w intelektualnych rozważaniach, ale właśnie tam, w znanych nam smakach, zapachach i dźwiękach.

Mały Marcel przeczuwa potęgę tych bodźców, ale jeszcze jej nie rozumie. Sprawiają mu „osobliwą przyjemność” i wydaje mu się, że kryją coś więcej, niż na pierwszy rzut oka, ale sądzi, że nie są one drogą do zostania pisarzem, ponieważ nie mają żadnej wartości intelektualnej. Myli się, podkreśla Nabokov, właśnie one są bowiem jedynym naprawdę wielkim tematem dla sztuki.

Miłość i cholera

A trzecia warstwa wrażeń – perspektywa różnych osób? Proust wykorzystuje ją przede wszystkim, snując swoją opowieść o Swannie. W pierwszej części opowieści poznajemy go jako starego przyjaciela rodziny narratora, syna maklera giełdowego, „zwyczajnego” człowieka – tak postrzega go m.in. ciotka Leonia, nie wierząc w jego kontakty z wyższymi sferami. Mamy tu już jednak pierwsze sygnały, że „zwyczajny” Swann jest kimś więcej, znawcą sztuki i osobistością uwielbianą przez arystokratów. W drugiej części natomiast poznajemy go jako ofiarę nieszczęśliwego uczucia, mężczyznę, który poświęcił swoją pozycję, pasję i przyjaciół dla byłej kokoty – którą też zresztą widzimy z wielu różnych stron. W podobny sposób poznajemy m.in. kolegę Marcela, Blocha, pana Vinteuila czy jego córkę. Dopiero złożenie wszystkich tak różnych perspektyw daje nam prawdziwy obraz człowieka. Jak pisze Proust:
„Nawet z punktu widzenia najmniej znaczących rzeczy nie jesteśmy całością materialnie ukształtowaną, tożsamą dla wszystkich, którą każdy może po prostu sprawdzić niby hipotekę lub testament; nasza społeczna osobowość jest tworem cudzej myśli” [3].
Madame Georges Bizet,
z domu Geneviève Halévy,
która mogła być inspiracją
dla postaci Odety de Crécy.
Artysta: Jules-Élie Delaunay, 1878.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o rzeczy najważniejsze. Poza tym jednak w omówieniu Nabokova tradycyjnie pojawia się kilka ciekawych obserwacji i wniosków, dotyczących konstrukcji utworu i fabuły. Podobało mi się na przykład odkrycie linii fabularnej, łączącej małego Marcela i jego rozpaczliwe oczekiwanie na wieczorny pocałunek od matki z wątkiem nieodwzajemnionej miłości Swanna, a następnie uczucia narratora do Gilberty, a potem Albertyny (to jeszcze przede mną). Podobało mi się stwierdzenie, że ciotka Leonia jest jakby parodią samego Prousta, „chorego autora, który rozsnuwa swą pajęczynę i chwyta w nią brzęczące wokół życie” [4]. I podobały mi się obserwacje na temat koloru fiołkowego jako stałego motywu utworu (barwa czasu, a zarazem katlei, sukni Odety oraz głogów).

Kończąc już – moim zdaniem Proust jest najbardziej „ciarkogennym” spośród autorów omawianych przez Nabokova w jego wykładach; w tym sensie, o którym mistrz pisze w omówieniu Samotni: „Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki” [5]. U mnie w każdym razie żaden inny autor nie wywołał tylu dreszczy – i dumy z tego, że jestem „kręgowcem zwieńczonym głową, w której płonie boski ogień” ;). Pozostaję również przy swojej dawnej opinii, że chyba nikt w dziejach literatury nie zbliżył się tak bardzo do opisania nieopisywalnego, jak właśnie Proust.

