wtorek, 13 listopada 2012

Piwne uniesienie spod znaku Hrabala

Mówi się czasem, że kobiety nie lubią piwa. Stwierdzenie to, na podstawie moich prywatnych obserwacji, uznaję za wierutną bzdurę (no, dziewczyny, która nie pogardzi kufelkiem zimnego piwka w upalny letni dzień ręka do góry!) i w ramach potwierdzenia tego opowiedzieć zamierzam o mojej własnej fascynacji tym szlachetnym rodzajem napitku. Ale najpierw – cytat.
Pan piwowar podał mi garniec pomarańczowego piwa, garniec cały w kroplach osiadłej pary. A ja wiedziałam, że pan piwowar mnie nie lubi i że dałby mi nie jeden, ale pięć garnców piwa, a nawet więcej, bylebym tylko piła je i wypiła i żeby robotnicy zobaczyli, jaką to skłonną do pijaństwa żonę ma pan kierownik, ale ja byłam młoda i młoda byłam przede wszystkim, bez względu na to, co robiłam, zawsze pytałam tylko samą siebie i zawsze przytakiwałam sobie (...), i moja ręka wyciągnęła się i piłam z ochotą, z taką ochotą, że furmani przestali układać beczki jedne na drugich i patrzyli na mnie. Stałam obok rampy, z dala od koni, Ede i Kare jakby porozumiewały się ze mną, ich grzywy i potężne ogony miały również kolor złotego piwa.
B. Hrabal, Postrzyżyny, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2001.

Tak pięknie Hrabal pisał o swej łasej na dobre piwo mamie, która będąc żoną zarządcy browaru rarytasu tego miała pod dostatkiem. Zazdroszczę! Ja co prawda gustuję osobiście w tych ciemnych, intensywnych, które raz smakują wiśniami, raz czekoladą, raz karmelem, i które pachną dymem z jesiennego ogniska. Dobry porter – to jest to.

I jasnymi jednak nie pogardzę, a takie jest właśnie to, które ma zostać bohaterem tego posta (i tu wreszcie dochodzę do sedna – okazuje się, że piwo wcale nie musi być tematem od literatury odległym i zupełnie nie na miejscu na blogu, jaki mam ambicję tworzyć). Trafiłam na nie podczas Festiwalu Szwejka w Krakowie, i omal nie zemdlałam na miejscu z radości – dopiero później dowiedziałam się, że po to legendarne cudo, które jawiło mi się jako zupełnie nieosiągalne, wcale nie muszę jechać do samego Nymburka, ale mogę je bez problemu zdobyć w naszej nadwiślańskiej krainie, a w sklepie na Krowoderskiej jest go nawet spory zapas. Warzone w nymburskim browarze piwo nazywa się Postřižinské (a w wersji, którą ja akurat miałam okazję pić – Pepinova desítka), co jest oczywiście nawiązaniem do tytułu cytowanego wyżej utworku otwierającego trylogię nymburską, zaś na jego etykiecie widnieje nie kto inny jak uśmiechnięty pan spisovatel Hrabal. Prezentuje się to tak oto:


Jak smakuje? Głębi portera rzecz jasna na próżno w nim szukać, ale za to na długie knajpiane posiedzenia jest to wybór wręcz doskonały! Delikatne i orzeźwiające, pije się je w zapomnieniu, błyskawicznie – nawet się nie zorientowałam, kiedy kufelek był już zupełnie pusty. Jedno, drugie, trzecie, czwarte... wlewane w siebie podczas wieczorów w gospodzie musiało być doskonałym motorem dyskusji, narzędziem oczyszczenia, istnym nektarem bogów umilającym śmiertelnikom ich szare życie.
Każdy porządny facet z Kerska i okolicy od szóstej wieczorem nie myśli o niczym innym jak o pięknej drodze do gospody i o piwie, o tych cudnych pogwarkach, rozmowach i kłótniach o byle głupstwo, dzięki którym zapominamy o codziennych troskach i uspokajamy się, a wracając do domów nocą na rowerach, jesteśmy jak nowo narodzone dzieci.
B. Hrabal, Koty i ludzie [w:] Życie bez smokingu, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011.

Smacznego!

7 komentarzy:

  1. Wódki nie przełknę, z wina boli mnie głowa, z drinków też, likiery są za słodkie. Zgłaszam się, jestem piwoszem! Nie wiem czy prędzej zaczęłam pić czeskie piwo czy czytać czeską literaturę... ale to mało ważne :) Powyższe piwo z uśmiechniętym Hrabalem już miałam też okazję łyknąć. Bardzo smaczne, jak każde inne czeskie, ale z racji wizerunku piło się je znakomicie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że znajdę tu prawdziwe piwoszki :) Zazdroszczę Virginio, że uprzedziłaś mnie jeśli chodzi o Postřižinské, sądziłam że mam monopol na to odkrycie ;) i cieszę się, że podzielasz moje zdanie!

      Usuń
    2. Naia, nie jestem tego w 100% pewna, więc monopol na piwo z Hrabalem ( i w ogóle na Hrabala ) przypada Tobie :) Pamiętam, że było to piwo z wizerunkiem jakiejś ważnej postaci, ale wówczas jeszcze praktycznie Hrabala nie znałam, więc mogę się mylić. Ale coś mi mówi ta etykieta, budzi wspomnienia :) Tylko tak się zaczęłam zastanawiać czy cztery-pięć lat temu to piwo miało szansę istnieć? Swoją drogą Czesi produkują tyle piw, że chyba nawet nie sposób tej historii prześledzić :) Pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
    3. Myślę że miało szansę, ja sama natrafiłam na pierwszą wzmiankę o nim ze dwa lata temu, a już wtedy były to przedawnione doniesienia. W każdym razie to żadna świeżynka, więc bardzo możliwe że rzeczywiście raczyłaś się hrabalowym piwem :) Również pozdrawiam i ściskam ciepło!

      Usuń
  2. Również lubię się napić piwka, żadne tam drinki czy wina ;) A to przedstawione przez Ciebie wygląda ciekawie i smakowicie. I to odniesienie do Hrabala, super ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko wygląda :) U mnie też piwo wiedzie prym wśród alkoholi, choć muszę przyznać, że i innymi nie pogardzę - dobre winko nie jest złe, a porządna wiśniówka czy orzechówka to już zupełnie niebo w gębie!

      Usuń
  3. Pragnę Cię zawiadomić, że Twój blog został przeze mnie wybrany i nominowany do Liebster Blog. Jeżeli Cię to interesuje, zajrzyj do mnie:)Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń