sobota, 28 maja 2011

Diabły, bibliofile i muszkieterowie – „Klub Dumas”, Arturo Pérez-Reverte

Męczą mnie kryminały. Bawią horrory. Kiedy więc w czeluściach internetu wyszperałam informację, że Klub Dumas, za lekturę którego właśnie miałam się zabrać, jest po części kryminałem i po części horrorem, nie byłam zbyt zachwycona. Sceptycym towarzyszył mi przez pierwsze kilkadziesiąt stron, szczęśliwie jednak w stosownym czasie się ulotnił.

Objawień, co prawda, nie było. Kryminałów jak nie lubiłam, tak nie lubię – może, gdybym intrydze nie miała nic do zarzucenia, zdołałabym się przekonać, ale i tu były pewne zgrzyty i luzy w na pozór dobrze naoliwionym, logicznym mechanizmie... Do horrorów zaś przekonać mnie Klub Dumas nie mógł, bo akurat tego gatunku w literackiej hybrydzie, jaką tworzy ta książka, jest niewiele. Znalazłam jednak i coś dla siebie – jak sama nazwa wskazuje, powieść Péreza-Reverte to także historia z Dumasem w tle, opowieść o książkach i miłości do nich, do tego nadający smaczku wątek demoniczny i inna niż powszechnie znana wizja diabła.

Nie przechodziłam nigdy fazy zainteresowania literaturą i kinematografią „diabelską”, o literackich obrazach szatana wiem bardzo niewiele, w moich wyobrażeniach zawsze był on bardzo jednowymiarowy (wyjąwszy może czytanych bardzo dawno temu Mistrza i Małgorzatę), dlatego przykuło moją uwagę i zachwyciło mnie, jak widzieli go bohaterowie Klubu Dumas. Desperacko zbuntowany, samotny, tęskniący za niebem. Uwodzicielski dżentelmen w kapeluszu i z laską, niczym amant ze starego filmu, rozkochujący w sobie nastoletnie panny. Niosący światło wiedzy, uczący dociekliwości, otwierający człowiekowi oczy i zmuszający go do nieustannych poszukiwań, bolesnych i obfitujących w rozczarowania, skazujący go na niepewność, która jednak jest nieodłączną towarzyszką najcenniejszego daru – świadomości. Towarzyszy temu i różniąca się od zwyczajowej wizja Boga – tu jest dyktatorem otoczonym archaniołami „zdyscyplinowanymi jak hitlerowcy”.

Atrakcyjności w moich oczach zdecydowanie dodawały tej książce też wątki z biografii Dumasa, fragmenty o tym jak tworzył i żył, fotografie (a właściwie tylko jedna, ale za to rarytas) oraz informacje o ludziach, na których wzorowani byli bohaterowie jego powieści. Sądziłam, że przypadną mi też do gustu podobieństwa fabularne między Trzema muszkieterami a historią Lucasa Corso – lubię bowiem historie z minionych epok opowiedziane na nowo, we współczesnych realiach. Niestety, w tym wypadku analogie wydały mi się bardzo naciągane, i o ile na przykład Zadie Smith w swoim O pięknie co rusz cudownie zaskakiwała zręcznymi powiązaniami z dziełem Forstera, o tyle tutaj relacja z elementami powieści Dumasa wcale nie była tak oczywista.

Gdzieniegdzie spotkałam się z opiniami, że Klub Dumas jest przeintelektualizowany, a fragmenty o literaturze brzmią przesadnie akademicko. Dla mnie natomiast te fragmenty były źródłem największej czytelniczej uciechy – i wcale nie uważam, aby były zbyt „uczone” i nudne dla przeciętnego czytelnika. Nie było ich zresztą – ku mojemu rozczarowaniu – zbyt wiele. Znudziły mnie za to wywody na temat sztuki drukarskiej i introligatorskiej (które, szczęśliwie, też stanowiły skromny procent objętości tej książki). Uśmiechnęłam się tylko smutno, kiedy bracia Cenizowie ubolewali nad niedbałością, z jaką w dzisiejszych czasach podchodzi się do wydawania książek. Wiele średniowiecznych woluminów przetrwało do dziś, tymczasem współcześnie „długość życia” przeciętnej książki wynosi ponoć 70 lat. Uśmiechnęłam się, bo to 70 lat i tak wydaje mi się oszacowaniem na wyrost – niejedna książka, którą miałam okazję czytać, zaczęła się rozklejać już przy pierwszej lekturze. (Inna sprawa, że po prostu nie stać mnie na lepsze wydania, za które trzeba dziś płacić nieraz niebotyczne kwoty).

