niedziela, 19 lutego 2012

W żółtej przyczepie z olbrzymem i niemową – „City”, Alessandro Baricco

O książkach, które robią na nas kolosalne wrażenie, pisze się i łatwo, i ciężko zarazem. Łatwo – bo zwykle takie dzieła same prowadzą pióro po papierze (tudzież: palce po klawiaturze), wciąż każą o sobie myśleć i o sobie mówić, a możliwości interpretacyjne mnożą się jak króliki. Trudno – bo pozostając pod wpływem tej magii chcielibyśmy odmalować ją, roniąc jak najmniej i jak najmniej ją zniekształcając.

Te obawy i nadzieje w przypadku City są jak najbardziej na miejscu, bowiem jest to z całą pewnością jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam. Skończyłam – i nie daje mi spokoju, od kilku dni zbieram myśli i porządkuję wrażenia, a one zdają się rozłazić na wszystkie strony niczym niesforne żyjątka. Weźcie więc pod uwagę, że to, co teraz o tej powieści napiszę, to tylko próba, bo całości, tej żywej, nieposkromionej całości, nie sposób ogarnąć

Co ma w życiu największe znaczenie, czy można dostrzec niedostrzegalne, jak dotknąć materii, która tym z nas twardo stojącym na ziemi nieustannie się wymyka? Czy zbliżyć się do prawdy możemy tylko poprzez ucieczkę w świat fantazji, i czy ofiarą, jaką ponosi się za dostąpienie tego zaszczytu, jest etykietka stukniętego? Takie pytania zdaje się stawiać autor, a odpowiedzi udzielają nam młodociany geniusz Gould, nadzieja światowej nauki, jego przyjaciółka i guwernantka Shatzy Shell (nic wspólnego z tym od benzyny), której największym marzeniem jest nakręcenie westernu – scenariusz wciąż dopracowuje – oraz grupka uczelnianych profesorów Goulda (w których przypadku co prawda odpowiedzi te są mocno teoretyczne – wiedzą, ale nie potrafią tej wiedzy wykorzystać).

Dramat Goulda polega na tym, że wszyscy dostrzegają w nim wielki mózg, nikt zaś nie widzi człowieka. Rektor uczelni, z którą jest związany, wygłasza płomienne mowy, w których porównuje małego geniusza do bili mknącej ku łuzie zwanej Nagrodą Nobla, koledzy ze studiów oczywiście traktują go jak wybryk natury, i choć chłopiec niczego innego tak nie pragnie, jak pozostać dzieckiem, którym przecież w rzeczywistości jest, wtłoczony zostaje w formę dorosłego, do której nie pasuje i w której czuje się źle. Bardzo trafnie podsumował tę sytuację jeden z jego profesorów, Mondrian Kilroy, porównując talent do toru bowlingowego wybudowanego w samym środku domu – można oczywiście całe życie poświęcić bowlingowi i zostać w nim mistrzem świata, lecz nic już nie zmieni faktu, że dom został częściowo wyburzony, a huk z toru bowlingowego będzie nam już nieustannie towarzyszył. Wielu dorosłych nie jest w stanie tego znieść, a co dopiero dziecko?

