sobota, 20 sierpnia 2011

W świecie bokononistycznych słodkich łgarstw - "Kocia kołyska", Kurt Vonnegut

Tak się złożyło - tak się musiało złożyć, powiedziałby Bokonon - że w ręce moje trafiła po raz pierwszy książka Vonneguta. Cieszę się z tego bardzo, ale to kolejne dzieło - coś ostatnio często się tak zdarza - na temat którego piszę trochę niepewnie. Dlaczego? O tym za chwilę.

Kocia kołyska jest to historia opowiedziana przez młodego dziennikarza, który zapragnął napisać książkę, w której zawarte byłyby wspomnienia kilkunastu osób dotyczące jednego dnia - dnia, w którym zrzucona została bomba atomowa na Hiroszimę. Szczególnie ciekaw jest, jak dzień ten wyglądał w domu głównego twórcy tej bomby, doktora Feliksa Hoenikkera, nawiązuje więc kontakt z najmłodszym synem zmarłego już naukowca, liliputem Newtem. Jakiś czas później wskutek zbiegu okoliczności - który, jak by powiedział Bokonon, zbiegiem okoliczności wcale nie był - spotyka się z Newtem w samolocie do San Lorenzo, małej wyspy-republiki, gdzie drugi syn Feliksa Hoenikkera, Frank, jest jednym z najwyższych urzędników i właśnie ma wziąć ślub z przybraną córką przywódcy republiki, "Papy" Monzano. Historia coraz bardziej się komplikuje, po to tylko, aby w końcu narrator i główny bohater, już jako uczeń Bokonona, doszedł do wniosku, że od początku nic w niej nie było przypadkowe i wszystko nieuchronnie prowadziło do takiego, a nie innego, katastroficznego końca.

A kim jest właściwie Bokonon i stworzona przez niego religia, bokononizm? Bokonon, czyli Lionel Boyd Johnson, to człowiek, który wraz z kompanem, McCabe'm, przed laty objął władzę nad San Lorenzo (co zresztą nie było trudne, bowiem wyspa była zupełnie bezużyteczna i nikt się nią nigdy nie interesował). A bokononizm powstał w sposób następujący:
Kiedy wiele lat temu Bokonon i McCabe przejęli władzę nad tym nędznym kraikiem (...) przegnali stąd księży. I wtedy Bokonon cynicznie i na wesoło wymyślił nową religię. (...) Kiedy potem stało się jasne, że żadne reformy polityczne ani ekonomiczne nie są w stanie ulżyć doli ludu, religia pozostała jedyną ostoją nadziei. Prawda była wrogiem ludu, ponieważ była zbyt okrutna, i Bokonon wziął na siebie obowiązek dostarczania ludowi coraz to piękniejszych łgarstw.
Podstawą więc bokonizmu jest - prócz powszechnej miłości i uznania za podstawową świętość człowieka - kłamstwo. Wszystkie cytaty z Księgi Bokonona, którymi sowicie okraszona jest cała opowieść, należałoby wobec tego interpretować na opak. Po pewnym czasie zaczęłam się w tym gubić - i stąd poczucie, że może coś mi umknęło, że może nie do końca to ogarnęłam i obawa, że mój opis tej książki też będzie jakiś krzywy. Prawda, fałsz, ironia, powaga, gdzie się kończy jedno a zaczyna drugie? Nie poczytuję tego jednak z całą pewnością za minus - doceniam, że autor wciągnął mnie w swoją intelektualną gierkę i zmiażdżył mnie w niej.