Na koniec – ciekawym doświadczeniem było usłyszeć swoją, nie tak dawno wypowiedzianą, opinię na temat niby szlachetnych i prawych muszkieterów, z ust jednej z bohaterek Klubu, Liany Taillefer :) Za to jej gorącego podziwu dla Milady nie mogę już podzielić.

Wbrew obawom więc, interesująca była to lektura. Teraz pewnie wypada mi obejrzeć film Polańskiego oparty na demonicznym wątku Klubu. Zarówno Depp w roli Lucasa Corso, jak i Seigner jako Irene Adler wydają mi się co prawda totalnym nieporozumieniem, ale na temat Dziewiątych wrót krążą bardzo sprzeczne opinie, więc z ciekawości obejrzę. Zresztą uczę się – a Klub Dumas też okazał się w tym temacie niezłym nauczycielem – mówić uprzedzeniom „nie”.

***
A. Pérez-Reverte, Klub Dumas, wyd. Muza SA, Warszawa 1998.

***
Jeszcze kilka słów bez związku z recenzją – bardzo mało ostatnio czytam i bardzo mi z tym źle. Zmuszona przed najgorętszy przed-sesyjny okres na studiach do żywotu w stylu zajęcia-jedzenie-nauka-sen, łapczywie wykorzystuję strzępki czasu w drodze na uczelnię – dzielnie maszeruję z książką w ręce, nie zważając na latarnie i krawężniki. Podczytuję fragmentami opowiadania Hrabala i Katherine Mansfield, zaglądam nieśmiało do świeżo zakupionego, kuszącego niepokojącymi ilustracjami Strasznie głośno, niesamowicie blisko Foera. Prousta póki co tykać nie śmiem. Czasem słyszę stwierdzenia, że jeśli tylko komuś bardzo zależy, zawsze znajdzie czas na czytanie. Nie jest to prawdą.

13 komentarzy:

  1. Mam "Klub Dumas" na swojej liście ze względu na potężny sentyment do muszkieterów - tacy cnotliwi i prawi to oni nie byli, ale i takich lubię ;) Co do czasu na czytanie - też czytam w tramwajach, w kolejkach w sklepie, na pewnym nieciekawym wykładzie - a i tak mam wrażenie, że tego czasu mało, oj mało...

    OdpowiedzUsuń
  2. Niedopisanie, ze mną było trochę inaczej, na opak - przeczytałam "Muszkieterów", bo miałam w planach lekturę "Klubu Dumas" :) Ale absolutnie nie żałuję, wręcz cieszę się, że książka Péreza-Reverte zmobilizowała mnie do sięgnęcia po Dumasa, który i tak figurował na mojej liście "do przeczytania" od wielu lat.

    Cieszę się, że nie jestem sama z tym łapczywym podkradaniem każdej wolnej chwilki na czytanie. Wiadomo, że to nie to samo, co siąść sobie na spokojnie z książką, kocykiem i kubkiem herbaty, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Ten brak czasu jest jednak przerażający. Pozdrawiam Cię ciepło i dziękuję za wizytę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna recenzja, dopisuje książkę do listy do przeczytania. A książkę "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" przeczytałam jakieś dwa tygodnie temu i bardzo mi się spodobała.
    Pozdrawiam,
    Kass