Na domiar złego w rodzinie chłopiec też nie może szukać oparcia – matka przed laty popadła w obłęd i trafiła do szpitala psychiatrycznego, zaś ojciec, dla którego Gould zdaje się być kimś w rodzaju tajemniczego, budzącego strach demona, połowicznie zostawił go na pastwę losu – zaoferował pomoc finansową, lecz zdecydował, że będą mieszkać osobno. Osamotniony i, wbrew pozorom, bardzo zagubiony chłopiec spędza więc czas głównie w towarzystwie dwóch wymyślonych przyjaciół – Diesla, olbrzyma cierpiącego ponieważ chciałby podróżować, lecz nie mieści się w żadnym środku lokomocji, oraz Poomeranga, niemowy prowadzącego na własną rękę kampanię przeciwko nadużywaniu bankomatów (polegającą na naklejaniu świeżo przeżutej gumy do żucia na klawiaturze do wstukiwania kodu, dokładnie na cyfrze 5). Jedyną osobą z krwi i kości, którą Gould może nazywać przyjacielem, jest profesor Taltomar, były sędzia piłkarski, z którym nie rozmawia jednak prawie w ogóle – spędzają czas w milczeniu obserwując mecze.
[Profesor Taltomar] miał kilka wątpliwych pewników, streszczających się w zdaniu, którym zamykał wszelką dyskusję: „odbicie ręką w polu jest zawsze zamierzone, spalony nie podlega nigdy wątpliwości, wszystkie kobiety to dziwki”. Twierdził, że wszechświat jest „meczem bez sędziego”, ale na swój sposób wierzył w Boga: „jest sędzią bocznym i zmyśla wszystkie spalone”. (...) Gould przypisywał mu, słusznie, absolutną znajomość regulaminu i szukał u niego tego, czego nie potrafił znaleźć u akademickich znakomitości trenujących go do Nagrody Nobla: pewności, że ład jest własnością nieskończoności.
I w tym momencie w życiu Goulda pojawia się Shatzy Shell. Poznają się przypadkiem – kiedy wydawnictwo CRB, wydające cyklicznie przygody niewidomego superbohatera Ballona Maca, staje przed wyborem, czy uśmiercić czy nie matkę głównego bohatera, Mami Jane, postanawia zorganizować referendum wśród czytelników. Shatzy zostaje zatrudniona jako jedna z ankieterek, Gould zaś dodzwania się do niej, aby zapowiedzieć, że jego dwaj przyjaciele, Diesel i Poomerang, będą lada chwila w biurze i uduszą wszystkie ankieterki sznurami od telefonów, ponieważ obydwaj bardzo lubią Mami Jane. Można śmiało powiedzieć, że spotkanie Shatzy i Goulda to prawdziwy cud, bowiem od pierwszej niemal chwili zaczynają rozmawiać ze sobą swoim szyfrem stukniętych, w ten niesamowity sposób, właściwy tylko tym nielicznym osobnikom oderwanym od rzeczywistości jak oni. Zaprzyjaźniają się, i wkrótce Shatzy wprowadza się do Goulda jako jego guwernantka (zastępując w ten sposób poprzednią guwernantkę, niemowę Lucy – wymyśloną, podobnie jak Diesel i Poomerang).
Ojciec Goulda był przekonany, że Gould ma guwernantkę i że nazywa się ona Lucy. Co piątek, kwadrans po siódmej, dzwonił, żeby dowiedzieć się, czy wszystko jest okay. Wtedy Gould oddawał słuchawkę Poomerangowi. Poomerang naśladował doskonale głos Lucy.
– Ale czy Poomerang nie jest przypadkiem niemową?
– Właśnie. Także Lucy jest niemową.
– Masz guwernantkę, która jest niemową?
– Niezupełnie. Ojciec myśli, że mam guwernantkę, płaci jej co miesiąc przekazem pocztowym, a ja mu powiedziałem, że jest bardzo dobra, tylko niemowa.
– A on, aby się dowiedzieć, jak ona sobie radzi, d z w o n i  d o  n i e j?
– Tak.
Shatzy nie tylko nie podważa realności wymyślonych przyjaciół Goulda. Podejmuje grę do tego stopnia, że kiedy przychodzi jej do głowy pomysł, żeby kupić przyczepę i wyruszyć nią w podróż, wpada w euforię, bo uświadamia sobie, że to idealne rozwiązanie dla Diesla – w przyczepie wreszcie nie będzie miał problemu ze swoimi gabarytami! Może zresztą liczyć u Goulda na wzajemność; dla mnie osobiście cudownym kosmosem było śledzenie ich rozmów. Shatzy plecie jakieś totalne wariactwa na temat niezwykłości przyczep, które wszyscy wyprzedzają i traktują z wyższością, ale jednocześnie podziwiają, jakby kryły głęboko w sobie jakiś skarb, i to trochę tak jak z jedzeniem ostryg – ona sama, Shatzy, bardzo chciałaby je jeść i przyjemność sprawia jej patrzenie na ludzi jedzących ostrygi, ale nie może, bo kojarzą jej się z katarem, a Gould siedzi naprzeciw niej i tylko przytakuje, i widzę go jak z tą dziecięcą powagą na twarzy mówi: „Tak tak, rozumiem”, bez mrugnięcia okiem, bez cienia ironicznego uśmiechu, po prostu totalne zjednoczenie i zrozumienie dwóch całkowicie odstających od reszty ludzkiej populacji dusz.
Okładka anglojęzycznego wydania City (BUR, 2006)
I wkrótce staje się jasne, że Shatzy i Gould są wybrańcami. A więc – to nie iloraz inteligencji jest tym, co przede wszystkim wyróżnia tego chłopca spośród jego rówieśników. Ci dwoje jako jedyni zdają sobie sprawę, czego dotyczą wykłady profesora Martensa o złamanym obcasie będącym wrotami do innego świata, profesora Kilroya o Nenufarach Moneta i niemożności pojęcia ich geniuszu przez zwykłego śmiertelnika, profesora Bandiniego o człowieku pozostającym stale na werandzie swojego życia. A to dlatego, że jako jedyni TO posiedli. Nie są nieuczciwymi intelektualistami ze szkicu profesora Kilroya, którzy formułują idee i tworzą z nich bronie, ale mają dostęp bezpośrednio do tych idei, w ich pierwotnym kształcie, dostęp do objawień!

(Warto zauważyć, że, zgodnie z tym, co wyraził profesor Kilroy opowiadając o schorowanej kobiecie, której jako jedynej udało się naprawdę zobaczyć Nenufary, kluczem do tego świata prawdziwych doznań jest cierpienie. W przypadku Goulda te objawienia są nieodłącznie związane z jego samotnością, Shatzy zaś również nie sprawia wrażenia szczególnie szczęśliwej – bez rodziny, tułająca się z miejsca na miejsce, co noc z innym mężczyzną, z którego łóżka wymyka się w popłochu nad ranem niczym włamywacz).

Prócz nich przewija się w tle jeszcze jedna osoba, która posiadła tę wiedzę tajemną – matka Goulda. To w jej towarzystwie chłopiec spędzał najwięcej czasu, zanim zachorowała, to z nią dzielił swój fascynujący świat, swoje sekrety i własne sprawy, kobieta jednak nie uniosła ciężaru tego daru – doprowadził ją do szaleństwa. To dlatego, kiedy po długim czasie od zachorowania jej mąż pyta ją, czy chciałaby zobaczyć Goulda, ona odpowiada, że nie – chłopiec bowiem przypomina jej to wszystko, co doprowadziło ją do jej opłakanego stanu.

Gould stoi na krawędzi. Z jednej strony ma swój świat fantazji, który jest, paradoksalnie, światem prawdziwym, z drugiej – świat akademicki ze wszystkimi zaszczytami i przywilejami, czyli to wszystko, do czego był wychowywany, co zarazem stanowi jednak wielkie oszustwo. W momencie, kiedy Gould dostaje lukratywną propozycję objęcia katedry w Coverney, zostaje zmuszony do dokonania wyboru. Zdaje sobie sprawę, w którym kierunku powinien pójść, ale ma wciąż w pamięci historię matki, świat fantazji i żółtej przyczepy ma w sobie coś z obłędu który przejmuje go śmiertelnym strachem, i całkiem poważnie zastanawia się, czy nie schronić się w ciepłym bagnie zakłamania, czy nie wybrać opcji podlejszej, ale bezpieczniejszej, a więc tego, o czym profesor Kilroy mówi „tak jest obrzydliwie słusznie, tak jest po prostu po ludzku”.

Tym, którzy dobrnęli aż do tego momentu postu, a książki nie czytali i nie życzą sobie ewentualnych spoilerów, proponuję ominąć kolejne dwa akapity. Muszę, po prostu muszę bowiem napisać o zakończeniu!

