wtorek, 13 marca 2012

Niebo fantazji pełne świetlików – „Kraina traw”, Mitch Cullin

Małe dziewczynki chodzą do szkoły, bawią się z koleżankami, są rozpieszczane przez tatusia i karmione całymi dniami matczyną troską i smakołykami. Jeliza-Rose jednak, bohaterka Krainy traw, drastycznie od tego modelu odbiega (i to nie tylko ze względu na nietypowe imię). Do szkoły nie chodzi, bo jej ojciec nie wierzy w publiczną edukację; jedynym źródłem wiedzy o świecie jest dla niej telewizja i ukradzione z biblioteki książki. Tatuś jest lejącym w siebie hektolitry whisky i ćpającym na potęgę muzykiem rockowym, zaś mamusia – spędzającą całe dnie w łóżku i bluzgającą przekleństwami narkomanką. Zamiast koleżanek Jeliza-Rose ma zaś cztery główki uszkodzonych lalek Barbie, które nadziewa na palce i z którymi toczy nieustanne dysputy.

Skrzydła fantazji rozwija jednak tak naprawdę dopiero po przyjeździe do What Rocks, położonego na wsi domu należącego niegdyś do jej babci. Ojciec zabiera ją tam, w popłochu zostawiając ciepłe jeszcze zwłoki żony zmarłej wskutek przedawkowania metadonu, obawiając się oskarżenia o zabójstwo. I natychmiast po przyjeździe zapada w narkotykowy trans (tak to przynajmniej z początku wygląda), zostawiając córkę samą sobie. Tam, w Krainie traw, w wyśnionej Jutlandii, na skraju świata, pośród oceanów, w towarzystwie świetlików i swych plastikowych przyjaciółek, kłótliwych i zazdrosnych niczym prawdziwi ludzie, dziewczynka sama, bez nauczyciela i świadomości tego, co jest dobre a co złe, uczy się życia.

Co mnie przede wszystkim w tej lekturze zaszokowało, to stoicyzm małej bohaterki. Zdaje się, że nic na świecie nie jest w stanie jej poruszyć – ponurą codzienność upstrzoną petami i zużytymi strzykawkami przyjmuje jakby było to coś najnormalniejszego w świecie (skąd zresztą ma wiedzieć że tak nie jest, skoro żyje jak ptak w zamknięciu?), śmierć matki ją cieszy, nagły wyjazd budzi dreszczyk podniecenia, brak wsparcia ojca już na miejscu – tylko odrobinę martwi, i nawet kiedy już jest świadoma, że jej rodziciel tym razem nie wybudzi się z narkotykowego amoku, szybko daje się uspokoić za pomocą medalionów wołowych i soku jabłkowego i niemal z ciekawością przygląda się zabiegom dokonywanym na martwym ciele taty. Mocno natomiast potrafią nią wstrząsnąć wytwory jej własnej fantazji; nie przeraża jej gnijący trup tuż pod jej nosem, za to sika w majtki na samą myśl o nachodzącym ją Człowieku z Bagien – zakonserwowanych przez błoto zwłokach sprzed kilku setek lat, które kiedyś na obrazku pokazał jej ojciec.

Porażający jest tu kontrast dzieciństwa z jego ponurym tłem. Czytając o zabawach i iluzjach Jelizy-Rose uświadamiałam sobie raz po raz, że barki, na które spadł cały ten ciężar, to szczuplutkie ramionka dziecka, i nawet mimo że bohaterka zachowuje się, jak gdyby nic takiego się nie działo, to jednak jest w istocie ogromnie osamotnioną, spragnioną ciepła i troski, instynktownie stęsknioną za tym sielskim obrazkiem z początku mojego posta istotą. Słabą – mimo że znieczuloną fantazjami, jej narkotykiem.
Wyobraziłam sobie, że odpowiada:
– Nie płacz, wszystko jest w porządku.
Ale nie było w porządku, więc mu to powiedziałam:
– Jest okropnie!
Skuliłam się na podłodze, oddychając głęboko.
– Już dobrze – odpowiedziałam za niego. – Jesteś bezpieczna.
Wyobraziłam sobie, jak gładzi mnie uspokajająco po szyi.

