wtorek, 1 listopada 2011

Szukając odpowiedzi w głębi Boskiej Flaszy – François Rabelais, „Gargantua i Pantagruel”

By pokazać, że jeszcze żyję i o blogu pamiętam – oraz jako wstęp do mojego tekstu, który ukaże się w kolejnym Archipelagu w ramach tematu przewodniego – napiszę dziś krótko o pewnym XVI-wiecznym dziele, które wstrząsnęło ówczesną Francją i do dziś budzi spore kontrowersje.

Kojarzycie przymiotnik „gargantuiczny”? Pewnie wiele osób tak, tymczasem nie wszyscy wiedzą, że pochodzi on od imienia Gargantui, olbrzyma z królewskiego rodu, powołanego do życia przez Françoisa Rabelais'go na kartach dzieła, które mam na myśli – Gargantui i Pantagruela. Od Pantagruela z kolei wziął się „pantagruelizm” – radosna i beztroska ideologia opierająca się na życzliwości, otwartości, śmiechu – „prawdziwym królestwie człowieka”, pełnej akceptacji własnej cielesności, umiłowaniu biesiady i ludzkiego towarzystwa, odrzuceniu wszelkiej hipokryzji i wysławianiu Boga (którego wspaniałym dziełem jest przecież i nasze ciało, należy więc oddać mu należną mu cześć). Kiedy kilka dni temu po raz drugi zakończyłam lekturę Gargantui i Pantagruela, zakochałam się w tych księgach na nowo i pomyślałam, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak stać się rasową pantagruelistką.

Jak się to wszystko zaczęło? Rabelais, prócz tego że był duchownym i uczonym, parał się także sztuką medyczną. Ponieważ jednak do swoich obowiązków jako lekarz podchodził bardzo beztrosko, przebywając w Lyonie stracił posadę w szpitalu i musiał szukać innych źródeł zarobku. Dostał wówczas zlecenie od pewnego księgarza, polegające na napisaniu kontynuacji uciesznej opowiastki o olbrzymie Gargantui, która robiła wtedy zawrotną furorę na rynku wydawniczym. Zlecenie przyjął, spłodził kontynuację – i dużo więcej, bo stała się ona pierwszą z pięciu ksiąg jego największego dzieła, pisanego ostatecznie w ciągu ponad dwudziestu lat i dojrzewającego wraz z autorem.

Pierwsza księga opowiada losy króla-olbrzyma Gargantui, zaś pozostałe cztery to przygody jego syna Pantagruela. Gargantuę poznajemy jako rozpuszczonego bachorka i nieuka, który jednak, wyzwolony spod szkodliwych wpływów pustogłowych nauczycieli-sorbonistów, trafiwszy w ręce odpowiedniego opiekuna, przeradza się we wzór cnoty, elokwencji i odwagi i na koniec bohatersko służy ojcu wraz ze swymi kompanami w wojnie przeciwko Lerneńczykom. Jeśli zaś chodzi o część opowieści poświęconą Pantagruelowi, dominuje w niej postać jego przyjaciela Panurga – bawidamka, chwalipięty, opoja i tchórza, który, pragnąc się dowiedzieć, czy jeśli wstąpi w związek małżeński, żona przyprawi mu rogi, wyprawia się wraz z Pantagruelem i resztą ich towarzyszy w daleką podróż do sławnej wyroczni, Boskiej Flaszy (czyli po prostu wielkiej butelki).

Rabelais nie przebiera w słowach i niejednokrotnie naraża swych czytelników na niesmak. Jego bohaterowie pierdzą, srają, szczają, i rzygają, fajdają ze strachu w pludry, nie krępują się poprosić wprost damę o mieszkanie dla ich „Kuby Skoczka” i radośnie opowiadają sobie historie o zakonnicach obracanych przez żywotnych mnichów. Do tego w wielu fragmentach można się doszukać niechęci dla kobiecego rodu, który według Rabelais'go jest niestały, kłamliwy i rozpustny. Na pewno więc nie wszystkim te księgi przypadną do gustu. Przy tym wszystkim tyle jednak w nich nieskrępowanej radości życia, tyle komizmu, choć niewybrednego i nie raz rumieniec na twarz przywołującego, tyle rozmachu, tyle barw i ciepła, i tyle cudownej lekkości pióra, że – w moim przypadku przynajmniej – ciężko było się nie uśmiechnąć. Do tego dochodzi całe to „drugie dno”, błyskotliwe aluzje do ówczesnej sytuacji w kraju i na świecie, wyczerpująco tłumaczone w przypisach przez tłumacza – niesamowitego Boya-Żeleńskiego, który po raz kolejny odwalił tutaj kawał solidnej roboty.

Ja polecam. Zwłaszcza tym, którzy spodziewają się przykurzonego i mocno przeterminowanego, ciężkostrawnego tomiszcza. Ja podeszłam do tej lektury bez uprzedzeń, bo za sprawą mistrza Hrabala, któremu wiedziałam, że mogę zaufać. Jeśli ktoś nie zawaha się zaufać mnie – to mam nadzieję, że się nie zawiedzie i zasili szeregi pantagruelistów :)

***
F. Rabelais, Gargantua i Pantagruel, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988.

***
Na koniec – trochę już późno, ale zachęcam do lektury artykułu Sol o blogowaniu i blogerach, do którego dorzuciłam swoją cegiełkę. Moim zdaniem wyszedł z tego bardzo interesujący i wyczerpująco podchodzący do tematu tekst.

