wtorek, 1 maja 2012

Kojący wpływ babskich pogaduszek - „Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem”

Jest taka książka Eliasa Canettiego nosząca tytuł Auto da fé. Jej główny bohater to typ, który nie lubi rozmawiać. Wymieniane z innymi komunikaty słowne ogranicza do niezbędnego minimum, za to pała namiętną miłością do słowa pisanego i całą energię i uwagę poświęca książkom, stawiając je w osobistej hierarchii wyżej niż ludzi. 

Przypuszczam, że niewielu jest takich, których przekonywać trzeba o absurdzie takiego podejścia do życia. Cenić książki – piękna rzecz, ale w końcu i każdy człowiek to istna skarbnica, a jak inaczej wydobyć jego bogactwa niż poprzez rozmowę? Wiedzą to doskonale panie, które w odpowiedzi na zaproszenie Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk podjęły dyskusję na podstawie której powstała książka, o której dziś u mnie mowa. By wyrazić swą opinię na aktualne w dzisiejszych czasach tematy, czasem wylać swe żale, wyrazić wątpliwości, poszukać dobrej rady, ale przede wszystkim – dla zwykłej przyjemności rozmowy, wymiany myśli i odczuć. W duchu poszanowania drugiego człowieka i zaciekawienia jego losem, już na wstępie wszystkie bowiem stwierdzają zgodnym chórem, że lubią ludzi. 

Wydaje mi się, że jestem odrobinę nietypową czytelniczką tej pozycji. Po pierwsze dlatego, że twórczości pani Gutowskiej-Adamczyk nie znam zupełnie, a o tę książkę-rozmowę poprosiłam głównie ze względu na mamę, której bardzo podobała się Cukiernia pod Amorem. Po drugie – bo jestem na tyle młoda, że spora część omawianych tu kwestii jeszcze mnie nie dotyczy. Dyskusje o pracy, rodzinie, dzieciach to raczej zapowiedź tego, co mnie w przyszłości czeka, i zamiast szukać w nich potwierdzenia lub zaprzeczenia własnych doświadczeń śledziłam je z zaciekawieniem nowicjuszki w temacie. 

Co dostrzegłam z mojego punktu obserwacyjnego? Straszne rzeczy! Podli pracodawcy, leniwi mężowie, niewdzięczne dzieci, życie stanowiące rozpaczliwe lawirowanie pomiędzy pracą zarobkową, obowiązkami domowymi i swoimi pasjami, między oczekiwaniami i potrzebami innych a własnymi, rozjaśniane od czasu do czasu małymi codziennymi radościami. I szczerze mówiąc jestem trochę przerażona. Czy to nasze polskie malkontenctwo zrobiło swoje, naznaczając wypowiedzi rozmówczyń (o czym zresztą też same wspominają; „Czy jesteśmy narodem marud?” – pyta Małgorzata Gutowska-Adamczyk) i odrobinę przejaskrawiając stan rzeczy, czy rzeczywiście jest tak niewesoło? Kolejna sprawa to towarzyszące mi niekiedy podczas lektury wrażenie, że jestem częstowana truizmami. I zastanawiam się, czy to mój optymizm wynikający z braku doświadczenia, czy naprawdę kochać, marzyć, pracować nad sobą (itd., te wszystkie brzmiące raczej dość poradnikowo – choć autorki od poradników stanowczo się odżegnują – frazesy) nie jest sprawą tak oczywistą.

Nie jest to jednak na pewno podlana lukrem sterta banałów, jakiej się nieco obawiałam jeszcze przed lekturą. Po momentach odrobinę wydumanych i ogólnikowych z przyjemnością wgryzałam się we fragmenty, w których autorki mówiły o sobie, dzieliły się własnymi doświadczeniami, zdradzały swoje historie. Gdy tylko otworzyłam książkę zostałam z miejsca oczarowana wypowiedzią Marty Orzeszyny o wspomnieniach, które tworzą ludzie, a nie miejsca, o zbieraniu truskawek z dziadkiem i robieniu makaronu z babcią. Uderzyło to w moje absolutnie najczulsze struny. Myślę, że to właśnie jedna z rzeczy, które nadają naszym poczynaniom sens i dają siłę, by iść dalej, te „dni słoneczne” jak z tytułu Hrabala, chwile z przeszłości, w których na pozór nie było nic niezwykłego, ot, skrawek codzienności, ale mimo to zostają w pamięci i chce się do nich wracać. (I jeśli to są właśnie te małe radości, które wynagradzają nam codzienny trud, to może jednak da się to jakoś znieść?). Słodycz tych osobistych kawałków miała w sobie coś z klimatu powieści Fannie Flagg – niby nic odkrywczego i wybitnego, niby żaden Dostojewski czy Kafka, ale za to zostawia po sobie jakieś ciepło w sercu, przywraca wiarę w to że świat jest jednak fajny a ludzie – dobrzy. Na wskroś babskie, ale dzięki temu przyjemnie kojące. 

I jeszcze jedna wspaniała właściwość tej książki – sprawia, że samemu ma się ochotę rozmawiać i wymieniać doświadczenia. Ja sama jestem niestety osobą bardzo nieśmiałą i zamkniętą, ale tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak ważna jest rozmowa; uwielbiam, wprost uwielbiam dyskusje do późna w nocy z Moim o wszystkim i o niczym, wspominać, przywoływać historyjki ze swojego życia, zastanawiać się „co by było gdyby” i zaglądać w przyszłość (choć prawdę mówiąc zwykle odbywa się to tak, że ja paplam, a on przysypia ;)). Ta lektura natomiast wszystkie te odczucia intensyfikuje; podczas niej non stop porównywałam się z rozmówczyniami, identyfikowałam się z nimi lub przeciwnie i sama miałam ochotę włączyć się do dyskusji. 