    OdpowiedzUsuń
  4. Kwestia gustu, droga Naiu, niemniej -- jako miłośniczka starego typu kryminałów (nie tych wszystkich thrillerów od siedmiu boleści) -- muszę powiedzieć, że także i ja lubię, cenię Dumas, ale według mnie on właśnie jest prekursorem kryminałów. Intryg w jego powieściach bez liku, pomimo że w historyczno-przygodowej szacie, więc połączenie tych wątków u Reverte, za którym wprost przepadam, wydaje mi się ciekawe. Lubię tę książkę, jak też film Polańskiego (Dziewiąte Wrota). Nie nazwałabym jednak, nigdy w życiu, owej książki - "horrorem". Horrorem można nazwać prozę pani Masłowskiej albo Grocholi, ale nie Arturo ;))) Pomimo wszystkich tych wstawek diabelnych... Polecam "Szachownicę flamandzką", tegoż samego autora. :) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kass, kusisz! A myślałam że już bardziej nęcona przez "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" być nie mogę :) Ogromnie ta książka intryguje - opisem, ilustracjami, jakąś aurą tajemnicy - aż woła, żeby się w nią zagłębić i poznać jej sekrety. Cieszę się, że recenzja Ci się spodobała. Pozdrawiam serdecznie.

    Basiu, wydaje mi się, że moja niechęć do kryminałów w dużej mierze wynika z tego, że trafiłam do tej pory na niewłaściwe książki. Nie mam na przykład na koncie właściwie niczego z klasyki tego gatunku i utrwaliłam sobie, że jak kryminał, to zupełnie bezrefleksyjny, ot, przeczytać i zapomnieć (poruszyła niedawno ten temat na swoim blogu też Lilybeth, z tego co pamiętam). Ale masz rację, że i u Dumasa można odnaleźć "kryminalne" elementy, choć mnie akurat najbardziej u niego zachwyciła ta historyczna warstwa na granicy prawdy i fikcji. Zgadzam się też, że "Klubu Dumas" nie sposób nazwać horrorem - nie straszy, a diabły są tu niejako oswojone ;) O "Szachownicy flamandzkiej" będę pamiętać. Dziękuję i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobry kryminał nie może męczyć, więc zakładam, że po prostu na taki nie trafiłaś i stąd tak gorzkie konkluzje ;P Ale to tak na marginesie.

    "Klub Dumas" pochłonęłam nastolatką będąc i byłam rozdarta: tak dobrze się czytało, a tak niewiele wniosło to w moje życie. Dziecko lektur z przesłaniem ;) Książka na raz, raczej sensacja niż kryminał, z wabikiem bibliofilskim specjalnie dla moli książkowych. Diabelska sztuczka pisarza :)
    Ale film odradzam szczerze. Usilna próba wykreowania atmosfery grozy zakończona całkowitą porażką. Przykro patrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  7. Po obejrzeniu filmu nigdy nie sięgnęłam po tę powieść i tak już chyba zostanie. Powiem więcej. Trauma przeniosła się na wszystkie dzieła tego pisarza. Wiem, że to krzywdzące, ale niestety, tak właśnie jest.
    W moim przypadku recepta na czas czytelniczego kryzysu wywołanego natłokiem zdarzeń to książka lekka i optymistyczna. Życzę Ci, żeby wkrótce zapanował spokój sprzyjający lekturze. Serdecznie Cię pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Maiooffko, może trochę w tej mojej niechęci do kryminałów tego, o czym piszesz w odniesieniu do "Klubu Dumas" - nic w moje życie nie wnoszą i mam wrażenie, że marnuję czas. Jakkolwiek szumnie to brzmi, na ogół nie czytam książek dla samej przyjemności, a oczekuję, że czegoś się z nich nauczę. Z drugiej strony - hipokryzją byłoby twierdzić, że przyjemność przynosi mi lektura tylko wybitnych dzieł. Więc chyba rzeczywiście trafiałam do tej pory na złe książki. Marzę o kryminale, który mnie olśni złożoną intrygą, w której wszystko chodzi jak w zegarku, przyciągnie moją uwagę na tyle, że nie zapomnę o nim zaraz po odstawieniu na półkę. Pozdrawiam ciepło :)