W poszukiwaniu odpowiedzi Gould wędruje w okolice szkoły Renemport i tam, na przyszkolnym boisku, dostrzega samotnego czarnego chłopca rzucającego piłkę do kosza – i zawsze trafiającego. Kim jest ten chłopiec dla Goulda? Odebranym dzieciństwem, uosobieniem pewności (bo „dzieci lubią, jak coś jest pewne”), tym, czym była dla niego niegdyś kojąca obecność profesora Taltomara, i Gould prosi go w myślach „Dziecko, mój bracie, (…) naucz mnie twojego spokoju i twojego pewnego ruchu ręki odnajdującego siatkę, oddech po drugiej stronie wszelkiego lęku”. W końcu, kiedy po kilku dniach przychodzi tam, do szkoły Renemport, po raz drugi, piłka, którą bawią się dzieci, wypada poza siatkę i toczy się w jego stronę. Przypomina sobie, że kiedy razem z Taltomarem oglądali mecze, nigdy w takich sytuacjach nie podawali piłki, i co odpowiadał mu Taltomar, kiedy mały pytał, dlaczego tak jest – „Albo patrzysz, albo grasz”. I podejmuje decyzję – wchodzi do gry. Bierze piłkę do ręki, podrzuca i wykopuje.

Co jednak oznacza wejście do gry? Z początku sądziłam, że skoro do tej pory, brodząc w swoim świecie fantazji, był tym patrzącym, to podjęcie gry oznacza pierwszy pewny krok postawiony na ziemi, a więc – jednak akademicka przyziemność. Nic jednak bardziej mylnego. Gould wchodzi do gry, to znaczy – nie obawiając się już obłędu pogrąża się w swoim własnym świecie, ucieka, zabierając ze sobą Diesla i Poomeranga – i kończy jako czyściciel toalet. Czyż jednak można było nadać tej powieści bardziej znamienne zakończenie? Przecież właśnie siedząc na sedesie wymyślał kolejne epizody historii o bokserze Larrym „Lawyerze” Gormanie (o której to historii, opowiadanej równolegle z głównym wątkiem oraz z westernem Shatzy, jeszcze nie wspominałam – ale jak monstrualne rozmiary musiałby przyjąć ten post, gdybym i o tym napisała szerzej!). Końcówka jest więc niczym innym, jak wielkim triumfem fantazji i dziecka mieszkającego w stojącym już na progu dorosłości ciele Goulda. Wedle słów Shatzy: „Teraz, kiedy jest już dorosły, może wreszcie być dzieckiem, przez resztę życia”.
Na czym polega fenomen tej książki? Na tym, że jest tak niesamowicie lekka i zabawna i równocześnie tak głęboka. Wciąż zaskakuje mnie jakimiś nowymi obserwacjami, powiązaniami, wciąż rozplątuję zagmatwaną sieć znaczeń, jaką tworzy, i będę rozplątywać pewnie jeszcze długo. Ale to absolutnie nieporównywalna z niczym przyjemność! Shatzy pisała o bolesnym zachwycie, jaki wywołała u niej wizyta w Salonie Idealnego Domu, opisywana jako najszczęśliwsze przeżycie z dzieciństwa. Dla mnie natomiast taką wizytą w Salonie Idealnego Domu było City. Prawdziwa perełka.

***
A. Baricco, City, wyd. Czytelnik, Warszawa 2000.

22 komentarze:

  1. Polecam "Jedwab" tego autora. Historia jakich mało. Myślę, że również Cię zachwyci.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, natknęłam się w sieci na kilka tekstów na temat "Jedwabiu", szukając czegoś o "City". Na pewno sięgnę prędzej czy później, bo po takim debiucie na mojej czytelniczej arenie Baricco ma jak w banku, że będę polowała na wszystkie jego książki w ciemno :) Dzięki za rekomendację, i też pozdrawiam.

      Usuń
  2. Nigdy nie słyszałam o tej książce.
    Co prawda, starałam się nie czytać całej Twojej recenzji, ponieważ nie lubię za dużo wiedzieć o samej fabule, jednak to, co wyłuskałam, czyli bohaterów oderwanych od rzeczywistości i uczelniane środowisko już przykuły moja uwagę. Gdzieś tam z tyłu czaszki zakoduję sobie ten tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwi mnie, że o niej wcześniej nie słyszałaś, bo jakoś mało się o niej mówi, nad czym ubolewam; ja też bym nie miała pojęcia o jej istnieniu, gdyby mi jej Chihiro nie podsunęła. A co do mojego postu - chyba słusznie że nie czytałaś całości, to raczej zapis wrażeń i obserwacji, więc przypuszczam że jego całościowa lektura już po przeczytaniu książki byłaby bardziej na miejscu. Gdybym napisała standardową, lekką i zwięzłą recenzyjkę, może więcej osób by się zainteresowało, ale byłoby to trudne, ta książka po prostu prosi, żeby się w nią wgryzać i drążyć :) Przeczytaj Kornwalio jak tylko będziesz miała okazję, myślę, że Tobie pogrzebanie w niej też mogłoby sprawić dużo radości!