Tylko z jednego powodu mi smutno. Mam wrażenie, że podczas pierwszej lektury czerpałam jednak większą przyjemność z tych fantastycznych opisów Prousta, umiałam je powoli smakować; tym razem natomiast odczuwałam momentami lekkie zniecierpliwienie. Może to też trochę kwestia oszołomienia i zachwytu, jakie towarzyszyły mi przy pierwszym spotkaniu z tą prozą, a może lekko stresował mnie, odległy co prawda, ale jednak termin, i to czytanie w grupie; obawiam się jednak, że to przede wszystkim wina moich obecnych, złych nawyków czytelniczych – byle czytać jak najwięcej i jak najszybciej. Sygnał, żeby nad sobą popracować, bo przecież nie o to w tej całej zabawie w czytanie chodzi.

***
Bibliografia:
[1] Nabokov V., Wykłady o literaturze, przeł. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 294.
[2] Proust M., W stronę Swanna, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), wyd. PIW, Warszawa 1979, s. 65.
[3] Tamże, s. 21.
[4] Nabokov V., dz. cyt., s. 302.
[5] Tamże, s. 107.

***
Przy okazji tego odcinka Nabokoviady Prousta czytali wraz z Pyzą (Pierogi Pruskie) i ze mną również Olga (Wielki Buk), Lolanta (Lolanta czyta), Zacofany w lekturze i Karo (Niekoniecznie Papierowe). Zajrzyjcie na ich strony, by poznać ich wrażenia!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. Kolejna na liście jest Przemiana Kafki – a ponieważ to objętościowo najmniejsze spośród wszystkich z dzieł na liście, na dyskusję zapraszamy już za miesiąc, 27 czerwca!

Poprzednie moje teksty w ramach Nabokoviady:

Ilustracje:
[1] crayonmonkey / Wikimedia Commons,
[2] Wikimedia Commons,
[3] Modeste Chambay / Wikimedia Commons,
[4] Justelipse / Wikimedia Commons,
[5] Wikimedia Commons,
[6] zdjęcia własne,
[7] grafika autorstwa Pyzy :). 

26 komentarzy:

  1. Zmysłowość - pięknie napisane, w jednym słowie ujęte wszystko, co w Prouście najważniejsze. Wpadamy w ten świat, w te miniaturowe scenki rodzinne i obserwujemy z każdej strony.
    Ogromnie się cieszę, że wróciłam do Prousta po latach, bo ja w odróżnieniu od Ciebie, za pierwszym razem nie doceniłam tej "wielkiej baśni". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy czytałaś pierwszy raz? Na studiach? I pewnie w oryginale? Wierzę, że można Prousta nie docenić, jeśli się go nie czyta w odpowiednim czasie, w odpowiednich warunkach; najważniejsze, że w końcu udało Ci się odkryć piękno jego pisania :).

      Usuń
  2. Synestetyk! Nie znałem tego określenia, nawet nie wiedziałem, że takie zjawisko istnieje. Czyli geniuszowi literackiemu pomagała fizjologia. Nic dziwnego, że się musiał odcinać od bodźców zewnętrznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też do niedawna jeszcze nie wiedziałam, a zjawisko bardzo interesujące! I chyba faktycznie trochę pomaga w pięknym opisywaniu świata :). Ciekawi mnie bardzo, jak to jest odczuwać wszystko w ten sposób.

      Usuń
    2. Mam wrażenie, że coś takiego może się przytrafić każdemu, ale chyba musi zaistnieć jakaś niesamowita kombinacja czynników.

      Usuń
    3. Być może. Jeśli chodzi o ten konkretny, opisany przeze mnie przypadek postrzegania liter „w kolorze” – wydaje mi się też, że na poziomie skojarzeń my również łączymy niektóre znaki z odcieniami, może u synestetyków takie odczucia po prostu są dużo intensywniejsze? Trzeba mieć oczy i uszy otwarte :).

      Usuń
    4. To ostatnie to się akurat zawsze przydaje :D

      Usuń
  3. Swoją drogą nie sądzisz, że Proust jest wobec Verdurinów bardziej krytyczny też dlatego, że częściej spoglądamy na nich oczyma Swanna, a nie Marcela?