W Krainie traw tak naprawdę nie pojawia się ani jeden normalny człowiek. Cullinowi udało się stworzyć prawdziwe zbiorowisko wykrzywionych indywiduów – poczynając od rodziców Jelizy-Rose – degeneratów, poprzez mieszkającą w pobliżu What Rocks Dell opętaną obsesją zatrzymywania życia dzięki odpowiedniemu preparowaniu zwłok, i jej upośledzonego, tak jak Jeliza-Rose żyjącego fantazjami brata Dickensa, aż po pojawiającą się już tylko we wspomnieniach babcię dziewczynki, zasadniczą i dobrotliwą staruszkę, po godzinach molestującą małych chłopców. Najbardziej jednak czarno-białą postacią wydaje mi się ojciec – bez wątpienia kochający córkę i nie chcący jej krzywdy, zarazem jednak nieodpowiedzialny, niezdolny poradzić sobie z własnym życiem, a co dopiero z czyimś jeszcze. Duże dziecko, złamane w dodatku przez narkotyki. W gruncie rzeczy nie wiem, czy nie był on jednostką jeszcze słabszą i bardziej zagubioną niż Jeliza-Rose.

Na koniec dodam, że powieść ta jest świetnie napisana. Mimo tych przebłysków trzeźwego myślenia, o których wspominałam, dałam się uwieść hipnotyzującemu spokojowi Jelizy-Rose i bez problemu zobaczyłam wszystko jej oczami. Zresztą te przebłyski też były potrzebne, bo momenty, w których spotykały się one z tym dziecięcym stoicyzmem, były najmocniejsze. Jak obuchem w łeb. Na przykład wtedy, kiedy dziewczynka stwierdzała, że tatuś zsiniał, brzuch nadął mu się jak balon i bezustannie puszcza bąki, aż trzeba wietrzyć cały dom. Krótka chwila, kiedy dałam się jej zwieść – a potem nagły ciężar świadomości. Uwielbiam, kiedy książka w ten sposób wręcz odbiera mi na chwilę dech.

Mało z czym więc da się porównać tę psychodeliczną, słodko-gorzką, poruszającą wszystkie struny strachu, od niepokoju po przerażenie, ale zarazem tak dziecięco niewinną i barwną podróż po Krainie traw. Martwi mnie tylko, że tak ciężko tę książkę w tym momencie dostać – nakład wyczerpany, pojedyncze egzemplarze zapodziewają się gdzieś w zakurzonych czeluściach bibliotek, na allegro pojawia się sporadycznie... Ograniczony dostęp do fascynującej lektury – przykra sprawa.

A! I jeszcze jedno – polecam również film Terry'ego Gilliama na podstawie tej książki. Uważam, że bardzo dobrze oddał klimat literackiego pierwowzoru.
 
Jodelle Ferland jako Jeliza-Rose w Krainie traw (reż. Terry Gilliam)

***
M. Cullin, Kraina traw, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2006.

13 komentarzy:

  1. Film był prześwietny! Nawet nie wiedziałam, że to ekranizacja powieści, na pewno ją znajdę! Zwłaszcza, że książki zawsze dodają dodatkowych smaczków, wchodzą do wnętrza bohaterów i to pozwala poznać historię od podszewki.

    Ps. naia, proszę, zlikwiduj weryfikację obrazkową. To, co blogger wymyślił jest koszmarne, lewo da się odczytać :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie przeczytaj, bo faktycznie książka mimo wszystko pozwala bardziej wniknąć w historię. No i opisy, sposób opowiadania Cullina jest niesamowity! Do tego w filmie jednak niektóre wątki, głównie te z odcieniem erotycznym, zostały mocno złagodzone.

      Weryfikacja obrazkowa już zlikwidowana :) Nawet sobie nie zdawałam sprawy, że mam ją u siebie ustawioną, dzięki za zwrócenie uwagi, bo faktycznie straszna zmora.

      Usuń
  2. Witam, od pewnego czasu poluję na tę książkę..przeszukałam wszystkie księgranie i antykwariaty w mieście i wiele w internecie, niestety bezskutecznie...nie wiem dlaczego ta książka jest tak trudno dostępna...W związku z powyższym zwracam się z prośbą - jeżeli wie Pani gdzie mogłabym ją kupić bądź wymienić na inną pozycję, bardzo proszę o informację...Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Znalazłam książkę w formie ebooka na chomikuj i właśnie sobie ją ściągnęłam, bo już pierwszy akapit mnie zainteresował.Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję za info...właśnie sobie zciągnęłam i nie mogę się już doczekać lektury...Pozdrawiam:))