      Usuń
  3. Boziu, ależ Ty to umiesz opisać! Jestem pod wrażeniem, książkę czytałam, ale potrafiłam wydusić z siebie tylko kilka słów na jej temat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to mnie zaskoczyłaś, myślałam że to ogólna właściwość tej książki, że wywołuje taką gonitwę myśli :) Może byłam akurat wyjątkowo podatna? Dzięki w każdym razie za uznanie :)

      Usuń
  4. Pięknie napisałaś o tej książce. Czytałam kilka lat temu i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Dobrze przemyślana, barwni bohaterowie i fabuła, zakończenie - jedno z lepszych, jakie spotkałam w książce. Palce lizać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aniu, cieszę się że podzielasz mój podziw, bohaterowie są rzeczywiście fantastyczni (i ci prawdziwi, i ci wymyśleni :) jak się tak nad tym teraz zastanawiam, to właściwie wszystkie postaci są trochę jakby powstały w pokręconym umyśle Goulda, ci profesorowie z ich niesamowitymi wykładami - przecież ten prof. Martensa o złamanym obcasie to był wykład z mechaniki kwantowej! miałam akurat przyjemność uczestniczyć w kilku wykładach z mechaniki kwantowej - i te wyglądały trochę inaczej ;P) i wszystko w tej książce chodzi jak w szwajcarskim zegarku, wszystko na właściwym miejscu, wciąż się temu nie mogę nadziwić! Oby jak najwięcej takich.

      Usuń
    2. Dobrze napisałaś - jak w zegarku;) To był znakomity wątek w książce.
      Nie za bardzo rozumiem, dlaczego Jedwab, a nie City jest najczęściej czytaną/wymienianą książką Baricco.

      Usuń
    3. O popatrz, to mi się udało, a zupełnie nieświadomie :) Rzeczywiście, porównanie do zegarka bardzo na miejscu.
      Czyli jeśli chodzi o "Jedwab", to w porównaniu z "City" szału nie będzie? Też w takim razie jestem ciekawa, czemu "City" jest tak zepchnięte na margines uwagi. Ale zastanowię się raz jeszcze, jak już przeczytam "Jedwab" :)

      Usuń
  5. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tak Ci się ta powieść podobała! Ja byłam zachwycona, ale nie polecałam jej wszystkim, zdaję sobie sprawę, że są osoby, którym może nie przypaść do gustu. Mnie zaskoczyło w sobie to, że czytałam o boksie i westernie z wypiekami na twarzy, a zwyczajnie te tematy mnie nie interesują. Baricco tutaj wzniósł się na wyżyny, szczególnie, że na ogół pisze o wiele cieńsze książki, w zupełnie innym stylu. Przeczytałam kilka jego książek i choć wszystkie były bardzo dobre, to pozostawał pewien niedosyt, za cieniutkie, za krótkie były. Ta jest w sam raz. No i opowieść taka, że nie można przejść obok niej obojętnie...
    Wspaniale o niej napisałaś, jestem pełna podziwu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie cieszysz się tak bardzo jak ja się cieszę, że ją przeczytałam :) Jestem Twoją dłużniczką! Masz rację z tym westernem i boksem, u mnie było dokładnie tak samo - zupełnie nie moja bajka, ale kolejne epizody tego westernu Shatzy i relacje z walk Larry'ego Gormana czytałam z zapartym tchem! Trzeba mieć talent, żeby tak czytelnika zaczarować. Ja wcześniej nie czytałam nic Baricco, ale teraz na pewno się resztą jego książek zainteresuję - zwłaszcza że ten tekst Malwiny Janas o "Novecento" był też mocno zachęcający. Dziękuję za wyrazy uznania i pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Bardzo, bardzo, bardzo ciekawy temat. Jak trafię na książkę, na pewno przeczytam.
    Pozdrawiam
    Sol/Monique

