Zmysłowość i intelekt, życie i sztuka, natura i cywilizacja – zderzenie światów w „Kochanku lady Chatterley” Davida Herberta Lawrence'a

W dalszej części tekstu mogą się
pojawić spoilery.
Lady Konstancja Chatterley jest damą z
wyższych sfer, poślubioną sparaliżowanemu od pasa w dół wskutek
zranienia na wojnie Cliffordowi. Zdając sobie sprawę, że nie jest
w stanie zaspokoić erotycznie swojej małżonki, Clifford przekonuje
ją, by wzięła sobie kochanka; podobnie zresztą sugerują jej
niemal wszystkie zaprzyjaźnione kobiety. Z początku Konstancja
ignoruje te „dobre rady”, kiedy jednak pewnego razu dostrzega w
lesie półnagiego, obmywającego się gajowego Parkina, budzi się w
niej tęsknota za pięknym męskim ciałem i seksualnym spełnieniem.
Nie kończy się na bezmyślnym
zaspokajaniu swych chuci. Sceny zbliżeń podkreślają związek
bohaterów z naturą i gloryfikują erotyzm, nadając mu wręcz
pierwiastek boski. Tak jak Hrabal pisał o wchodzeniu w „zwieńczone młodą sośniną i dębiną wspaniałe łono”, tak u Lawrence'a
sześćdziesiąt lat wcześniej młoda kobieta przyrównuje swe ciało
do lasu, do którego wtargnęło ożywcze tchnienie pochodzące od
kochanka. W postaci Parkina surowość i nieokrzesanie łączy się
ze szlachetną namiętnością i wrażliwością, „kruchą i piękną
jak rozkwitły krokus”. I w końcu Konstancją wstrząsają
gwałtowne narodziny pożądania i kobiecości, „jak trzęsienie
ziemi lub wylew lawy”. Jej ekstaza przypomina przeżycia religijne
– mówi sama o sobie „jestem jak ta niewiasta, która dotknęła
Jezusa”.
Jednocześnie miłość do Parkina
otwiera lady Chatterley oczy na nędzę jej obecnego życia –
dostrzega bezduszność, tyranię i chciwość Clifforda oraz bezsens
i śmieszność jego poszukiwań prawdziwego życia w książkach i
dziełach sztuki. Uświadamia sobie, że za bogatą fasadą jej
wielkopańskiego życia kryje się pustka.
Czy można jednak ot tak dokonać w
swoim życiu rewolucji? Do związku Konstancji i Parkina wkrada się
proza życia, zdają sobie sprawę z dzielącej ich przepaści
klasowej, lady Chatterley obawia się trochę robotniczego żywiołu
który rozszalał się już w bolszewickiej Rosji, Parkin zaś jest
solidarny wobec swojej klasy i nie chce utracić swej godności,
dając z siebie zrobić dżentelmena i żyjąc za pieniądze
ukochanej. Przez długi czas żadne z nich nie widzi możliwości
wspólnego życia. Poszukiwanie jednak sposobu na pogodzenie tych
dwóch żywiołów jest poszukiwaniem sposobu na pogodzenie umysłu i
ciała, intelektu i zmysłowości, które według nauk religii i
filozofii zawsze będą stać względem siebie w opozycji, według
Lawrence'a zaś można – i nawet trzeba – doprowadzić do ich
współfunkcjonowania w harmonii.
Wszyscy bohaterowie są dynamiczni i
nieco nieprzewidywalni. Najbardziej zaś zmienna i złożona jest
lady Chatterley – w końcu kobieta :) – w jednej chwili skromna,
oddana i gotowa do poświęceń, w drugiej – kapryśna, samolubna,
wyniosła, skora do gniewu i niezależna, jak gdyby bezustannie
ścierały się w niej dwie osobowości.