Sam bokononizm jest fascynujący - z tym swoim fatalizmem, przekonaniem o tym, że nic nie dzieje się przypadkiem ("nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca, udzielanymi nam przez Boga"), z jego karassami - grupami osób współpracujących ze sobą, zwykle nieświadomie, by zrealizować pewien cel wiadomy tylko Bogu, boko-maru - praktyką religijną polegającą na nawiązywaniu duchowej łączności poprzez stykanie się nagimi stopami, zah-mah-ki-bo, dufflami, stuppami i całą masą innych zjawisk o równie egzotycznych nazwach. Nie dziwię się, że jak magnes przyciągnął całą ludność wyspy, mimo surowych zakazów i gróźb powieszenia na haku (który to element zagrożenia też zresztą wprowadzony został celowo, dla urozmaicenia, przez samego Bokonona i McCabe'a).

Po raz pierwszy było mi też dane przy tej okazji zetknąć się ze specyficznym poczuciem humoru Vonneguta. Humor to raczej wisielczy, i chwilami dość absurdalny, ale jak najbardziej mi odpowiada.
Castke kiwnął głową w zadumie.
- Więc to ma być obraz powszechnego bezsensu! Zgadzam się całkowicie.
- Zgadza się pan? - spytałem. - Przed chwilą mówił pan coś o Jezusie.
- O jakim Jezusie?
- O Jezusie Chrystusie.
- A - powiedział Castle - o tym. - Wzruszył ramionami. - Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe na wypadek, gdyby miało się coś naprawdę ważnego do powiedzenia.

I na koniec jeszcze jeden cytat, taki dla wszystkich moli książkowych:
- Proszę pana, jak umiera człowiek pozbawiony pociechy literatury? - zwróciłem się do Castle'a seniora.
- Są dwie możliwości - odpowiedział. - Marskość serca albo zanik systemu nerwowego.
Więc czytajmy, czytajmy, ażeby nie nabawić marskości serca lub, nie daj Boże, zaniku systemu nerwowego. Polecam! Bardzo przyjemna - choć niekoniecznie podnosząca na duchu, raczej ucząca dystansu do życia z wszystkimi jego problemami - lektura.

***
K. Vonnegut, Kocia kołyska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971.

11 komentarzy:

  1. Kurt Vonnegut to moja wielka, literacka zaległość. Jeszcze nic nie tego Pana nie czytałam a należy, należy!
    A ostatni cytat - cudeńko! :)
    Serdeczności na resztkę weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mnie ta książka bawiła, a sama wymyślona religia fascynowała. Po pewnym jednak czasie ta zabawa stała się dla mnie trochę nużąca, może też dlatego, że wszystkie zabiegi pisarza stały się dla zbyt oczywiste, przez co frajda czytania gdzieś mi po drodze zanikła. To jednak interesujący autor, na pewno nie mój ulubiony, ale warty poznania. Podobają mi się cytaty jakie wybrałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam dawno temu, też była to moja pierwsza książka Vonneguta. Pamiętam tylko, że bardzo mi się podobało, miałam sięgnąć po inne, ale coś nie wyszło. Myślę jednak, że jak na rozpoczęcie znajomości z pisarzem, to jest to całkiem dobra pozycja - rozbudza zainteresowanie.

    OdpowiedzUsuń
  4. W liceum się zaczytywałam w Vonnegucie pasjami, ale zabij mnie, absolutnie nic nie pamiętam, z Kociej kołyski. Teraz mi przypomniałaś:)
    Mam takie wspomnienie z Kociej: pamiętam, że podczytywałam ją pod ławką na lekcji historii i musiałam chyba trafić, na jakiś przezabawny fragment (może na cytaty zamieszczone przez Ciebie?), bo nagle w ciszy rozległ się mój niepohamowany rechot. No nie dałam rady. Rzecz jasna nie uszło to uwadze nauczyciela:) Chryi jednak nie było, bo historyk ujrzawszy co mnie tak ubawiło, wykazał zrozumienie;)
    Po tej pamiętnej lekcji, już nigdy nie czytałam na lekcjach:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie to spuentowałaś (nie wiem nawet czy istnieje takie słowo). Inaczej - zakończenie Twojej recenzji jest ponadczasowe, taka "perełka", istne "cudeńko" :)