    O, mnie szczerze mówiąc te analizy piętrowych metafor nieco rozczarowały (przy lekturze powieści byłam podekscytowana, co też za smaczki wyciągnie z niej Nabokov, a potem się okazało, że są to, no cóż, piętrowe cytaty... Hm ;-)).

    Co się tyczy opisów Prousta: mnie się z kolei wydaje, że tym razem dużo więcej z nich skorzystałam niż przy poprzedniej lekturze. Jakoś czas tak dobrze się dobrał, wszędzie teraz mijam głogi, i jakoś to się razem zbiera w ciekawy obraz, gdzie literatura i rzeczywistość interesująco się przenikają :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, możliwe. To niby wciąż opowieść Marcela, ale jednak podejmuje próbę opowiedzenia jej z perspektywy Swanna, a Swann miał prawo do krytyki. Choć, z drugiej strony, w tym początkowym stadium „bywania” w salonie Verdurinów był jeszcze lekko zaślepiony, wydawali mu się tam wykształceni i elokwentni, a zjadliwej ironii jest też w tych fragmentach jednak sporo. Chyba że to jego zdrowy rozsądek, na przekór uczuciom, dochodził do głosu ;).

      Ja też uważam, że piętrowym metaforom poświęcił Nabokov ciut za dużo uwagi :). Przez dużą część wykładu też omawia właściwie treść. Wnikliwości i rozmachu, z jaką analizował choćby „Panią Bovary”, tutaj jednak zabrakło.

      Świetnie się wobec tego złożyło, że nam wypadł ten Proust wiosenną porą :). Mnie to jakoś specjalnie nie pomogło, ale jestem przekonana, że to kwestia mojej większej niecierpliwości wynikającej ze złych nawyków. I może też tego, że za pierwszym razem czytałam w okresie, kiedy miałam bardzo dużo wolnego czasu – bo pamiętam, że kiedy zaczęłam wtedy czytać trzeci tom, sytuacja życiowa też mi się zmieniła, przybyło mi obowiązków, czas wolny się skurczył i automatycznie przyjemność z lektury zmalała (dlatego też zresztą czytanie cyklu przerwałam). Czytanie Prousta po całym dniu pracy, kiedy już padam na ryjek, nie za dobrze się u mnie sprawdza.

      Usuń
    2. Odwiedzam po kolei blogi, ale widzę, że w wielu kwestiach co do wykładów Nabokova się zgadzamy. Wykład o "Pani Bovary" czytało się świetnie, a tu jest tylko kilka fajnych myśli (np. zdania rozciągające się jak pończoch, porównania postaci do obrazów), które nie tworzą spójnej całości. A szkoda.

      A te analizy piętrowych metafor... w ogóle mnie nie przekonały. Przyznam się, że przelatywałam je wzrokiem, nie mogłam się na nich skupić, w ogóle.

      Usuń
    3. Wykład wykładowi nierówny :). Choć i tak najbardziej rozczarował mnie jak do tej pory ten o Stevensonie. Z analizami miałam podobnie! Na początku jeszcze próbowałam to śledzić, ale jak się już któryś raz zgubiłam, to stwierdziłam, że nie ma sensu ;).

      Usuń
    4. Ja zaczęłam przygodę z wykładami Nabokova od "Pani Bovary" i może dlatego mam tak wygórowane oczekiwania? Ten o Stevensonie był szczególnie rozczarowujący, ale tam też materiał do pracy jest taki sobie. Niezbyt dobrze się zestarzał i zniósł popkulturowe przeróbki.

      Usuń
  4. Czyli jako jedyna czytałam po raz pierwszy! Aż ciekawa jestem, co przyniesie drugie podejście. Może na emeryturze, z mądrością życiową pod pachą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może znajdziesz jeszcze przed emeryturą chwilę, żeby do Prousta wrócić ;). Polecam powtórkę, i inni się chyba ze mną zgodzą, że warto :).

