czwartek, 1 listopada 2012

Fast reading, Czesi, festiwale i brzydkie książki w ładnych okładkach

W broszurze wydanej z okazji Festiwalu Conrada pan profesor Michał Markowski, Dyrektor Artystyczny festiwalu, pisze:
Tak jak fast food niszczy doszczętnie poczucie smaku jako władzy różnicowania, fast reading niszczy doszczętnie literaturę pod pozorem jej zbawienia. Kto pożera książkę za książką, nie różni się niczym od pożeracza hamburgerów w taniej jadłodajni (...). Wszyscy czytają dziś na wyścigi, albowiem wszyscy na wyścigi piszą i publikują. Wszyscy jedzą na wyścigi, byle co i byle jak, byleby tylko zaspokoić głód.
Bardzo mądre słowa, a pasują mi tym bardziej, że mogę się nimi bezczelnie zasłonić tłumacząc tragiczną liczbę przeczytanych przeze mnie w tym roku książek. Prawda jest oczywiście taka, że brakuje mi czasu. Skoro jednak tracę go na rzecz nauki języka Hrabala, nie zamierzam się skarżyć.

Dla przyjemności czytam więc mało, ale przebudziłam się trochę jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne. Na krakowskie Targi Książki co prawda tradycyjnie nie dotarłam – na książkowe zakupy mnie nie stać, z polską literaturą współczesną jestem na bakier więc rozdający tam uśmiechy i autografy pisarze niespecjalnie mnie interesują, a do tego ponoć tłok, duszno i hałas, co mnie zawsze wpędza w głębokie przygnębienie. Skorzystałam za to z bogatej tegorocznej oferty Festiwalu.

Wernisaż o kobietach Schulza co prawda nie podobał mi się. Kilka grafik na krzyż, mało miejsca i jedna wielka księga z mnóstwem wspomnieniowych tekstów, na oko jakieś bite trzy godziny czytania, a jak to zrobić, jeśli co rusz ktoś ciekawski zaglądał przez ramię? Za to piątkowym spotkaniem z Michalem Vieweghiem i Jaroslavem Rudišem w Czułym Barbarzyńcy byłam zachwycona! (Podobnie zresztą jak samym lokalem, w którym byłam po raz pierwszy, na pewno jednak wpadnę tam jeszcze kiedyś na kawę). Swobodna atmosfera, dowcipna rozmowa i możliwość zdobycia autografu, z której skwapliwie skorzystałam. I oczywiście ponadprogramowa, darmowa lekcja czeskiego :)

Poniżej – autograf od pana Viewegha (tylko od niego, pana Rudiša bowiem jeszcze nie czytałam i żadnej książki nie posiadam, co jednak mam nadzieję szybko się zmieni; coś czuję, że będę wkrótce tej straconej okazji żałować). Na Zapisywaczach ojcowskiej miłości, jedynej spośród trzech znanych mi jego książek, która zdecydowanie mnie zachwyciła, a nawet wzruszyła. A do tego ma piękną okładkę, więc prezentuję i z zewnątrz.


Za to Powieść dla kobiet też wygląda wspaniale, ale zawartość robaczywa, więc dla przestrogi również zamieszczam. I kończę zapowiedzią, że w kolejnym poście będzie czeskich klimatów ciąg dalszy. Tym razem coś pysznego i wyskokowego z Hrabalem w tle. A póki co – zatím!







Źródło ilustracji: Oliver Jeffers, The Incredible Book Eating Boy (http://www.booklounge.co.za/wp-content/uploads/2010/10/Book-Eating-Boy-276x300.jpg)

25 komentarzy:

  1. Od kiedy u padmy przeczytałam o slow reading staram się nad sobą pracować w tej kwestii. Na pewno brakuje mi wiele do pożeraczy książek, ale mam zwyczaj planować kolejną lekturę, nie przeczytawszy jednej. Gdy kończę jedną książkę, od razu biorę kolejną w dłoń. Nigdy nie potrafiłam sobie dac czasu na refleksję. Teraz czytam z wielu przyczyn mniej i slow reading dobrze mi tu pasuje;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wielu moli książkowych ma z tym problem, zwłaszcza tych blogujących - wyczuwa się tu taką lekko nerwową atmosferę, kto więcej, kto szybciej, wieczna licytacja... Odkąd zaglądam na blogi książkowe wyczuwam wręcz coś w rodzaju presji. Choć zapewne takie czytanie na wyścigi ma swoje szlachetne korzenie - w końcu tyle książek, a tak mało czasu! :) Rzeczywiście jednak w takim szale czytania można wiele uronić, i o głębokiej książce napisać płytko i powierzchownie. Może więc dobrze, że okoliczności każą nam trochę zwolnić :) Pozdrawiam, Aniu!

      Usuń
    2. Zdecydowanie masz rację. Odkąd prowadze bloga czytam więcej, co mnie cieszy, ale też odczuwam niejaką presję, bo stos niekontrolowanie rośnie, kindle się zapełnia, a ja czytam Wysokie Obcasy zamiast książek:)
      I ja pozdrawiam!

      Usuń
  2. Czyli kulturalny Kraków górą! To już druga relacja z Festiwalu Conrada i po raz wtóry zazdroszczę spotkań, bo nijak to się ma do odstania w kolejce po autograf i wymiany dwóch zdań z autorem. Bardzo mi odpowiada przytoczony cytat o tempie czytania. Podobnie jak ty, samousprawiedliwiam się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, spotkanie rzeczywiście pozwoliło mi lepiej poznać autorów, którzy brali w nim udział. Muszę się przy tej okazji przyznać, że to było w ogóle pierwsze spotkanie autorskie, w jakim uczestniczyłam; jakoś przespałam te ostatnie pięć lat spędzonych w kulturalnej stolicy Polski. Obym jednak szybko to nadrobiła.

      A jeśli o slow reading chodzi - widzę, że jest nas więcej, tych samousprawiedliwiających się :)

      Usuń
  3. Naia, czy mogłabyś napisać coś więcej o spotkaniu z panami Czechami?
    Slow reading i mnie się przyda.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie trudno, bo nie nastawiałam się na dłuższą relację, a pamięć mam nieznośnie krótką :)

      Zaczęło się od wstępu Szymona Kloski prowadzącego spotkanie. Vieweghowi, który ponoć niechętnie bierze udział w takich wydarzeniach, dziękował za zrobienie wyjątku dla Festiwalu Conrada. Krótka prezentacja pisarzy (w przypadku Viewegha - jego ironiczny cytat "wy macie swoje nagrody, ja mam swoje volvo" i wypowiedzi o tym, że pisze wyłącznie dla pieniędzy). Pan Kloska spytał też obu pisarzy, jak myślą, czemu organizatorzy festiwalu zdecydowali się posadzić ich przy jednym stole, na co odparli, że może dlatego, że się lubią. :)

      Padło też między innymi pytanie o tym, czemu o twórczości Viewegha mówi się że jest "dla kobiet", na co odparł, że sam nie wie i zwrócił się z tym pytaniem do panów obecnych na sali ("Czemu nie czytacie? Napisałem przecież też >>Powieść dla mężczyzn<<" :)). Za tym poszły rozważania nad tym, czemu płeć piękna dominuje wśród czytających w ogóle.

      Mowa była o osobliwości dotyczącej percepcji książek obu autorów w ich ojczyźnie i za granicą - mimo dużej popularności krytycy czescy o ich dziełach wypowiadają się mało przychylnie, podczas gdy w innych krajach zbierają dobre recenzje. Było to punktem wyjścia do stwierdzenia, że w Czechach wypatruje się wielkich, ambitnych dzieł (czego się akurat nie spodziewałam), podczas gdy na literaturę rozrywkową patrzy się z góry, tylko częściowo przyznając jej rangę literatury w ogóle (ich zdaniem zupełnie niesłusznie). Najlepszym wg Viewegha dowodem na to, że można tworzyć literaturę z wyższej półki pisząc dowcipnie i z przymrużeniem oka, jest "Paragraf 22" Hellera.

      Pojawił się też temat polskiego braku dystansu do siebie (w opozycji do bardzo luźnego podejścia czeskiego i ponoć też niemieckiego - pan Rudiš opowiadał anegdotę, jak to w trakcie zakrapianego wieczoru wraz z czesko-niemiecką paczką śpiewali dla zabawy hymn czeski, potem niemiecki, ale kiedy doszli do polskiego nagle zabawa siadła i wszyscy poszli do domu :) co jednak ktoś skomentował, że to przecież już nie była kwestia autoironii), rozmówcy porównywali Polaków i Czechów w odniesieniu do warunków historycznych, politycznych itd. ale zupełnie już nie pamiętam w jakim kierunku ta dyskusja poszła i do jakich doszli ostatecznie wniosków.