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem na ile ogólnie łatwo na nią teraz trafić, ale ja dorwałam bez większych problemów w bibliotece :) Cieszę się, że zachęciłam, bo książka na pewno na to zasługuje. Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Naiu, z wielkim żalem ominęłam ostatnie akapity Twojego wpisu, ale szybko zdecydowałam, że muszę przeczytać tę książkę. Jest w niej wszystko, co mnie pociąga i fascynuje w literaturze.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to koniecznie sQrko musisz ją rychło przeczytać, by zaspokoić ciekawość :) A i ja z kolei chętnie poczytam o Twoich wrażeniach i obserwacjach!

      Usuń
  8. Och tak, ja trafiłem na "City" przez bratnią blogerkę (Paren) i zakochałem się w tej książce kompletnie. Coś tam o niej napisałem na blogu, ale w porównaniu z Twoim tekstem - dość nieskładnie i ogólnie. Ale podobnie zrobiła na mnie kolosalne wrażenie i podobnie głowiłem się długo, jak je przekazać... Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój tekst za to jest bardziej recenzją niż mój i to duży plus, bo na pewno bardziej zachęca do sięgnięcia po tę książkę. Mój jest raczej dla tych, którzy już sięgnęli i chcieliby się pobawić interpretacjami. Nie taki był mój zamiar, chciałam spłodzić klasyczną recenzję, ale nie mogłam się powstrzymać żeby nie zacząć drążyć; to jak gdybym dostała na obiad wspaniałą pieczeń i miała rozpisywać się o jej wyglądzie i zapachu, nie biorąc jej do ust :) Z drugiej strony to drążenie jest nieco bezsensowne, bo i tak nie da się ogarnąć całości, podjąć wszystkie wątki, zinterpretować każdy szczegół. Trzeba by drugą książkę napisać, dorównującą samemu "Ci ty" objętością, albo i obszerniejszą. I to się nazywa prawdziwa literatura! Gratuluję Ci tej recenzji i dziękuję za nią jako sprzymierzeńcowi w misji "pokazać światu, że Baricco jest wielki". Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Naiu, dziekuje za ta recenzje :) Baricco przeczytalam 3 pozycje Jedwab, Bez krwi i Novecento z ktorych : Jedwab powalil mnie na kolana, Bez krwi dobilo a dzieki Novecento obejrzalam jeden z najlepszych filmow - 1900:Czlowieka legende. Czytajac rozne recenzje City oddalalam sie od tej pozycji...po przeczytaniu recenzji Twojego autorstwa zdecydowalam sie zabrac ksiazke ze soba do szpitala...i byl to jeden z najprzyjemniej spedzonych dni i ciekawa w sny noc ;) - dlatego jeszcze raz wielkie dzieki za swietna recenzje :))) ktora sprawila ze przeczytalam ksiazke, ktora pozwolila mi calkowicie zapomniec o tym gdzie jestem :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, strasznie się cieszę! To by była dopiero plama, gdyby Ci się jednak nie spodobało :) Ale że "City" potrafi tak oderwać od rzeczywistości, w to nie wątpię. Ja na pewno jeszcze chętnie wrócę do tego pokręconego świata. A póki co widzę że muszę koniecznie dorwać gdzieś "Jedwab", przeczytać "Noveccento" (akurat mam na własność) i obejrzeć ten osławiony film.

      Sny? Mówisz, że udało Ci się we śnie dostać gdzieś między Goulda a Shatzy, Diesla a Poomeranga? Jak było? :)

      Usuń
    2. :))) nie, az tak dobrych prochow mi nie dali ;)) ale jechalam żółtą, czyściutka przyczepą z bardzo odlotowym, kobiecym towarzystwem na walkę bokserską wiec jak widzisz skorzystalam ze scenografi a nie z głebiny znaczeń ... lecz nadal byla to podróż fascynująca :)

      Usuń