sobota, 22 września 2012

Baśniowa słodycz pomarańczy vs. gorycz umierania – „Dziewczyna z pomarańczami”, Jostein Gaarder

Woman with Oranges
Dziewczyna z Pomarańczami to historia w historii. Opowiada bowiem o piętnastoletnim Georgu, który jako małe dziecko stracił ojca, po latach jednak otrzymuje napisany do niego przez zmarłego rodziciela list. Wraz z Georgiem poznajemy treść tej długiej epistoły, której centralnym wątkiem jest opowieść o tytułowej Dziewczynie z Pomarańczami.

Pod względem fabuły to nic specjalnego, a książka napisana jest językiem prostym i intuicyjnym, bez ozdobników stylistycznych i narracyjnych sztuczek, jak na powieść dla młodzieży przystało. Myślę, że młodzież, z właściwą okresowi dojrzewania egzaltacją, nie będzie miała również nic przeciwko odrobinę zbyt patetycznym i moralizatorskim kawałkom. Ale to wszystko szczegóły, z którymi chciałam się rozprawić przed właściwą częścią mojego tekstu, zanim napiszę o tym, co moim zdaniem tę książkę wyróżnia.

Przede wszystkim – Jan Olav, ojciec Georga. Główny bohater, który we właściwej akcji książki w ogóle się nie pojawia, ale za pośrednictwem jego długiego listu poznajemy go lepiej niż którąkolwiek inną postać. I zarazem wszystkie inne postaci wypadają przy nim bardzo blado i jednowymiarowo.

Niemal od pierwszych słów jego listu zauważa się, że spogląda on na świat w niesamowity sposób. Wszystko zdaje się być dla niego baśnią, do każdego, choćby najbardziej błahego wydarzenia w swoim życiu dopisuje niesamowitą historię, i nie inaczej jest z pierwszymi spotkaniami z Dziewczyną z Pomarańczami. Spotyka w tramwaju panienkę z torbą pełną pomarańczy, niezgrabnie ratując ją przed upadkiem rozrywa torbę i doprowadza do rozsypania się owoców, a dziewczyna ucieka, biorąc ze sobą tylko jeden z nich. Ot, mało znaczący epizod, ale Jan Olav natychmiast buduje wokół niego jakąś mitologię, z mozolnie kolekcjonowanych strzępków wiedzy o tajemniczej nieznajomej tworzy bajkę o przysłanej z innego świata wróżce, bogini, nimfie. Pisze w głowie setki scenariuszy na raz. Na żyznej glebie jego wyobraźni, z nasion kilku przypadkowych spotkań, wyrastają tysiące barwnych wariantów.

Jest to o tyle ciekawe, że Jan Olav to równocześnie człowiek nauki, z wykształcenia lekarz, z zamiłowania astronom, w przerwach swej opowieści pytający ciekawie, choć już tylko retorycznie, o losy teleskopu Hubble'a. Krytykuje jednak ostro czysto naukowe podejście do świata i zabrania takiego również swemu synowi, każe mu spojrzeć na wszystko jak na mały cud, stawiając maestrię z jaką powołane zostało do życia małe ciałko trzmiela ponad porażającym ogromem galaktyk. Jak u zarania dziejów, gdy jeszcze Ziemia znajdowała się w centrum wszechświata, gdy ludzkie ciało nie było zlepkiem organów lecz zachwycającym i tajemniczym mechanizmem, gdy jeszcze nikt nie słyszał o ewolucji ani o prawach Mendla. Gdy wszystko było naprawdę baśnią. „Popatrz na świat, Georg, przyjrzyj mu się, nim wykujesz za dużo fizyki i chemii” – poucza syna.

Nie twierdzi jednak również, że droga nauki jest pozbawiona celu i znaczenia. Nie mógłby, sam zajmując się nią z zawodu i zamiłowania. Jest pełen pokory, zastanawia się, czy będzie możliwe kiedyś dotarcie drogą rozumowego poznania do korzeni baśni, czy gdy obejmiemy wreszcie spojrzeniem krańce wszechświata, znajdziemy tam odpowiedzi na dręczące nas pytania, czy ścieżka rozumu i ścieżka czucia kiedyś się ostatecznie połączą.

Niesamowicie smutne jest to, że mimo całego swego zachwytu dla świata, w obliczu choroby i nieuchronnie zbliżającego się końca tak bardzo zgorzkniał i stracił poczucie sensu wszystkiego. Ale tu właśnie do akcji wkracza syn. Jeśli zadecyduje, że jest szczęśliwy ze swego powołania do życia, wszystko odzyska swoje znaczenie, a smutny finał historii o Dziewczynie z Pomarańczami straci swą goryczkę.

I w oderwaniu od przesłania jest to przyjemna opowieść. W prosty i szczery sposób opowiada o młodości i zakochaniu, nie milcząc przy tym pruderyjnie na temat seksu, ale traktując go jak barwny dodatek do wzajemnej duchowej fascynacji, czyli tak jak uczący się dopiero zmysłowości człowiek (choć czuję, że to dość naiwne z mojej strony nazywać takowym w naszych brutalnych realiach dziewiętnastolatka) traktować go powinien. Tak więc – i bez przesłania byłaby to ładna książka. Ale przesłanie daje jej dodatkowy wymiar zmuszający nas do zastanowienia się nad tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. I gdybym miała nastoletniego syna lub córkę, myślę że podsunęłabym mu tę powieść.

***
J. Gaarder, Dziewczyna z pomarańczami, wyd. Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2007.

6 komentarzy:

  1. Ech, a ja czytałam dość niedawno tę książkę i bardzo mnie rozczarowała. Moim zdaniem jest zwyczajnie słabo napisana, i przesłanie jej tutaj nie ratuje, bo przesłanie można wcisnąć wszędzie. Bardzo wiele się po niej spodziewałam, bo wszyscy się zachwycają, a w rzeczywistości okazała się dość przeciętną książką z ładniejszymi momentami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sposób, w jaki jest napisana to rzeczywiście jej najsłabsza strona. Wspomniałam o przesadnym patosie i moralizatorstwie. Ale ja uznałam że tak to po prostu miało wyglądać i nie do końca mi się podoba bo nie jestem już nastką która łyka gładko takie kawałki, a w gąszczu zbyt zawiłej narracji się gubi. Ostatecznie nie przysłoniło to mojej uwagi na tyle, żeby nie zachwycić się wielowymiarowością postaci Jana Olava. Mimo wszystko wydaje mi się, że te ładniejsze momenty, o których piszesz, wystarczą żeby tę książkę wybronić. Ale to tylko moja opinia. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Mam mieszane uczucia - w obliczu słodkich i gorzkich recenzji odsuwam lekturę na dalszy plan. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby dobrze, bo szkoda trochę tracić czas na "takie sobie" książki, skoro tyle jeszcze przed nami arcydzieł... Ale z drugiej strony można w ten sposób całkiem przyjemne lektury przegapić. Ja często sugeruję się osobą recenzującego - jeśli znam go trochę i wiem, że mamy podobny gust, to większa jest szansa, że mimo wszystko zaufam i przeczytam. I myślę, że to niezła strategia. Również pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Książki Gaardera wydają mi się ciekawą propozycją dla młodego czytelnika - dla starszego już może niekoniecznie, bo i wymagania wobec literatury i jej odbiór się zmienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się tak wydaje. Tematyka i sposób opowiadania na pewno bardziej porywają młodocianych, egzaltowanych czytelników. A przy tym młodzi są, jak napisałam, dużo bardziej tolerancyjni dla niedociągnięć warsztatowych... Gaarder trochę przypomina mi pod tym względem Jonathana Carrolla - kiedy dałam w swojej recenzji "Księgi chichów" upust rozczarowaniu tą książką, kilka osób skomentowało, że Carroll zachwyca gdy się ma naście lat; później już, gdy nabierze się czytelniczego doświadczenia, okazuje się raczej pisarzem z niższej półki.

      Usuń