      Jeśli chodzi o Rudiša to mówił też m.in. o swojej nowej książce "Koniec punku w Helsinkach", o jej wielkiej popularności w Finlandii tylko ze względu na tytuł (wobec czego padł pomysł że może powinien wyprodukować jeszcze kilka takich powieści z nazwami miast w tytule i zapewnić sobie tym popularność w całej Europie tudzież na świecie) i z wielkim rozbawieniem wspominał jakąś panią, która zachwycała się murowanym sukcesem "Końca..." w Finlandii dzięki tytułowi, a kiedy spytał ją czy czytała, odparła że jedną stronę :) Czyli jak widać treść ma najmniejsze znaczenie :D

      Kiedy natomiast przyszedł czas na pytania od publiczności, uporczywie wypytywano biednych panów Czechów o polską literaturę, czy czytają, co im się podoba a co nie :) Ale tu już jeśli chodzi o nazwiska mam zupełnie czarną dziurę, pamiętam tylko że trochę się motali, a Viewegh wspomniał że spotkał kiedyś Olgę Tokarczuk na festiwalu we Włoszech, ale że on raczej wiele nie czytał, więc nie jestem pewna, czy w ogóle jakąś jej książkę zna, czy skończyło się na tym osobistym zapoznaniu :)

      Usuń
    2. Dziękuję za wyczerpującą relację.
      Przyznam, że żadnego hymnu nie odważyłabym się zaśpiewać w sytuacji innej niż uroczysta.

      Usuń
    3. Przyłączam się do podziękowań!:) Też się zastanawiałam, dlaczego organizatorzy festiwalu postanowili ich posadzić przy jednym stole;)

      Usuń
  4. Cytat bardzo mądry i dający do myślenia. Ostatnio zmuszona okolicznościami przyrody i ograniczeniami własnego organizmu znów czytam mniej, i początkowo było mi smutno i źle - przecież tyle książek czeka! A teraz cieszy mnie to, nikt mnie nie goni, znów mogę czytać, kiedy mam ochotę i siły, a nie "byle szybciej, byle skończyć, byle zacząć następną". I od zawsze miałam taką zasadę, że nie zaczynam kolejnej książki tego dnia, kiedy skończyłam poprzednią - żeby mieć czas odpocząć, pomyśleć, przetrawić.
    A takiego połykania, trochę bezmyślnego, paradoksalnie nauczyły mnie studia polonistyczne. Bo tam można było albo przeczytać wszystko/większość, czytając 3 książki tygodniowo, albo się w te lektury zagłębiać. A potem się modlić, żeby na egzaminie trafić na te przeczytane ;) Coś za coś. Potem długo miałam przesyt i nie mogłam się odnaleźć w książkach (bo ja z tych ambitnych, którzy chcą przeczytać wszystko). Dopiero blog pomógł mi trochę wrócić do czytelniczego świata :)
    Sorki za elaborat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam te zatrważające historie o polonistyce i o ludziach których z zapalonych czytelników przemieniła w jednostki z książkowstrętem :) Ciekawa jestem, czy na mojej filologii też zdołają mi trochę obrzydzić książki, póki co tego czytania nie ma za wiele. Dobrze w każdym razie, że Ty się ostałaś i zdołałaś zachować miłość do czytania. A za elaborat nie przepraszaj, obszerne i soczyste komentarze są o tyle ciekawsze niż lakoniczne półsłówka!

      Usuń
    2. Na innych filologiach sytuacja ma się chyba trochę lepiej (byłam jeszcze na skandynawistyce i tam listy lektur były znacznie krótsze), mam nadzieję, że się nie dasz :) Część z moich znajomych też chętnie czyta po studiach, ale byli i tacy, którzy już na drugim roku unikali lektur jak mogli. Bardzo smutne, studia dla pasjonatów (bo raczej nie dla karierowiczów ;)), a takie efekty... Ale może w większości przypadków wystarczy mały odwyk.

      Usuń
  5. Cytat, który przytoczyłaś jest jak najbardziej trafny. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś czytał powiedzmy 100 książek rocznie, a na wielu blogach można to zauważyć (jedna blogerka potrafi przeczytać nawet 2 książki dziennie, nie wiem czy wpisujący komentarze pod jej wpisami w to wierzą). Rozumiem, że ktoś lubi czytać typowe współczesne romansidła, czy inne książki np. o wampirach, które nie niosą żadnych głębszych przemyśleń, wtedy można sobie pozwolić na czytanie jednej książki za drugą, ale wtedy to już jest moim zdaniem uzależnienie nie różniące się niczym od nałogowego oglądania telewizji. Literatura jest jedną z dziedzin sztuki i tak powinno się do tego podchodzić. Samo czytanie to za mało.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, choć zawsze zanim zdecyduję się wyjść z krytyką takiego podejścia, zastanowić się muszę, czy to na pewno nie z zazdrości :) Niby miło byłoby czytać w tak oszałamiającym tempie biorąc pod uwagę ile książek na nas czeka, zawsze jednak studzę swój zapał - nie, to wcale nie byłoby fajne, jeśli z tych książek niczego konkretnego bym nie wyniosła. Najpiękniejsze w czytaniu jest właśnie wysnuwanie wniosków, kojarzenie, interpretowanie, będące następstwem długich rozmyślań - kiedy to z pozornego chaosu dzieła wyłania się jakaś wspaniała całość, zwarta idea, kiedy to wszystko - zacytuję siebie :D - układa się jak żelazne opiłki wokół magnesu na aktywnych grafikach Vladimirka, hrabalowego czułego barbarzyńcy. Nałóg - tak, chyba masz rację, ciągle więcej, bez zaspokojenia, bo jak można się książką nasycić, jeśli się ją ledwie liźnie? Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Mimo to wernisaż bym chciała zobaczyć. Kocham Schulza... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, i wydaje mi się, że dla takich rozmiłowanych dla Schulza jednostek to było doświadczenie tym bardziej bolesne, bo mimo wielkich nadziei musiały pozostać nienasycone :) Więc mimo wszystko obstaję przy tym, że nie masz czego żałować.

      Usuń
  7. Fast reading. Trafnie zdiagnozowane zjawisko. wystarczy blogi prześledzić. Często się dziwię, że ich autorzy "połykają" książki bez wytchnienia, jedna za drugą. Nie potrafię tak, ale nie robię sobie z tego powodu wyrzutów:) Daleka jestem od fast readingu... Płynę w tym nurcie, który można by nazwać slow reading, ale bardziej swojsko: "żółwim czytaniem" :D

    Zatem w pewnym sensie już się spotkałyśmy w "realu"!;) Na swoim blogu dopiero dziś odpisałam na Twój komentarz dotyczący spotkania w klimatach czeskich i w ogóle festiwalu, bo byłam w rodzinnym Rzeszowie na długi weekend i miałam mniej swobodny dostęp do technologii nowoczesnych, że tak powiem. Może uda nam się poznać osobiście przy innej okazji. Powodzenia w nauce języka naszych południowych, sympatycznych sąsiadów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wobec tego zazdroszczę Ci, tego właśnie, że mimo niezbyt szaleńczego tempa czytania niczego sobie nie wyrzucasz. Ja chyba muszę się tego dopiero nauczyć.

      Nie ma sprawy, ja też, jak widać, na komentarze odpisuję z okropnym opóźnieniem. W moim przypadku tempo życia w przeciwieństwie do tempa czytania jest obecnie dość oszałamiające. Ale, z drugiej strony, z każdym dniem czuję, że lepiej znam te języki (zarówno czeski jak i słowacki, słowacki chyba nawet bardziej, bo też lektorka jest o niebo bardziej wymagająca), co jest bardzo krzepiące i osładza mi trochę rozłąkę z literaturą piękną. Też mam nadzieję, że uda nam się kiedyś poznać - i nie wątpię w to, jako że mamy wspólne dwa "nasze" miejsca na świecie, tj. Rzeszów i Kraków :)

      Usuń
  8. Naia, ja też zauważyłam, że panuje wręcz gloryfikacja czytania na wyścigi, byle szybciej i więcej, przy każdej okazji. Książkę trzeba czytać przy gotowaniu, karmieniu dziecka, w autobusie, w kolejce, poczekalni... Ja się temu opieram. Są dni, nawet kilka z rzędu, że nie czytam. Bardziej cenię jakość niż ilość, a wiele osób wchłania książki po to, by szybko je wypluć - bez wielkiej refleksji, ceniąc niemal wyłącznie przyjemność z samego aktu czytania. Cóż, zwykłe śledzenie literek mnie nigdy nie pociągało, wychodzę z założenia, że książkę czyta się po coś, w jakimś celu. I nigdy, przenigdy nie chciałabym czytać więcej i szybciej.