    Lirael, widzę, że rośnie w siłę obóz przeciwników "Dziewiątych wrót" :) Chyba w takim razie muszę jednak obejrzeć, żeby się móc ustosunkować. Rozumiem Cię, też czasem przez jakąś bzdurę uprzedzam się do jakiegoś pisarza i jest to silniejsze ode mnie. A akurat do Pereza-Reverte przykonywać Cię nie będę, jako że znam tylko tę jedną książkę, a i ona moim zdaniem nie jest aż tak rewelacyjna, aby była warta przełamywania traumy.

    Też zwykle w takich niespokojnych czasach sięgam po te lżejsze książki, ale czasem na dłuższą metę mnie to denerwuje, potrzebuję dla urozmaicenia czegoś bardziej stymulującego. Teraz na przykład wzięłam się za "Zabić drozda" Harper Lee i okazało się, że był to świetny wybór, bo książka nie jest trudna w odbiorze, a wywołuje burzę myśli i emocji. Dziękuję Ci i pozdrawiam również :)

    OdpowiedzUsuń
  9. W "Klubie Dumas" podobały mi się głównie fragmenty związane z Dumas właśnie, a że film jest ich całkiem pozbawiony, to zdecydowanie mnie nie zachwycił... Zwłaszcza, że wszystko w nim pozbawione jest wszelkiej wieloznaczności.

    Perez-Reverte jest moim zdaniem bardzo nierówny, ale poza "Klubem" podobała mi się jeszcze "Szachownica" i (najbardziej) "Fechtmistrz". Z drugiej strony dla mnie te książki to zdecydowanie ani horrory ani kryminały. Raczej sensacja i miejscami thriller. Prawdziwemu kryminałowi elementy sensacyjne nie są potrzebne. No ale ja jestem fanką kryminałów bardzo klasycznych... :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czyli kolejny głos na nie dla filmu. Jako że mnie też fragmenty związane z Dumasem i "Muszkieterami" bardzo przypadły do gustu, jest duże ryzyko, że i mnie film rozczaruje... Zobaczymy.

    Co do książek Pereza-Reverte - może to i sensacja. Słabo się orientuję w gatunkach literackich wykraczających poza zwykłą powieść obyczajową :) Będę pamiętała o Twoich rekomendacjach, Ysabell. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Książka świetna. Śmiałam się na głos, gdy natknęłam się na fragment: "...gdy umierał jakiś bibliofil, w dwadzieścia cztery godziny po wyprowadzeniu trumny tymi samymi drzwiami wyprowadzano bibliotekę." Po lekturze skusiłam się na powrót do dzieciństwa i kupiłam "Hrabiego Monte Christo". Co do filmu - dołączam do tych niezadowolonych. Zaakcentowany satanizm, a w książce jednak intertekstualność i tropy literackie. Film i książka są kierowane do innych odbiorców.:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ksiazkowiec, często tak bywa, niestety, że film nie jest w stanie unieść całego bogactwa książki. Dlatego wydaje mi się, że niektóre literackie dzieła w ogóle nie powinny być ekranizowane. I tu też, jak wnioskuję, nie obyło się bez spłycenia - demoniczny motyw, bo to chwytliwe, a jakaś tam literatura niektórych by już pewnie znudziła? "Hrabia Monte Christo" akurat jeszcze przede mną, ale pewnie najpierw sięgnę po dalsze losy muszkieterów. Pozdrawiam i dziękuję za wizytę :)

    OdpowiedzUsuń
  13. str.18."...... Jak mniemam,czytał pan te książki.Oczywiście.Jak wszyscy./Chciał pan powiedzieć: jak niegdyś wszyscy....."Cudowna lektura i niezawodny Perez-Reverte.Powyższy cytat dla wymądrzajacych się komentatorów.

    OdpowiedzUsuń