    OdpowiedzUsuń
  6. The_book, jeszcze niedawno ze mną było podobnie, też mi doskwierało to, że nic Vonneguta nie znam, a tyle o nim wszędzie... Szczęśliwie znalazł się ktoś, kto mi dwóch książek użyczył, a że nie lubię pożyczonych przetrzymywać, "Kołyskę" przeczytałam od razu :) Tak to jest, jeśli zapoznanie się z jakimś pisarzem pozostaje w sferze mglistych planów, to zwykle wpychają się w kolejce inne książki, te które są pod ręką - u mnie pewnie byłoby tak samo. Więc życzę Ci takich szczęśliwych przypadków jak u mnie, albo mobilizacji, by jednak mimo wszystko samemu poszukać. Również pozdrawiam serdecznie :)

    Kornwalio, u mnie frajda była właściwie przez całą lekturę taka sama, wciąż mnie czymś autor potrafił zaskoczyć, może z wyjątkiem samej końcówki, dosłownie kilku ostatnich stron, które jakoś się ciągnęły i zakończenia chyba do końca nie zrozumiałam. Moim ulubionym autorem Vonnegut pewnie też nie zostanie, ale przypuszczam, że awansuje do grupki tych ciekawszych, do których warto wracać. A cytaty są świetne, prawda? :)

    Lilybeth, też mi się wydaje, że "Kocia kołyska" (przy okazji - uświadomiłam sobie właśnie, że nie wspomniałam słowem, skąd się wziął ten tytuł, a chyba powinnam) jest dobra na początek. Jest na poziomie, ciekawa, zabawna, ale nie na siłę (bo na przykład pierwszy tekst ze zbioru "Witajcie w małpiarni", który teraz czytam, uderzył mnie wręcz jakimś wymuszonym, drętwym humorem). Zostaje nam więc się cieszyć z takiego udanego startu i liczyć na pogłębienie znajomości z Vonnegutem :)

    Papryczko, pozazdrościć takiego rozumnego nauczyciela. Wiedział, co dobre! Ale po takiej wpadce - swoją drogą, musiało to naprawdę ciekawie wyglądać - pewnie też bym podchodziła już ostrożniej do czytania na lekcjach :)

    Bibliofilko, istnieje :) Bardzo Ci dziękuję za pochwałę i za wizytę, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawy pomysł na fabułę :) Już dawno, żadna z książek dodawanych na blogi tak mnie nie zainteresowała.
    Natomiast ostatni cytat to prawdziwa perełka.
    Genialne zakończenie :)
    Przy okazji obserwuję twojego bloga już od dłuższego czasu i chciałam Ci podziękować za to, że jesteś :)
    Twoje przemyślenia wciąż powiększają moją listę czytelniczą, a są to lektury wyselekcjonowane w sposób genialny :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo lubię Vonneguta, jego dystans do świata i autoironię :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Muszę powiedzieć, że mi również humor autora przypadł do gustu... :)
    Pozdrawiam
    Sol

    OdpowiedzUsuń
  10. Biedronko, bardzo się cieszę, że udało mi się Ciebie zainteresować, w końcu to jeden z głównych celów mojej pisaniny tutaj. I dziękuję za słowa uznania - czy selekcja lektur jest taka wspaniała, trudno mi ocenić, z mojej perspektywy jest dość chaotyczna :) Ale bardzo mi miło, naprawdę!

    Agnes, to prawda, ten dystans to jest coś fajnego, bo raczej rzadko spotykanego. Jeszcze trochę Vonneguta książek będę musiała pewnie przeczytać, żeby stwierdzić na pewno że go lubię, ale są raczej duże szanse, że tak stwierdzę.

    Sol, ale to tak na podstawie tych cytatów tylko, czy coś jego czytałaś już? Jeśli nie, to polecam, zakosztuj tego humoru w większych dawkach!

    OdpowiedzUsuń