      Usuń
    2. No właśnie, ja też ją czytałam w formie elektronicznej, raz mignęła mi na allegro ale błyskawicznie została przez kogoś kupiona. Zdaje się, że zdobycie jej w formie papierowej w tym momencie graniczy z cudem. Dzięki Bibliofilko za wskazanie Pani Anonimowej możliwości jej zdobycia, a Tobie życzę przyjemnej lektury - nie wątpię, że taka będzie :)

      Usuń
  4. Naio, widzę, że nie ustajesz w badaniu dziecięcej percepcji.;)
    Interesujące. Widziałam Gilliama (niestety, nie w porę, bo nie zdobył mego serca - ale urokliwy). Ta opcja, że żaden dorosły nie jest normalny doprowadzić może do szału. Nie ma co zgadywać, ale czuję, że książka byłaby mi bliższa niż film.
    Ciekawe, że nie pamiętam zupełnie babci, która po godzinach molestowała małych chłopców. Bombowe określenie.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, nie ustaję, naprawdę uwielbiam takie książki! A z racji tego tekstu do Archipelagu zostałam dodatkowo zmotywowana do poszukiwania i zgłębiania tego typu lektur, sama radość :)

      Szkoda, że Cię filmowa wersja nie do końca oczarowała, ale też mi się wydaje, że książka mogłaby Ci się bardziej spodobać. Racja, że brak normalnych dorosłych, "dorosłych dorosłych" drażni - dziecko to dziecko, ale choć jeden trzeźwo myślący który by robił za wzór by się w tym cyrku przydał :) Babcia natomiast mogła Ci umknąć, bo i w książce i w filmie jest to ledwie ledwie poruszone, w jednej tylko scenie. Choć mnie to akurat zapadło w pamięć, bo jakoś w filmie, w przeciwieństwie do książki, dość wyraźnie zasugerowane jest, że to przez te zabawy staruszki Dickens psychicznie się uwstecznił i skończył jako upośledzone wieczne dziecko.

      Usuń
  5. Naio, czy mogłabyś polecić podobne do "Krainy traw" książki. Jestem na półmetku czytania, a już zaczyna mi doskwierać myśl, że lektura zaraz się skończy..a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia:)..dlatego będę wdzięczna za polecenie kilku ciekawych pozycji:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko mi cokolwiek zaproponować, bo "Kraina traw" to dosyć unikatowe doświadczenie czytelnicze... Mroczny klimat i dziecięce fantazje dominują też np. w "Małej Ikar" H. Oyeyemi, o której już u siebie pisałam. Podobnie - "Emma i ja" o której pisałam całkiem niedawno, ale to polecam mniej już entuzjastycznie. Osamotnione, karmiące się fantazjami dziecko to też "City" Barrico. Świeżość dziecięcego spojrzenia - "Dumny Bądźżeś" I. Douskovej i słynne "Zabić drozda". W zasadzie nie wiem, w jaki sposób podobne do "Krainy traw" książki Ci się marzą - czy chodzi o styl, czy o tematykę, czy o klimat?

      Usuń
    2. Dziękuję:)...przyznam, że pobuszowałam wczoraj po blogu i skrzętnie przeanalizowałam Twoje recenzje...najbardziej zaintrygowała mnie, jak na razie, książka Alessandra Baricco "City", do tego stopnia,że już ją sobie zakupiłam, a teraz czekam cierpliwie na przesyłkę:) Przed wcozraj skończyłam "Krainę traw", pochłonęłam ją jednym tchem, a następnie obejrzałam film, który oczywiście nie oddaje w pełni klimatu zawartego w książce, ale myślę że może stanowić swego rodzaju dopełnienie umożliwaiające konfrontację własnych, subiektywnych doznań z wizją reżysera. Mam nadzieję, że natknę się jeszcze kiedyś na taką magiczną książkę:)

      Usuń
  6. Dobrze wiedzieć, że książka, którą posiadam jest tak unikatowa. Może uda mi się ją dobrze sprzedać...;) Jednak moje przywiązanie do niej podbiłoby cenę na tyle, że zapewne nikt nie chciałby jej kupić;)
    Wspaniała recenzja. Muszę się zapoznać z resztą twojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się Twojemu przywiązaniu :) Też bym jej nie chciała wypuścić z rąk, gdyby już się w nich znalazła! Dzięki za pochlebną opinię o recenzji i serdecznie zapraszam do lektury innych notek, mam nadzieję że znajdziesz jeszcze coś dla siebie. Pozdrawiam!

      Usuń