W dobie smsów i komunikatorów internetowych ta właściwość jest niesamowicie w cenie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że i ta książka nie powstała jako bezpośredni zapis dyskusji „na żywo”, że to raczej zlepek z osobna spisanych wypowiedzi, a więc w całą tę „rozmowę” też zamieszany jest komputer i internet. Ale chodzi o ideę. Stwierdziłam wcześniej, że na pewno niewielu jest takich, którym profesor Kien Canettiego ze swoją awersją do konwersacji nie wydaje się groteskowy, ale czy na pewno wszyscy w prawidłowy sposób pojmujemy rozmowę? Ta prawdziwa jest szczera, z głębi serca i najlepiej twarzą w twarz. I tej nic nie zastąpi. Obyśmy tej świadomości nigdy nie utracili, omamieni technologią i przytłoczeni zbyt szybkim tempem życia. 

A dla tej części blogowego świata, która jeszcze nie jest tego świadoma – jedną z rozmówczyń jest tu Kasia z Notatek coolturalnych. Myślę, że to dodatkowa zachęta, by przeczytać. :)

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu PWN.

***
M. Gutowska-Adamczyk, Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem, wyd. PWN, Warszawa 2012.

9 komentarzy:

  1. naia - dzięki za wnikliwą recenzję i spostrzeżenia. Ja też miałam opory, czy to, o czym rozmawiamy nie jest jednym wielkim truizmem, ale życie jest właśnie zbiorem truizmów, które na początku drogi drażnią, a w połowie dochodzimy do wniosku, że są wartością najwyższą, że wszystko to jest proste jak drut i koła nie wymyślisz, jedynie trzeba sobie wiele rzeczy powtarzać i uświadamiać wciąż na nowo, bo w pędzie łatwo zapomnieć o tym, co najważniejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdza się więc moja teoria o braku doświadczenia. Że z początku, w teorii, wszystko wydaje się banalne, ale kiedy przychodzi czas stosowania tego w praktyce, bywa różnie. W zasadzie mogłam się tego spodziewać, bo pierwsze małe kubły zimnej wody na głowę od rzeczywistości już dostałam, choćby jeśli o związki chodzi... Sielanek nie ma, nic nie toczy się siłą rozpędu, wszystko wymaga ogromnego wysiłku. Dziękuję w takim razie za to światełko ostrzegawcze przed zbyt lekkim i bagatelizującym podejściem do rzeczy najważniejszych. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Zaintrygował mnie ten Canetti na początku Twojej recenzji, bo nie tak dawno miałem "Auto da fé" w rękach.
    Zgadzam się z Tobą - książka, mimo wielu swoich zalet, nie wytrzymuje jednak "konkurencji" z żywym człowiekiem.
    Dlatego pewnie tak zainteresowały Cię te rozmowy, które mówią o życiu prawdziwym, nie książkowym (choć te światy książkowe też przecież bywają piękne i mają swój nieodparty urok.)

    Pozdrawiam,
    S.

    PS. Znaczące, że prezentując się w swoim profilu, pierwszym słowem, jakiego użyłaś, było "inżynier". Też tak miałem, czasami, jako "inżynier" właśnie, musiałem się tłumaczyć ze swoich humnanistycznych ciągotek, a właściwie pasji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak to "Auto da fé", podobało się? Ja jestem właśnie w trakcie lektury i jest świetne, żałuję tylko, że tak mało mam wolnego czasu i idzie mi to w ślimaczym tempie.

      Masz rację, że ta książka kusi trochę swoją "nie-książkowością" - jest po prostu życiowa, a od światów literackich też trzeba czasem odetchnąć. Powrócić do rzeczywistości, żeby się nie pogrążyć zupełnie i nie skończyć jak nieszczęsna madame Bovary czy podobna osobistość :)

      A co do tłumaczenia się jako inżynier z literackich ciągot - doskonale Cię rozumiem! Niejeden nie może się nadziwić, na co mi właściwie te książki (a najbardziej to chyba mój rodziciel). Wśród moich znajomych - też inżynierów sporo jest czytających, ale aż tak, żeby z tego zrobić pasję, to już nie :)

      Pozdrawiam również i dziękuję za wizytę!

      Usuń
  3. Jak na "nietypową czytelniczkę" bardzo wnikliwa recenzja. :)
    Myślę, że książka ta jest jak życie, pełna sprzeczności. Wszystkie panie ogólnie rzecz biorąc kochają ludzi, ale jak dochodzi do szczegółów, to nawet najbliższym mają sporo do zarzucenia. Samo życie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z "nietypowego" punktu widzenia też nieraz ciekawe rzeczy można dostrzec, a ja lubię zgłębiać temat :)

      Pewnie masz rację, w końcu każda z rozmówczyń jest tylko człowiekiem, i to ta - raz jeszcze - "życiowość", o której wspomniał Logos Amicus, która jest siłą tej książki. Nie papierowi bohaterowie, którym łatwo jest wsadzić w usta wyłącznie słowa zachwytu nad światem i ludźmi, ale postaci z krwi i kości, zmagające się nieraz z problemami i przyznające się do tego.

      Usuń
    2. Nietypowy punkt widzenia, to świetny punkt obserwacyjny ;)

      Usuń