      Usuń
    2. @Lolanta, ja też robiłam to po raz pierwszy ;)

      Usuń
    3. @Niekoniecznie Papierowa A będzie powtóka?
      @naia Ja tak sobie zawsze żartuję, że na emeryturze na wszystko znajdę czas, bo mi go wciąż brakuje. Nie mogę się nauczyć, że można wszystko wolniej, bardziej dokładniej i wartościowo. Znamienny ten tytuł, bo faktycznie, jakbym odrobinę przy Prouście zwolniła tempa. Muszę jeszcze nad tym popracować. Może przy drugim tomie będą jeszcze większe postępy z czasem, a co do treści to więcej skupienia i uwag :)

      Usuń
    4. @Lolanta, na razie mam zamiar skończyć cykl. A powtórka? Pewnie na emeryturze. :D

      Usuń
    5. Lolanta, wiem, wiem, też tak robię ;). Albo mówię: „jak kiedyś nogę złamię, czy coś” :D. Ale faktycznie, trzeba umieć trochę zwolnić w tym całym codziennym rozgardiaszu, skupić się na książce, bo dużo rzeczy nam umyka. Proust tego świetnie uczy :).

      Usuń
  5. Właśnie kończę tę książkę! :O

    Ciekawe, że bardziej dostrzegam tę poezję, nazywanie nienazywalnego (o tak!), żonglowanie zmysłami, ale ironii jakoś nie wyczuwam :) To moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem (nie liczę obowiązkowych fragmentów w liceum) i bardzo jestem zadowolona z efektów. Czytam go baaaardzo powoli, chyba dobre 2 miesiące i całkowicie mi to odpowiada, zaznaczam sobie interesujące zdania, w ogóle nie czuję znużenia, nadal biorę książkę do ręki z przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę, a w wątku ciotki Leonii? U Verdurinów, w opisach doktora Cottarda na przykład? :) Moim zdaniem Proust ironizuje, aż miło.

      I to jest właśnie sposób, w jaki powinno się go czytać – bez pośpiechu. Wręcz grzech się śpieszyć przy takiej literackiej uczcie :). Planujesz też przeczytać cały cykl?

      Usuń
    2. Tak, nie zamierzam robić jakichś specjalnych przerw między kolejnymi częściami.

      Usuń
    3. W takim razie powodzenia! Oby kolejne tomy czytały się z równie dużą przyjemnością :).

      Usuń
  6. No mnie jakoś podobieństwo Tołstoja do Prousta średnio pasuje, chyba ze chodzi nie o sposób ekspresji, a intensywność uczuć bohaterów.Czytanie Prousta na szybko jest moim zdaniem równie przyjemne jak jedzenie lodów polanych wrzątkiem: brak w tym smaku i sensu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O „prawdę, autentyzm, zmysłowość” mu chodzi ;). Kwestia dyskusyjna, ale mnie jednak przekonał, że ten sposób widzenia świata – przynajmniej momentami – mają podobny. Bardzo trafne porównanie z tymi lodami! :)

      Usuń
  7. A wystartowałabyś w tym konkursie? https://www.youtube.com/watch?v=cwQF9XJEq0w

    Tak serio to dzieło Prousta jest tak monumentalne, że sama perspektywa zabrania się za nie mnie przytłacza. Chyba musiałby mnie ktoś zamknąć na rok w jakiejś piwnicy i wtedy bym się za to zabrał jak należy. Póki co nie mogę się przełamać, choć podejrzewam, że nie byłbym rozczarowany lekturą.


    Z fragmentem o kolorach skojarzyła mi się luźno płyta Kena Nordine'a "Colors" https://www.youtube.com/watch?v=GPrfn8WwLqA

    OdpowiedzUsuń