9 komentarzy:

  1. Czytałam jeszcze w liceum, ale we fragmentach. I pamiętam parę scen powodujących właśnie rumieniec na twarz, ale wszystko to było wyważone, komiczne, a nie tak wyuzdanie, czego dziś jest za dużo. Pozdrawiam. I świetny artykuł o blogerach

    OdpowiedzUsuń
  2. Ogromnie doceniam Twój stosunek do literatury i dobór nietuzinkowych lektur, które zwykle zapisuję sobie gdzieś na marginesie, by móc odkryć je i poznać na własnej skórze. Ufam Twojemu gustowi i póki co nie zawiodłam się, tak więc i w tym przypadku decyduję się na skorzystanie z zaproszenia do lektury. Lubię książki stanowcze i mocne- takie bardzo na tak, lub zdecydowanie na nie. Pośrednie uczucia nie wchodzą w grę, muszę być pewna, a odnoszę wrażenie, że ta lektura zagwarantuje mi konkretne emocje.

    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  3. Bibliofilko,
    No tak, słyszałam, że niektórzy przerabiają fragmenty "Gargantui i Pantagruela" w szkole, szczęśliwcy! Co do wyważenia - niektóre opisy są naprawdę mocne, ale rzeczywiście nie budzą, a przynajmniej u mnie nie budziły, takiego niesmaku jak te żałosne erotyczne wstawki pisarzy współczesnych. Rabelais o wszystkim pisze tak pięknie i barwnie, że aż się chce czytać. Pozdrawiam również, a za pochwałę artykułu dziękuję w imieniu Sol :)

    Kasiu,
    Cieszy mnie Twoje zaufanie :) "Gargantua i Pantagruel" faktycznie zdecydowanie należą do tej kategorii książek, które się kocha albo nienawidzi, na pewno Cię ta lektura nie pozostawi obojętną. Mam nadzieję, że emocje, które wzbudzi, to będą te skrajnie pozytywne - coby Twoja ufność nie została zachwiana :) Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ufam twojemu gustowi literackiemu, ufam tłumaczeniom Boya-Żeleńskiego, no i oczywiście twojej recenzji, która przechyliła szalę decydującą o sięgnięciu po tę książkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja się przyznam, że jeszcze nie czytałam. Wstyd się przyznać. Czas to nadrobić ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam takie radosne, nieskrępowane opowieści. Toż to czysta przyjemność czytać o uwielbieniu dla człowieka i jego słabości, chwaleniu prostoty życia i codziennych rozkoszy. Muszę sięgnąć, bo znam jedynie we fragmentach.
    A jeśli o mocne sceny, to jak są dobrze napisane - bronią się same. A erotyzm u wielu współczesnych to całkowita klapa.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Biedronko,
    O tak, tłumaczeniom Boya zdecydowanie można zaufać! Francuskiego niestety nie znam na tyle dobrze żeby czytać czy to Rabelais'go czy innych tłumaczonych przez niego pisarzy w oryginale, ale jestem przekonana, że jego tłumaczenie uroniło tak niewiele z wersji pierwotnej, jak tylko to było możliwe. A czyta się go doskonale! Co do recenzji i mojego gustu - bardzo mi to pochlebia, dziękuję :)

    Sol,
    Myślę, że nie taki wstyd, z moich obserwacji wynika że nie jest to jakaś szalenie znana i powszechnie czytana pozycja, ja sama zresztą nie miałabym pojęcia o jej istnieniu, gdyby nie Hrabal. Ale jeśli to zawstydzenie ma zadziałać na Ciebie mobilizująco i przyczynić się do zapoznania się z tą pierwszorzędną lekturą, to jak najbardziej, wstydź się ;)

    sQrko,
    W rakim razie podzielasz moje uwielbienie :) Dla mnie taki zastrzyk zachwytu nad prostymi urokami życia jest o tyle zbawienny, że na ogół straszny ze mnie smętek i maruda. Co do mocnych scen - dokładnie, dokładnie! Myślę więc, że całościowa lektura "Gargantui i Pantagruela" nie będzie dla Ciebie rozczarowaniem. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Hmmm...Takie umiłowanie życia a kobiet nie doceniają (Gargantua, Pantagruel, mnisi żywotni i inni właściciele Jakubów Skoczków. ;)

    Deklaruję, że czekam na Twój archipelagowy tekst, by dalej zgłębiać pantagruelizm.
    I cieszę się, że tak dobrze się czyta: lekko, ale i rzeczowo.

    Fascynacji Rabelaisem nigdy nie przeżyłam a doświadczenie poznania dzieła jego życia mam zapośredniczone. Więcej o nim niż jego samego czytałam. teraz też się zapożyczam, bo przyjmuję za wiarygodne to, co mówisz. Ale skoro danie pysznie podane, to i nie grzech smakować.
    Pozdrawiam!
    ren

    OdpowiedzUsuń
  9. Tamaryszku,
    No właśnie, dziwnie u nich z tym umiłowaniem życia, niby ród niewieści doceniają ale bardzo jednowymiarowo :) U mnie z Rabelais'm było odwrotnie - nie słyszałam o nim praktycznie nic, zanim sięgnęłam po tę książkę, gdyby nie wspomnienia Hrabala to pewnie nadal bym żyła w nieświadomości. Mimo wszystko zachęcam do bardziej bezpośredniego zaznajamania się z tym dziełem :) A póki co z radością wejdę w rolę kusicielki, podsuwającej na zachętę smaczniejsze kąski, oby umiejętnie i skutecznie!

    OdpowiedzUsuń