Przemianie ulega także Clifford, w
jego przypadku trudno jednak stwierdzić czy jest to rzeczywista
metamorfoza czy tylko skutek coraz surowszego jego postrzegania przez
zakochaną w innym mężczyźnie Konstancję. Ciekawa jest kwestia
jego kalectwa – sądzę, że ma pewien wymiar symboliczny, jak
gdyby, mimo intelektu i błyskotliwości, Clifford był nie tylko
uszkodzony fizycznie ale i skarłowaciały jako człowiek. Jego
niezdolność do fizycznej miłości koreluje z niezdolnością do
prawdziwego odczuwania, bo w końcu wszystko tu sprowadza się do
seksu. Seks jest esencją życia, źródłem wszystkiego co dobre i
jasne, wszystkiego tego czego Clifford jest pozbawiony przez swe
wychowanie i mentalność, przez to że jest „nieodrodnym
dzieckiem swojej klasy”. Konstancję pod koniec trzyma przy nim już
tylko współczucie, resztki sentymentu i obawa, że nie poradzi
sobie po zejściu z piedestału, ale wszystkie wydarzenia opisane w
książce od momentu pierwszego zbliżenia z Parkinem okazują się
procesem dojrzewania lady Chatterley do opuszczenia jej złotej
klatki.
Inna sprawa, czy po tym wyzwoleniu
czeka ją rzeczywiście spełnienie, czy raczej poczucie wyobcowania
i dalsze problemy i zgrzyty w starciu z indywidualistą Parkinem i
jego komunistycznymi zapędami, a także z samą sobą, z
wielkopańską stroną swojej natury. Tego jednak nam autor
oszczędza. Z jednej strony dobrze – bo czy moglibyśmy wyobrazić
sobie piękniejsze zakończenie tej historii? – a z drugiej –
trochę nam w ten sposób zamydlił oczy i mam wrażenie, że samego
siebie oszukał.
Zdecydowanie warto jednak zapoznać się
z jego ideami i zasmakować jego prozy, momentami niezwykle
plastycznej i kunsztownej, w której – mimo tego niedopracowania
całej powieści – ja dostrzegam przebłyski prawdziwego geniuszu.
![]() |
Joely Richardson i Sean Bean jako lady Chatterley i Oliver Parkin w filmie Kochanek lady Chatterley (reż. Ken Russel) |
***
D.H. Lawrence, Kochanek lady Chatterley, Alma-Press, Warszawa 1987.
W swoim czasie ta książka była dla mnie odkryciem. Przy drugim czytaniu spodobała mi się mniej, ale sądzę, że warto się z nią zapoznać. Wersja filmowa z Seanem Beanem i Joely Richardson bardzo mi się podobała. :)
OdpowiedzUsuńJa jeszcze nie widziałam żadnej ekranizacji, ale para Bean-Richardson prezentuje się, przynajmniej na fotosach, zdecydowanie apetyczniej niż ta dwójka z nowszej wersji z 2006 r. Aktor grający w niej Parkina tak mnie odrzuca, że obawiam się że nie strawię scen erotycznych z nim w roli głównej. Ten starszy film chętnie obejrzę :)
UsuńHa, ha! Parkin, który "odrzuca" to nie może być. Musi być namagnesowany, inaczej fiasko.
OdpowiedzUsuńAle co do Lawrance`a: chciał przedobrzyć i zepsuł. Odkrycia lady Chatterley to jedno (cenne), wykastrowanie jej męża z emocji i głębszych uczuć to drugie. Wystarczyłoby, że jest fizycznie niezdolny do erotycznych spełnień. Po co jeszcze (albo w dodatku wkrada się teza, że to pakiet) paraliż emocjonalny i duchowy?
Naia, inspirujesz mnie tym szperaniem w klasyce. ja póki co robię to samo, oglądając stare filmy. Pozdrawiam! :)
Myślisz, że przedobrzył? Ja właśnie odniosłam wrażenie, że ładnie to ze sobą koreluje wszystko - ponieważ podstawą jest witalność i pożądanie, to pozbawiony tego Clifford i z emocji jest wyprany, nie do końca ludzki. Brzmi okrutnie, ale potraktowałam tę postać raczej jako rodzaj figury, mniej zważając na jej autentyczność. Może to faktycznie trochę jednak przesada.
UsuńCieszy mnie to Tamaryszku ogromnie, że Cię inspiruję :) Jak na Ciebie, to może i na innych moje buszowanie tak działa, oby! A do starych filmów mnie z kolei ciągnie okropnie, ale ja i ze starymi i z nowymi jestem daleko w tyle, bo czasu ciągle brakuje, a jak chwilka się znajdzie to jednak książka wygrywa. Trzymaj się cieplutko i miłego oglądania :)