    Cieszę się, że spotkanie Cię usatysfakcjonowało :) Ja bardzo lubię spotkania z pisarzami, których książki mi się podobały lub którzy są ciekawi jako ludzie. W Czułym Barbarzyńcy byłam dwa razy i uważam, że to świetna księgarnio-kawiarnia, musi tam być przyjemnie w słotne wieczory. Zajrzałam też do Wrzenia Świata, ale nie mogę powiedzieć, że tam byłam, a tam chyba też jest bardzo miło. Byłaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też chyba zależy od książki, są takie, które z powodzeniem można czytać przy gotowaniu, karmieniu dziecka, w autobusie... i nie uronić za wiele, ale to ten typ, z którego praktycznie nie ma co uronić, bo głębokiej refleksji na próżno tam szukać :) A jeśli ktoś tak jak Ty stawia na ambitniejszą literaturę to rzeczywiście mija się to z celem.

      Ja np. bardzo powoli "wkręcam się" w powieściowy świat, dlatego te kilkanaście minut wyrwanych gdzieś w trakcie dnia, czekając w kolejce, jadąc autobusem itd. zupełnie mnie nie satysfakcjonuje. Mam wrażenie, że tak przeczytany fragment od razu należy spisać na straty, nic z niego nie zapamiętam, nic z niego nie wyniosę.

      Zupełnie sobie nie wyobrażam np. czytania Prousta w takich warunkach - nawet siedząc sama w domu w wolne popołudnie miałam problem ze skupieniem się na tekście i wyciągnięciem z niego tego co istotne, a stojąc w kolejce i non stop się dekoncentrując to jest absolutnie niemożliwe.

      Z drugiej strony - w mojej obecnej sytuacji to nie jest już kwestia wydarcia choćby kilku dodatkowych minut czytania, ale te kilka minut to zwykle wszystko, na co mogę sobie pozwolić, bo resztę czasu pochłaniają obowiązki. Czyli właściwie nie mam wyboru, albo poprzestanę na tych strzępkach, albo tymczasowo zarzucę książki w ogóle, a tego bym bardzo nie chciała :(

      We Wrzeniu Świata nie byłam, zresztą w warszawskim Czułym Barbarzyńcy też nie, dotarłam jedynie do niedawno otwartej, będącej obecnie bardziej w moim zasięgu filii krakowskiej :) Muszę jednak któregoś dnia wybrać się na wycieczkę do stolicy i odwiedzić te wszystkie legendarne miejsca dla moli książkowych. A jeśli chodzi o spotkania z pisarzami to wrażenia mam rzeczywiście bardzo pozytywne i ta przygoda na pewno będzie mieć swój ciąg dalszy!

      Usuń
    2. E, ja wcale nie czytam takiej ambitnej literatury! Oczywiście "ambitna" to określenie subiektywne, ale w potocznym rozumieniu kojarzy się np, z Proustem, którego wspomniałaś. A ja Prousta nie czytam, z różnych względów, na pewno nie dlatego, że już czytałam :P Wybieram zwykłe, wcale nie najtrudniejsze książki, tak powieści jak i nie-powieści. Ale też wolno się wciągam, zwłaszcza te pierwsze kilkanaście-kilkadziesiąt stron muszę przeczytać na spokojnie i nie przerywać za bardzo.

      Na takie parę minut, strzępy czasu, to chyba haiku są świetne :) Można jeden przeczytać, a potem obracać go na wszystkie strony przez cały dzień. Jak też i inne krótkie wiersze.

      Powodzenia w nauce języków i szaleńczym trybie życia! Mam nadzieję, że wkrótce będziesz mogła przystanąć choć na moment na zaczerpnięcie oddechu.

      Usuń
  9. Zapraszam do oceny : http://potomekprzeznaczenie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Lubię Viewegha, pisze trochę takie czytadełka jak na mój gust, ale przynajmniej lekkie i z humorem :) dobre filmy na ich podstawie powstają

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzień dobry. Gratuluję bloga ;) Czy moglibyśmy wykorzystać rysunek przedstawiający buzię pożerającą książki na bloga szkolnego? Bardzo nam na nim zależy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry, dziękuję! :) Ale jeśli chodzi o obrazek to nie jest moją własnością, więc nie do mnie proszę zwracać się o zgodę, ewentualnie do autora...

      Usuń