sobota, 11 lutego 2012

Majtki na głowie Hitlera, czyli niebo według Vonneguta – „Recydywista”, Kurt Vonnegut

Po moim kolejnym spotkaniu z Kurtem Vonnegutem mam pewien niedosyt. Po głowie tłucze mi się myśl – nie mam pojęcia, na ile sensowna – że w pełni zrozumieć niektóre jego książki może tylko rodowity Amerykanin. Nie pierwsze to bowiem jego dzieło, które czytam, którego jednym z bohaterów jest cały kraj, cała amerykańska społeczność, jej przywary i słabości, które autor wyśmiewa. Śmiałam się razem z nim, owszem, ale miejscami do końca nie byłam pewna, z czego się śmiejemy.

Tytułowy recydywista, a zarazem i narrator całej opowieści, to Walter Starbuck (właściwie – Stankiewicz, pochodzenie ma bowiem polsko-litewskie), człowiek posiadający nie więcej zdecydowania i zapału co wyżęta szmata. Za młodu miał to szczęście, że jako bystry synek szofera i sprzątaczki trafił pod opiekuńcze skrzydła bogatego protektora, Alexandra McCone'a, i posłany został na Harvard. Czy jednak na pewno można to nazwać szczęściem? Natychmiast potem zajął posadę rządową i stał się szaraczkiem w biurze prezydenta, jednym z nic nie znaczących trybików polityczno-biurokratycznej machiny. Wśród kolejnych jego przygód wymienić należy romans z komunizmem, skompromitowanie (zupełnie niechcący!) jednego z pracujących dla rządu kolegów i ściągnięcie przez to na siebie piętna oszczercy i donosiciela, a także nienawiść własnego syna, wreszcie – wplątanie się w aferę Watergate i długi pobyt w więzieniu.

Perypetie Starbucka śledzi się z mieszaniną współczucia, irytacji i odrazy. O ile na ogół nie rażą mnie takie bezosobowe, słabe jednostki w roli literackich bohaterów, o tyle Walter był na tyle pozbawiony kręgosłupa i w niezrozumiały sposób pasywny, że miało się ochotę nim potrząsnąć. Dajmy na to – historia z komunizmem. Pod koniec studiów zaczyna współpracować z socjalizującym pisemkiem studenckim, chodzi na wiece, gdzie ściskając za rękę rozgorączkowaną Mary Kathleen z zadumą przysłuchuje się słowom wielkich komunistycznych działaczy. Oczywiście naraża się w ten sposób swojemu protektorowi i ostatecznie zostaje pozbawiony pomocy bogatego opiekuna. Wydawałoby się więc, że naprawdę wierzy w komunistyczne ideały, pragnie się sam im przysłużyć, tymczasem gdy Mary Kathleen szepcze mu do ucha, że będzie kiedyś taki sam jak Whistler, zbawiciel klasy robotniczej i płomienny mówca, Walter odpowiada jej obłudnie, że będzie się starał, tymczasem w myślach komentuje to słowami, że ani myśli się starać. Podobnie beznamiętnie konstatuje fakt, że w rzeczywistości jego osoba i jego praca na nic nie jest rządowi potrzebna, o czym zresztą dobitnie świadczy umieszczenie jego biura w ciasnej klitce gdzieś w podziemiach. Sytuacji nie poprawiają kompleksy bohatera – niski wzrost, bycie mniej utalentowanym i zaradnym od własnej żony, a nawet życie przez pewien czas na jej garnuszku... Klasyczny nieudacznik, nie tylko pozbawiony szczęścia i sprzyjających okazji by piąć się po życiowej drabince, ale i pozbawiony motywacji by te okazje stwarzać lub ich szukać.

Rozpiętość tematyczna w Recydywiście jest jednak jak zwykle u Vonneguta ogromna, nie skupiamy się tu jedynie na losach Stankiewicza-Starbucka, ale i na szeregu problemów dotyczących Ameryki połowy XX wieku, które naświetlone zostają „przy okazji” tych losów. Kwestia imigrantów i ich zawiedzionych nadziei czy wielkie korporacje i mali robotnicy w starciu z systemem to tylko niektóre z nich, przy czym komunistycznym zapałom poświęcono tu chyba najwięcej uwagi. W końcu osią całej powieści, punktami wyjścia są masakra w Cuyahoga – będąca mozaiką różnych autentycznych wydarzeń demonstracja robotników przeciwko bezwzględnemu zarządowi towarzystwa Mostów i Żelaza Cuyahoga – oraz historyczny proces Sacco i Vanzettiego, dwóch włoskich imigrantów, skazanych na karę śmierci za morderstwo, którego im nigdy nie udowodniono (udowodniono za to, że brali udział w anarchistycznych demonstracjach, i to wystarczyło). I tutaj, mam wrażenie, Vonnegut jest o wiele bardziej komunizujący niż na przykład w Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater.

Pomijając jednak całą tę warstwę polityczną, historyczną, ideologiczną, nie mogę nie zwrócić uwagę na te tradycyjne przebłyski niepowtarzalnego vonnegutowskiego humoru, na te ironiczne opowiastki stanowiące rodzynki w cieście tej powieści (choć porównanie może trochę nietrafione, bo ja akurat za rodzynkami w cieście nie przepadam). Jak na przykład – opowiadanie Kilgore'a Trouta z Einsteinem trafiającym do nieba, i jak demaskującym niedoskonałość obowiązującego tam systemu, oraz z Bogiem w roli gniewnego dyktatora zamykającego mu usta groźbą odebrania ukochanych skrzypiec. Albo, jeszcze ze wstępu – o podjętej przez Vonneguta próbie napisania opowiadania, w którym – podobny motyw – trafia do nieba, gdzie każdy nowo przybyły może sobie wybrać dowolny wiek, i, sam ustaliwszy swój wiek na lat około czterdzieści, musi się użerać z własnym ojcem, który jako dziewięcioletni brzdąc lata za nim z kartkami pokrytymi dziecięcymi malowidłami. Tutaj też – lokalna łobuzeria ściągająca majtki ojcu bohatera i wrzucająca je do otchłani piekielnej, gdzie raz po raz drapują się na głowie udręczonego mękami Hitlera. Palce lizać!

Choć więc mam wrażenie, że raczej prześlizgnęłam się po powierzchni, czytając tę książkę, nie wspominam jej źle. A na pewno mogę polecić tym, którzy trochę bardziej znają amerykańskie realia. I lubią vonnegutowskie poczucie humoru, oczywiście.

***
K. Vonnegut, Recydywista, wyd. Czytelnik, Warszawa 1990.

6 komentarzy:

  1. Ale chyba nie skończysz z Vonnegutem? To prawda, też mam czasami przy różnych powieściach takie wrażenie ślizgania się po wierzchu - ale nie uważam, by to było złe. To po prostu jeszcze jeden sposób odbioru książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, skończyć z Vonnegutem nie zamierzam, zwłaszcza że mam do dyspozycji pewne źródło książek jego autorstwa - mogę pożyczać do woli :) Tyle, że pewnie teraz chwilę od niego odpocznę, bo jednak nie sprawdzają się u mnie takie ciągi - pochłanianie wielu książek tego samego autora pod rząd. Potrzebuję urozmaicenia. Może masz rację, że takie ślizganie się to też jakiś sposób czytania, zwłaszcza że niekiedy, mam wrażenie, przebicie się głębiej jest prawie niemożliwe, ale dla mnie ten sposób jest mało satysfakcjonujący - brak mi tej radości dotarcia do sedna i pogrążenia się w nim, włamania się do tej skrzyni skarbów, jaką zdaje się być każda książka, i sycenia nimi zmysłów :) A tak - tylko smutne stuku-puku do środka, pozostające bez odpowiedzi.

      Usuń
    2. Też tak miałam - to rozczarowanie, że nie umiem głębiej, wnikliwiej spojrzeć, że coś mi umyka. Aż w końcu zdałam sobie sprawę, że to mnie frustruje i że sama siebie nie przeskoczę.
      To nie znaczy,że odpuszczam, to znaczy tylko, że gdy się ślizgam, to świadomie.
      Ech, nie wiem, czy nie zamotałam za bardzo :)

      Usuń
    3. Nie zamotałaś :) Po namyśle przyznaję Ci rację - jeśli już mielibyśmy się tym niezrozumieniem zadręczać, lepiej się jednak z tym pogodzić i wyciągnąć z książki tyle, ile jesteśmy w stanie. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. "Recydywista" to pierwszy mój kontakt z literaturą Kurta Vonneguta, jr. I przyznam szczerze, zakochałem się w tej zjadliwej i gorzkiej satyrze na bogatych i harvardzkich Amerykanów. Kilka dobrych spostrzeżeń, a przede wszystkim, świetne teksty i riposty. "Recydywista" ustawił poprzeczkę wysoko i niektórym innym dziełom stwórcy Kilgore'a Trouta trudno tej poprzeczki dosięgnąć. Zgodzę się jedynie co do tego, że końcówka może rozczarować. Pozdrawiam!
    Krzysiek
    (bardzopowaznie.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba pora na powrót do Vonneguta, bo czytając swoje notki o jego książkach mam wrażenie, jakby to było ze sto lat temu... A smakował mi, bawił mnie jego humor! Może przyszedł wreszcie czas na „Rzeźnię numer pięć”? Polecasz?
      Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

      Usuń